Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 27 sierpnia 2022

1466. "Czarna Madonno z Tobą idziemy, na Jasną Górę pielgrzymujemy, bo Ty tam czekasz nas"

Na tegoroczną Sosnowiecką Pieszą Pielgrzymkę na Jasną Górę zapisałam się w ostatnim momencie, bo dwa dni przed. Sierpień miałam tak intensywny, że nie miałam kiedy podejść do parafialnego kościoła(co nie znaczy, że w ogóle opuszczałam niedzielną Mszę świętą), a nikt z rodziny się nie pofatygował za mnie. Na początku byłam o to trochę zła i rozżalona, ale jak usłyszałam jaki numer wywinął nasz proboszcz, to zaczęłam błogosławić ich lenistwo. Co się stało zachowam dla siebie, jednak mój poziom sympatii co do tego księdza drastycznie spadł do krytycznego momentu. A więc, cytując moich znajomych - "Brawo on!".
Będąc na niedzielnej Mszy świętej z niecierpliwością wyczekiwałam, kiedy na ogłoszeniach duszpasterskich usłyszę od proboszcza termin spotkania poprzedzającego pielgrzymkę. Pomarzyć można, bo ani słowem się nie zająknął na ten temat. Chcę wierzyć, że dlatego iż o nim nie wiedział, a nie dlatego, że uznał iż dla może 5 osób z parafii nie ma sensu podawać tej informacji. Na szczęście jest internet. Wystukałam sobie adres strony kościoła dekanalnego, na której na szczęście była podana ta informacja. Postanowiłam mimo wszystko udać się na spotkanie z nadzieją, że można będzie się jeszcze na nim zapisać na pielgrzymkę. Można było. A przy okazji odkryłam, że zmieniono nam kierownika grupy. Trochę mi było szkoda, bo z poprzednim znałam się dosłownie od czasów piaskownicy, jednak w życiu nic nie jest wieczne. Z drugiej strony okazało się, że Paul(mam pozwolenie mówić do niego po imieniu) też z nami pójdzie w zastępstwie za księdzem Niosącym Światło(tak go nazwijmy) drugiego dnia. Bo księdzu Niosącemu Światło wypadła wizyta u lekarza. Pozostała kwestia tego, czy będę nocowała po drodze w szkołach, czy też wracała na noc do domu autokarem*. Mając jeszcze w pamięci zeszłoroczne szaleństwo z dojazdami zdecydowałam się na pierwszą opcję.
Takiego sympatycznego gołąbka spotkałam 
czekając na autobus na przystanku
Pielgrzymkę tradycyjnie rozpoczęła Msza święta 23 sierpnia o godzinie 7:00 w kościele znajdującym się na Będzinie-Syberce. Ponieważ trwa u nas remont linii tramwajowej, a jedyny autobus jadący ode mnie pod kościół planowo był na miejscu... minutę przed godziną 7, poradziłam sobie w inny sposób. Najpierw wsiadłam do autobusu jadącego na jedną z dzielnic Będzina - Koszelew, następnie przesiadłam się do takiego, który dowiózł mnie na obrzeża Syberki, aż w końcu wsiadłam do takiego, którym dojechałam pod kościół. Co prawda mogłam z tych obrzeży dojść do kościoła na nogach, jednak wolałam oszczędzać siły na później, tym bardziej, że pierwszego dnia jest do pokonania ok. 23 kilometrów. Moje "lenistwo" zostało jednak wynagrodzone - w pewnym momencie na przystanku pojawił się piękny, biały gołąb - jak dla mnie, Gołąbek Pokoju.
Po dojechaniu na miejsce okazało się, że mam jeszcze ok. 25 minut do Mszy świętej. Tak szybko jeszcze tam nie dotarłam. Kątem oka dostrzegłam, że do kościoła zmierza moja znajoma z parafialnej scholi. Podążałam więc za nią, aż do samej ławki. Msza rozpoczęła się procesyjnym wejściem kapłanów, któremu towarzyszył śpiew pieśni "Z dawna Polski tyś Królową". Głównym koncelebransem był biskup sosnowiecki, ksiądz Grzegorz Kaszak. W wygłoszonej homilii zachęcał nas wszystkich do pielgrzymowania na wzór Maryi, która też wyruszyła w niełatwą wędrówkę  prowadzącej przez góry do swojej krewnej Elżbiety, która była brzemienna. Co ważne, nikt jej nie kazał tego robić, to był jej świadomy wybór.
Po Mszy świętej grupami wyruszyliśmy na pielgrzymi szlak. Nasza grupa miała numer ósmy i w tym roku wyszła na trasę jako ósma. Ogólnie jest tak, że co roku inna grupa rozpoczyna wymarsz, a ponadto kolejność wyjścia z każdej przerwy przesuwa się o jedną grupę do przodu. Tradycyjnie już pierwszy postój mieliśmy po przejściu pierwszych pięciu kilometrów w parafii Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w jednej z będzińskich dzielnic, Łagiszy. To stosunkowo nowa parafia, której malowidła na ścianach przedstawiające historię budowy świątyni, nawiązują do miejscowego krajobrazu(możecie to zobaczyć na zamieszczonych fotografiach). Na Będzinie-Łagiszy, który najbardziej jest chyba znany z elektrociepłowni dostarczającej w zimniejszych porach roku ciepło do naszych kaloryferów, fotograf wykonywał pamiątkowe zdjęcia z samym biskupem wszystkim grupom. A potem można było usiąść wprost na trawie, albo na kocu, i posilić się przed dalszą wędrówką. Już na tym postoju spotkałam nauczycielkę jeszcze z czasów przedszkolnych, która przedstawiła mnie połowie swojej grupy.
Po półgodzinnej regeneracji wyruszyliśmy w trochę dłuższą, bo liczącą ok. 7 kilometrów, drogę, której finał był pod kościołem św. Mikołaja w Targoszycach. Na miejscu byliśmy po 12:00. W tym roku starałam się iść na przodzie grupy i "narzucać tempo". Efekt był taki, że ksiądz Niosący Światło kilka razy upominał mnie "Karolina, proszę cię, nie pędź tak..."😄😄😄. Ale przynajmniej szybko nauczył się mojego imienia, jak sam przyznał. Droga upływała nam pod znakiem śpiewów, modlitwy różańcowej, a także wysłuchaniu konferencji o jednym z patronów naszej diecezji, św. Bracie Albercie, o którym już raz tutaj wspominałam w >>TYM<< wpisie. Tradycją jest, że 3 dziesiątki różańca podczas marszu odmawiane są przed pielgrzymów. W pewnym momencie patrzę, ksiądz Niosący Światło podchodzi do mnie z mikrofonem. Pokręciłam głową odmawiając, a z drugiej strony musiałam ukryć wzruszenie, że po 5 godzinach tak we mnie wierzył, że sam chciał, abym powiedziała tą jedną "Zdrowaś Maryjo". Niektórym zajmuje to lata...
Po dojściu do Targoszyc rozsiedliśmy się na placu przed kościołem. Podobno w kościele jeden z księży głosił pierwszą część konferencji mówiącej o Eucharystii. Niestety, albo kościół nie ma nagłośnienia, albo nie zostało ono włączone. W każdym razie ci, którzy siedzieli na zewnątrz(czyli zdecydowana większość, w końcu i kościół jest mały) nic nie słyszeli.
Następnie wyruszyliśmy w ok. 3,5 kilometrowy marsz pod remizę w Mierzęcicach, gdzie odbyło się nabożeństwo pokutne, a tym samym okazja do spowiedzi św. Pierwotnie tam miała mieć miejsce konferencja z Targoszyc, obawiano się jednak deszczu, a nawet burzy. Zupełnie niepotrzebnie - na naszą głowę nie spadła ani kropla deszczu. 
Ok. godziny 16:00 wyruszyliśmy w ostatni, 7 kilometrowy odcinek trasy, który kończył się w Zendku. Przebiegał on m.in. koło lotniska w Pyrzowicach, toteż od czasu do czasu nad naszymi głowami przelatywał jakiś samolot. W końcu po około 2 godzinach minęliśmy znak informujący nas, że oto jesteśmy w Zendku. Co prawda musieliśmy jeszcze przejść pół wsi, aby dojść do kościoła parafialnego, no ale już prawie byliśmy "w domu". Kiedy dotarliśmy do świątyni, akurat trwała Msza święta. Ksiądz Niosący Światło, widząc nasze zmęczenie decydował, że nie będziemy czekać na jej koniec, tylko pomodlimy się przed budynkiem, a następnie osoby nocujące w szkole podjadą do niej autokarem, który jeszcze wróci po tych, którzy zdecydowali się zjechać na noc do domu. W szkole już czekali na nas z ciepłą zupą gulaszową. Pierwszy dzień pielgrzymowania zakończyliśmy wspólnym odśpiewaniem młodzieżowej wersji "Apelu Jasnogórskiego".
Nazajutrz większość z nas obudziła się o godzinie 6 rano. Wyjście zaplanowane było na godzinę 8:00, jednak do dyspozycji mieliśmy 2 kabiny z ubikacją. W szkole spało nas zaś ok. 40 osób. Szybkie ogarnięcie się, spakowanie swoich rzeczy i wsadzenie torby na bagaż. Po godzinie 7:00 ksiądz Niosący Światło przyniósł nam kosze pełne słodkich bułek w ramach śniadania. "Nie bolą cię nogi po wczorajszym marszu?" - zapytał z rozbrajającym uśmiechem, kiedy brałam moją porcję. Akurat przez tą godzinę zdążyłam już rozchodzić zalegający w mięśniach kwas mlekowy. 
Ciut przed godziną 8:00 opuściliśmy szkołę i udaliśmy się na drogę wyprowadzającą z Zendka. 
Wychodzimy z Zendka
Według informacji z identyfikatora, który każdy z nas dostał na spotkaniu organizacyjnym, pierwszy etap marszu miał wynosić ok. 5 km. Może tak i było przed pandemią, kiedy jeszcze nie ukończono budowy nowego odcinku autostrady. Teraz wydaje mi się, że wynosi ona więcej(może nawet 7 km). Ponownie szłam na samym przodzie od czasu do czasu wyhamowywana przez księdza Niosącego Światło (Karolina, proszę cię, wolniej, no Pędziwiatr jakiś 😂). W końcu nie mogąc się doczekać przerwy, a jednocześnie widząc kapłana w pobliżu, zapytałam się go czy daleko jeszcze? "Nie mam pojęcia, dotychczas chodziłem z pielgrzymką z Siewierza" - usłyszałam w odpowiedzi. O matulu... Przynajmniej był szczery. W końcu zobaczyłam wiadukt, pod który wchodzili pielgrzymi z poprzedzających nas grup. "Doszliśmy" - usłyszałam głos kierownika grupy. Wszyscy skręciliśmy w lewo i usadowiliśmy się pod mostem, gdzie było w miarę sucho. Wyciągnęłam bułkę i wodę z plecaka, posiliłam się. Ksiądz próbował mnie jeszcze dokarmić bułką słodką, mnie jednak to co miałam wystarczyło.
Po jakiś 25 minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. Tuż przed samym wymarszem zapytałam się księdza Niosącego Światło, czy nasz bus** jedzie do miejsca kolejnego postoju, czyli Woźnik. "Chcesz żeby cię podwiózł?" padło pytanie. Zaprzeczyłam, chciałam tylko, aby podwiózł mój plecak. Duchowny z tym swoim uśmiechem stwierdził, że nie ma problemu, a nawet wziął go ode mnie(Karolina, co ty tam nosisz?, hm... wodę, coś do jedzenia, bluzę, pelerynę i jeszcze kilka rzeczy). Plecak pojechał więc busem, a ja nieobciążona bagażem podążałam przed siebie. Znowu kilometraż z identyfikatora nie zgadzał mi się z faktycznym stanem rzeczy - wieża kościoła w Woźnikach pojawiła się dużo szybciej niż po zakładanych 6,5 kilometrach. Po drodze dołączył do nas ksiądz Paul, który zmieniał księdza Niosącego Światło. Znowu drogę umilał nam śpiew i żarty pielgrzymujących z nami księży. W Woźnikach pożegnałam się z księdzem Niosącym Światło, życząc mu jak najlepiej. A potem usiadłam z Ulencją i Wiolencją, aby coś zjeść i się napić. 
Ta przerwa mogłaby trwać ciut dłużej, lecz już o 12:30 ruszyliśmy w 3 kilometrową(teoretycznie, bo kilometraż w busie wskazał, że wynosiła ona niecałe 6 km) drogę do Ligoty Woźnickiej. Kiedyś odprawiana była w niej na takim wielkim polu Msza święta, teraz nabożeństwo zostało przeniesione do ostatniego punktu w drugim dniu pielgrzymki, jakim jest kościół w Starczy. Teoretycznie moglibyśmy iść z Woźnik do Starczy za jednym zamachem, jednak to 11,5 kilometra. Dlatego nie zrezygnowano całkowicie z odpoczynku w Ligocie. Muszę przyznać, że ten odcinek dał mi w kość, miałam nawet ochotę się poddać i wsiąść do busa(myślę, że x Paul nie robił by mi żadnych problemów z tego powodu), a jednak zacisnęłam zęby i szłam przed siebie. Sił dodawał mi odmawiany po drodze różaniec oraz różne śpiewane piosenki pielgrzymkowe, jak chociażby ta, która jest moją ulubioną:
Swój wysiłek ofiarowałam w pewnej sprawie, co też w jakimś stopniu dodało mi sił do dojścia do końca etapu. A i tak z uczuciem ulgi usiadłam na kocu Ulencji, kiedy przyszedł czas odpoczynku. Ten odpoczynek też zaliczał się do "błyskawicznych", trwał około kwadransa. Z drugiej strony siedzieliśmy w środku lasu, więc może to i dobrze, że ograniczyli go do minimum, bo i mniej było czasu na złapanie kleszcza, i wspinający się po drzewie chłopiec nie miał dużo czasu, aby z niego spaść. Nawet zastanawiałyśmy się, czy w razie czego wystarczy pomoc jadącej z nami służby z hospicjum, czy trzeba będzie wzywać posiłki w postaci karetki pogotowia. Wiecie, zmęczony człowiek ma różne dziwne pomysły.
Kościół w Starczy
Po godzinie 13:00 wyruszyliśmy w ostatni etap drugiego dnia wędrówki wiodący ku kościołowi pw. Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej w Starczy, gdzie zaplanowano Mszę świętą. Znowu podane w identyfikatorze kilometry nie zgadzały się z tymi, które pokonaliśmy... Ten fragment trasy poświęcony był postaci jednego z moich ulubionych świętych - Rafałowi Kalinowskiemu, którego życiorys przybliżył nam x Paul. A poza tym śpiewaliśmy różne pieśni oraz w okolicy 15:00 godziny - Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Kiedy kończyliśmy ją odmawiać, gdzieś w oddali zamajaczyła nam wieża kościelna, znak, że zbliżamy się do finału naszej wędrówki w tym dniu. 
Po wejściu na plac kościelny znalazłyśmy dogodne miejsce na rozłożenie koca i po prostu padłyśmy na nim ze zmęczenia. Na szczęście temperatura nie była wysoka, ani nie padał deszcz. Mimo wszystko starałam się wyłapać słowa wygłoszonej homilii, która była kontynuacją konferencji z poprzedniego dnia. O oprawę muzyczną zadbała diakonia muzyczna Oazy. Powiem Wam szczerze, że czułam przebytą drogę w nogach, bo kiedy przyszła pora podniesienia się po homilii albo pójścia do Komunii, to był mały kłopot. No, ale jakoś dałam radę. Potem już tylko wystarczyło dojść do położonej niedaleko szkoły i miało się tą świadomość, że na ten dzień to już koniec. Na ten dzień, a raczej wieczór, zaplanowane mieliśmy ognisko z kiełbaskami. I nawet się odbyło, połowicznie, bo ledwie rozpalili ogień, lunęło jak z cebra. Śmieszne? Może trochę.
Trzeci dzień pielgrzymki skrócono nam o jakieś 5,5 kilometrów, które powinniśmy przejść do Nierady. Wszystko przez remont drogi, uniemożliwiający przejście dotychczasową drogą, a na inną trasę nie dostaliśmy zgody od kogoś tam. A znów bez sensu jest nabijać kilometry poprzez szukanie na siłę możliwości przejścia. Toteż wymyślili, że dowiozą nas tam autokarem, który potem pojedzie do Częstochowy i tam będzie na nas czekać na parkingu. Tak też się stało. W Nieradzie już czekała na nas ta część grupy, która przyjechała z domu autokarem. Złączyliśmy się w jedność i z "Godzinkami" na ustach ruszyliśmy na ostatnie 14,5 kilometrów marszu.
Po przebyciu pierwszych 6,5 kilometrów mieliśmy ponadgodzinny postój w lesie przed samą Częstochową. Wszak przed nami był najdłuższy odcinek trasy, który liczył 8 km. To na nim dołączył do nas ksiądz Niosący Światło. I od razu zrobiło się śmieszniej(Karolina... zgubiłem sutannę - a sutanna jak gdyby nigdy nic leży na kocu). W pewnym momencie podszedł do niego ksiądz, z którym byłam na Lednicy, a widząc mnie, pomachał mi. Widząc zdziwienie księdza Niosącego Światła od razu mu wyjaśnił, że my się znamy z tamtego spotkania młodych. "Ja też jeżdżę na Lednicę" - pochwalił się nasz kierownik. No niestety, nie kojarzyłam go.
Wypoczęci ruszyliśmy w dalszą, ostatnią drogę. Chociaż jest to teoretycznie najdłuższy odcinek, to jakoś tego nie odczuwam. Nawet mogę powiedzieć, że dla mnie jest on najprzyjemniejszy. A kiedy już w oddali widzi się Jasną Górę, to nogi same niosą człowieka przed siebie. Jednocześnie ma się świadomość, że to już miasto i że nie można zbytnio wyprzedzać grupy. I to na tym odcinku miało miejsce niezwykłe jak dla mnie zdarzenie. Akurat odmawialiśmy ostatni różaniec. Szłam sobie spokojnie przed wszystkimi i nagle widzę, że zbliża się do mnie ksiądz Niosący Światło z mikrofonem. Czekałam co wykombinuje. "Weź się Karolina nie wygłupiaj i powiedz tą jedną <<Zdrowaś Maryjo>>" usłyszałam jego szept - "Potrzymam ci mikrofon" - przekonywał - "Wierzę, że dasz radę". Przekalkulowałam to sobie wszystko w myślach. Zna mnie dopiero 2 i pół dnia, więc musi mieć cholernie wielką wiarę decydując się na takie szaleństwo. Jeszcze raz spojrzałam na niego, wyraz jego oczu mówił mi, że to nie żart. Zmobilizowałam się i powiedziałam tą pierwszą część modlitwy. "Widzisz, nie ma się czego bać" szepnął mi jeszcze do ucha i poszedł dalej. "No ale czy wy myślicie, że ja mam wam trzymać ten mikrofon?" - dobiegło mnie z tyłu. Chciało mi się śmiać, no, ale nie wypadało. Nie no, udany jest, to trzeba przyznać.
Upragniony widok(zdjęcie zrobione 
już po wejściu na Jasną Górę)
Kolumna powoli posuwała się do przodu, krok za krokiem, aż w końcu weszliśmy w mierzącą ok. 1,5 kilometra słynną Aleję Najświętszej Maryi Panny, prowadzącą prosto do stóp słynnego klasztoru. Jak dla mnie jest to miejsce niezwykłe - dla wierzących - duchowa stolica Polski, dla niewierzących - miejsce zatrzymania wojsk szwedzkich podczas Potopu Szwedzkiego w 1655 r. Czy tego chcemy, czy nie, to klasztor na zawsze zapisał się nie tylko na kartach historii naszego kraju, ale i w naszej literaturze. Sienkiewicz wspaniale opisał wszystko w "Potopie" wchodzącym w skład słynnej Trylogii, książka zaś jest lekturą w szkole średniej. Nie da się wymazać Jasnej Góry ze świadomości Polaków - trzeba by ją najpierw usunąć z podręczników do historii, a to może być trudne.
Każdy krok przybliżał nas do obranego celu. Maleńka wieża klasztoru stawała się coraz większa. Przed nami rozciągało się morze ludzi posuwających się ku podestowi, na którym stał biskup i wszystkich witał. Na ławkach i po bokach poustawiali się ludzie, którzy z uśmiechem witali przybyłych pielgrzymów. Ba, nawet ktoś wyniósł kubki z wodą, żebyśmy mogli się napić po podróży. Powolnej procesji towarzyszyły wesołe śpiewy pobożnych pieśni. Powolnej, bo przecież nie byliśmy ani jedyną, ani pierwszą grupą, która dotarła na Jasną Górę, a każda z nich musiała zostać przywitana przez księdza biskupa. Wreszcie nadeszła i nasza kolej, a wejście całej grupy, jak i wszystkich innych, nie tylko z naszej pielgrzymki, można zobaczyć na filmie -> https://www.youtube.com/watch?v=znWtz71lsUw(my wchodzimy od 3:56:32)***.
Po oddaniu pierwszego pokłonu wszyscy udaliśmy się do 
Kaplicy Cudownego Obrazu, gdzie mogliśmy na moment oddać swoje radości i powierzyć troski Najświętszej Panience. Trwało to naprawdę moment, ponieważ za nami na tą chwilę czekały kolejne grupy. Następnie mieliśmy jakieś dwie godziny dla siebie. Trochę pochodziłam sobie po Jasnej Górze, poprzyglądałam się wejściom grup z Tarnowskiej Pielgrzymki na szczyt, odpoczęłam. Porobiłam też kilka zdjęć, ale nimi może podzielę się w innym wpisie, bo coś czuję, że i bez tego zrobi się niezły tasiemiec.
O godzinie 16:00 w kościele przylegającym do Kaplicy Cudownego Obrazu odbyła się uroczysta Msza święta kończąca pielgrzymkę pod przewodnictwem księdza biskupa Grzegorza Kaszaka. Rozpoczęła ją pieśń "Maryjo, śliczna Pani", którą lud odśpiewał wraz z scholą oazową. Następnie zostaliśmy powitani przez księży paulinów, gospodarzy tego miejsca. 
Homilię ksiądz biskup zaczął od przywołania słów wielkiego czciciela Matki Bożej Częstochowskiej, błogosławionego prymasa Stefana Wyszyńskiego: "Potrzebujemy Matki Bożej. Przecież nawet Bóg Jej potrzebował!(...) Nie możemy się bez Niej obejść. Bóg także nie chciał się bez Niej obejść. Szukamy u Niej ratunku i pomocy. Ona najpierw samemu Bogu była pomocą". Bo przecież Bóg mógł znaleźć inny sposób żeby przyjść na ten świat i go uratować. Wybiera jednak przedziwną drogę i poczyna się pod sercem Maryi. Z Maryi się rodzi i jej się całkowicie zawierza. Biskup przypomniał tym samym, że nowo poczęte dziecko jest całkowicie zależne od innych, a w szczególności od matki, podobnie jest, kiedy już się urodzi. Podobnie było z Jezusem i Maryją - tutaj też Dzieciątko było zależne od Matki. W ich życiu były momenty tragiczne wymagające od tej kobiety odwagi oraz wielkiego poświęcenia. Biskup przywołał tutaj historię ucieczki Świętej Rodziny do Egiptu, w środku nocy, w nieznane, gdzie nie było rodziny ani przyjaciół. Maryja nie porzuciła tu swojego dziecka, zabrali ze sobą co mogli i udali się w nieznane żeby obronić dziecko przed śmiercią. Dbała o synka, zarówno na obczyźnie, jak i po powrocie do Nazaretu, aby mógł wzrastać w łasce i w latach. Miał więc wszystko to, co do tego rozwoju było niezbędne. I kiedy nastał moment, gdy ludzie niesprawiedliwie go osądzili i skazali na śmierć poprzedzoną wymyślnymi torturami, kiedy wszyscy go opuścili, Ona syna nie zostawiła samego - wspierała go i pomagała(stała przy krzyżu i słyszała wszelkie szykany). Jakby chciała powiedzieć ludziom, że jest z nim i wspiera go na tyle, na ile może. Pan Jezus dobrze wiedział, że może się na niej wesprzeć, że Matka nigdy go nie opuści ani nie zawiedzie. I oto tam na Krzyżu tą najdroższą sobie osobę on nam ofiaruje i daje. Trzeba powiedzieć, że Matka Boża z powierzonego jej zadania wywiązuje się bardzo dobrze. Kiedy grozi nam jakieś niebezpieczeństwo lub mamy jakiś problem, to ona spieszy nam na ratunek. Spieszy nam, Polakom, jako narodowi, ale też każdemu z nas z osobna. Nikogo nie porzuci, tak jak wtedy, kiedy uciekała przed Herodem. W tym miejscu biskup odwołał się do doświadczeń Polaków sprzed ponad 100 lat, czyli wojny polsko-bolszewickiej(sierpień 1920 r.). Armia Czerwona zalała wtedy Polskę. W pewnym momencie zbliżała się coraz bardziej pod Warszawę, już prawie w niej była, już była pewna swojego zwycięstwa. Bo jak padnie Warszawa, to najpierw polegnie Polska, a potem - Europa. Jak piszą historycy: "Gdy potężny nieprzyjaciel znalazł się blisko Warszawy, wtedy stało się oczywiste, że bez Bożej interwencji wojska polskie nie są w stanie pokonać armii sowieckiej. We wszystkich kościołach w Polsce ludzie spowiadali się, uczestniczyli w Eucharystii, trwali na adoracji Najświętszego Sakramentu i modlitwie różańcowej. Szczytem modlitwy był 7 i 8 sierpnia, to był początek wielkiej nowenny błagalnej, która kończyła się 15 sierpnia. Wtedy wszystkie kościoły Warszawy miały całodobowo wystawiony Najświętszy Sakrament. Razem z rządem Episkopat Polski i z wiernymi raz jeszcze poświęcił ojczyznę Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, a na Jasnej Górze i w innych miejscach Polskę ofiarowano Maryi Królowej Polski. Oto tak zeszły się trzy wysiłki, które sprawiły cud - Najświętszy Sakrament, Najświętsze Serce Pana Jezusa i nasza najpiękniejsza Królowa Polski". Kardynał Wyszyński, który był wtedy młodym klerykiem był w Warszawie i tak to wszystko opisał: "Kościoły w Warszawie były otwarte, dniem i nocą, i ludzie trwali na modlitwie. One[kościoły] były zawsze pełne. Nie opuszczali świątyń". Prymas wspominał też, jak ludzie wyszli na ulice, aby organizować procesje pokutne. A on sam chodził wtedy od domu do domu i pocieszał ludzi. Ze słowami otuchy wchodził do polskich domów rozdając obrazki z Matką Bożą. Potwierdza to tezę, że w przypadku wszelkich niebezpieczeństw i zagrożeń Polak idzie prosić o ratunek Najwyższego. Jak przekonywał biskup, powinniśmy z tego wyciągnąć wnioski: z jednej strony, z tej wspaniałej osoby, którą mamy, która dana nam jest na obronę, na pociechę, na wsparcie dla narodu polskiego, a z drugiej strony z grożącego nam niebezpieczeństwa. Jako przykład tego zła została podana wojna na Ukrainie oraz potęga armii rosyjskiej. Przed 24 lutego, dniem ataku Rosji na Ukrainę, aż 90% Ukraińców nie wierzyło, że wybuchnie wojna. Pozostałe 10% twierdziło, że "to, co dla większości było niemożliwe stało się rzeczywistością". Homilia zakończyła się prośbą wzięcia sobie tego wszystkiego do serca i w razie zagrożeń wołać do Pani Przenajświętszej o pomoc, ratunek, pociechę, o wielką roztropność i rozwagę. A ona, kiedy usłyszy ten nasz błagalny głos, możemy być pewni, że wykona życzenie Syna. 
Ze specjalną dedykacją dla naszej
blogowej mielczarki - Pellegriny :)
Msza toczyła się dalszym rytmem. Pieśni śpiewane przez diakonie muzyczną ciekawie ją uzupełniały. A kiedy usłyszałam "Święty, święty, święty" śpiewane z podziałem na głos męski i żeński, to aż poczułam gulę w gardle. Chociaż moją ulubioną wersją jest to z mojej Pierwszej Komunii Świętej - "Hosanna, hosanna, hosanna memu Bogu". Następnie nastąpiło przemienienie chleba w Ciało Chrystusa i wina w Jego Krew. Hmm... na myśl zawsze mi się wtedy nasuwają słowa jednej z pieśni: "Kiedyś wino i chleb, teraz Ciało i Krew, możesz wierzyć lub nie, to naprawdę dzieje się". Coś w tym jest, nie każdy wierzy, że pod tym białym opłatkiem kryje się sam Bóg, niektórzy wręcz pogardliwie nazywają komunikanty białym wafelkiem. Ja jednak wierzę, że w tym "białym wafelku" naprawdę ukryty jest Chleb Życia. Bo przecież jak śpiewamy: "Tyś w wieczerniku Siebie raz tylko uczniom dał, w ołtarzu-ś się, jak w niebie, powszednim chlebem stał". Nie powinna więc dziwić liczba osób, która podczas Mszy świętej przystąpiła do Komunii przy dźwiękach pieśni "Chrystus Pan karmi nas swoim świętym Ciałem" oraz "O wychwalajcie Go wszystkie narody". Na koniec ksiądz Dyrektor podziękował wszystkim za tą pielgrzymkę i oczywiście zaprosił na kolejną, w przyszłym roku. Otrzymaliśmy także uroczyste końcowe błogosławieństwo, którego udzielił nam ksiądz biskup. Ze świątyni wyszliśmy śpiewając, a jakże inaczej, "Czarną Madonnę".
Przed bazyliką odnalazłam Ulencję i Wiolencję, które nawet ucieszyły się na mój widok, bo, podobno, już się zastanawiały co się ze mną stało. Jak widać, w przyrodzie nic nie ginie. Nawet ja. Po chwili zmierzaliśmy na parking, gdzie już czekał na nas autokar. Ponieważ byłyśmy pierwsze, nie miałyśmy kłopotów z zajęciem miejsc. Z czasem zaczęli przybywać kolejni uczestnicy pielgrzymki, aż w końcu mogliśmy ruszyć w drogę powrotną do domu. 

* Ogólnie zaleceniem dyrektora pielgrzymki był powrót na noc do własnych domów, jednak ksiądz Niosący Światło załatwił nam swoimi sposobami noclegi w szkołach
** Byliśmy jedyną grupą, która miała swojego busa jeżdżącego na wszystkie postoje oraz zbierającego tych, którzy już nie mogli iść dalej
*** Ten okrzyk brzmiał "To my, to my, to my, anielskie lwy" :)

15 komentarzy:

  1. Ten gołąb w całej sytuacji był bardzo symboliczny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś bardzo chciałam wziąć udział w takiej pielgrzymce. Może kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniała grupa, wspaniali ludzie .Gitarę i śpiew zawsze uwielbiam przy wszelakich procesjach, zapewne z obolałymi nogami wróciłaś ale zadowolona i szczęśliwa.pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pan Bóg daje nam takie drobne znaki właśnie jak ten biały gołąbek. Jakie to piękne!

    OdpowiedzUsuń
  5. Podziwiam Cię że chciało Ci się iść. Dla mnie to nie byłby żaden wyczyn, bo będąc nad Bałtykiem robiłam dziennie ponad 10 km na nogach ale dla Ciebie na pewno był!! Poza tym lubię piosenki kościelne, kiedyś ich namiętnie słuchałam a Zespół TRWAM był moim ulubionym. Kto wie czy kiedyś i ja się na taką pielgrzymkę wybiorę !! Brawo TY !!.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. znów Ciebie podziwiam! Taka pielgrzymka, pięknie!
    okularnicawkapciach.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Brawo Ty! Jestem pełna podziwu dla Ciebie i Twoich osiągnięć! Nigdy się nie poddajesz i za to podziwiam Cię najbardziej. Ten biały gołąbka jest bardzo wymownym znakiem! Kochana, jesteś wielka!
    Pozdrawiam Alina

    OdpowiedzUsuń
  8. nie wiedziałam ze pielgrzymka ma dyrektora

    OdpowiedzUsuń
  9. Czarna Madonna to wyjatkowo piękna IKONA....
    Gratuluje uczestnictwa i pięknego opisu.

    OdpowiedzUsuń
  10. Kiedyś chodziłam na harcerskie pielgrzymki, zdarzyło mi się też śpiewać do mszy św. w Częstochowie własnie, pod samym obrazem. Przeżycia były mistyczne.

    OdpowiedzUsuń
  11. Już dawno nie byłam na Jasnej Górze; nigdy nie byłam na pieszej pielgrzymce. Na zdjęciu widzę piękną roześmianą grupę pielgrzymów. Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Brawo, podziwiam Cię! Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  13. Byłaś tak blisko mnie, bo pielgrzymkowe, zagłębiowskie szlaki biegną przez moją miejscowość. A ja wtedy dosłownie przejeżdżałam obok tych wędrujących pielgrzymek. Gdybym wiedziała, ze tam idziesz, podałabym Ci chociaż coś miłego na długą drogę :) Gratuluję każdej chwili!

    OdpowiedzUsuń
  14. Zawsze podziwiam tych, którzy pieszo pielgrzymują do Częstochowy, niemniej przyznaję, że całości tego wpisu nie przeczytałam. Piszesz długie teksty bez wyróżników kompozycyjnych. Może podziel to na jakieś akapity, skoro opisujesz kilka dni, to niech każdy będzie osobno. Można nawet je zatytułować: dzień pierwszy, dzień drugi itp. Poza tym mam wrażenie, że opisywanie zbyt szczegółowe nieco rozprasza, rozmydla sens tego pielgrzymowania.

    OdpowiedzUsuń