Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 8 września 2016

389. Za rok o tej samej porze...

Jasna Góra będzie świętowała 300 lecie nałożenia papieskich koron na skronie Matki Boskiej Częstochowskiej i Dzieciątka siedzącego na jej lewym przedramieniu. Była to nietuzinkowa uroczystość, nie tylko ze względów znaczenia obrazu w życiu polskich katolików, ale też dlatego, że po raz pierwszy koronacja obrazu odbyła się z dala od Stolicy Apostolskiej. 52 lata po cudownym ocaleniu wzgórza jasnogórskiego przed najazdem armii szwedzkiej dwie złote poświęcone przez ówczesnego papieża Klemensa  IX przybyły do Polski za sprawą nuncjusza apostolskiego w Polsce - Girolama Grimaldiego. I chociaż po pewnym czasie korony te zostały ukradzione, a na ich miejsce papież Pius X przekazał nowe, to jednak pierwsza koronacja była ważniejsza.
Dzisiaj wieczorem na wałach odbędzie się Msza święta otwierająca obchody jubileuszu 300 lecia tego wydarzenia. Planuję na niej być. W końcu studiowany kierunek do czegoś zobowiązuje, prawda? A kto nie może uczestniczyć w wydarzeniach plenerowych, może bez przeszkód włączyć się duchowo w to wydarzenie. Chętnych odsyłam na stronę - koronamaryi.pl, na której(szczególnie w zakładce "DARY") znajdziemy wiele cennych wskazówek i pomysłów w jaki sposób to uczynić. Również i ja zaznaczyłam kilka punktów, które chcę realizować przez następny rok. Oczywiście starałam się zaznaczyć takie, które będę mogła regularnie realizować. Tutaj nie chodzi bowiem o bohaterstwo, heroizm i zbawianie świata, tutaj chodzi o stworzenie nowych, tym razem żywych, bo duchowych koron Matki Boskiej. 
Chciałabym wytrwać w swoich postanowieniach, pomimo swoich słabości i ograniczeń. Czy mi się to uda - nie wiem. Jak zawsze wszystko powierzam w ręce Najwyższego. Tylko on zna treści każdego mojego dnia. A ja? Ja "jestem tylko ołówkiem w jego ręku*"...

* św. Matka Teresa z Kalkuty

wtorek, 6 września 2016

388. Idzie rolnik zlany potem - z świeżym ziarnem - polskim złotem!

Dzwony biją gdzieś w oddali,
W tym roku wieniec dożynkowy nawiązywał do 100-lecia nadania praw miejskich
by się ludzie radowali.
W polu bardzo ciężka praca,
do domu się późno wraca.
Deszczu było bardzo mało,
by się lepiej pracowało.
Słońce grzeje należycie,
ułatwia żniwiarzom życie.
A na końcu - do kościoła!
By dziękować za plon pola.
Niosąc dziś niezwykłe dary,
lecz nie żadne to puchary!
Wieńce niosą dożynkowe,
jakież piękne, kolorowe!
Zaś na końcu - razem z chlebem,
jak we żniwa, nie raz jeden.
Idzie rolnik zlany potem -
z świeżym ziarnem - polskim złotem!
(doprawdy nie wiem, kiedy powstał powyższy wiersz... Był w jakimś ogólnym pliku)

Kiedy w wielu wsiach zanika dożynkowa tradycja, w naszym mieście kwitnie ona w najlepsze. Nie umiem powiedzieć od ilu lat organizowane są u nas organizowane, na pewno jest to tradycja starsza ode mnie. Przyniesiona została przez ludzi emigrujących ze wsi "za chlebem". A że do Dąbrowy należy sporo typowo wiejskich dzielnic(gdzie doi się krowy i jeździ w pole traktorami) nie ma problemów z jej kultywowaniem. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy każda dzielnica robiła uroczystości dożynkowe u siebie. Od pewnego jednak czasu wybrana na dany rok dzielnica robi uroczystości dożynkowe w centrum miasta. Najpierw jest uroczysta Msza święta w bazylice, a następnie wszyscy udają się w barwnym korowodzie do parku miejskiego, w którym ma miejsce dalsza część, już bardziej artystyczna. 
W tym roku gospodarzem dożynek była dzielnica Okradzionów(nie mylić jak ja przez większy czas z Ogrodzieńcem). Proboszcz tamtejszej parafii wygłosił bardzo mądre kazanie o marnowaniu darów naszej ziemi. Opowiadał, jak wiele razy pytał swoich parafian, którzy posiadają pola, dlaczego leżą ugorem. Odpowiedź jest zawsze taka sama - bo się nie opłaca. A tymczasem uprawa roli była jedną z pierwszych umiejętności, jaką posiadł człowiek. Zaś w procesji z darami zaniesiono chleb wypieczony z mąki z tegorocznych plonów. Tradycyjnie był on podzielony potem między przybyłych ludzi. Podczas Mszy świętej grała orkiestra, co sprawiło, że tradycyjnie już byłam oczarowana tym wszystkim co się wokół mnie działo.

Po Mszy świętej przeszliśmy w barwnym korowodzie, przy dźwiękach orkiestry miejskiej, do Parku Miejskiego, gdzie ustawiona była scena.
Pierwszy raz towarzyszyli nam oficjalnie pszczelarze
"A powszechnego chleba racz nam dać,
na pokuszenie nigdy nie wódź nas,
Tym co ranią nas winy przebacz też,
prosimy Cię, dziś prosimy Cię"
Tradycyjnie w uroczystości wzięło udział wiele delegacji
Kolejna tradycja - ucałowanie chleba przez prezydenta miasta
Aby nikomu tego chleba nie zabrakło
Gospodarz dożynek - Koło Gospodyń Wiejskich z Okradzionowa
Najmłodsi też się wspaniale prezentowali
Piosenka o Jasieńku z głównym bohaterem(ten chłopczyk w góralskim kapelusiku) w tle!
To było piękne święto, a kolejna okazja do świętowania udanych zbiorów już za rok. Tym razem pałeczkę ma przejąć dzielnica Strzemieszyce Małe.

poniedziałek, 5 września 2016

387. W podziękowaniu za ŚDM

Boże, Ojcze miłosierny,
który objawiłeś swoją miłość w Twoim Synu Jezusie Chrystusie,
i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu,
Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka".
Zawierzamy Ci szczególnie
Ludzi młodych ze wszystkich narodów, ludów i języków.
Prowadź ich bezpiecznie po zawiłych ścieżkach współczesnego świata
I daj im łaskę owocnego przeżycia Światowych Dni Młodzieży w Krakowie.
Ojcze niebieski, uczyń nas świadkami Twego miłosierdzia.
Naucz nieść wiarę wątpiącym,
Nadzieję zrezygnowanym,
Miłość oziębłym,
Przebaczenie winnym i radość smutnym.
Niech iskra miłosiernej miłości, którą w nas zapaliłeś,
Stanie się ogniem przemieniającym ludzkie serca
I odnawiającym oblicze ziemi.
Maryjo, Matko Miłosierdzia, módl się za nami.
Święty Janie Pawle II, módl się za nami.

Powyższa modlitwa, zaproponowana przez organizatorów Światowych Dni Młodzieży, towarzyszyła mi przez większy okres przygotowań do tego wydarzenia. Nawet teraz łapię się na tym, że poszczególne słowa wypowiadam mimowolnie podczas rozmów z Najwyższym. A przecież Międzynarodowe spotkanie młodych z papieżem Franciszkiem skończyło się przeszło miesiąc temu. Pamiętam jak bardzo cieszyłam się z tego, że będę wolontariuszem w Krakowie podczas tego wydarzenia, jak z wypiekami na twarzy oglądałam spot nagrany przez kancelarię prezydencką, promujący to spotkanie:
I chociaż niektórzy nazwali Parę Prezydencką "marionetkami pana Kaczyńskiego", to i tak byłam niezwykle wzruszona oglądając tą scenę. Ciekawa jestem czy ci wymądrzający się wpadliby na taki sam pomysł. A skoro było zaproszenie, musiało być i podziękowanie wszystkim tym, którzy włączyli się w przygotowanie spotkania:
I znowu łzy wzruszenia, tym razem na słowa skierowane do wolontariuszy. Nie jestem wzruszeniowym człowiekiem, a jednak czasami mam takie chwile. Na przykład wtedy, kiedy zobaczyłam w mojej skrzynce meilowej "Certyfikat wolontariusza" - namacalny dowód pełnionej przeze mnie funkcji. Wydrukowany egzemplarz wisi w pokoju na korkowej tablicy, jakby chciał powiedzieć - "Ograniczenia są tylko naszym wymysłem". Wcześniej jednak, spakowany w "służbowy" plecak, pojechał ze mną na spotkanie biskupa naszej diecezji z wolontariuszami w niej posługującej, które odbyło się w minioną sobotę w pobliskiej Czeladzi.

Dziwna historia była z tym spotkaniem. Co prawda kuria oficjalnie podziękowała wszystkim zaangażowanym w organizację w specjalnym komunikacie na swojej stronie www:
postanowiono jednak, że szczególne podziękowania należą się grupie blisko 500 wolontariuszy, którzy w tych dniach pełnili zupełnie bezinteresowną służbę. Postanowiono więc odprawić w ich intencji Mszę świętą, a następnie piknik połączony z zabawą.
Wszyscy wolontariusze z naszej parafii dostali SMS-ową wiadomość o nim od głównej koordynatorki, a później jeszcze przypomnienie na facebook'u. Wszyscy, oprócz mnie... Uroki nieposiadania facebooka... Ale ja i tak dotarłam do tej informacji zamieszczonej na diecezjalnej stronie www. Po pielgrzymce do Częstochowy chciałam zobaczyć zdjęcia z niej. Zupełnie przypadkowo natchnęłam się na komunikat następującej treści:
Oczywiście od razu w mojej głowie pojawiła się myśl: "Lolek, gdzie tobie na taką imprezę?". Ale zaraz za nią przyszła druga: "Idź chociaż na Mszę...". Jak się domyślacie, ta druga zdecydowanie wygrała. W sobotni poranek wdziałam więc niebieską koszulkę, czapeczkę, plecak i pognałam do parku na akcję "Narodowego czytania". Co prawda zawiodłam się bardzo w tym roku, gorycz została mi jednak wynagrodzona kilka godzin później w czeladzkim kościele.
Szczerze powiedziawszy nie za bardzo nawet wiedziałam, gdzie jest wspomniana w zaproszeniu parafia. Na szczęście google maps nieco pomogło mi w znalezieniu odpowiedniej drogi. Po opuszczeniu autobusu na właściwym przystanku udałam się w kierunku wskazanym przez wyszukiwarkę. Wieżę kościelną widziałam z daleka, niestety szło się do niej dość duży kawałek drogi. Zdążyłam w ostatniej chwili, czego naprawdę nie lubię. 
Ks. Szymon - główny koordynator w diecezji, też wygłosił słowa wdzięczności
Kazanie podczas Mszy świętej zostało poświęcone podsumowaniu całej akcji. Podobno przyjęcie zagranicznych gości przez polskie rodziny, jak również sama organizacja tych kilku dni przeszły ich najśmielsze oczekiwania. Wielu z nich uczestniczyło już w kilku ŚDM, ale to w naszej diecezji doznali największej gościnności. Chcieli zobaczyć jakąś naszą tradycję - diecezja sosnowiecka jako jedyna zorganizowała im pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Co prawda tylko 15 kilometrów, ale zawsze. Chcieli odwiedzić Auschwitz - pojechali tam. Chcieli jedną dużą Mszę dla wszystkich - w sobotnie popołudnie sosnowiecki Plac Papieski zaroił się kolorami dziesiątek przyniesionych przez pielgrzymów flag, a Msza święta odprawiana była w wielu językach. Chcieli zobaczyć dzień polskiej rodziny - takim dniem była niedziela. Nie wydali ani złotówki na jedzenie, chociaż wcześniej różnie bywało. Co więcej, jeden z biskupów z Australii zrobił zdjęcie swojemu śniadaniu, żartując że takim śniadaniem można wyżywić cały pułk. Sama nie wyobrażałam sobie puścić moich chłopaków na wycieczkę bez prowiantu i butelki wody. Skromnie bo skromnie, ale zawsze coś. W końcu biskup podziękował i nam, rzeszy kilkuset wolontariuszy rozsianych po parafiach. Zawsze pomocni, zawsze z uśmiechem na twarzy. Podkreślił, że to nasza zasługa, iż nasi goście wyjechali do Krakowa szczęśliwi i zadowoleni, ponieważ otworzyliśmy przed nimi nie tylko drzwi naszych domów, ale przede wszystkim serca. Przyznał, że większość z nas miała wakacje, mogła więc wybrać inną formę ich spędzenia, jak na przykład wyjazd nad morze. A tym czasem zostaliśmy i zaoferowaliśmy swoją bezinteresowną pomoc, za którą dostaniemy zapłatę prawdopodobnie tam na niebie. Teraz jednak chciałby nam się odwdzięczyć skromnym festynem i wspólną zabawą, na który wszyscy zostaliśmy zaproszeni. Wcześniej jednak posypały się życzenia, wszak 3 września przypada wspomnienie patrona naszego biskupa, św. Grzegorza.

Zabawa na festynie była przednia. Ostatnio tak dobrze bawiłam się na studniówce, czyli wieki temu. Jedzenie było przepyszne:
Pieczone udka z kurczaka z bułką - mniam
Gdzieś pod płotem panowie piekli kiełbaskę na grillu...
Napoi z pewnością nie brakowało
Furorę wśród wolontariuszy wzbudził ten oto tort!
Mój kawałek i prośba - na urodziny chcę identyczny!!!
Po prostu jeść, nie umierać! Przy okazji spotkałam koordynatorkę wolontariatu parafialnego - A., która cudownie sobie o mnie przypomniała. Lepiej za późno niż wcale ;). Ale była ucieszona widokiem mojej osoby(a przynajmniej dobrze to udawała), bo oprócz mnie nikogo z parafii nie było...
A obok ustawiono scenę, na której zespół przygrywał wszystkim do tańca przeboje "Siewców Lednicy" znane mi już z Krakowa. Nie obyło się też od zaśpiewania, a nawet odtańczenia hymnu "Błogosławieni, miłosierni"
To tylko fragment, bo cały jest za duży. Zabawa trwała w najlepsze do 21, ja jednak byłam tylko do 19, ponieważ o 20:00 w bazylice była Msza z mojej parafii(chociaż prawdę mówiąc zrobiłam focha i nie poszłam na nią - nikt ze scholi nie chodzi, to dlaczego ja mam być tą reprezentacją?). Ubolewałam nad tym bo tak szczęśliwych dni jest zdecydowanie za mało w moim życiu. Nie, źle się wyraziłam - mi brakuje dni, w których mogłabym się po ludzku wybawić. Wszak nawet Jezus bawił się na weselu w Kanie Galilejskiej, czyż nie?

sobota, 3 września 2016

386. Cała Polska dziś czyta o miłości Ligii i Winicjusza

Historia chrześcijaństwa zawsze wzbudzała moje zainteresowanie. Dzięki temu treść "Quo vadis" Henryka Sienkiewicza poznałam już w szkole podstawowej. Pamiętam jak w jednej z klas zawisł olbrzymi plakat reklamujący adaptację powieści w reżyserii Jerzego Kawalerowicza, na której była młodzież gimnazjalna. I chociaż obejrzana po latach ekranizacja wywołała u mnie duże rozczarowanie(zbyt duża ilość efektów specjalnych i Deląga na koniu), to sama książka wywołała u mnie raczej pozytywne wrażenie zarówno pod względem treści, jak i bohaterów. Cały sens powieści poznałam dopiero w gimnazjum, a w liceum przerobiliśmy ją pod kątem czasów biblijnych(chociaż Sienkiewicz nie żył w tych czasach). I jeszcze bardziej polubiłam niektóre postacie, jak na przykład Petroniusza, czy Ursusa.
Dzisiaj po raz piąty obchodzona jest akcja Narodowego Czytania zapoczątkowana w 2012 roku przez ówczesnego prezydenta, pana Bronisława Komorowskiego. Pan Andrzej Duda postanowił nie przerywać jej, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Warto tutaj zaznaczyć, że w Narodowe Czytanie od samego początku zaangażowanych jest wiele placówek oświatowych i użytku publicznego na terenie całego kraju, zaś sama Para Prezydencka tradycyjnie czyta fragmenty wybranej książki w warszawskim Parku Łazienkowym. W tym roku, w drodze głosowania za pośrednictwem Internetu, zdecydowano, że czytaną książką będzie właśnie "Quo vadis" Henryka Sienkiewicza. Pozycja ta wygrała wśród takich propozycji, jak "Noce i Dnie" Dąbrowskiej, "Popioły" Żeromskiego, "Chłopi" Reymonta, czy też "Wesele" Wyspiańskiego. Warto tutaj wspomnieć, że wybrana przez internautów lektura splata się z obchodzonym Rokiem Henryka Sienkiewicza, który przypada w 100 rocznicę śmierci wielkiego polskiego pisarza.
Skoro akcja jest pod patronatem Pary Prezydenckiej, musiał być też odpowiedni klip zachęcający do wzięcia w niej udziału:
Jednak najbardziej pozytywne emocje, z wiadomych powodów :), wzbudziła u mnie ta reklama:
U nas akcja będzie miała miejsce w parku miejskim od godziny 12, tak więc zaraz biorę mój wygrany w miejskim konkursie egzemplarz "Quo vadis" i biegnę się do niej przyłączyć. I Was też w miarę możliwości do tego zachęcam, bo to naprawdę dobra okazja chociażby do pobycia w towarzystwie. Niestety, nie będę mogła być tam do końca, ponieważ o 16:00 chcę być w jednym z kościołów w Czeladzi(o ile do niego trafię). Dlaczego? Zdradzę to niebawem...

czwartek, 1 września 2016

385. Czy w dzisiejszych czasach ktoś by się na to odważył?

Pierwszy dzwonek oznajmił wszystkim uczniom, że dwa miesiące beztroskiej laby się skończyło i czas wrócić do szarej rzeczywistości. Ale jest też dobra strona tego wszystkiego - za 10 miesięcy znowu będą wakacje!
Myślę, że w takim momencie warto przypomnieć wszystkim o wielkim zrywie społecznym mającym miejsce blisko 60 lat temu, a jednocześnie będącym hołdem polskiego społeczeństwa za 1000 lat istnienia państwa. Mówię o słynnych "tysiąclatkach" - ponad tysięcznej liczbie szkół wybudowanej na milenium Polski. A jak to było? Sami przeczytajcie*:

TYSIĄC SZKÓŁ W SIEDEM LAT

W latach 60 cała Polska żyła sztandarową akcją władz PRL budowania "tysiąca szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego". Tysiąclatki miały poprawić trudne warunki nauczania dzieci z wyżu demograficznego lat pięćdziesiątych.
Po raz pierwszy hasło budowy tysiąclatek rzucił Władysław Gomułka, I sekretarz KC PZPR, podczas XII Plenum partii 24 września 1958 r. Wtedy to ruszył jeden z największych w historii Polski boomów budowlanych. Wkrótce, jak grzyby po deszczu, zaczęły wzrastać szkoły, w których do dziś uczy się tysiące dzieci.
Propagandowa i praktyczna
Akcja budowy szkół-pomników Tysiąclecia Państwa miała dwa aspekty. Pierwszy, propagandowy, miał przyćmić organizowane przez Kościół katolicki obchody tysiąclecia chrztu Polski, które zapowiadał prymas Stefan Wyszyński już w 1957 roku na Jasnej Górze. Drugi był czysto praktyczny. Wiek szkolny osiągnęły dzieci z powojennego wyżu demograficznego. Szkoły były przepełnione(na jedną salę lekcyjną przypadało ponad 70 uczniów) i zajęcia odbywały się nawet na trzy zmiany. Poza tym wciąż ich brakowało. Budowa placówek oświatowych stała się koniecznością. Nic więc dziwnego, że akcja "tysiąc lat na tysiąclecie" była strzałem w dziesiątkę i zyskała poparcie szerokich mas społeczeństwa. Na tym właśnie zależało władzy, bo na budowę mieli zrzucać się obywatele.
Składka i czyn społeczny
Już w listopadzie 1958 r. powstał Społeczny Fundusz Budowy Szkół Tysiąclecia, który prowadził zbiórkę. Na szkoły składały się zakłady pracy, kopalnie i osoby prywatne. Zbiórka nie była do końca dobrowolna. Zakłady pracy podejmowały bowiem zbiorowe uchwały, w których ustanowiono "dobrowolne" potrącenia z pensji na rzecz budowy szkoły. Nikt się nie buntował, wszyscy pracownicy wyrażali na to zgodę swoim podpisem na deklaracji. Wpłat dokonywali też Polacy mieszkający za granicą - z ich składek zebrano 210 tys. dol. Jak na tamte czasy była to ogromna kwota. W sumie do 1965 r. zebrano na specjalnym koncie 8,5 mld. zł. Nikogo też specjalnie nie trzeba było przekonywać do czynów społecznych. Górnicy ogłosili nawet "niedzielę górniczą", czyli dodatkowy dzień pracy na rzecz budowy szkół, a budowlańcy odpowiedzieli "niedzielą ceramiczną", kiedy to wypalano cegły. To właśnie na pracy ochotników, a przede wszystkim na pracy wojska opierała się głównie budowa szkół.
Szkolne schrony przeciwatomowe
Tysiąclatki wyglądały niemal identycznie. Większość budowano według kilku standardowych projektów, które trzeba było jedynie dostosować do warunków lokalnych. Stawiano je z przefabrykowanych elementów, które często powstawały wprost na placu budowy. Budynki były na ogół dwu- lub trzykondygnacyjne, miały kształt prostopadłościanu koniecznie z płaskim dachem, ze względu na brak drewna. Przypominały szare, betonowe klocki. Do dzieł sztuki było im daleko, ale wtedy najważniejsze było, by powstawały szybko, były tanie i funkcjonalne. Ponieważ budynki wznoszono w okresie zimnej wojny, która trwała między krajami bloku wschodniego, a krajami zachodnimi, miały one pełnić jeszcze inne funkcje poza oświatową. W razie konfliktu zbrojnego miały służyć jako szpitale polowe. Wiele z nich miało również schrony przeciwatomowe. Do dziś istnieje taki schron w tysiąclatce w Będzinie.
Pierwsza tysiąclatka
Budowę pierwszej szkoły-pomnika rozpoczęto już po miesiącu od apelu Gomułki. Powstała w Czeladzi na Śląsku, w rekordowym tempie. Po 260 dniach wybudowano 15 klasową placówkę z kuchnią, stołówką, świetlicą, sanitariatami i bieżącą wodą, gabinetem lekarskim z pełnym zestawem narzędzi, lekarstw i lampą kwarcową oraz osobnym gabinetem dentystycznym. W szkole był też radiowęzeł ze wzmacniaczem, telewizor, kilka aparatów radiowych i komplet instrumentów dla szkolnej orkiestry dętej. Oprócz szkoły zbudowano dom nauczycielski o 32 izbach mieszkalnych. W niedzielę 26 lipca 1959 r. nastąpiło oficjalne otwarcie tysiąclatki. Dzień ten nazwano "szkolną niedzielą", gdyż tego dnia na Śląsku otwarto 33 nowe szkoły. Przecięcia wstęgi dokonał Władysław Gomułka, w towarzystwie partyjnego gospodarza Śląska, Edwarda Gierka. Szkoła otrzymała imię gen. Karola Świerczewskiego.
Krwawa "szkoła-pomnik"
Pierwsza krakowska tysiąclatka miała powstać w dzielnicy Nowa Huta. Według partii miało to być wzorcowe socjalistyczne miasto bez kościołów. Na fali tzw. październikowej odwilży towarzysze zgodzili się na budowę świątyni. Wierni szybko postawili krzyż na placu budowy, ale wtedy, ku zdziwieniu mieszkańców, wcześniejszą decyzję cofnięto, zasłaniając się budową szkoły. Zarekwirowano też konto bankowe, na którym wierni zgromadzili 2 mln zł na budowę kościoła. Tydzień później zaczęto budować szkołę, ale na przeszkodzie stał krzyż. Podczas jego obrony 27 kwietnia 1960 r. doszło do zamieszek między mieszkańcami i milicją, polała się krew. Po obu stronach było wielu rannych. Milicja do stłumienia rozruchów użyła broni palnej. Śmierć poniosło kilkanaście osób. Ile, nie wiadomo. Nie minął rok, a szkoła została wybudowana. Dziś mówi się o niej "tysiąclatka przy krzyżu". A nowy kościół kościół stanął dopiero 7 lat później.
Tysiąclatki w liczbach
Budowa tysiąclatek była jedną z największych inwestycji w kraju po 1956 r. W sumie w ramach akcji wybudowano 1417 obiektów, w tym 1288 szkół podstawowych, 75 szkół zawodowych, 41 liceów i 3 szkoły specjalne. Najwięcej obiektów powstało w ówczesnym woj. katowickim i woj. warszawskim. Najmniej w koszalińskim, olsztyńskim i zielonogórskim. 20 czerwca 1960 r. otwarto pierwszą "tysiąclatkę" w stolicy. Było nią XVIII Liceum Ogólnokształcące z oddziałami dwujęzycznymi im. Andrzeja Frycza Modrzejewskiego przy ulicy Elektoralnej. 4 września 1965 r. oddana została tysięczna tysiąclatka. Ten zaszczytny numer uzyskała Szkoła Podstawowa im. Hugona Kołłątaja w Warszawie. Cała Polska razem z warszawiakami świętowała ukończenie zadania.
Patroni - liderzy PPR
W tamtym okresie prym wiódł Karol Świerczewski. Imię "człowieka, który się kulom nie kłaniał" otrzymała pierwsza tysiąclatka. Potem patroni wybierani byli najczęściej spośród liderów PPR-owych. Setkom tysiąclatek patronowali: Janek Krasicki, Paweł Finder, Hanka Sawicka, czy Małgorzata Fornalska. Ta, jako ostatnia z komunistycznych bohaterów, wciąż jest patronką jednej ze szkół w Małopolsce. Patronami byli też pisarze, m.in. Stefan Żeromski, Gustaw Morcinek, Leon Kruczkowski, a nawet królowie. Pierwsza tysiąclatka w Częstochowie otrzymała imię Bolesława Chrobrego.

Chodził ktoś z Was do tysiąclatki? Jakie wrażenia? I czy wyobrażacie sobie podobną inicjatywę we współczesnym świecie i to w tak zawrotnym tempie, czy może tylko mi szwankuje w tej kwestii wyobraźnia?
* Artykuł przepisałam z dodatku "Historia" do "SuperExpressu". Wyjątkowo napisali coś ciekawego