Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 12 kwietnia 2018

705. A pomysłów na pracę w grupie brak...

W sobotę kolejne spotkanie z dzieciakami w ramach cotygodniowych zajęć w Oratorium. Bez księdza Oskara, ponieważ jedzie na dni skupienia, a następnie do rodziców. Oficjalnie będzie z nami ksiądz T., jednak już o 10:30 idzie do kościoła na próbę dzieci pierwszokomunijnych. A że formalnie dzieciaki nie mogą przebywać na zajęciach bez opieki osoby pełnoletnich, zaś jedyną osobą, która ma ukończone 18 lat i będzie tego dnia w Oratorium jestem ja, to mi przypada w udziale nadzorować całą gromadę urwisów. No brawo! I pomyśleć, że jeszcze rok temu x. J. wołał w takich sytuacjach kogoś ze wspólnoty "Ś.", pomimo tego, że miał mnie pod ręką... Jeszcze w niedzielę po Mszy świętej zgłosiłam, że nie będzie mnie w sobotę na próbie, bo przecież się nie rozdwoję.
Na sobotę oprócz pilnowania dzieci na zajęciach dostałam jeszcze jedno bojowe zadanie mam wymyślić coś na pracę w grupach. Praca w grupach to nic innego jak wszelkiego rodzaju zajęcia plastyczno - techniczne, które są stałym elementem każdego spotkania. Dobrze jest, jeżeli pokrywają się one z tematem dnia. A tematem sobotnich zajęć są siostry salezjanki. Problem w tym, że trudno jest wymyślić coś naprawdę wow, co łączyło by się tak stricte z nimi.
Ogólnie to mam zamysł, aby zrobić coś w rodzaju >>tego<< pomysłu(nota bene ostatnio Alis też podrzuciła mi ten pomysł, chociaż już wcześniej na niego trafiłam, ale i tak dzięki Kochana), z tym że zamiast przypadkowych zdań, dzieciaki musiałyby napisać jakąś cechę, którą uważają do niezbędną do bycia siostrą salezjanką. A ponieważ siostry salezjanki są takimi Bożymi kwiatami, to cechy te będą wypisane na kwiatach. Ewentualnie, szczególnie chłopcy, będą mogli zrobić to na gwiazdkach. Tłumaczenie? Bardzo proste: siostry salezjanki są jak gwiazdy na ciemnym niebie - rozjaśniają one ludziom drogę do Boga.
Myślicie, że dobry pomysł na 30 minut pracy? Dzieciaki musiałyby same narysować sobie kwiat, bądź gwiazdkę, wyciąć ją z papieru, napisać, pozaginać. Myślę, że miskę uda mi się zdobyć z Domu Młodzieżowego, muszę jeszcze napisać w tej sprawie SMSa do Boskiego Oskiego. Bo jak nie, to będę musiała przytachać ją z własnego domu. Na szczęście nie waży ona nie wiadomo ile... Mam też nadzieję, że dzieciaki nie skończą zadania zbyt wcześnie. 
A może Wy macie jakiś ciekawy pomysł, który nadawałby się do pracy w grupach z dzieciakami i wpisywałby się w tematykę "siostry salezjanki"?
Jedno jest pewne - po przeczytaniu bloga >>Olgi<< biorę się za czytanie blogów, na których opisywane są ciekawe sposoby na spędzenie kreatywnego czasu z swoim dzieckiem.

środa, 11 kwietnia 2018

704. Post z wczoraj, który nie został opublikowany na czas

Co prawda rocznica katastrofy smoleńskiej była wczoraj, jednak nie udało mi się opublikować z tej okazji notatki z powodu nagłego braku internetu. Notatka była jednak napisana, pozwoliłam wiec ją sobie skopiować do edytora tekstowego i opublikować w najbliższym czasie. Tak wiec z jednodniowym opóźnieniem prezentuje Wam notatkę dotyczącą 8 rocznicy katastrofy pod Smoleńskiem.

Róże - symbol
Biegłam sobie wśród miejskich ulic,
niosąc w ręku bukiet biało - czerwonych róż.
I nagle potknęłam się i przewróciłam,
spojrzałam na zegarek - była 8:54.
Z obolałej rany ciekła mi krew,
a w tle rozległa się głośna syrena.
Gdzieś w odległym Smoleńsku rozbił się samolot,
Prezydent Polski nie żyje - grzmiał głos w radiu,
a może w telewizorze - sama tego nie wiem.
Ale wiedziałam jedno - nic ich już nie uratuje,
zginęły tak, jak Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej
z 95 osobami na pokładzie samolotu,
którzy lecieli, aby oddać hołd ofiarom okrutnej zbrodni w Katyniu.

Nie wiem, czy powyższy monolog można nazwać wierszem. W każdym razie powstał w tamtych dniach, kiedy Polska opłakiwała tragiczną śmierć Prezydenta Polski - Lecha Kaczyńskiego i pozostałych 95 osób lecących na pokładzie prezydenckiego Tupolewa. Dla wielu z nas było to nieprawdopodobne wydarzenie - przecież Prezydenci nie giną w katastrofach lotniczych. A dlaczego nie? Przecież to tacy sami ludzie jak każdy z nas.

Katastrofa smoleńska wstrząsnęła mną chyba nawet bardziej, niż śmierć papieża Jana Pawła II. Może dlatego, że nikt jej nie mógł przewidzieć. No bo do śmierci Jana Pawła II mogliśmy się przygotować, wszyscy widzieliśmy, że jest już starszym i schorowanym człowiekiem i raczej długo już nie pożyje na tym świecie... A tutaj mieliśmy tyle osób w sile wieku, przed niektórymi z nich było wręcz całe życie. Życie, które zostało zabrane w jednym momencie. Czy to był błąd pilota, czy też osoby siedzącej w prowizorycznej radiostacji - nie mnie to oceniać. Jednak pod wpływem tych kilku dni żałoby narodowej i ogólnego wyciszenia powstało kilka wierszy opisujących wewnętrzny nastrój, czy też przeżycia, zaledwie 20 letniej kobiety. Jeden z nich, zatytułowany "Lasek katyński" przedstawiłam Wam w >>tym<< poście. Dzisiaj odważyłam się na drugi. Czy pokażę Wam resztę? Trudno mi powiedzieć.

Mogłoby się wydawać, że dzisiejsza rocznica sprowadzi na Wawel tłumy ludzi chcących oddać cześć Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i jego małżonce, Marii. Nic bardziej mylnego. Może i rano była jakaś Msza święta, ale po południu wszystko ucichło, zaś przepływ turystów był taki sam jak zawsze. 

Za to z tego co widziałam, to ludzie dopisali na Placu Piłsudskiego w Warszawie, gdzie po ośmiu latach doczekano się odsłonięcia pomnika pamięci ofiar katastrofy. Ot, taki paradoks, w wielu miastach naszego kraju, a nawet za granicą, jest pełno takich miejsc ich pamięci, zaś stolica kraju tak jakby chciała zapomnieć o tym, co się stało 8 lat temu, jakby chciała nie słyszeć, nie pamiętać słów zacytowanych za Mickiewiczem przez rodzinę jednej z ofiar. Słów, których doniosłość odbiła się echem od warszawskich blokowisk: "Jeżeli zapomnę o nich, Ty Boże na niebie, zapomnij o mnie". A więc pamiętajmy tak długo, jak tylko się da...

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

703. Nie mogę narzekać!

Powoli zaczynam kompletować dokumenty potrzebne mi do wyjazdu z dzieciakami na wakacyjny wypoczynek w ramach wychowawcy kolonijnego. Cieszy mnie, że ludzie patrzą na mnie przez pryzmat mojego doświadczenia, a lata pracy w Oratorium zrobiły swoje, a nie niepełnosprawności(żeby było jasne - nigdy w takich sprawach nie zatajam swoich ograniczeń). Cztery turnusy, pierwszy zaczyna się już następnego dnia po zakończeniu roku szkolnego i jest w górskiej Milówce, wsi rozsławionej przez słynnych braci Golców. Będzie trwał 10 dni. Trochę martwi mnie to, że jednym dniem zahaczy o parafialne półkolonie, ale trudno. Potem mam jakieś 2 tygodnie przerwy(a raczej tydzień, bo od razu po kolonii wskakuję na te całe półkolonie parafialne) i znowu wyjeżdżam tym razem z inną firmą(tą samą co rok temu) na trzy turnusy. Gdzie? Tego jeszcze nie wiem.
W gruncie rzeczy większość papierów już mam, do jednej firmy muszę tylko dosłać umowę o pracę(zapomniałam jej wydrukować i wysłać z pozostałymi papierami - brawo ja!), do drugiej muszę zeskanować wszystkie potrzebne druczki i wysłać internetowo.
Wśród potrzebnych zaświadczeń u jednych i u drugich wymagane jest zaświadczenie o stanie zdrowia od lekarza medycyny pracy lub książeczka sanepidowska. Pierwszej firmie wystarczy, jak wezmę jedno albo drugie ze sobą na bazę, ale druga wymaga już skanu jednego bądź drugiego. I tu się zaczynam zastanawiać, co lepiej jest wyrobić. Bo cena jest zbliżona(wizyta u lekarza medycyny pracy kosztuje około 75 - 85 złotych, natomiast badanie sanepidowskie to koszt rzędu 60-100 złotych). Wiadomo, książeczka sanepidowska ma że tak powiem szerszy zasięg, ale jeżeli nie zmieniła się w mojej rejonowej przychodni lekarka medycyny pracy to wiem, że też bez problemu dostanę to zaświadczenie.
Rok temu poszłam do niej na miękkich nogach. Tyle się nasłuchałam, a raczej naczytałam o problemach, jakie robią lekarze medycyny pracy osobom mojego pokroju, które idą do nich po zaświadczenie potrzebne do podjęcia studiów, więc dlaczego ze mną ma być inaczej? Tym bardziej, że to już jest poważna, odpowiedzialna praca. W zanadrzu miałam argument, że przez lata działam w Oratorium i pracuję tam z dziećmi, a jednak to nie to samo, co wyjazd na kolonie, prawda? 
A tym czasem po wejściu do gabinetu i wyjaśnieniu całej sytuacji, a także wymienieniu jednostek chorobowych(no niestety, już na pierwszy rzut oka widać, że ze mną jest coś nie tak) usłyszałam:
 - Jasne, że wystawię Pani to zaświadczenie. Ja dobrze wiem, że wy, niepełnosprawni w większości dążycie do tego, aby osiągnąć zamierzony sobie cel...
No wiecie, zawsze sądziłam że mam szczęście do ludzi(no dobrze, nie zawsze, ale powiedzmy że w jakiś 98%), ale tym razem aż odebrało mi mowę. Ucieszona odebrałam zaświadczenie i włożyłam je do teczki z dokumentami. Teraz już nic mi nie mogli zrobić. Przynajmniej teoretycznie, bo praktyka jest całkiem inna. Aha, brak zaświadczenia skutkuje tym, że nie dość, że nie jedzie się jako wychowawca na kolonie, to jeszcze ponosi się koszty związane z zastępstwem, więc nie jest to takie hop siup! Więc może teraz będzie podobnie. 
W każdym razie daję sobie czas do końca tygodnia. Najwyżej będę rzucać monetą. Wszak to też jest jakaś metoda, prawda?

sobota, 7 kwietnia 2018

702. Okres dekuriona w Oratoriach też jest potrzebny

Jako, że ostatnio podczas sobotnich spotkaniach z dziećmi skupiamy się na snach świętego Jana Bosko, postanowiłam podzielić się z innymi animatorami książką "Sny księdza Bosko". Dostałam ją na pamiątkę pasowania na animatora, o czym świadczy krótka dedykacja na jej początku. Kiedy teraźniejsi animatorzy przeczytali ją, byli po trochu zdziwieni, a po trochu zaskoczeni. Bo oni nigdy nie byli dekurionami, tylko od razu zostali animatorami. No i zaczęło się, że to nie fair, że Lolek był dekurionem i został uroczyście pasowany na animatora i w dodatku dostał taką fajną książkę, bo ich to ominęło. Ale gdyby musieli przejść okres dekuriona, to pewnie znowu jojczeli by, że to nie fair, że oni nic nie robią, tylko się przyglądają. Tak źle i tak niedobrze. Zwłaszcza, że współczesna młodzież raczej nie lubi czekać i wszystko chce mieć od razu. Czy to jest dobre? Nie zawsze...
Jestem wychowanką "starego" systemu stawania się salezjańskim animatorem, który wprowadził jeszcze pierwszy opiekun naszego Oratorium, ksiądz T., kontynuował zaś jego następca, ksiądz W. To właśnie za księdza W. zostałam uroczyście włączona w poczet salezjańskich animatorów parafialnych. Zbliżony był in formułą do przygotowania do pełnienia funkcji ministranta - najpierw przychodziło się tylko przyglądać pracy innych animatorów, potem pod ich okiem wykonywało proste czynności. W międzyczasie oczywiście chodziliśmy na Msze święte, nabożeństwa oraz spotkania formacyjne, tak przygotowanie praktyczne szło w parze z przygotowaniem duchowym. Okres dekuriona, bo tak on się tradycyjnie nazywa, trwał minimum 6 miesięcy i kończył się egzaminem m.in. z wiedzy na temat życia św. Jana Bosko i samej działalności takich Oratoriów, potem była rozmowa indywidualna stwierdzająca naszą dojrzałość do pełnienia tej funkcji, aż w końcu uroczysta przysięga tuż przed końcem roku szkolnego, tak abyśmy mogli już podczas półkolonii letnich być pełnoprawnymi animatorami. Bo podczas zimowych byliśmy tylko obserwatorami. Oczywiście można było przyjść np. w kwietniu i powiedzieć, że chce się być animatorem, ale trzeba było mieć świadomość tego, że egzamin i pasowanie będzie się miało dopiero w czerwcu przyszłego roku.
Okres bycia dekurionem był więc długi, ale doskonale przygotowywał do pełnienia funkcji animatora. Ten, kto nie miał predyspozycji do bycia nim po prostu się wykruszał. Nie pociągało to jednak za sobą żadnych konsekwencji, wszak był tylko tak jakby na okresie próbnym. Natomiast ci, którzy wytrwali do końca i zdali egzaminy... Ci należeli do prawdziwych zapaleńców. Nie bez powodu nazywano nas "Armią Bożych Pomocników". Ci, którzy już mogli, to robili sobie kursy wychowawcy kolonijnego. Ja jeszcze dodatkowo zrobiłam sobie kurs animatora czasu wolnego.
Rewelacyjna sprawa taki całodzienny kurs i naprawdę można się nauczyć wiele ciekawych rzeczy , a także zdobyć umiejętności, o które trudno na co dzień. Oczywiście ze względu na moje problemy ruchowe nie wszystkie jestem w stanie wykorzystać w praktyce, ale warto wiedzieć, że jest coś takiego. Kurs wychowawcy kolonijnego też zrobiłam najszybciej jak się dało, chociaż nie obyło się bez przygód(organizator aż dzwonił w mojej sprawie do kuratorium - nigdy dotąd nie miał tak oryginalnego kursanta). 
Każdy był tam za każdym i z powodzeniem godziliśmy powierzone nam funkcje z codziennymi obowiązkami(wszak jeszcze uczyliśmy się), nawet wtedy kiedy prowadziliśmy Oratorium w tygodniu. Przygotowaliśmy też dekurionów do bycia animatorami.
Wszystko zmieniło się w 2014 roku, kiedy funkcję opiekuna Oratorium przejął ks. J. Co z tego, że obronił magistra w samej Jerozolimie, skoro nie miał bladego pojęcia o prowadzeniu tego typu placówki. Pamiętam, jak we wrześniu przyszliśmy do niego całą ekipą z propozycją kontynuowania zaczętego już wcześniej dzieła - stanowczo odmówił. Potem jeszcze kilka razy zaoferowaliśmy naszą pomoc - bez rezultatu. W końcu każdy poszedł swoją drogą. Po półtora roku x. J. zachciało się jednak Oratorium. Widział, że dzieci na półkoloniach dobrze się bawią, postanowił kontynuować to także w ciągu roku. Z tym, że zaprosił do prowadzenia zająć kilkoro bierzmowanych spoza naszej parafii... Nie no, ja tam do tego wieku nic nie mam. Ale szkoda, że ich w żaden sposób nie przygotował do tej funkcji, tylko weszli z marszu. Ponieważ miałam wtedy szkołę policealną w weekendy, to byłam z nimi od czasu do czasu. Ale ich zachowanie mówiło samo za siebie(np. wyzywanie się przy dzieciach od najgorszych, przeświadczenie o tym, że jest się najlepszym, bo ksiądz mi powierzył tą funkcję itp.). Zero pokory, zero dyscypliny, zero współpracy. A ksiądz zdawał się nie zauważać problemu. Przecież miał współpracowników, którzy odwalali całą robotę, a to co już sobą reprezentowali zeszło na dalszy plan. Okres dekuriona został pominięty(a szkoda, bo wielu z nich  nie potrafi nawet powiedzieć kim był św. Jan Bosko oprócz tego, że był księdzem), a o spotkaniach formacyjnych lepiej nie wspominać.
Wraz ze zmianą warty na posterunku zmieniły się też pewne zasady - powrócił okres bycia dekurionem, który przypada najwcześniej na 7 klasę szkoły podstawowej. Pierwsi dekurioni przychodzą już na zajęcia. Ja tam się cieszę, jednak pozostali wydaje mi się, że patrzą na nich z góry. No bo ich pominął ten okres i od razu byli animatorami. Dlatego traktują nowych jako popychadło. Wkurza mnie to, bo mnie nikt w tym okresie nie traktował jako człowieka typowo gorszej kategorii. Chciałam interweniować w tej sprawie podczas spotkania po Oratorium - bezskutecznie. I jeszcze te kpiące komentarze... Rozumiem, że to była trochę inna sytuacja, ale Kochani, bez przesady. Mam nadzieję, że G., N i M nie zrażą się ich zachowaniem i będą w dalszym ciągu do nas przychodzili, bo się nadają bardziej niż niejeden z aktualnych animatorów. Zresztą pamiętam doskonale, jak G. przychodził na zajęcia jako dziecko w czasach, kiedy większość z aktualnych animatorów nie wiedziała jeszcze czym jest Oratorium...

piątek, 6 kwietnia 2018

701. Zatrzymani w czasoprzestrzeni

Jestem mały chrześcijanin.
Mam być dobry i łagodny,
Szczery, prosty i pogodny.
W każdym czynie swym cierpliwy,
W każdym słowie swym uczciwy.
Bo Bóg patrzy i się dowie
Co ja myślę i co robię.
Szkolna rymowanka amiszów*

Lekcje języka angielskiego w klasie II i III liceum były dla mnie koszmarem. O ile w I klasie moja inność, a raczej wymowa, nie stanowiły problemów dla anglistki, o tyle od II klasy zmieniła się naszej grupie nauczycielka, która może i była dobrą nauczycielką na poziomie zaawansowanym, ale na niższym to już średnio. Od tego czasu lekcje były dla mnie na zasadzie "byle przetrwać i mieć spokój"(zresztą potem na studiach miałam podobne podejście). I tak zamierzałam zdawać maturę z niemieckiego, więc motywacji do nauki jako takiej nie miałam. Nie muszę mówić, że lekcje nie były dla mnie przyjemnością, ale przecież musiałam na nie chodzić. 
Jedyna ciekawa lekcja, jaką udało jej się u nas przeprowadzić, była zarazem ostatnią lekcją języka angielskiego na poziomie szkoły średniej. Stopnie już były wystawione, nikt z grupy nie wybrał angielskiego na maturze, nie wszyscy też przyszli na zajęcia - zatem panował pełen luzik. I zamiast oklepanego materiału z podręcznika anglistka skserowała nam artykuł o Amiszach z jakiegoś czasopisma. Sam odłam religijny kojarzyłam z jakiegoś odcinka "Rozmów w toku" z czasów, kiedy podejmowano jeszcze ciekawe tematy(bo potem zmieniło się to diametralnie), ale jakoś specjalnie nie zgłębiałam się w ten temat. Dopiero ten krótki artykulik sprawił, że dowiedziałam się co nieco o ich surowym życiu, a nawet zaczęłam ich podziwiać za to, że wśród dzisiejszej techniki potrafią prowadzić życie, jak w XVIII/XIX wieku.
Amisze to społeczność żyjąca w odizolowanych od świata zewnętrznego wspólnotach. Ich życie zorganizowane jest wedle nakazów niepisanego zbioru zasad zwanego Ordnung. Reguluje on wszelkie aspekty życia codziennego, w tym techniki jakiej można używać, czy też kobiece fryzury i kolor materiału na ubrania. Mężczyźni do czasu ślubu golą zarost twarzy, zaś żonaci zapuszczają długie brody. Nie praktykuje się małżeństw spoza wspólnoty, gdyż grozi to wykluczeniem z niej. Zbiorowość nie akceptuje nowoczesnej techniki. Nie korzystają z elektryczności, samochodów, telewizji, fotografii i innych dobrodziejstw współczesności, chociaż dopuszcza się posiadanie jednego aparatu telefonicznego i drobnych maszyn rolniczych. Zajmują się rolnictwem oraz rzemiosłami z nim związanymi. Amisze stawiają swoje zasady ponad oficjalnym prawem, z powodu czego niejednokrotnie do konfliktów pomiędzy wspólnotami, a rządem amerykańskim. Nie uznają ubezpieczeń społecznych twierdząc, że wspólnota jest ubezpieczeniem zapewniającym ochronę i opiekę nad chorymi czy też starymi. Ostatecznie zostali zwolnieni z obowiązku ubezpieczeniowego, zaś dla członków wspólnoty, którzy muszą ponieść koszty leczenia, organizuje się specjalne fundusze na ten cel. Nie pobierają też zasiłku dla bezrobotnych, ani żadnej innej formy opieki społecznej od państwa. Nie posyłają też swoich dzieci do szkół publicznych ani na uczelnie wyższe.
Trochę zawile to wszystko brzmi? Być może, ale skończyłam właśnie czytać książkę, która w ciekawy sposób porusza te niezbyt łatwe sprawy.
Bardzo lubię powieści autorstwa Jodi Picoult, która wspaniale opisuje problemy współczesnego świata. Sięgnięcie po kolejną z nich jest tylko kwestią czasu. Po "Bez mojej zgody", "Kruchej jak lód" oraz "W imię miłości" przyszedł czas na "Świadectwo prawdy". Akcja powieści rozgrywa się u schyłku XX wieku w Pensylwanii. Na jednej z tamtejszych ferm prowadzonych przez Amiszów znaleziono zwłoki noworodka. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że tej makabrycznej zbrodni dokonała córka właściciela posiadłości - osiemnastoletnia Katie Fisher. Wszyscy wiedzą, że prosta dziewczyna, żyjąca regułami obowiązującymi wewnątrz społeczności, w której się wychowała nie poradzi sobie w amerykańskim sądzie. Obrony Katie podejmuje się jej daleka krewna z wielkiego miasta, adwokatka Ellie Hathaway. Jako kurator nastolatki zmuszona jest przeprowadzić się na daleką od wszelkich wygód prowincji. Tam nie tylko poznaje surowy standard życia Amiszów, ale też próbuje wyjaśnić, co tak naprawdę stało się w nocy poprzedzającej odkrycie zwłok dziecka.
Jodi Picoult jak zwykle stanęła na wysokości zadania. Jak w każdą swoją książkę, także i w tą, włożyła ogrom serca i... pracy. Bo to autorka, która solidnie przygotowuje się do każdej swojej powieści, czytając odpowiednią literaturę faktu. Dzięki temu jej dzieła są takie życiowe i realistyczne. Naprawdę, bardzo przyjemnie się je czyta. "Świadectwo prawdy" pozwoliło mi też lepiej poznać i zrozumieć religię Amiszów, a nawet niejako wczuć się w ich rolę. Nie mogę już się doczekać kolejnej jej książki, którą będę miała okazję przeczytać.
A wracając jeszcze do jedynej rodziny Amiszów mieszkających w naszym kraju, to polecam bardzo ciekawy film dokumentalny, który jest jej poświęcony, można go obejrzeć >>tutaj<<. I chociaż ich życie nie jest aż tak surowe, jak życie ortodoksyjnych Amiszów zza Oceanu, to jednak zachowali wiele zwyczajów swojej społeczności.

* źródło: Jodi Picoult, "Świadectwo prawdy"