Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 7 listopada 2014

41. Niecodzienne popołudnie

Przedstawiam Wam dzisiaj jedną z moich najbliższych przyjaciółek, M. M. poznałam dosyć późno, bo dopiero w gimnazjum. Przyszła do nas w drugim półroczu mojej pierwszej, a jej drugiej klasy (pisałam już może wcześniej, że klasy w mojej podstawówce, a później gimnazjum były łączone?). W sumie to na początku została przydzielona do klasy specjalnej, jednak jeszcze tego samego dnia okazało się, że to pomyłka i przeniesiono ją do nas. Jakie było moje pierwsze wrażenie? Dosyć specyficzne - zajmowaliśmy najmniejszą salę, gdzie były 4 ławki na kilkanaście osób i w każdej siedziało po 4-5 uczniów (gdzie standard mówi o 2), więc uznałam, że po prostu będziemy mieli jeszcze mniej miejsca. 
Sama M. była zagubiona, nieśmiała i małomówna. Trzymała się od nas na dystans, kiedy my ganialiśmy po obcisłym korytarzu w granatowych mundurkach i koszulach z kołnierzykami. Usadzono ją w ławce z drugoklasistami, aby mogła z nimi się zintegrować. Na lekcjach była spokojna i chociaż zapewne wiedziała więcej niż my (była przecież z masowej szkoły), to jednak wolała siedzieć cicho. Jedynie na w-fie nie wykonywała większości ćwiczeń twierdząc, że nie da rady. Nie była też przypisana do żadnej sekcji sportowej. 
Jak to się stało, że się zaprzyjaźniłyśmy? Otóż pod koniec roku szkolnego 2003/2004 pojechałyśmy na doroczną Zieloną Szkołę, która była nie tylko dla trzecioklasistów, ale wszystkich uczniów. Na początku mieszkałyśmy osobno, jednak po kilku dniach zakwaterowano nas razem (we szczegóły nie będę wnikać). Wraz z nami mieszkała jeszcze taka A., którą też bardzo lubię. Tak się złożyło, że w niedzielę do M. przyjechali rodzice i wzięli naszą trójkę na spacer. A potem podczas remontu klasy zapoznali się z moimi. Ja tymczasem bez problemu dogadywałam się z M. i razem robiłyśmy różne rzeczy na przerwach. Niestety, musiałyśmy się  rozstać na dwumiesięczną, wakacyjną przerwę. Ale że jeszcze w sumie byłam dzieckiem, to te dwa miesiące spędziłam na zabawach z rodzinką. Z drugiej strony cieszyłam się we wrześniu, że wracam do szkoły, bo wreszcie będę mogła zobaczyć się z M. 
Ku naszej radości przydzielono nam też większą salę, dzięki czemu mogłyśmy siedzieć razem w ławce. A już na początku roku zaprosiłam M. na moje urodziny, które przypadały na koniec września. M. zgodziła się bez namysłu. I chociaż u mnie jest dużo skromniej niż u niej, to jednak doskonale bawiłyśmy się tego dnia. Okazało się bowiem, że obydwie tak samo lubimy słuchać piosenek zespołu "Ivan i delfin". 
Od tego czasu regularnie do siebie przychodziłyśmy, nawet kilka razy pojechałam z nią do jej babci i nie zmieniło się to nawet wtedy, kiedy M. zmieniła szkołę. Co więcej, podczas naszego spotkania na moje 15 urodziny namówiłam ją, aby przyjęła sakrament bierzmowania w naszej świątyni (nie zrobiła tego w swojej). W dwójkę zawsze raźniej jest przebrnąć przez pewne rzeczy. Zwłaszcza, kiedy wychowuje się w niepraktykującej rodzinie. Nasze spotkania trwają do dzisiaj, a ostatnio dołączyła do nich też A. Jedno z nich miało miejsce dzisiejszego dnia. McDonald, łażenie po sklepach, zastanawianie się, czy w danej kreacji będzie nam do twarzy. Normalne życie kobiet, prawda? Bo kto powiedział, że niepełnosprawni mają siedzieć zamknięci w czterech ścianach? 
Lubię takie wypady, zwłaszcza, że nie zdarzają się one codziennie. Pozwalają mi wyrwać się z codziennej bieganiny, zmartwień i obowiązków. Dziewczyny opowiadają takie historie, że czasami brzuch mnie boli ze śmiechu, tak jak dzisiaj. M., A., dziękuję Wam, że wyrwałyście mnie dzisiaj z czterech ścian, w których zawalona byłam prasowaniem, że pozwoliłyście mi na chwilę zapomnieć o codzienności, wsparłyście dobrym słowem. Mam nadzieję, że takich spotkań będzie jeszcze wiele w naszym życiu.
Z M. na Zielonej Szkole w 2005 roku

środa, 5 listopada 2014

40. Zrozumienie człowieka nie zależy od wyrazistości jego wymowy, ale od słuchającej go osoby

Jeszcze w szkole podstawowej obserwując otaczający mnie świat, postawiłam (nawet o tym nie wiedząc) następującą hipotezę: "Zrozumienie człowieka nie zależy od wyrazistości jego wymowy, ale od słuchającej go osoby". W dniu wczorajszym znalazła ona doskonałe odzwierciedlenie. A ja kolejny raz poczułam, jakbym na katowickim AWFie dostała obuchem w twarz od anglistki. 

Na pierwszych zajęciach z języka niemieckiego germanistka zapowiedziała, że chce nas lepiej poznać i zaproponowała, aby każdy z nas zrobił o sobie prezentację, które będziemy przedstawiać na kolejnych zajęciach. Zgłosiłam się do wygłoszenia jej 4 listopada uznając, że później mogę mieć nawał pracy. Zresztą staram się niczego nie odkładać na ostatnią chwilę. Długo zastanawiałam się, jak mogę zaprezentować swoją osobę, w końcu uznałam, że opowiem o jednej z moich pasji, czyli o sporcie. Nie mam niestety zbyt dużej ilości zdjęć z zawodów, dlatego pomysł z prezentacją multimedialną spalił na panewce, na szczęście mam kilka medali, w tym z Mistrzostw Polski, którymi mogłam się pochwalić. Jeszcze w październiku napisałam sobie wzór tego, co chciałam powiedzieć. Przy niektórych słowach, na przykład die Wettbewerben (zawody), der Hochschulsportverein (uniwersytecki klub sportowy), czy też die Nationalmannschaft (kadra narodowa) zaczynało mi szybciej serce bić i pojawiała się myśl - jak ja to wypowiem. Co prawda na maturze ustnej dzieliłam sobie dłuższe wyrazy na sylaby, ale przecież nauczyciel nauczycielowi nierówny. Tym bardziej, że znowu mogłam usłyszeć od lingwistki, że nie rozumie co do niej mówię. Tydzień temu nie było mnie na zajęciach (zrezygnowałam z nich na poczet uczestnictwa w pogrzebie rodziny Kmiecików, więcej można przeczytać w artykule mojego autorstwa na portalu wiadomości24 - http://www.wiadomosci24.pl/artykul/pozegnanie_rodziny_dziennikarzy_oraz_ich_synka_w_katowicach_316253.html) więc de facto miała powód, aby jakoś mnie przytemperować. Stało się jednak coś zupełnie odwrotnego. 
Jeszcze przed zajęciami wspierałyśmy się z moją imienniczką z kierunku dziennikarstwo i komunikacja społeczna, która też tego dnia miała prezentację o sobie. Od niej dowiedziałam się, że tydzień temu nie było jakiegoś specjalnie wysokiego poziomu. Ja jednak wolałam być ostrożna, zwłaszcza po przygodzie z panią R. Byłam druga w kolejności, więc na szczęście miałam czas, aby opanować towarzyszące mi nerwy. W końcu musiałam wyjść na środek i się zaprezentować. Na początku miałam typowy szczękościsk, na szczęście z każdą chwilą nachodziło przyjemne odprężenie. Ostatnie zdania mówiłam całkiem na luzie. Tak jak wcześniej pisałam, za tematykę wzięłam sobie uprawianie sportu (w opcji tzw. "b" była to schola, natomiast opcja "c" dotyczyła oratorium i wolontariatu, ale one odpadły ze względu na jeszcze bardziej skomplikowane słownictwo). Na zakończenie pokazałam pozostałym zgromadzone medale, które oglądali z uznaniem. 
Germanistka za to była pozytywnie zdziwiona, a zarazem zaskoczona tym, że ktoś z powodzeniem dzieli tak różne pasje, jak sport i teologia (ciekawe co by powiedziała na wynik mojej rozszerzonej matury z matmy, to by było prawdziwe zdziwienie). Osobiście uważam, że jak ktoś chce, to wszystko może pogodzić. Jeszcze tylko padło pytanie co dokładnie trenuję (jak na złość wyleciało mi słowo określające skok w dal), na ile biegam, a na koniec życzenia, abym spełniła swoje marzenia i dostała się do kadry. Nauczycielka oraz pozostali wszystko zrozumieli, chociaż dopiero oswajają się z moja specyficzną wymową. W tym semestrze mamy jednak retorykę i emisję głosu, więc myślę, że trochę poprawię swoją artykulację.
Hej, ostatnio naprawdę zaczynam wierzyć w siebie. W sobotę opinia szefowej scholi, wczoraj ten niemiecki, w dodatku bez problemu dogaduję się z grupą. Gdybym jeszcze tylko zrobiła to magisterium z turystyki i rekreacji... Ale ja je zdam, choćby na końcu świata. Grunt to determinacja.
A tutaj jedno z niewielu moich zdjęć z zawodów - Spała, luty 2010 i 3 miejsce w skoku w dal (skoczyłabym chociaż centymetr dalej i miałabym srebro)

poniedziałek, 3 listopada 2014

39. Grunt to się nie denerwować

Ostatnio za dobrze mi się w życiu układało. Zwłaszcza na studiach. Wbiłam się w pewien rytm i nawet pobudki o 4:30 rano były dla mnie do przejścia. Dzisiaj uszczęśliwiona odebrałam mój bilet miesięczny do Krakowa i z powrotem. Mój banan zniknął jednak z ust, kiedy zobaczyłam karteczkę informującą, że od 15 listopada zostają zawieszone niektóre kursy tej linii. No i niestety, wśród nich znalazł się kurs o 5:45 (do Krakowa) oraz o 18:35 z Krakowa. Chyba się załamię. Rano jadąc następnym kursem o 6:45 nie mam szans zdążyć na czas na uczelnię na zajęcia rozpoczynające się o 8 (próbowałam, nie da się, na dworcu jestem po 8, a zanim dojdę na Franciszkańską mija kolejne 25 minut). Wieczorem co prawda ostatniego kursu o 19:35 nie odwołali, ale jadąc tym busem jestem w domu o 21. Więc też za bardzo nic się nie da zrobić. Klops. Pozostaje problem, którego nie mam pojęcia jak rozwiązać. Co prawda na 8 mam tylko dwa razy, zresztą o tej 21 też bym wracała tylko przez 2 dni, jednak nic mnie to nie zbawia. Najwyżej będę kombinować z dostaniem się z Katowic. Albo się zajadę, albo nie. Ale mam nadzieję, że jakoś dotrwam do następnego roku, kiedy wszystkie kursy wrócą do normy. Nie wiem tylko, czy nie będę musiała dojeżdżać wtedy do Sosnowca, ale z tym już dam sobie radę.

Denerwuje mnie też brak sali na uczelni, w której moglibyśmy mieć geografię. Mamy co prawda jedną przydzieloną, ale nie spełnia ona wymagań prowadzących. Więc przez pół godziny chodzimy w poszukiwaniu odpowiedniej sali. A potem musimy kończyć półtora godziny wcześniej, bo już wchodzi do niej inna grupa. Można i tak, ale straconego czasu nic nam nie wróci. A że z geografii mamy egzamin końcowy, to w domu mam o wiele więcej pracy.

Ostatnio rozwalił mi się plecak. Wytrzymał niecałe 2 lata. Muszę sobie kupić nowy. Tylko nie wiem za co.

Z pozytywnych rzeczy to pluję sobie w brodę, że na AWF nie nosiłam laptopa, tylko nagrywałam wszystko na dyktafon. Teraz noszę komputer i zauważam ile zaoszczędzam czasu. W domu uzupełniam tylko to, czego nie zapisałam. A także rozszyfrowuję swoje własne skróty, które niejednokrotnie wywołują uśmiech na twarzy innych (np. po co pisać chrzest święty, skoro można prościej H2O?). Grunt, że ja wiem o co chodzi. Przynajmniej do czasu wieczornego zasiąścia przed laptopem i napisania pełnych nazw.

Zapisałam się na przyszły rok na turnus rehabilitacyjny organizowany przez jedno z miejskich stowarzyszeń. Chociaż koszt nie jest duży (niecałe 1400 zł), to będę starała się o dofinansowanie z MOPSu. W sumie nigdy nie wnioskowałam o nie, i nawet nie wiem co i jak. Ale dam radę złożyć wszystkie papiery. Zresztą o Aktywny Samorząd też wszystko sama załatwiłam. Ale nawet jak mi nie dadzą pozytywnej decyzji, to ja i tak sama sobie za to zapłacę. Choćbym miała stać w deszczu z ulotkami. Albo sprzątać w biurach. Muszę dawać sobie radę, inaczej skończę w DPSie. Tak sobie myślę kiedy ostatni raz byłam na tego typu wyjeździe. Chyba w lipcu 2001 roku. Czyli ponad 10 lat temu. 

niedziela, 2 listopada 2014

38. "Ładnie się życie układało"

W tytule pozwoliłam sobie zacytować słowa prezesa stacji TVN - Kamila Durczoka podczas przemówienia pożegnalnego Dariusza, Brygidy i Remigiusza Kmiecików, którzy zginęli w zawalonej kamienicy 23 października br. Dlaczego? Bo doskonale oddaje to, o czym chcę dzisiaj napisać. Chociaż przed wypadkiem miałam w pomyśle inny tytuł tej notatki. Zachowam go jednak dla siebie i może wykorzystam w przyszłym roku? Dzień zaduszny to dzień, w którym powinniśmy szczególnie wspominać osoby, które od nas odeszły. Jak już pisałam, w mojej rodzinie to 2 listopada odwiedza się groby i zapala znicze. To również idealny dzień, aby wspomnieć znane osobistości, które odeszły od nas w ciągu ostatnich 12 lat. "Ładnie się życie układało" im wszystkim. Byli znani, lubiani, ale byli też ludźmi, z krwi i kości, którzy musieli umrzeć tak samo, jak się urodzili.
Pokój duszy wszystkim wymienionym oraz niewymienionym, a także wszystkim zmarłym z naszych rodzin.

sobota, 1 listopada 2014

37. Wszyscy święci balują w niebie i zdanie, na które czekałam 8 lat:)

Z czym kojarzy nam się dzisiejsze święto. Ze smutkiem, zadumą? Mnie kojarzy się z czymś innym - ze szczęściem tych, którzy są już po drugiej stronie życia, którzy narodzili się prawdziwie, dla Boga. Bo tak naprawdę rodzimy się w chwili śmierci. I to od nas zależy, czy zaraz po przekroczeniu bramy dzielącej życie doczesne od życia wiecznego od razu będziemy cieszyć się tą opcją, czy może będziemy musieli poczekać z tym do końca świata w czyśćcu. Dzisiejsze święto jest tych, którzy po śmierci poszli od razu do nieba - czyli w terminologii teologicznej po prostu świętych. Każdy katolik potrafi wymienić przynajmniej kilka świętych, ale nie oznacza to, że tylko ci oficjalnie wzniesieni na ołtarze mają prawo nosić ten przydomek. Niebo bowiem roi się od anonimowych świętych. Wśród nich mogą być nasze babcie, dziadkowie, może sąsiedzi. Wszyscy ci, którzy żyli w zgodzie z Panem Bogiem i z samym sobą. Dzisiaj jest ich niezwykle radosne święto. Nawet w mojej rodzinie nie chodziło się 1 listopada na groby zmarłych - ich święto jest wszak następnego dnia. Za to modlono się za wstawiennictwem naszych patronów. I tak mi zostało do dzisiaj.
Z pewną obawą poszłam dzisiaj do parafialnego kościoła. A raczej na górę do scholi, w której dotąd śpiewałam. Zasada jest taka, że jeżeli ktoś długo nie przychodzi, to wylatuje. Ja ostatnio byłam 5 października, czyli miesiąc temu. Do kościoła chodzę co niedzielę, ale ostatnio bardziej pasuje mi ostatnia Msza święta w sąsiedniej parafii - jest o 18, kiedy nasza jest godzinę wcześniej. O nabożeństwie w ciągu tygodnia przemilczę. Co prawda jestem niejako usprawiedliwiona z powodu studiów w Krakowie (o których większość nie wie i jest święcie przekonana, że Lolek studiuje gdzieś w Katowicach) oraz dwóch szkół policealnych, jednak i tak czułam się jak intruz. Tym bardziej, że zaraz po przekroczeniu progu naszej salki zostało nam zakomunikowane, że scholowa diwa, pani K., dzisiaj nie śpiewa. Ponieważ ona podobnie do mnie, więcej nie chodzi niż chodzi, postanowiłam kulturalnie się zapytać, czy ja mogę dzisiaj śpiewać. I co uzyskałam w odpowiedzi? - Lolek, gdyby pani K. śpiewała chociaż w 1/10 tak jak Ty, to uwierz mi, stała by z resztą w scholi. 
Szok. Przez 8 lat czułam się jak wyrzutek społeczeństwa, a tutaj taki komplement. Czyli nie jestem im tak obojętna jak myślałam. A może po prostu człowieka najbardziej docenia się wtedy, kiedy go nagle zabraknie? W każdym razie i dało się  postawić mnie z innymi na schodkach, i nawet pozwolono mi zanieść dary do ołtarza. Powoli zaczynam dostrzegać radość mojego marnego życia. Powoli wszystko zaczyna mi się układać. Oby ta chwila trwała jak najdłużej.