Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 13 listopada 2020

1233. To już jest koniec pewnej epoki

Pamiętam tamto sympozjum sprzed 5 lat poświęcone osobie Jana Pawła II, a konkretniej temu, w jaki sposób wpływa na współczesnych artystów. Pamiętam jak przed nim miałam zajęcia z architektury i sztuki sakralnej i jak przekonywałam wykładowczynie, abym mogła w międzyczasie wyskoczyć do znajdującej się na parterze biblioteki uczelnianej tzw. małej auli(bo tam się ono odbywało), aby posłuchać tego, co ma do powiedzenia Adam Bujak, autor niezwykłych albumów poświęconych Karolowi Wojtyle. Co tchu w nogach zbiegałam z drugiego piętra w dół, licząc na to, że uda mi się zdążyć. Niestety, okazało się, że wykłady zostały zamienione i pan Bujak miał swoją prelekcję trochę wcześniej. Trochę byłam zawiedziona, nie powiem, że nie. Jednak po kilkunastu minutach był wykład, na którym zależało mi najbardziej. Wśród zaproszonych gości była bowiem koleżanka Karola Wojtyły z czasów gimnazjalnych - pani Halina Królikiewicz - Kwiatkowska. Co prawda wadowickie szkoły były wtedy podzielone na męskie i żeńskie, jednak zarówno Karol, jak i Halina, grali w szkolnym teatrze amatorskim. Przeczuwałam, że to mogą być wyjątkowe wspomnienia, dlatego bez wahania zostałam na tym wykładzie. Nawet nie wiem, czy czasem nie urwałam się wtedy z jakiś późniejszych wykładów. Jakbym czuła, że taka okazja może się już nie przydarzyć.

Nawet mój łebek widać :)

Pamiętam podniosłą atmosferę, towarzyszącą niezwykłemu monologowi pani Haliny, która nawet po latach stosowała wyuczone podczas licznych przedstawień techniki wystąpienia. Nie będę ukrywać - przyjemnie się słuchało snutej opowieści, która cofnęła nas wszystkich w czasie o ok. 80 lat, a następnie ukazywała nam bardziej i mniej znane chyba najbardziej znanego Polaka na świecie. Przyciemnione pomieszczenie dodawało wszystkiemu magicznej atmosfery. Chciałam, aby ta chwila trwała i trwała. Ale, chociaż było to najdłuższe wystąpienie, to i ono musiało kiedyś się skończyć. Pani Halina dostała gromkie, w pełni zasłużone brawa. A ja postawiłam sobie za punkt honoru zdobyć książkę jej autorstwa opowiadającą o Karolu Wojtyle, co zresztą mi się udało jakiś rok później.
Kiedy w ostatnią niedzielę usłyszałam o śmierci Eugeniusza Mroza, automatycznie pomyślałam sobie o pani Halinie, że z nich wszystkich chyba tylko ona jeszcze żyje("A Danusia Pukło"? - dopytywali bliscy, "Danusia zmarła w tym samym roku co papież, tyle że w grudniu", "Kluger?", "Zmarł w 2011 roku, w grudniu", "Bojeś?", "Nie żyje od 13 lat..."). Przeżyła pana Eugeniusza Mroza o 10 dni. Zmarła dzisiaj, w Konstancinie, w wieku 99 lat. A jeszcze wiosną, z okazji 100 rocznicy urodzin wielkiego kolegi, udzieliła kilka wywiadów dotyczących ich wieloletniej znajomości. Teraz nabrały one szczególnego znaczenia.

i jeszcze jeden, na razie nie udało mi się go tutaj wrzucić, może wkrótce tego dokonam - https://www.youtube.com/watch?v=CUV37uows10

Wraz ze śmiercią pani Haliny zdecydowanie skończyła się jakaś epoka. A mi najzwyczajniej jest żal, że już nikt nie będzie wspominał pięknych czasów przedwojennych Wadowic, w których upłynęła młodość m.in. Karola Wojtyły. A po trochu też i moja, wszak tyle moich wakacyjnych wspomnień łączy się z tym niewielkim, ale uroczym galicyjskim miasteczkiem. Ale to przecież nie jest moje miasto...
Z rzewnością wzięłam dzisiaj do ręki książkę napisaną przez panią Halinę. Tyle i aż tyle...  Cieszę się, że udało mi się nią zdobyć. Niezwykłe wspomnienia pozostaną ze mną na dłużej...

środa, 11 listopada 2020

1232. "Ja to mam szczęście, że w tym momencie, żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą..."

Świętujemy 102 rocznicę odzyskania przez nasz kraj długo wyczekiwanej niepodległości. Może nie tak hucznie i uroczyście jak przez ostatnie lata, a jednak gdzieś w głębi serca większość z nas cieszy się, że żyje w wolnej Polsce. Chociaż, jak na poprzednim blogu napisałam o niepodległości naszego kraju, to jedna z moich czytelniczek, moja rówieśnica, z wiadomą swoim wypowiedziom wyższością, stwierdziła że przecież teraz też jesteśmy pod zagranicznymi zaborami - niemieckiego Obi oraz francuskiego Carrefoura. Trochę mi się to porównanie wydaje mało stosowne. Prawda jest taka, że teraz mam wybór - mogę iść albo do zagranicznej sieciówki, albo na lokalny bazarek. Wtedy, te 102 lat temu wiele rzeczy związanych z codziennością było narzuconych przez zaborcę, a niestosowanie się do nich groziło w wielu sytuacjach ciężkimi sankcjami. Gdzież więc porównywać aktualnych "zaborców" z tymi sprzed ponad wieku?
Cieszmy się więc z wolności, a zarazem nie nadużywajmy jej. Bo to co się dzieje na ulicach w pewnych sytuacjach wydaje mi się właśnie jej nadużyciem. Nie będę wymieniać sytuacji, ale ponownie na myśl przychodzą mi słowa księdza Robaka z Pana Tadeusza - "Ważne rzeczy, mój bracie! Wojna tuż nad nami! Wojna o Polskę! bracie! Będziem Polakami". Pamiętajmy też, że wolność nie została nam dana raz na zawsze, że można ją w każdej chwili utracić. Wiem, że raczej na ten blog nie wejdzie żaden polityk, ale historia już raz pokazała, jak zakończyły się niesnaski w polskim rządzie w okresie XVIII wieku. Nikt nie powiedział, że teraz nie może być inaczej. Niektórzy byli zdolni zaanektować na swoje potrzeby Krym, kto wie, czy nie zechcą "upolować" fragmentu naszego kraju... 
Jestem dumna z mojego kraju. Może nie jest idealny, ale pokażcie mi państwo, które w 100% jest rewelacyjne do życia. Owszem, pewnie są kraje, gdzie żyje się o wiele lepiej, w którym polityka i służba zdrowia działa na o wiele lepiej, ale jednak cieszę się, "...że w tym momencie, żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą...". No właśnie, w tym momencie, nie 150 lat temu(chociaż kocham czytać o życiu w XIX wieku), czy też za kolejne 100 lat, ale tu i teraz. Bo w sumie nie wiem co się będzie działo za 100 lat. A tak mogę powtórzyć za Cyprianem Kamilem Norwidem("Moja ojczyzna"):

Kto mi powiada, że moja ojczyzna:
Pola, zieloność, okopy,
Chaty i kwiaty, i sioła - niech wyzna,
            Że - to jej stopy.
Dziecka - nikt z ramion matki nie odbiera;
Pacholę do kolan jej sięga;
Syn - piersi dorósł i ramię podpiera:
        To - praw mych księga.
Ojczyzna moja nie stąd stawa czołem;
Ja ciałem zza Eufratu,
A duchem sponad Chaosu wziąłem:
        Czynsz płacę światu.
Naród mię żaden nie zbawił ni stworzył;
Wieczność pamiętam przed wiekiem;
Klucz Dawidowy usta mi otworzył,
        Rzym nazwał człekiem.
Ojczyzny mojej stopy okrwawione
Włosami otrzeć na piasku
Padam: lecz znam jej i twarz, i koronę
        Słońca słońc blasku.
Dziadowie moi nie znali też innej;
Ja nóg jej ręką tykałem;
Sandału rzemień nieraz na nich gminny
       Ucałowałem.
Niechże nie uczą mię, gdzie ma ojczyzna,
Bo pola, sioła, okopy
I krew, i ciało, i ta jego blizna
        To ślad - lub - stopy.

I na koniec zostawiam Was z animacją wykonaną z okazji 100 rocznicy odzyskania niepodległości, ale jakże aktualnej.

niedziela, 8 listopada 2020

1231. Teraz klasowe zjazdy przeniosły się na niebiańską arenę

Czytając wspomnienia związane ze świętym Janem Pawłem II nie sposób było nie trafić na te, które dotyczą czasów jego młodości. Zresztą maturzyści wadowickiego gimnazjum z rocznika 1938 starali się regularnie spotykać raz na jakiś czas i wspominać stare, dobre czasy. Nie zmienił tego fakt, że jeden z nich, Karol Wojtyła, sukcesywnie wspinał się po drabinie duchowieństwa. Bo w gruncie rzeczy to, że został kapłanem nie było niczym nadzwyczajnym(ciekawostka, jeden z klasowych kolegów Wojtyły, też Karol, również został kapłanem, jednak wykończony trudami wojny, dosyć szybko odszedł z tego świata), ale to, że "awansował" na biskupa, arcybiskupa, kardynała, aż w końcu papieża - już tak. I chociaż z każdą nową funkcją miał coraz więcej obowiązków, to zawsze znajdywał czas, ażeby spotkać się ze swoimi kolegami. Naprzód w murach ich gimnazjum, potem w Krakowie, aż w końcu albo podczas pielgrzymek papieża do ojczyzny, albo w Watykanie, bądź Castel Gandolfo. A było co wspominać, wszak niektórzy z nich spędzili z sobą nie tylko 8 lat w gimnazjum, ale i 4 lata w szkole powszechnej.
Mijały lata. Kolejni "Ostatni Mohikanie" odchodzili z tego świata. Naprzód wojna zebrała niemałe żniwo wśród kolegów Karola Wojtyły(z 42 maturzystów aż 10 straciło swoje młode życie na różnych frontach, żaden inny rocznik kończących naukę w wadowickim gimnazjum nie stracił aż tylu absolwentów, co 1938). Potem odchodzili kolejni, na skutek chorób i wieków. Po śmierci papieża zostało ich zaledwie garstka. Po śmierci Jerzego Klugera w 2011 oraz Stanisława Jury w 2012 roku, jedynym żyjącym maturzystą został Eugeniusz Mróz. Jeszcze w marcu poświęciłam mu wpis na blogu, z okazji 100 rocznicy jego urodzin. Niestety, w poniedziałek pan Eugeniusz odszedł do Domu Ojca. Przed śmiercią zdążył jeszcze spisać swoje wspomnienia związane z Karolem Wojtyłą w książce "Historia niezwykłej przyjaźni"(którą sobie tydzień temu zakupiłam).
Teraz cała klasa będzie świętować w Niebie kolejne rocznice napisania matury w "kochanej, starej budzie...".

Dzisiaj dotarła też do mnie wiadomość o śmierci jednego z księży, który posługiwał(jakoś nigdy nie lubiłam słowa "pracuje" w odniesieniu do kapłanów, którzy aktualnie nie uczą w szkole religii) w mojej parafii w latach 2005-2007. Jego ostatni "przystanek" to Sanktuarium Matki Bożej Wspomożenia Wiernych w Twardogórze. Ciepły, serdeczny i skromny kapłan... Z pokorą przyjął perspektywę mieszkania nie na plebani(bo tejże jeszcze wtedy nie było na terenie naszej parafii), ale wynajmowanego M-3 w jednym z bloków. Trzy lata temu obchodził jubileusz 50-lecia przyjęcia sakramentu kapłaństwa, więc miał ponad 80 lat(salezjanie mają trochę dłuższy okres studiowania od księży diecezjalnych). Piękny wiek...
A żeby nie było tak zupełnie smutno i ponuro, to wstawiam zajawkę jednego z najbliższych postów. Wzięło mnie na malowanie do ułożonego wcześniej wiersza. Jest ktoś ciekawy efektu moich poczynań?

sobota, 7 listopada 2020

1230. Jedyne takie miejsce w Europie

Nastały długie ciemne wieczory. Sprzyjają odpoczynkowi po całym dniu z ciekawą książką w ręku lub wspominaniu ciepłych, wakacyjnych dni, chociaż aktualnie mam takie tempo pracy, że nawet i na czytanie trudno jest mi wygospodarować satysfakcjonującą mnie ilość czasu. Mój stolik całkowicie został obłożony książkami o tematyce menadżerskiej oraz pedagogicznej i psychologicznej. Żeby nie zwariować, czytam jeszcze tzw. książki dla przyjemności(aktualnie zaczytuję się "Wojną i pokojem" Tołstoja na spółkę z "Wszystkimi marzeniami świata" autorstwa Diaz Jorge i trylogią "Władca Pierścieni" Tolkena. I coraz bardziej odczuwam perspektywę oddalających się wakacji, czyli czasu względnej beztroski. Co prawda w tym roku ominęła mnie piesza pielgrzymka do Częstochowy, na szczęście udało się mojemu klubowi sportowemu zorganizować dziesięciodniowy wyjazd na obóz sportowy do położonego niedaleko miejsca mojego zamieszkania Huciska.
Jedną z tegorocznych atrakcji podczas obozu, a zarazem oderwanie od codziennych intensywnych treningów(jak większość z Was wie, niemal na drugi dzień po powrocie pojechałam na pierwsze zawody sportowe do Sieradza) był wyjazd na wycieczkę na jedyną w Europie pustynię - Pustynię Błędowską. O Pustyni Błędowskiej słyszałam nieraz, wszak zahaczała ona i o moje rodzinne miasto(nawet jedna z jego dzielnic wzięła od niej nazwę - od pustyni oddzielają ją jedynie Lasy Błędowskie). Nie będę ukrywać, że bardzo chciałam kiedyś ją zobaczyć, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie. Teraz moje marzenie jeszcze z dzieciństwa(pamiętam jak po którejś edycji konkursu miejskiego obiecałam sobie, że kiedyś tam zajrzę) wreszcie mogło się spełnić.
Nie zwiedziliśmy całej Pustyni Błędowskiej, a obejrzeliśmy ją jedynie z perspektywy powstałej w 2018 r. Róży Wiatrów. Jest to punkt widokowy, do którego można dojechać z drogi, która łączy miejscowość Klucze i Hutki. Znajduje się tam platforma widokowa wraz z całym kompleksem altan, podestów a także molem. Całość dopełniają tablice z informacjami o bogactwie przyrodniczym, kulturowym oraz historycznym tego miejsca.

Ale skąd w naszym kraju w ogóle wzięło się takie zjawisko? Jak mówi legenda: "Dawno temu, przed wiekami, Olkusz był niewielką bardzo biedną osadą. Jednak gdy w okolicy odkryto, że pod ziemią znajdują się olbrzymie pokłady srebra i ołowiu, okoliczna ludność zaczęła zakładać w tym miejscu kopalnie i wydobywać drogocenny kruszec. Coraz głębiej i głębiej gwarkowie olkuscy schodzili pod ziemię w poszukiwaniu skarbów. Nie  podobało się to miejscowym czartom, którzy tuż pod kopalniami mieli jedno ze swoich piekielnych siedlisk. Ciągłe stuki-puki i hałasy irytowały diabłów, a kiedy ściany piekła zaczęły drżeć i pękać, a kilka grzesznych dusz wymknęło się przez szpary, przebrała się miarka. Naczelny Belzebub zwołał wielką czarcią naradę. Dyskusje trwały ponoć kilka dni i pomysłów na powstrzymanie prac górniczych zrodziło się wiele. W kopalniach zaczęły się dziać dziwne rzeczy. A to woda zalewała chodniki, a to znów ziemia obsunęła się i zasypała gwarków, tu i ówdzie znikąd pojawiał się pożar... Dziwili się ludzie, skąd naraz tyle nieszczęść, ten i ów domyślał się, że to może być czarcia robota, ale wydobycie wciąż i nadal posuwało się naprzód. W końcu najsprytniejszy z diabłów wpadł na iście szatański pomysł. Należy zasypać piaskiem wszystkie kopalnie! Dobry pomysł, lecz jak tego dokonać? Uradzili, że jeden z nich poleci nad Bałtyk, nabierze ogromny worek piasku i rozsypie go po okolicy. Tak też się stało. Nocą diabeł wysłannik udał się nad morze i naładował tyle piasku, że ledwie udało mu się unieść wór i wzbić w powietrze w drogę powrotną. O świcie był już w rejonie Olkusza, lecz tak bardzo opadł z sił, że lot jego stawał się coraz niższy. Na dodatek cała okolica tonęła w porannej mgle... Błądził więc nad okolicą Olkusza, coraz niżej i niżej, nie mogąc dojrzeć wejścia do żadnej z kopalń, aż zahaczył workiem o wieżę kościelną. Z rozerwanego wora wysypał się piasek na pobliskie pola i tak właśnie powstała Pustynia Błędowska."(Kmiotek D., Budny M., Kmiotek J. "Legendy Dąbrowy Górniczej", Dikappa 2010, s. 50). 

W oddali widać kościół w Olkuszu, o wieże którego diabeł miał rozerwać worek z piaskiem

Prawda jest trochę mniej skomplikowana - na skutek karczowania okolicznych lasów ziemia stopniowo zaczęła zamieniać się w piasek. Po latach osiągnęła powierzchnię 14,5 km. kwadratowych i stała się największym tego typu obiektem w Europie. Nazwę pustyni, "Błędowska", nadał w 1889 roku geograf Wacław Nałkowski. W latach 30 XX w. Pustynia Błędowska razem z Pustynią Ryczkowską, Pustynią Starczynowską oraz Dziadowskim Morzem tworzyła Wielką Pustynię Błędowską, która osiągnęła wielkość ok 150 km. kwadratowych. Dwadzieścia lat później część pustyni została zaorana i obsadzona wierzbą ostrolistną wraz z sosną. W połączeniu z pyłami przemysłowymi Górnego Okręgu Przemysłowego oraz obserwowanym ówcześnie poziomem wód, poskutkowało to znacznym zmniejszeniem się powierzchni piaskowej. Do dzisiaj południowa część pustyni niemal całkowicie jest zarośnięta, jednak obszar od strony Chechła to teren w dużej mierze pozbawiona drzew.
W obecnych czasach podejmowane są działania, które mają na celu uchronienie tego unikatowego obszaru poprzez wycinkę rosnących drzew. Od 2010 roku Zespół Parków Krajobrazowych Województwa Śląskiego realizuje program "Ochrona mozaiki siedlisk przyrodniczych w zlewni rzeki Białej Przemszy". Jednym z jego założeń jest wyznaczenie ścieżki przyrodniczej o długości 12 km., usunięcie mułu z 10 ha Bagien Błędowskich, odkrzewienie oraz oczyszczenie z niewybuchów po I i II wojnie światowej. Natomiast do listopada 2014 roku realizowany był program ochrony Life+. Celem tego projektu było osiągnięcie właściwego stanu ochrony największego w naszym kraju kompleksu dwóch napiaskowych siedlisk przyrodniczych: wydm śródlądowych oraz ciepłolubnych muraw.

Na obszarze Pustyni Błędowskiej występuje kilkadziesiąt gatunków roślin wyższych(a konkretniej naczyniowych), które są przystosowane do gleb piaszczystych oraz dynamicznych warunków wydmowych. Wśród nich można wymienić szczotlichę siwą, mietlicę pospolitą, turzycę piaskową, piaskownicę zwyczajną, wiosnówkę pospolitą, chroszcza nagołodykowego oraz sporka wiosennego. Rzadsze bądź chronione rośliny to np. kruszczyk szerokolistny, pomocnik baldaszkowy, dziewięćsił bezłodygowy i warzucha polska. Ta ostatnia jest endemitem - nie występuje ona nigdzie indziej w naszym kraju. Obecnie prawie niespotykana, niegdyś rosła u źródeł Białej Przemszy, ponieważ wymagała zimnej i czystej wody.
Fauna pustynna to w dużej mierze owady oraz ptaki. Na szczególną uwagę zasługuje skowronek borowy oraz świergotek polny. Na piaskach zauważa się kulony - typowe ptaku pustynno-stepowy. Oprócz tego widuje się trzmielojada zwyczajnego, ortolana, lerka, lelka zwyczajnego, gąsiorka, jarzębatkę, dzięcioła czarnego oraz zimorodka. Środkiem pustyni przepływa Biała Przemsza, w której wodach żyją minogi strumieniowe. Na brzegach rzeki zadomowiły się np. bobry i piżmaki. Wśród piasków można spotkać drapieżne trzyszcze - są to chrząszcze koloru zielonego bądź fioletowego, posiadające białe plamki na pokrywach. Na luźnych piaskach żyją także błonkówki oraz mrówkolwy, których larwy tworzą lejkowate dołki - pułapki na mrówki. Po pustynnej nawierzchni biegają też rozmaite gatunki gadów(gniewosz plamisty, jaszczurka zwinka, padalec zwyczajny, jaszczurka żyworodna, zaskroniec zwyczajny, żmija zygzakowata) oraz płazów(grzebiuszka ziemna).

Pustynia jest znana szerszej publiczności nie tylko ze szkolnych podręczników, ale i np. z filmu Jerzego Kawalerowicza - "Faraon". Chociaż większość scen pustynnych została nakręcona na autentycznych pustyniach w kraju faraonów, czyli Egipcie, to jednak kilka scen nakręcono na naszej rodzimej Pustyni Błędowskiej. Inną ciekawostką jest, że od początku XX wieku pustynię wykorzystywano jako poligon. W czasie I wojny światowej ćwiczył na niej batalion pomocniczy piechoty legionowej. W okresie międzywojennym ćwiczyła na nim piechota i artyleria Korpusu Nr V w Krakowie. Podczas II wojny światowej była poligonem dla niemieckich lotników, którzy mieli bazę niedaleko Siewierza. Aktualnie jedynie północna część pustyni służy za poligon wojskowy - miejsce ćwiczeń wojsk spadochronowych. O wykorzystywaniu terenu do celów wojskowych przypominają obiekty militarne zgromadzone na Róży Wiatrów.

Wycieczka trwała ok. godziny(odejmując czas potrzebny na dojazd), ale wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Nie tylko spełniłam swoje marzenie z dzieciństwa, przede wszystkim dowiedziałam się czegoś nowego o cząsteczce mojej małej ojczyzny, w której przyszło mi się wychować i dorastać oraz unikatowej w skali Europy pustyni. Mam cichą nadzieję, że wszelkie zabiegi zapobiegające zalesieniu tego terenu przyniosą skutek, a pustynia pozostanie pustynią nie tylko z nazwy, ale też wyglądu. A w przyszłości, kto wie, być może znowu wróci zjawisko fatamorgany...

poniedziałek, 2 listopada 2020

1229. Ażebyśmy o nich nie zapomnieli...

Listopad rozpoczął się zupełnie inaczej, niż dotychczas. Bez odwiedzin na grobach bliskich, bez spotkań z rodziną. W sumie jakoś mnie to specjalnie nie dotknęło. Szczerze powiedziawszy, to niezbyt lubię odwiedzać groby moich krewnych i znajomych w pierwszych dniach listopada. Święto Zmarłych bardzo często przypomina jarmark, w którym prześcigamy się w wyglądzie kwiatów i ilości zapalonych zniczy, w pokazaniu się w coraz to lepszych kreacjach, bo przecież musimy jakoś wyglądać w oczach dawno nie widzianej rodziny. Babcie prześcigają się w wymienianiu talentów i sukcesów swoich wnuków, rodzice "planują" przyszłość swoim dzieciom. Zaduma ustępuje śmiechom i chichom, które nie zawsze pozwalają skupić się na tym co najważniejsze - cichej modlitwie za zmarłych.
W ciągu roku cmentarze stoją puste... Nawet jeżeli mamy cmentarz niedaleko, nie zawsze znajdujemy czas, aby odwiedzić spoczywających tam bliskich. Eleganckie w pierwszych dniach listopada groby stoją opuszczone i zaniedbane, śmieci panoszą się po alejkach, zwiędłe kwiaty straszą w wazonach... Nie mówię tutaj o sytuacji, kiedy mieszkamy na drugim końcu Polski i faktycznie nie możemy być częściej niż raz na rok. Ale 1 i 2 listopada to tylko tradycja. Najważniejsza jest pamięć o naszych zmarłych bliskich na co dzień, a nie tylko od święta... Sama staram się raz na 2 tygodnie odwiedzić nasz parafialny cmentarz, żeby pogawędzić z niektórymi zmarłymi. Z reguły jest pusty. Rzadko kiedy fotografuję nagrobki - nie wiem dlaczego, ale mam takie wewnętrzne przekonanie, że mogę ten czas wykorzystać inaczej, bardziej "produktywniej", na modlitwach nad opuszczonymi grobami, o których nikt na co dzień nie pamięta, albo nad symbolicznym grobem dzieci nienarodzonym. I naprawdę płaczę nad nimi - bo kiedy teraz słyszę hasła wykrzykiwane przez demonstrujących, sercem jestem przy tych matkach, które utraciły swoje ciąże w naturalny sposób...
W tym roku z świata odeszło wiele znakomitych osób. Poniższa prezentacja przybliża nam tych, którzy byli określani przymiotnikiem "znani". Do tego dochodzi cały zastęp znanych-nieznanych. Karolina Dzienniak, która przez lata walczyła z nowotworem mózgu. Wiele razy prosiła w mediach ludzi dobrej woli o pomoc w zebraniu środków na leczenie... Krewni, znajomi, przyjaciele - śmierć nie wybiera. Przed chwilą dowiedziałam się o śmierci nieodżałowanego księdza Stefana, który swego czasu był proboszczem parafii, pod którą należała moja szkoła. Wielki człowiek i wielki przyjaciel osób niepełnosprawnych. Organizował nam z księdzem katechetą spotkania oazowe, organizował też Pierwsze Komunie Święte, a także bierzmowania upośledzonym uczniom naszej szkoły. Osobne, trochę szybsze, często w tzw. "wierze rodziców"(w skrócie formuła jest podobna jak w przypadku chrztu św. - to nie dzieci, ale rodzice wyznają wiarę). W podobnym czasie jak u mnie skończył od zera budować kościół parafialny(pamiętam jak z księdzem Markiem śmialiśmy się na religii, że w konsekracji świątyni wyprzedzili nas zaledwie o tydzień). Potem z powodzeniem zarządzał diecezjalnym oddziałem Caritasu. Dobry duszpasterz o dobrym sercu... 

Finał wojewódzkiego konkursu przeznaczonego dla uczniów szkół specjalnych z wiedzy na temat Ewangelii wg świętego Mateusza, ksiądz Stefan wraz z dyrekcją wręczają mi nagrodę za zajęcie 2 miejsca w kategorii gimnazjum, jesień 2005 r.

Nim wszystkim chciałabym zadedykować dzisiejszy wiersz:

Odeszli cichutko, bez zbędnych fanfar,
w spokojny, lecz wieczny sen.
Po drugiej stronie Bóg na nich czekał,
powstawał wciąż nowy tren.
Zbolałe serca, zbolałe dusze,
zostały na ziemi tej.
Gdzieś w górę zanoszę swoje modły,
wysłuchać je Boże chciej.
Tu zimny grób skrywa czyjeś ciało,
tam urna z prochami spoczywa.
Moja modlitwa, cicha i prosta,
do wysłuchania mnie wzywa.
Zmarli znani i ci - co nieznani,
w zakamarkach mojej pamięci.
Proszę ażeby zostali zbawieni,
i by zostali wnet święci.

Nie muszą od razu być Sługami Bożymi,
ani kanonizowani.
Grunt, by nie byli w modlitwach pominięci.
ani wręcz nie zapomniani...
Lolek, 2 listopada 2020