Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 15 stycznia 2026

2307. W obronie wartości

Podejrzewam, że za ten wpis dostanę "po głowie" zwłaszcza od tych, którym nie po drodze z Kościołem. Tak było wielokrotnie, chociażby wtedy, gdy nie pochwalałam "czarnego protestu kobiet". Wychodzę jednak z założenia, że jeżeli piszę u siebie na blogu i nie wszyscy muszą to czytać oraz że jeżeli w nikogo wprost nie uderzam, to nie robię równocześnie nikomu krzywdy. A że ktoś się nie zgadza z tym co piszę? No cóż, ja też się nie zgadzam ze wszystkimi wpisami innych, ale staram się tego zbytnio nie akcentować, zwłaszcza na ich blogach.
Pierwsze oficjalne rady pedagogiczne na koniec pierwszego półrocza mam już za sobą. Jako młodszy wychowawca świetlicy, w dodatku na zastępstwie, nie miałam zbyt dużo do gadania, zwłaszcza w przypadku uczniów klas wyższych, którzy stosunkowo rzadko do nas przychodzą. Dzieciaki z młodszych klas bywają uciążliwe, ale da się wytrzymać. W każdym razie, nie jest tak strasznie, jakby się mogło wydawać.
W kuluarach pokoju nauczycielskiego raz po raz pojawia się temat głośnego w ostatnim czasie zachowania nauczycielki ze szkoły podstawowej w Kielnie, która zabrała dzieciom krzyż i wyrzuciła go do kosza. Zareagowały na to dzieci, które stanęły w obronie tego, w co wierzyli. Potem sprawę nagłośnili rodzice, w mediach zaczęła się a to nagonka na nauczycielkę, a to na całą resztę. Katolików zbulwersowała ta sprawa, przeciwników katolicyzmu wręcz przeciwnie. Pochwalili takie zachowanie. Myślę, że znając mnie domyślacie się, po której stronie tego sporu stoję.
Tu nie chodzi o to, że nauczycielka zabrała dzieciom coś, czym mieli bawić się na lekcji. Też zabierałam wielokrotnie dzieciakom przedmioty, których używały albo niezgodnie z przeznaczeniem, albo wbrew wyraźnemu zakazowi. Czasami były to też przedmioty kultu religijnego. Ale nigdy nie wyrzuciłabym ich do kosza, zwłaszcza na oczach ich właścicieli. To tak, jakbym im pokazywała, że mam gdzieś ich tożsamość, wyznawane przez nich wartości. Poza tym to nie jest moja własność. Nawet kiedy chcę wyrzucić coś należącego do szkoły, to zawsze wolę skonsultować to z innymi współpracownikami. Wielokrotnie pytałam zwolenników takiego zachowania, czy tak samo postąpiliby w przypadku, gdyby dany uczeń był dzieckiem wpływowego polityka albo wyznawcą np. islamu. Zawsze wtedy zapadała niezręczna cisza. A ja miałam ochotę zadać pytanie: dlaczego nie? Czym się różni katolik od muzułmanina? Czym przeciętny uczeń od dziecka biznesmena? No właśnie.
Nie bronię uczniów, dziwię się jednak nauczycielce, która podobno już wcześniej przejawiała nerwowe zachowania. Czy takie osoby nie są okresowo badane przez psychologów? Zwłaszcza, że już wcześniej pojawiają się niepokojące sygnały. Przecież nawet ja musiałam przejść przez całą masę badań i rozmów, zanim rozpoczęłam pracę, choćby na zastępstwie. Rozumiem, że jako osoba z mpd mogę wzbudzać wiele zastrzeżeń, ale... 

A tak odnośnie obecności krzyża w miejscach publicznych, to przypomniała mi się taka oto sytuacja:
Pani Krysia pracowała jako pielęgniarka w osiedlowej przychodni zdrowia. Pewnego razu jedna z jej koleżanek przyniosła do ich dyżurki krzyż i powiesiła go na ścianie. Po kilku tygodniach pani Krysia zauważyła, że został on zdjęty i położony na stole. Z pomocą konserwatora zawiesiła go znowu na ścianie. Po kilku tygodniach znowu zniknął. Pani Krysia tym razem znalazła go w koszu na śmieci. Posmutniała, ale ponownie zawisł on na ścianie. Nie minęło kilka tygodni, jak pani Krysia przechodząc obok śmietnika zauważyła charakterystyczny krzyż. Podniosła go i schowała do torebki. W dyżurce przekonała się, że krzyż ponownie został zdjęty. Zasmuciło ją to, ale nie powiesiła go z powrotem na ścianie, tylko wzięła do domu i zawisł w dużym pokoju. Po kilku latach, przechodząc obok tego samego śmietnika, pani Krysia źle się poczuła i upadła. Przed utratą przytomności zdążyła wyszeptać: "Jezu, pomocy". Kiedy ocknęła się w szpitalu okazało się, że miała udar. Jednak chwilę po tym jak zemdlała, obok przechodziła inna kobieta, która wezwała pomoc. Dzięki szybkiej pomocy skutki udaru nie były takie duże i rozległe. Po latach opowiedziała tą historię księdzu, podsumowując ją słowami: "Jezus został wyrzucony na śmietnik jak jakiś śmieć, a potem pod tym samym śmietnikiem uratował mi życie".