Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 14 sierpnia 2024

2011. Podmiejskie tereny - tak bliskie mojemu sercu

Nie lubię myśleć, że mam szczęście mieszkać w najpiękniejszym miejscu na Ziemi. Już dawno nabrałam przekonania, że gdyby każdy człowiek tak myślał, a wręcz wyrażał się tak o swoim miejscu zamieszkania, to gdzie tak właściwie by ono było? W Europie? W Azji? Na równiku? Czy może na śnieżnej Alasce? Przecież to z definicji powinno być jedno jedyne miejsce w całym wszechświecie. Więc gdzie ono jest? Jasne, można to pojmować jako przenośnię i dla każdego tym najlepszym miejscem może być to, gdzie mieszka. Tylko, że i tak dalej mnie "gryzie" ten przedrostek "naj".
Z drugiej strony równie często spotykam się z dziwną zazdrością tego, że ktoś mieszka na wsi, a ktoś w mieście i jeden drugiemu zazdrości wielu rzeczy nie doceniając tego, co ma. A może to, co posiada osoba mieszkająca w mieście / na wsi, jest w zasięgu tej drugiej. Czasami są to istotne sprawy, ale czasami tak błahe, że aż żal jest czytać owe księgi skarg i zażaleń.
Nie uważam, że jestem największą szczęściarą żyjąc w mieście. Ale nie zazdroszczę też tym, co mieszkają na wsi. Sama w czasach szkolnych spędzałam dość dużo czasu mieszkając u rodziny na wsi i poznałam jej realia, głównie od tej negatywnej strony. Oj, daleko mi było do błogiego wypoczynku, w okresie żniw chodziło się z innymi do pola stawiać snopki albo pomagać w stodole, w czasie wykopków - zbierać z innymi warzywa z pól. A pola uprawne niekiedy były naprawdę ogromne, zwłaszcza w oczach dziesięcio-, jedenastoletniego dziecka. Pamiętam, jak raz przepłakałam cały pobyt, bo cała klasa pojechała na zawody, a ja z rodzicami na wieś na wykopki. Żeby nie było - krowy na pastwisko też wyprowadzałam. I owce w górach też pogubiłam. Ja wiem, że czasy się zmieniają, że teraz i dzieci i rolnicy mają więcej luzu. Ale jeszcze te 20, 15 lat temu praca na roli była naprawdę ciężkim kawałkiem chleba.
Mimo wszystko lubię moją miejscowość, nawet jeżeli na pierwszy rzut oka jest przemysłowa, zakurzona, hałaśliwa i zalana betonem. Jednak jeżeli poświęci się trochę czasu i pójdzie na jej obrzeża, które znajdują się za torami kolejowymi, trafi się w innym świecie. Można tam podjechać lokalnymi autobusami, ale ja jednak wolę przejść się te 5 kilometrów. To nie jest daleko, a można zrobić coś dla swojego ciała i zdrowia. Dzisiaj pozwoliłam sobie na wyprawę na zamiejskie łąki, w celu poszukania roślin na jutrzejsze święto Matki Boskiej Zielnej.
Gdzieś po drodze znalazła się chwila na przysiadnięcie na jednej z alejkowych ławeczek i uzupełnienie płynów (było bardzo, ale to bardzo gorąco). A także na przeczytanie kilku stron z nowego książkowego nabytku.
Kilka razy wspominałam Wam gdzieś na blogu o naszych miejskich zbiornikach wodnych. Tak się złożyło, że znajdują się one w sąsiedztwie łąki, na którą się wybrałam. Szkoda byłoby o nie nie zahaczyć, chociaż na chwile. Jak widać są one ostoją dla miejscowych i turystów, a i mało przemysłowe widoki skłaniają do wypoczynku. Plaża, woda, ścieżki rowerowe - raj dla miłośników rekreacji.
Jednak dzisiaj, jak można się domyśleć, nie było czasu na leżing, plażing, nic nie robing, a zamiast tego musiałam poszukać jakichś roślin na jutrzejszy bukiet. Na szczęście dosyć okazała łąka znajdowała się tuż przy zbiorniku wodnym.
A tutaj chyba mamy namacalny skutek czwartkowej nawałnicy - drzewo przełamane na pół.
Po zebraniu skromnego, ale dosyć okazałego bukietu postanowiłam wracać. A teraz najlepsze - tak się zaaferowałam tym zbieraniem roślin, że straciłam rachubę czasu. Zdawałam sobie sprawę z tego, że może być późno, ale kiedy zobaczyłam na przystanku, że jest 16:30, przyspieszyłam tempa. Wszak o 18:00 była Msza odpustowa w parafii św. Maksymiliana Kolbego, którego wspomnienie dzisiaj przypada. 
Po powrocie do domu wzięłam szybki prysznic, zjadłam jeszcze szybszy obiad, założyłam granatowe spodnie i koszulę w kratę i niemal biegiem ruszyłam do kościoła.
Może głupio to zabrzmi, ale lubię takie eskapady jak dzisiaj, kiedy mam możliwość, niczym odkrywca z przełomu średniowiecza i renesansu, odkrywać nowe obszary mojego miasta, albo na nowo odkrywać już kiedyś poznane. Nie oznacza to, że uważam się za szczęściarza, który żyje w najlepszym i najpiękniejszym miejscu na świecie. Bo żyję w  najzwyklejszym mieście, w którym na pierwszy rzut oka mało jest takiej "wiejskiej" zieleni, czy też zacisznych miejsc. Ale jeżeli tylko chce się takie znaleźć, to przy odrobinie szczęścia i wytrwałości może się to udać. Trzeba tylko umieć docenić swoje miejsce zamieszkania biorąc pod uwagę to, że inni żyją inaczej. Nie lepiej, ani nie gorzej, ale inaczej. To bywa trudne, wymaga pokory, bo przecież nie zawsze potrafimy docenić to, co mamy, ani tym bardziej dostrzec, że innym żyje się dobrze tam, gdzie mieszkają na co dzień. Ale kiedy już nam się to uda to dostrzeżemy i zrozumiemy, że nie tylko my żyjemy w tym "najlepszym" miejscu na Ziemi, ale inni też, gdziekolwiek by ono nie było.

27 komentarzy:

  1. Ja doceniam miejsce, w którym mieszkam. Chociaż przy głównej ulicy, to jednak zaletą jest, że wszędzie blisko; nawet gdybym nie posiadał samochodu, to jest komunikacja miejska. Oczywiście, uwielbiam przyrodę i wyprawy na łono natury, szczególnie pod namiotem lub na wodzie, oraz odwiedzanie małych miasteczek, ale na dłuższą metę widzę wiele niedogodności, z jakimi się muszą borykać ich mieszkańcy.

    Jest takie przysłowie angielskie: „The grass is always greener on the other side of the fence” („Trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu”). I warto o tym pomyśleć, że nie ZAWSZE tak jest!

    A na marginesie… całe życie mieszkałem w dużych miastach, jednakże miałem okazję, jako nawet nie nastolatek, spędzić 2 lata na wsi. Okres też wspominam jako najpiękniejsze lata mojego życia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też lubię miejsce, w którym mieszkam. Bo co mam innego zrobić? Narzekać, że to czy tamto jest be? To najczęściej nie zależy ode mnie, więc po co szukać problemów na siłę? Ale też nie uważam, że mieszkam w najpiękniejszym, najwspanialszym i w ogóle miejscu na świecie. Bo myślę, ba, niemal mam pewność, że zawsze znajdzie się miejscowość lepsza od mojej. Co nie oznacza, że nie potrafię szukać i znaleźć plusów mojej miejscowości. Pozdrawiam

      Usuń
  2. Bardzo ciekawa relacja, ja tam nikomu nie zazdroszczę i cieszę się z tego, co mam wokół; jak jest praca, to praca, jak wypoczynek, to wypoczynek, gdziekolwiek się mieszka... mój bukiet tez w połowie z roślin polno-łąkowych, u mnie w regionie obowiązkowo musi być piołun

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli mamy podobne odczucia co do naszych miejsc zamieszkania. Pozdrawiam

      Usuń
  3. Mnie do prac polowych czy gospodarskich nie zaganiano, ale uwielbiałam pobyty na wsi, za życia moich dziadków. Gdy gospodarstwo przejął ich syn, miejsce to, nie było już "naj" i dlatego ostatni raz byłam tam 30 lat temu. Sami możemy sobie stworzyć to najpiękniejsze miejsce, trzeba tylko chcieć. Nieustannie Cię podziwiam i pozdrawiam. Iwona Zmyślona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie do prac wiejskich zaganiano w takim stopniu, w jakim byłam stanie temu sprostać. I to nie był sielankowy czas pełen spacerów, bo człowiek był tak zmęczony, że nie miał na to siły. Myślę, że każde miejsce jest na swój sposób wyjątkowe i niezwykłe, jeżeli tylko będziemy potrafili dostrzec i zauważyć tą niezwykłość. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Takie wycieczki sprawiają, że docenia się świąt tuż obok nas. Dają chwilę wytchnienia. Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Docenianie - TAK, ale nieustanne przeświadczenie, że mieszka się w naj miejscu na świecie - już NIE. Pozdrawiam

      Usuń
  5. Piękną wycieczkę sobie zrobiłaś, z tym naj to różnie, jedni wolą miasto ,inni wieś a mój stwierdził że do miasta by nie wrócił.Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękna, ale dłuuuga. A nogi potem bolały. Pozdrawiam

      Usuń
  6. Witaj Karolinko
    Każdy z nas ma swoje miejsce na ziemi, które jest bliskie jego sercu, które dla niego jest najpiękniejsze... I dobrze, bo każdemu jest ono potrzebne.
    Piękna wycieczka. I ja taką wczoraj odbyłam w poszukiwaniu roślin do bukietu.
    Pozdrawiam świątecznie z moich szumiących stron

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też kocham moją małą ojczyznę. Bo przecież to w niej przyszło mi żyć. Ale mam też przeświadczenie, że nieustanne mówienie o niej w kategorii "naj" byłoby niejako przejawem pychy względem całego świata. Pozdrawiam

      Usuń
  7. Ja też kocham swoje miejsce na ziemi. Wczoraj też chodziłam po łące i zbierałam kwiaty do dzisiejszego bukietu. Oprócz kwiatów przyniosłam na nogach dwa kleszcze.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie tym razem obyło się na szczęście bez kleszczy. Pozdrawiam

      Usuń
  8. Uwielbiam odkrywać nowe miejsca u mnie w mieście! Niektóre tak wyglądają, że gdyby mi zawiązać oczy, pokrążyć gdzieś długo i mnie tam wypuścić, nie zgadłabym, że jestem tak blisko domu. :)
    Ogólnie mojemu miastu można trochę zarzucić i nie jest najpiękniejsze, ale ogólnie mieszka się tam nieźle. Na wsi nigdy nie chciałam, blisko centrum dużego miasta mogłabym, ale raczej nie na stałe. :) Niekoniecznie też miejsca, które uważam za piękne, są dobre do życia - bo np. w niedalekiej okolicy Złoty Potok jest śliczny, ale dla mnie za daleko od wszystkiego. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Kochana Karolciu ! Ja też uwielbiam takie eskapady w nieznane i miejsca, gdzie kończy się droga. Zatem witaj w klubie odkrywców ! Lubisz mieszkać w mieście, a jednak ciągnie Cię do zacisznych łąk. Ja lubię być na wsi, lecz czasem tęsknię za miastem, ale tylko czasem. Ha ha !!! Pozdrawiam Cię serdecznie :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie eskapady w nieznane bywają bardzo pouczające i pozwalają lepiej poznać miejscowość, w której przyszło nam żyć. Pozdrawiam

      Usuń
  10. Świetna wycieczka. Obcowanie z naturą to bezcenne chwile. Ja uwielbiam swoje miejsce na ziemi. Szczególnie, że mam blisko do morza . Pozdrawiam serdecznie ☀️🌞☀️🌞🌞

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest tak, że nie lubię mojego miasta, bo lubię, staram się dostrzegać jego piękno, ale nie uważam, żeby było tym naj miejscem na świecie. Pozdrawiam

      Usuń
  11. Tak naprawdę wszędzie wydaje się lepiej, gdzie nas nie ma. A wystarczy się rozejrzeć dokoła i dostrzec piękno, które jest na wyciągnięcie ręki.

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie mamy się czego wstydzić, Polska jest piękna, ciekawych zakątków mnóstwo, a ludzie wszędzie podobni:-)
    jotka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ileż z tych zakątków pozostało nieodkrytych? Pozdrawiam

      Usuń
  13. Prawdę mówiąc, bardzo lubię region, w którym mieszkasz.
    I dobrze się czuję tu, gdzie sama mieszkam.
    Ostatnio trochę interesowałam się Sycylią. Piękne miasta, bo to przecież Włochy, ale poza nimi krajobraz niemal pustynny, deszcz padał tam w grudniu. W miastach takich jak Palermo i Katania nie brakuje wody, nie może, bo mają duże wpływy z turystyki, ale już na prowincji pewnie tak dobrze nie jest. A bardzo wysokie temperatury latem? U nas przy 35 stopniach już trudno zdzierżyć...
    Wieś od kilku dekad bardzo się zmieniła. Ludzie, którzy pamiętają lata 70 i 80 ubiegłego wieku twierdzą, że kiedyś lepiej było. Pracy było niemało, ale każdy wiedział co ma do zrobienia i czuł się potrzebny. Dziś maszyny ułatwiają pracę, ale czasu wolnego nie przybyło. A ciągłe narzekania, że mało, mało ,mało i więcej by się zdało. Wszystkiego, a w szczególności forsy. Mało kto jest zadowolony z tego co ma. Kiedyś ludzie na wsi byli bogobojni, a tym co przeżyli II wojnę światową, nie trzeba było tłumaczyć, co to pokora.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale teraz też wiele ludzi mieszkających na wsi zrezygnowało z pracy w polu, z hodowli zwierząt w oborach, zastanawia mnie, czy wiedzą co to jest cep, pług, brono, czy kiedykolwiek robili coś na roli. Mają co najwyżej ogródki. Piszą o sielskim, anielskim życiu spędzanym na wycieczkach oraz grillu. I tak sobie myślę - co oni wiedzą o pracy na wsi. Pozdrawiam

      Usuń
  14. I jeszcze mały dopisek zrobię. Będąc dzieckiem mieszkałam w mieście, ale wakacje poza obozami harcerskimi, wczasami spędzałam u rodziny na wsi. Pracy było dużo, ale z jakim sentymentem wspominam wykopki i tak zwaną maszynę czyli młócenie zboża w stodole. Schodziło się wtedy pół wsi, żeby pomóc. Najpierw wspólna praca, a potem wspólny podwieczorek czyli posiłek. Jak to jednoczyło ludzi!!! Dziś prawie tego nie ma. Jeśli ktoś potrzebuje ludzi do zbiorów w sadzie czy na polu, to bardzo nieliczni proszą o pomoc swoich sąsiadów, częściej zatrudnia ludzi z zewnątrz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też to zauważyłam. Dzisiejsza wieś bardzo różni się od tej, którą zapamiętałam z dzieciństwa. Z drugiej strony bardzo dużo mieszkańców wsi mojej mamy w dalszym ciągu utrzymuje się z roli. I myślę, że mało kiedy przychodzi im na myśl: "wsi radosna, wsi wesoła".

      Usuń