Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 26 czerwca 2015

163. Wstrząs

Po ostatnich dniach potrzebowałam jakiegoś kopa, który zmieniłby mój punkt widzenia. Na moim horyzoncie pojawiła się wtedy jedna z najlepszych koleżanek, chociaż sporo młodsza, A. Jak gdyby nigdy nic podrzuciła mi link do filmu "To wspaniałe życie". 
Film, chociaż stary(z 1946 roku), bardzo mi się spodobał. Przedstawia historię Georgego Barley'a, miejskiego przedsiębiorcy pomagającemu mieszkańcom w zdobyciu własnego mieszkania. Kiedy tuż przed świętami Bożego Narodzenia jego wuj traci osiem tysięcy złotych, załamany George postanawia skończyć ze swoim życiem. W chwili kiedy chce skoczyć z mostu do rzeki pojawia się jego anioł stróż, który pokazuje mężczyźnie jak wyglądałby świt, gdyby się nie urodził - jego brat utopiłby się w jeziorze podczas zjeżdżania na sankach, aptekarz u którego pracował w dzieciństwie poszedłby siedzieć do więzienia za podanie niewłaściwego lekarstwa, a setki ludzi nie miałoby gdzie mieszkać. Mężczyzna zrozumiał, że wiedzie piękne życie. Film niesie jeszcze jedno przesłanie - przy pomocy znajomych i przyjaciół jesteśmy w stanie wiele zdziałać.

Podczas seansu kilkakrotnie poleciały mi łzy. Bo przecież każdy coś wnosi do tego świata. Nie wiem ile ja wniosłam. Nie wiem ile ludziom pomogłam. Chyba jeszcze jestem za młoda, aby to pojąć, zrozumieć. Dzięki filmowi zrozumiałam jednak, że jestem członkiem społeczeństwa, który coś do niego wnosi. Tym bardziej, że nie siedzę w domu, ale udzielam się tu i ówdzie. Ale mam zadanie domowe na wyjazd nad morze - pomyśleć jak wyglądałby świat beze mnie, co by się zmieniło, czego by nie było. To dobry sposób na podbudowanie swojej samooceny.

Dziękuję bardzo A. za podrzucenie propozycji na ciekawe spędzenie wieczoru.

czwartek, 25 czerwca 2015

162. Bo w społeczeństwie nie jest się nigdy całkiem anonimowy!

Byłam dzisiaj odnieść indeks do sekretariatu w szkole policealnej w moim mieście, a przy okazji dostarczyć podanie o przeniesienie praktyk zawodowych na semestr III, dzięki czemu będę mogła zrobić je w wakacje. Mimo wszystko studiując dziennie w Krakowie trudno jest wygospodarować 160 godzin na odrobienie jej. Sekretariat mieści się jakiś kilometr od mojego domu, więc spokojnie podeszłam tam na nogach. Gdy weszłam do środka spotkała mnie miła niespodzianka, a raczej powitanie. Zamiast warczenia przyjazne: "O, pani Karolina z administracji. Proszę wejść i się rozgościć. Ja tylko pójdę do łazienki". Szok! Nie dość, że przyjazne powitanie, to jeszcze kobieta wie, jak mam na imię. Inna sprawa, że jestem jednym z nielicznych słuchaczy z orzeczeniem o niepełnosprawności aktualnie uczęszczających do szkoły. A takie osoby raczej się "pamięta". Nie zmienia to faktu, że jestem mile zaskoczona tą sytuacją. 

Zresztą w Krakowie też już mnie znają w dziekanacie. Pod koniec maja była nawet taka sytuacja, że MOPS musiał się ze mną skontaktować, a że nie miał jak, to postanowił zadzwonić do uczelni. Na szczęście w dziekanacie tego dnia była moja koleżanka z grupy, która potem przekazała mi numer telefonu do placówki. A potem pani z dziekanatu sama łapała mnie na schodach, aby się upewnić, czy wszystko załatwiłam. No i ten wtorkowy telefon od niej, że indeks już jest w dziekanacie. Ja nie dziwię się wykładowcom, że mnie znają i kojarzą, wszak specyficzny jestem człowiek, ale że panie z administracji, to już zasługuje na uwagę.

No i jeszcze sprawa z busami, gdzie też jestem dla wszystkich kierowców "panią Karolinką". Mam nadzieję, że po wakacjach nie zapomną z kim mają do czynienia.

Żyjemy w olbrzymim społeczeństwie ludzi. Na pozór powinniśmy być wobec siebie obojętni. A jednak nie jesteśmy. Ktoś mi kiedyś powiedział, że z moją osobowością i nastawieniem do życia zjednam sobie szybko dobrych ludzi. Coś w tym jest, ponieważ z reguły takimi się otaczam. Fałszywi po prostu ze mną nie wytrzymują :). Inną rzeczą jest to, że pomimo moich ograniczeń nie dam sobą pomiatać i manipulować. Mam swoje zdanie, którego potrafię bronić. Wiele ludzi to szanuje, a ci co nie potrafią tego zrozumieć po prostu się odsuwają. Ale ja jakoś tego nie żałuję - wolę mieć kilka prawdziwych znajomych akceptujących mnie taką jaka jestem, niż całą zgraję fałszywych przyjaciół umiejących sterować cudzym życiem.

środa, 24 czerwca 2015

161. Pakowanie przed wyjazdem, czyli sposób na porządek w szafie

Na początek chciałbym podziękować za komentarze pod poprzednią notką. Czułam, że muszę się wygadać, nie za bardzo jednak wiedziałam czy zostanę właściwie odebrana. To nie jest tak, że bez przerwy użalam się nad swoim życiem, bo ja je przyjmuję takie jakie jest i staram się je w pełni wykorzystać. Denerwuje mnie tylko fakt, że tak często jestem w nim ograniczana. Zwłaszcza na własnym podwórku. Ale tutaj działa to, o czym napisała mama braci Petelczyc - jedni w nas nie wierzą i najchętniej pozbyliby się nas z otoczenia, a inni przyjmują nas z otwartymi ramionami, tak jakby nie widząc naszych ograniczeń. I obyśmy jak najwięcej tych drugich spotykali na naszej życiowej drodze, bez względu na to, czy jesteśmy pełnosprawni, czy też nie. W każdym razie po przeczytaniu komentarzy zrobiło mi się jakoś raźniej, że nie jestem sama z tym wszystkim. Jeszcze raz kobitki - wielkie dzięki!

Powoli zbliża się termin mojego wyjazdu nad morze. Pomyśleć, że od czternastu lat nie byłam na żadnym turnusie rehabilitacyjnym. Poza tym wyjazd traktuję też jako zasłużony odpoczynek. Na techniku administracji najsłabszą ocenę mam z podstaw rachunkowości w jednostce administracyjnej - 4,5. Z reszty(podstawy prawa cywilnego, podstawy prawa administracyjnego, postępowanie w administracji, język angielski i działalność gospodarcza w jednostce administracyjnej) mam 5. Na techniku rachunkowości same 5. Do końca nie wiem jak wyglądają moje oceny na turystyce religijnej, ale mam nadzieję, że moją najgorszą oceną będzie 3,5 z rosyjskiego(mogliby już uzupełnić wirtualny dziekanat, bo ostatni raz mój indeks widziałam dwa tygodnie temu, a potem starosta chodził po brakujące wpisy i zaniósł go do dziekanatu). To spory sukces, zważając na codzienne dojazdy do Krakowa. Miałam dużo mniej czasu na naukę niż moi koledzy z kierunku, często też nie miałam wystarczających notatek(nawet pisząc na laptopie nie zawsze zdążę wszystko zanotować). A jednak dałam radę. I to z całkiem niezłym wynikiem. Zdecydowałam też ponownie składać papiery na magisterkę, tym razem z względów logistycznych na AWF w Krakowie. Mam nadzieję, że tym razem wybór okaże się trafny.

Postanowiłam dzisiaj powoli zacząć się pakować. Nie robię tego po raz pierwszy, co nie znaczy, że nie mam z tym problemów. Nic bardziej mylnego. Pogoda nas nie rozpieszcza, ja już jestem podziębiona, a nad morzem podobno jest bardzo zimno. Chciałoby się wziąć krótkie gatki i koszulki na ramiączkach, a tutaj trzeba bardziej skłaniać się ku grubszym ubraniom. Polary, swetry, bluzy z długim rękawem, spodnie z długimi nogawicami. Nie mam za wiele ubrać, ale może to i lepiej. Przynajmniej nie zastanawiałam się długo co zabrać, a z czego zrezygnować. Tym bardziej, że walizka też należy do mniejszych. Przy okazji zrobiłam porządek w szafie, bo w roku szkolnym nie zawsze było na to czas. Typowo zimowe rzeczy wrzuciłam na górę(jak to dobrze mieć drabinę), resztę poukładałam na półkach. Teraz będzie mi łatwiej szukać sobie ubrań. Zastanawiam się tylko czy wszystko wzięłam. W końcu jadę na drugi koniec Polski na dwa tygodnie. Co prawda nie pierwszy raz, ale dotychczas pakowała mnie mama. Dodam tylko tyle, że działo się to przed magiczną datą przekroczenia osiemnastego roku życia, więc miała prawo. Ale teraz. Teraz Lolek dorósł i zaczął sam decydować o swoim życiu z ubraniami włącznie. 

niedziela, 21 czerwca 2015

160. O kroku w przód i trzech w tył

Coraz częściej zastanawiam się, czy warto się starać i robić różne na pozór niemożliwe rzeczy, skoro zawsze znajdą się ludzie, którzy zepchną nas na margines życiowy, tylko dlatego, że komuś się coś wydaje. I czy gdybym była pełnosprawna, to czy byłabym bardziej brana pod uwagę przy organizacji wielu parafialnych przedsięwzięć? Pewnie tak. Pewnie w scholi miałabym częściej mikrofon(w tym roku byłam przy mikrofonie zaledwie na czterech majówkach, a na Mszy świętej ostatni raz miałam go w kwietniu zeszłego roku), dawali by mi czytania, a mój czynny udział w festynach i festiwalach byłby pewniakiem. Ale jest inaczej i to boli. Boli tym bardziej, że słyszę to od osób, które przez X lat powinny mnie już na tyle poznać, że wiedzą, że bardzo dużo rzeczy potrafię zrobić. Chciałam być animatorką na parafialnych półkoloniach - byłam, uparłam się na kurs wychowawcy kolonijnego - zrobiłam, na uczelni potrzebowali wolontariatu na międzynarodowe seminarium naukowe - zgłosiłam się. Więc dlaczego na festynie parafialnym mieli ale? Jeszcze gdyby twierdzili tak na podstawie jakiejś sytuacji, to może bym to zrozumiała. Ale tłumaczenie typu "bo możesz sobie nie dać rady" całkowicie do mnie nie dociera. Bo to są tylko domysły. Wiem, że przez moje schorzenie, w tym atetozę, wiele czynności robię wolniej, ale robią. Czasami nawet wolniejsze wykonanie danej czynności jest lepsze, niż szybsze, bo dokładniejsze. Poradziłabym sobie, w czasie, gdy pani B. odeszłaby na chwilę od loterii. To nie sztuka podać komuś kulę z losami, potem nagrodę, a na końcu wrzucić pieniądze za los do kasetki. No, ale nie. Nie napala to optymizmem, bo jak mam w przyszłości znaleźć pracę, skoro osoby które wydawałoby się doskonale mnie znają, nie dają mi się wykazać? Już przeżyję to, że na festiwalu piosenki maryjnej też nie pomyśleli, żeby mnie czynnie zaangażować, bo po co dawać coś kalece? Przecież ona i tak nie zrobi nic dobrze. Ech, pocieszające jest to, że nie wszyscy tak myślą. Ale co z tego, skoro zrobię krok w przód i kilka w tył. Dziwi mnie to, że ludzie widzą też chęć pomocy od pełnosprawnych, a w stosunku do mnie zdają się mieć klapki na oczach. Nawet nie pomyśleli, żeby mnie poinformować mnie o zebraniach w sprawie festynu, a potem się dziwią, że bardziej wolę parafialną wspólnotę! Ale przynajmniej ona o wszystkim mnie informowała, nawet rok temu to od nich wiedziałam o zebraniach w sprawie festynu. A teraz cisza.

To nie jest tak, że jestem wściekła na niektórych ludzi, bo ze wszystkimi staram się żyć w zgodzie. Ale czasami zastanawiam się, dlaczego ludzie ciągle widzą we mnie zupełnego nieudacznika, który nic nie potrafi i do niczego się nie nadaje. Dlaczego dzielą innych na równych i równiejszych? Dlaczego czegoś nie sprawdzą, tylko z góry zakładają, że nie-da-się? A może po prostu to ja za dużo od nich wymagam? Bo jedyne czego chcę, to aby traktowali mnie na równi z innymi?

Festyn niezbyt się udał, wszystko przez pogodę. Święty Iksiński(bo nadal nie wiem kogo mam szukać) tym razem nie pomógł i jak lunęło, to klękajcie narody. Ale za to po raz kolejny poczułam, że są osoby, które naprawdę mnie akceptują taką, jaka jestem.

piątek, 19 czerwca 2015

159. Jestem człowiekiem, nie Wikipedią,

Tak się ostatnio zastanawiam, dlaczego niektórzy ludzie wymagają ode mnie, abym wszystko wiedziała? Owszem, mam wiedzę z kilku kategorii naukowych, które mogę zaliczyć do moich zainteresować, lecz świat idzie do przodu. Pojawiają się nowe nowinki, zmieniają pewne tezy. Wczoraj omawiając sprawy parafialnego pikniku padło pytanie odnośnie planu "B" w przypadku złej pogody. Oczywiście planu "B" nie ma, a w zamian kazano nam się pomodlić do świętego, o którym pierwszy raz słyszałam na uszy. Dlatego zapytałam się spontanicznie co to za jeden. Reakcja: Jest! Jest! Jest! Lolek czegoś nie wie! Ja rozumiem, że w połowie tygodnia człowiek może trochę dziwnie się zachowywać, ale biegać od jednego członka zebrania do drugiego i krzyczeć mu w twarz to już lekka przesada :). Chyba że z wiekiem się dziecinnieje. :D. 

Dostałam więc zadanie domowe - dowiedzieć się o tym świętym czegoś. Najlepsze jest to, że nawet nie wiem co to za święty. Miałam dostać jego imię i nazwisko SMSem - zaginął w akcji. Mam książkę z żywotami świętych, może w niej coś znajdę. Tylko muszę wiedzieć czego szukać. No nic. Rady są dwie: po pierwsze nie chwalić się zbytnio swoją wiedzą i niewiedzą. Po drugie: na bieżąco uzupełniać swoją wiedzę. Może nie ze wszystkiego, bo tak się nie da. Ale z dziedzin, które naprawdę nas interesują. A teologia zdecydowanie się do nich zalicza. Jednocześnie mam prawo do błędu i niewiedzy, jak każdy człowiek. Nigdy nie chciałam uchodzić za geniusza, wszak nie uważam się za taką osobę. I źle się czuję, kiedy inni mnie za taką uważają.

Będzie jutro pogoda, czy nie będzie? Jak nie będzie, to festyn odbędzie się w Domu Młodzieżowym i połowa atrakcji nie będzie już atrakcjami. A szkoda, bo wszystko świetnie się zapowiada. Zresztą wystarczy zerknąć na plakat:
A ja coraz poważniej zaczynam się zastanawiać nad wznowieniem magisterki z turystyki i rekreacji. Głupio tak przez widzimisię jednej wykładowczyni wszystko tracić... No nic, mam jeszcze przynajmniej tydzień aby to wszystko na spokojnie sobie przemyśleć i poukładać w łepetynce. No i czekam na SMS z imieniem i nazwiskiem świętego, którego mam znaleźć. Może kiedyś się doczekam.