Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 13 stycznia 2020

1084. Poniedziałkowe zaskoczenia

Jadąc rano autobusem w kierunku Katowic odkryłam, jak przyjemne może być podróżowanie bez krzyków i przepychanek dzieci i młodzieży zmierzających do szkoły. W województwie Śląskim właśnie zaczęły się ferie zimowe. Jedynie studenci, w tym Młoda, której właśnie zaczęła się sesja egzaminacyjna, zmierzali na uczelnie i uniwersytety, gdzie studiują. 
Za oknem przesuwały się krajobrazy charakterystyczne dla naszego rejonu, a ja z zapartym tchem pochłaniałam się w lekturze dotyczącej rodzajów pomocy społecznej. Owszem, mogłam zabrać coś bardziej życiowego, jednak czasami trzeba przeczytać coś cięższego, żeby nie stracić zatracenia w życiu. Warga w dalszym ciągu wygląda nieciekawie ze strupkami, ale na to już nic nie poradzę. Biorę leki przeciwwirusowe, na razie to mi musi wystarczyć.
Działalność w ŚDSie otwiera mi też oczy na wiele spraw. Wydawać by się mogło, że praca terapeuty jest łatwa i przyjemna. Nic bardziej mylnego. Trzeba być pomysłowym, kreatywnym, a zarazem cierpliwym. Tym bardziej, że grupa odbiorców jest też dosyć specyficzna. Mam co prawda jakieś doświadczenie w pracy z dziećmi(9 lat w Oratorium robi swoje), z niepełnosprawnymi intelektualnie też miałam do czynienia i to nie raz. A jednak w dalszym ciągu uczę się cierpliwości. Bo owszem, może mnie się nie podobać wiele rzeczy, ale nie mogę tego zbytnio okazywać na zewnątrz. To w sumie nie takie trudne. Trzeba tylko trochę zmienić swoje nastawienie do życia i do tego, co nas otacza. 
Terapeutki pracujące na etacie w placówce mówią mi dużo ciepłych słów, zawsze służą dobrą radą. Cieszą się też, że ich podopieczni tak szybko mnie polubili. Może nie wszyscy, ale zdecydowana większość. Nie muszę być przecież lubiana przez całą społeczność, nie o to chodzi w naszym życiu. 
A w domu czekał na mnie obiad. I jeszcze ciepła herbata oraz mruczący kot ciągle domagający się pieszczot. Moje "centrum dowodzenia wszechświatem" zapełniło się różnymi notatkami i kserówkami. Ale to chyba nikogo już nie dziwi. Za to mnie zdziwił SMS od Pani Dyrygent z zapytaniem, czy będę w niedzielę na Mszy świętej, bo chce mi dać Modlitwę Wiernych. Szkopuł polega na tym, że w tym samym czasie mam szkolenie odnośnie wolontariatu podczas "Dni Nauki" na UŚiu... Szkoda, że nie da się jeszcze sklonować. 
Jak widzicie - dzieje się sporo. A przecież nie piszę o wszystkim. Jedyny minus tego wszystkiego to wciąż bolący brzuch. Stres jednak robi swoje. Nie uchodzi ze mnie na zewnątrz, ale kumuluje się jako ból. Na szczęście to przejściowy stan rzeczy.

sobota, 11 stycznia 2020

1083. To w sumie nic takiego

Poranny świt wpadał przez ogromne okna na majestatycznej klatce schodowej, malując jasne pasy na drewnianej podłodze. Z perspektywy bocznego korytarza wyglądało to tak, jakby malarz pociągał pędzlem po płótnie. Za oknem bił zegar oznajmujący, że do ósmej zostało jeszcze 30 minut. Mimo to budynek powoli budził się do życia. Najlepszą tego oznaką było to, że drzwi wejściowe raz po raz się otwierały. Kubek z gorącą herbatą zrobioną na dyżurce z jednej strony parzył mnie w dłonie, a z drugiej pobudzał do życia i rozgrzewał wewnętrznie. Ostrożnie postawiłam go na podłodze, nie mając nawet pewności, czy dam radę unieść go z powrotem. Ujęłam głowę w dłonie. Stukot kobiecych obcasów odbijał się echem od starych ścian.
 - Dzień dobry - powiedziałam, widząc jak pani B. zmierza do swojego sekretariatu. Odwzajemniła mi z uśmiechem. Chyba nawet pierwszy raz widziałam uśmiech na jej surowej twarzy. Zaczęłam zastanawiać się, co ona tutaj robi, w sobotę. Przecież sobotę powinni mieć wolną. Chyba. W mojej głowie trwała gonitwa myśli. Nie wiem, czy znacie taki stan, kiedy w Waszych głowach na ułamek sekundy zapala się jakaś lampka myślowa, po czym gaśnie. Wy jednak doskonale wiecie, czego ona dotyczyła. A w Waszym mózgu powstaje ogromny harmider. Nie wyciszycie go ot tak. Dobrze w ogóle jest, kiedy uda się go w miarę szybko ujarzmić...
Sekundy nieustannie posuwały się naprzód. Nie wiele docierało do mnie ze świata zewnętrznego.
 - Co pani tu robi? - usłyszałam znajomy głos zabarwiony zdziwieniem. Przede mną stała pani Poppins(dzięki Jotko za pomysł na ksywkę, jakby coś, to będzie pani D.) trzymająca w palcach klucze. Cicho wytłumaczyłam jej całą sytuację.
 - Widzę, że G. szaleje - westchnęła otwierając drzwi.
 - A pani co tutaj robi? Jest sobota - zapytałam zanim weszła do środka.
 - Pracuję. Średnio co drugi tydzień - usłyszałam. 
 - Bez sensu - wymknęło mi się. Pani Poppins uśmiechnęła się przyjaźnie. Zresztą zza rogu wyłoniła się Marynia(która już raz gościła na tym blogu i jak wtedy zaznaczyłam, ksywka nie ma nic wspólnego z jej imieniem), u której ostatnio zapunktowałam. Też była szczerze zdziwiona moim widokiem, ale miała inne sprawy na głowie. W rezultacie pani Poppins pobiegała sobie pomiędzy parterem, a pierwszym piętrem... 
A, wróć. Gdzieś po drugim biegu, znając jej sytuację zdrowotną pi razy drzwi, zaproponowałam, że spokojnie mogę wszystko zanieść na górę. Tylko, że wtedy nie wiedziałam, że pod tym "wszystkim" kryją się jeszcze cztery filiżanki z kawą... Zanim jednak do tego dotarłam, dostawałam po kilka teczek, które po chwili trafiały do odpowiedniej sali. Wszystko było poprzedzone: - Uniesie pani?
Jasne, że uniosę... Może nie na raz, ale partiami, czemu nie. Dopiero przy tych kawach się poddałam. Tego bym nie doniosła, zwłaszcza po schodach. Ale to pani Poppins już sama zaniosła. A ja miałam czas na dopicie herbaty, która już nieco ostygła. Oraz na doczytanie artykułu.
 - Dziękuję... - głos pani Poppins dobiegł mnie niczym zza światów. Uśmiechnęłam się nieśmiało. Zresztą opryszczka wcale mi tego nie ułatwiała. - Fatalnie wygląda ta pani warga - dodała siadając obok mnie. - Boli?
 - Yhm...- mruknęłam, bo usta miałam pełne herbaty. Odruchowo spojrzałam na zegarek na ręce - była dopiero dziewiąta. - Długo pani dzisiaj siedzi? - dodałam po chwili.
 - Jak zwykle do szesnastej.
 - A chłopcy?
 - Chłopcy są z teściami.
Pokiwałam głową, w rękach trzymając kubek z resztkami herbaty. Drzwi wejściowe coraz częściej otwierały się i zamykały, wpuszczając w mury budynku coraz to nowe osoby. Pani Poppins siedziała obok mnie na krześle. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam czuć się niekomfortowo. Nogi same huśtały mi się do przodu i do tyłu, kołnierzyk koszuli dziwnie uwierał.
 - Jakby dzisiaj coś się działo, to śmiało może pani do mnie przyjść - usłyszałam. Ale, co się ma dziać? Do tej 14:30 powinnam wytrzymać. A potem i tak wracam do domu. Mimo wszystko pokiwałam twierdząco głową. - Powodzenia i jeszcze raz dziękuję - dodała na koniec, kładąc mi rękę na ramieniu. Dreszcz przeleciał mi po plecach.
 - Nic takiego nie zrobiłam - szepnęłam, kiedy znikała w drzwiach. - Miłego dnia.
Drzwi wejściowe do budynku ponownie się uchyliły. Po chwili znalazła się w nich jedna z moich koleżanek. Łagodnie do niej pomachałam. Odpowiedziała mi tym samym gestem. Wolno wstałam z krzesła i podeszłam do niej.
 - Miło cię widzieć - usłyszałam na powitanie...

czwartek, 9 stycznia 2020

1082. Opryszczka

Witajcie moi Kochani!
Na początku chciałabym Wam podziękować za wszystkie komentarze pod postem o ślubie S. i O. Chwilami czułam się jak bohater. A przecież nic takiego nie zrobiłam. No, może spowodowałam radość na twarzach nowożeńców. To wszystko. Do bohatera jeszcze mi daleko.
Chciałabym Was też zapytać o Wasze zdrowie. Bo ja chyba zaczęłam odczuwać skutki moich poczynań z ostatniego przedłużonego weekendu. Ale i tak nie żałuję niczego, co w jego trakcie zrobiłam: ani pojechania na ślub, ani niedzielnego koncertu, ani udziału w Orszaku Trzech Króli.
Już wczoraj czułam, że coś jest nie w porządku - za każdym razem, kiedy dotykałam górnej wargi odczuwałam pieczenie. W lusterku jednak nie wyglądało to tak źle. Ot, opuchnięta warga, co przypisywałam hektolitrom kataru, jaki ostatnio wylał się z mojego nosa. Dopiero kiedy dzisiaj rano się obudziłam i podeszłam do lusterka, przestraszyłam się nie na żarty. Warga wyglądała okropnie. Opryszczka? Tak, dopadła mnie opryszczka. Drugi raz w życiu. 
Na szczęście można sobie z tym poradzić, np. poprzez stosowanie lekarstw zmniejszających stężenie wirusa w organizmie(nie antybiotyków). W aptece można je dostać bez recepty. Dzięki temu niemal od razu zaopatrzyłam się w jeden z nich. Co prawda opryszczka trwa tylko ok. dziesięciu dni, jednak po co się męczyć, skoro można sobie ulżyć w bólu i pieczeniu. Ogólnie terapia trwa pięć dni - każdego dnia zażywa się 5 tabletek co cztery godziny z przerwą na spanie. W praktyce pierwszą tabletkę mam zamiar zażywać ok. 6, ostatnią ok. 22.00. Mam nadzieję, że zadziała. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że dzisiaj chciałam się wcześniej położyć spać. Wcześniej, czyli przed 22:00. Ale się nie da.
Pocieszające w tym wszystkim jest to, że mimo wszystko nie straszę ludzi. Nawet niektórzy z daleka odmachiwali mi ręką. Co prawda nie załatwiłam tego, co miałam w planie załatwić, ale myślę, że jak przesunę to o kolejny tydzień, to świat się od tego nie zawali. Zresztą, nie moja wina, że o niektórych sprawach informuje się nas w ostatniej chwili. I kombinuj człowieku, załatwiaj wszystko sam... A czas pędzi nieubłaganie. Czasami mam ochotę go zatrzymać, poprosić, aby chociaż trochę zwolnił. Niestety, nie chce mnie posłuchać.

P.S. Wysłałam wreszcie świąteczne kartki z życzeniami. Mam nadzieję, że dojdą chociaż do kilku z Was...

wtorek, 7 stycznia 2020

1081. Zanim jeszcze przyszła codzienność

Świąteczne dni powoli ustępują miejsca tym zwyczajnym. Boże Narodzenie 2019 i nadejście nowego roku 2020 pozostają wspomnieniem, utrwalonych chociażby na stronach mojego bloga. Zwieńczyły je dwa wyjątkowo ważne jak dla mnie wydarzenia: niedzielny koncert kolęd w jednej z sąsiednich parafii oraz poniedziałkowy Orszak Trzech Króli ulicami naszego miasta.
Niedzielny występ naszego zespołu w parafii P. księdza wypadł nam dosyć niespodziewanie. Ostatni raz byłam w tym kościele we wrześniu ubiegłego roku podczas spotkania dla naszej grupy pielgrzymkowej zmierzającej kilka tygodni wcześniej na Jasną Górę. A wcześniej jeszcze byłam tam kilka razy za czasów, kiedy chodziłam do ogólniaka - szkoła podlegała pod tą parafię. Na nasz sobotni koncert zaprosiliśmy P. z jego młodzieżą, aby nam przygrywali do kilku kolęd. W ramach rewanżu zaprosili nas na ostatnią niedzielę do siebie. Cieszyłam się, że to miała być niedziela - sobota raczej nie wchodziła w rachubę ze względu na ślub S. i O. Raczej bym się nie wyrobiła na godzinę 19:00. A tak sobie trochę odpoczęłam i na drugi dzień byłam prawie jak nowo narodzona.
Tak sobie w niedzielny poranek pomyślałam, że chyba odpuszczę sobie Mszę świętą w mojej parafii, a po prostu pójdę sobie na tą przed koncertem w tamtym kościele. Tak też zrobiłam. A przedpołudnie poświęciłam na czytanie książki. W sumie nic nowego. Popołudniu powoli zaczęłam się zbierać, m.in. cieplej się ubrałam. A jednocześnie tak się guzdrałam, że z domu wyszłam pół godziny przed 18:00. Wbrew pozorom to nie tak dużo, zwłaszcza kiedy trzeba było przejść ponad 2 kilometry, w tym pomiędzy blokami na nieznanym sobie osiedlu. Bo Karolinka sobie umyśliła iść na skróty. Ale z drugiej strony, skoro dzień wcześniej udało mi się nie zgubić na zupełnie obcym sobie terenie, to dlaczego teraz miałoby być inaczej, prawda? W ostatecznym rozrachunku na miejscu byłam tuż przed rozpoczęciem Mszy. Ufff... zawsze mogło być gorzej.
Weszłam do środka, usiadłam w jednej z pierwszych ławek i czekałam. A przy okazji kontemplowałam tamtejszą szopkę bożonarodzeniową, do której wykonania wykorzystano sam ołtarz. Nietypowy pomysł, przyznajcie sami.
Po skończonej Mszy świętej przyszła reszta zespołu. Szybko się rozlokowali i czekaliśmy na początek koncertu. Jako pierwsza wystąpiła młodzież z tamtejszej Oazy, która wykonała wiązankę skocznych kolęd na tzw. góralską nutę(w tym np. Gore gwiazda Jezusowi, Oj Maluśki czy też Jezusa narodzonego wszyscy witajmy) po czym przed ołtarz wyszła nasza ekipa. Chwilkę nam zajęło, zanim żeśmy się rozlokowali, a następnie ruszyliśmy z repertuarem. Był on taki sam jak tydzień wcześniej, więc nawet moja nieobecność na próbie, która miała miejsce poprzedniego dnia, nikomu zbytnio nie przeszkodziła. Każdy nasz występ był zapowiedziany przez P., a na koniec gorąco oklaskiwany. W dodatku wszystko szło na żywo w internecie, więc można powiedzieć, że nasza publiczność była trochę większa, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Chyba wszystkim do gustu przypadła piosenka, jaką śpiewaliśmy na bis - "Jak w Betlejem". Bo w sumie opowiada ona o tym, że Chrystus nie przyszedł na ziemię tylko w Domu Chleba, ale w każdym miejscu na ziemi. To trochę jak z naszą starą, poczciwą scholową pastorałką mówiącą, że "Przyszła do Dąbrowy, wesoła nowina, że w Betlejem mieście, Panna rodzi syna". Na koniec natomiast usłyszeliśmy od P., że on ma w planach szerszą współpracę z naszą parafią. Aż strach się bać, co miał przy tym na myśli. Kiedy było już po wszystkim, posprzątaliśmy rzeczy z naszego kościoła i wróciliśmy do domu. Akurat miałam to szczęście, że znajoma mnie podrzuciła do domu. Bo jednak wracać samemu do domu przez park po 20 to trochę jest strach.
Wolny weekend skończył się wraz ze świętem Trzech Króli. Wiele ludzi, co ciekawe, chrześcijan, uważa że jest to niepotrzebny wolny dzień, że ucierpi na tym ekonomia, że jak ktoś chce tego dnia iść na Mszę świętą do kościoła, to zawsze pójdzie. Doskonale pamiętam ostatni 6 stycznia, który nie był dniem wolnym od pracy. Miałam akurat zajęcia na uczelni, potem na złamanie karku pędziłam do mojego kościoła, bo przecież schola śpiewała na Mszy. Teraz wszystko jest na spokojnie. Idę do kościoła na tą godzinę, na którą chcę, specjalnie nie muszę się spieszyć i myśleć, jak i czy w ogóle zdążę. Zresztą, jeżeli jesteśmy wierzący, to myśląc o ekonomii powinniśmy wziąć pod uwagę właśnie sytuację Trzech Króli. Pochodzili oni prawdopodobnie z Persji(za tą tezą przemawiają tzw. czapki frygijskie znajdujące się na malowidle przedstawiającym pokłon Magów w jednej ze świątyń znajdujących się w Ziemi Świętej), która leży na terenie współczesnego Iranu. Ich podróż musiała trwać tygodnie, jeżeli nie miesiące. Musieli wziąć w nią wiele kosztowności oraz dary. Prastara legenda mówi, że te dary miały być testem dla małego Jezusa - jeżeli wybrałby złoto oznaczałoby to, że jest królem ziemskim, kadzidło - że jest kapłanem, mirrę - lekarzem. Jezus przyjął wszystkie trzy pokazując, że jest królem, kapłanem i lekarzem w jednej osobie.
Wróćmy jednak do Trzech Mędrców. Wyruszając w tak daleką wędrówkę zostawili krainy z których pochodzili wraz z całym systemem gospodarczym. Zapewne mianowali kogoś na wzór ministra skarbu, jednak to nie oni dysponowali tym majątkiem. Mogło to przysporzyć kłopotów finansowych w państwie. Czy się tym przejmowali? Czy o tym myśleli? Nie, dla nich najważniejsze było pokłonić się Dziecięciu. Co ważniejsze, nie dostali oni właściwie nic w zamian. Nie wymienili się kosztownościami z Królem, co najwyżej mogli usłyszeć "Dziękuję" z ust Józefa, a Maryja mogła pomóc synkowi pomachać im na pożegnanie. Czy więc opłacała im się ta wielotygodniowa przerwa od pracy, kiedy w dodatku musieli wracać do siebie już inną, być może dłuższą drogą, co dodatkowo wpłynęło na ich absencję? Tak, bo przecież znaleźli to, czego szukali. Być może nawet zaczęli wierzyć, a ich życie stało się pełniejsze? Pamiętajmy o tym, idąc tego dnia do kościoła. Pamiętajmy, że po spotkaniu z Bogiem nasze życie zawszę będzie lepsze.
Takim wymiernym wydarzeniem 6 stycznia jako wolnego dnia są niewątpliwie barwne Orszaki Trzech Króli, które przemierzają ulice naszych miast i wsi. Czy gdyby święto Epifanii było normalnym dniem, to byłyby one możliwe? A przecież cały pochód wygląda tak barwnie i przysparza wiele radości biorącym w nim udział ludziom. U nas już trzeci raz Trzej Królowie prowadzili wiernych od kościoła p.w. św. Barbary(dawnej świątyni prawosławnej) do miejskiej bazyliki, którą wielu z Was zna z moich opowieści:
W samej bazylice po przemarszu odbył się uroczysty koncert kolęd i pastorałek, przy akompaniamencie Miejskiej Orkiestry Dętej. Wbrew pozorom wcale nie było tak bardzo głośno, jak się mogłoby wydawać. A tradycyjne kolędy, podobnie jak w przypadku naszych koncertów, przeplatały się z nowoczesnymi piosenkami.
Jedyny minus tego wszystkiego jest taki, że sama nie wiem kiedy przemarzłam(czy na ślubie, czy na koncercie, czy może na pochodzie), a w rezultacie znowu coś złapałam. Na szczęście to tylko przeziębienie, bo powoli trzeba wracać do starego rytmu. Siostra pojechała na studia, Młoda przyjechała. Szkolniaki za tydzień mają już ferie zimowe, po których rozpoczynam pracę z Kropką. I tak powoli toczą się kolejne dni 2020 roku...

niedziela, 5 stycznia 2020

1080. Chyba naprawdę się ucieszyli

Kiedy dwa tygodnie temu zobaczyłam na facebooku zaproszenie na ślub pary, którą poznałam na wyjeździe do Panamy, poczułam się dziwnie. Z jednej strony cieszyłam się, owszem, ale z drugiej... Zobaczyłam kto jeszcze jest z naszej ekipy panamskiej zaproszono na wydarzenie. Okazało się, że poprzez fb zaproszenie dostałam ja i jeszcze jedna dziewczyna. O kurczaczki. Oczywiście brałam pod uwagę inne formy zaproszenia(my akurat najczęściej "gadamy" poprzez messengera, od czasu do czasu do siebie dzwonimy, ale nie ukrywajmy, że dzisiaj najwygodniej jest stworzyć wydarzenie na fb i w ten sposób pozapraszać potencjalnych gości), ale i tak w mojej głowie pojawiło się podstawowe pytanie "dlaczego ja?"*. Przecież w naszej grupie było wiele ciekawych, bardziej barwnych osób, które bardziej by pasowały na gości. A jednocześnie się cieszyłam. 
Cieszyłam, bo nie byłam znajomością tylko "na chwilę". Bo może ktoś spoza mojej rodziny widział we mnie nie w miarę fajnego człowieka bez względu na to, co prezentował jego wygląd zewnętrzny.
Przez dobry tydzień zastanawiałam się, czy powinnam jechać. Bo jednak nasza znajomość trwała zaledwie trzy tygodnie. A jednak chęć zrobienia młodym przyjemności w tym dniu Młodym zwyciężyła. Poza tym, kto wie kiedy znowu nadarzy się taka okazja.
Wcześniej jednak postanowiłam sprawdzić gdzie znajduje się miejscowość, w której ma się odbyć uroczystość i czy w ogóle jest tam możliwość dojechania w sobotę. Wiecie, nie chciałam robić im nadziei, bo jednak jestem niezmotoryzowany człowiek, który musi dalej polegać na transporcie publicznym i prywatnym. Po przeanalizowaniu wszystkiego, łącznie z możliwościami przyjazdu i powrotu do domu, uznałam, że pojechanie na ten ślub jest w miarę realne. Zaznaczyłam więc, że będę i czekałam na ten wyjątkowy dla S. i O. dzień.
A on nadszedł jak gdyby nigdy nic w dniu wczorajszym. Pomimo soboty i w miarę wolnego dnia wstałam ok. godziny 5. rano. Szybko się zebrałam, tak, aby na 7:35 dotrzeć na dworzec kolejowy w Katowicach. Musiałam być tak wcześnie, ponieważ o tej godzinie odchodził pociąg jadący przez Opole. Z Opola zaś najbardziej pasujący mi bus, który jechał już bezpośrednio przez Kujawy, był o 9:30. Niestety, żadnym z późniejszych nie zdążyłabym na 13:00. A propos miejscowości, w której odbywał się ślub - kiedy zobaczyłam jej nazwę nie wiem dlaczego, ale pomyślałam sobie o krainie geograficznej o tej samej nazwie - Kujawy. Wtedy moja wyprawa raczej byłaby niemożliwa. Na szczęście w adresie podany był kod pocztowy, po którym doszłam, że to niewielka miejscowość położona w sąsiednim województwie. 
Pociąg z Katowic do Opola jedzie średnio 1,5 godziny. To doskonała okazja nie tylko do podziwiania widoku za oknem, ale też do pogrążenia się w lekturze. A ponieważ ostatnio wypożyczyłam z Biblioteki Śląskiej aż dziewięć pozycji(z czego przeczytałam już 2), to miałam w czym wybierać. Zdecydowałam się na "Tsunami" autorstwa Sonali Deraniyagala. Ciekawa, aczkolwiek nie najłatwiejsza opowieść o zdarzeniach z grudnia 2004 roku, kiedy Indonezję nawiedziło tytułowe tsunami.
Do Opola dojechałam chwilę po 9. Trochę byłam zdezorientowana, ponieważ pierwszy raz odwiedziłam to miasto, a mapa internetowa pokazało mi, że od Dworca PKP do Dworca Autobusowego, z którego odchodziły busy do okolicznych miejscowości było ok. 2 kilometrów. A jeszcze wypadało kupić jakieś kwiaty i kartkę z życzeniami. Tymczasem ja nawet nie bardzo wiedziałam, w którą stronę mam iść. Na szczęście pod halą dworcową stały taksówki. Któż nie zna lepiej miasta od taksówkarzy, prawda? Podeszłam więc do jednego z nich z pytaniem, w którą stronę należy iść, aby dotrzeć do Dworca Autobusowego. Wskazał mi zielone daszki po drugiej stronie ulicy. Serio? Miały być dwa kilometry... W każdym razie mogłam spokojnie iść do kwiaciarni, gdzie kupiłam bukiet i kartkę. A potem jeszcze trochę czekałam aż nadjedzie autobus.
Autobus nadjechał lekko spóźniony, przez co lekko zmokłam. Weszłam do środka, zapłaciłam za bilet, usiadłam na pierwszym miejscu i z zainteresowaniem obserwowałam przesuwające się za oknem widoki. A te, z początku przedstawiające zurbanizowane miasto, powoli ustępowały krajobrazy typowo wiejskie. Przy okazji na własne oczy zobaczyłam zjawisko, gdzie miejscowości miały dwie nazwy - polską i niemiecką. Wszak województwo opolskie znajduje się na poniemieckiej ziemi.
W końcu, po godzinie jazdy, dotarłam w docelowe miejsce. Na szczęście autobus zatrzymuje się w centrum miejscowości tuż przy kościele, toteż nie musiałam go czytać. Do uroczystości pozostało 2,5 godziny. Nie uśmiechało mi się spędzać tego czasu na dworze, gdzie było zimno i wiał wiatr. Wkrótce jednak zobaczyłam, że ktoś wchodzi do kościoła. Czyli musiał być otwarty. Postanowiłam to jednak sprawdzić. Nieśmiało nacisnęłam na klamkę i weszłam do środka.
W kościele może nie było jakoś wyjątkowo ciepło, ale przynajmniej jego mury chroniły od zimnego wiatru. Usiadłam w ostatnim rzędzie. Akurat trwała próba śpiewu. W ucho wpadła mi poniższa pieśń:
I już do końca dnia ją nuciłam.
Nawet nie wiem, kiedy przyszła godzina 12:00, 12:30. Świątynia powoli zaczęła zapełniać się gośćmi, w przeważającej ilości młodymi. Nic dziwnego, przecież zarówno S., jak i O. działają w Duszpasterstwie Młodzieżowym.
Tuż przed godziną 13:00 w kościele pojawili się państwo młodzi. Nasze spojrzenia na chwilę się skrzyżowały. Ku mojemu zaskoczeniu S. podeszła do mnie i serdecznie mnie przytuliła.
 - Wspaniale, że jesteś - szepnęła mi do ucha.
Po O. też było widać radość z tego, że mnie widzi. Tradycyjnie już przybił mi piątkę.
 - Idź do przodu - poradził mi. - Będziesz lepiej widzieć.
Spojrzałam na wiecznie uśmiechniętą S.
 - Idź, nie wstydź się - zachęcała.
W końcu przesiadłam się bliżej.
Chwilę później środkiem kościoła przeszła procesja, na której końcu zmierzali młodzi. Piękny widok. Tak samo, jak pięknie brzmiały słowa przysięgi małżeńskiej, które względem siebie wypowiadali. Czy im się uda wytrwać w złożonej sobie obietnicy? Będę trzymała za to kciuki. W procesji z darami, oprócz tradycyjnych hostii, chleba oraz wody i wina zaniesiono również tak nietypowo lekarski stetoskop(S. studiuje medycynę we Wrocławiu) oraz kask strażacki(O. jest w Ochotniczej Straży Pożarnej).
Po zakończonej ceremonii wyszliśmy przed kościół, zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z nowożeńcami. Potem jeszcze złożyłam im najserdeczniejsze życzenia(O. m.in. kazałam dbać o poślubioną sobie małżonkę i pilnować jej jak oka w głowie, bo jak nie, to będzie miał ze mną do czynienia) i powoli wypadało zbierać się do domu. 
Tutaj spotkała mnie miła niespodzianka - O. zapytał mnie, jak wracam do domu. Powiedziałam mu, zgodnie z prawdą, że o 15:30 mam powrotnego busa do Opola, a stamtąd już pociągiem do Katowic. O. stwierdził, że bez sensu abym tyle czekała na zimnym przystanku. A że ich znajomi z Duszpasterstwa Akademickiego podwozili kogoś na tamtejszy Dworzec PKP, to załatwił mi, abym jechała z nimi. W sumie w Opolu też chwilę czekałam, ale co innego jest spędzić półtora godziny na zimnie, a co innego w miarę ciepłej poczekalni. Oczywiście wykorzystałam ten czas na czytaniu książki. Gdyby była inna pogoda, to może zdecydowałabym się na zwiedzanie najbliższej okolicy. Ale przy zimnym wiaterku oraz mżącym deszczu po prostu mi się nie chciało. Może latem to nadrobię.
Za dziesięć siedemnasta weszłam do pociągu relacji Świnoujście - Lublin. Przeżyłam szok widząc, jak dużo ludzi nim jedzie. Ze względu na moje ograniczenia ruchowe kasjerka sprzedała mi bilet na miejsce siedzące, które jednak okazało się zajęte przez Ukraińców(?). Miałam pierwszeństwo na tą miejscówkę - nie dość, że dostałam ją na bilecie, to jeszcze przedział w wagonie był uprzywilejowany.  Uwierzcie mi, gdyby się dało, to oddałabym te wszystkie przywileje dla większej sprawności... W każdym razie wywiązała się mała sprzeczka o mnie pomiędzy tym Ukraińcem, a pasażerami, którzy prosili o to, aby ustąpił mi to miejsce. W końcu się udało, chociaż widać było, że człowiek jest poirytowany.
Ponieważ w dworcowej poczekalni skończyłam czytać przywiezioną przez siebie książkę nie miałam za bardzo co robić i pogrążyłam się w półśnie. Niby spałam, ale wiedziałam co się wokół mnie dzieje. Podróż powrotna trwała trochę dłużej, a to dlatego, że pociąg zatrzymywał się w moim mieście. Tym sposobem już przed 19:00 byłam w domu. Co prawda kleryk gonił animatorów do zrobienia paczek z kadzidłem i kredą na poniedziałek, ale ja już nie miałam na to siły.

* Co ciekawe, nigdy sobie nie zadawałam tego pytania odnośnie mojej niepełnoprawności