Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 1 grudnia 2015

247. Pomieszanie z poplątaniem i roraty z historycznym przesłaniem

Trochę się dzisiaj zdenerwowałam. Wczoraj zadzwonili do mnie z MOPSu. Ponieważ byłam na ćwiczeniach z regionów turystycznych, a prowadzący pozwolił mi nie wychodzić z sali, słyszałam moją rozmówczynię tyle o ile. Jedyne co zrozumiałam to, to, że mam coś podpisać. Wiedziałam od taty, który odbierał moje orzeczenie o niepełnosprawności, że będę musiała jeszcze raz podjechać do MOPSu, jednak tak przedstawił mi tą sytuację, że byłam święcie przekonana, że ktoś tam pojedzie do prawnika uprawomocnić decyzję o zaliczeniu mnie do ludzi niepełnosprawnych umiarkowanie. Trochę mnie to zdziwiło, bo nigdy tak nie było, ale skoro orzeczenie zostało wydane na stałe, to i przepisy mogły być inne. Jeszcze wczoraj pytałam się ojca, gdzie dokładnie kazali mi się zgłosić, bo pani z telefonu mi nie przekazała, tudzież nie usłyszałam tego.
- Na przeciwko orzecznictwa - i tyle. Tylko tyle. 
Dzisiaj z samego rana, poświęcając kolokwium z języka łacińskiego, poszłam do MOPSu w celu podpisania owych dokumentów. Tak jak mi powiedziano, swoje kroki skierowałam do pokoju naprzeciwko tego, w którym miałam komisję. Wchodzę, grzecznie się przedstawiam(a raczej podaję swój dowód osobisty - przynajmniej mam pewność, że mnie zrozumieją), wyjaśniam z czym przychodzę. Babeczki patrzą na mnie jak na ufo, bynajmniej nie dlatego, że mnie nie rozumieją, ale dlatego, że nic im o dokumentach dla mnie nie wiadomo, tym bardziej, że orzeczenie wydane, odebranie podpisane, więc o co mi chodzi? Skierowali mnie do działu świadczeń rodzinnych. W informacji dowiedziałam się jednak, że jest on otwarty w godzinach 9:00 - 15:00. Była 7:56, za 49 minut z mieszczącego się w oddali jakiś 3 kilometrów centrum miasta odjeżdżał mi bus do Krakowa, który miał mnie dowieść na spóźnione zajęcia ze statystyki. Szybko przeanalizowałam sytuację, w której się znalazłam i doszłam do wniosku, że dział świadczeń rodzinnych może poczekać, zadania ze statystyki robione przez cały weekend - nie! Oczywiście w busie olśniło mnie, że mogłam pokazać im numer telefonu w komórce i tak może by doszli do tego, kto to dzwonił. Lolek mądry po szkodzie. 
Na statystykę dotarłam tak spóźniona, że weszłam tylko po to, aby zostawić prowadzącemu moje obliczenia i wyszłam. Te 10 minut niewiele mnie zbawiłyby. A tak przynajmniej spokojnie przebrałam się na zajęcia z wychowania fizycznego, które były jedynymi, na których byłam w dzisiejszym dniu. Co prawda miałam jeszcze język rosyjski, zabytki Bliskiego Wschodu, socjologię czasu wolnego i regiony turystyczne, jednak musiałam dzisiaj się z nich zerwać. Na szczęście nie zdarza mi się to zbyt często :D.
Wracając do domu ponownie dostałam telefon, tym razem przedstawiła mi się bardzo znana mi pani M. T. z działu programu PFRON w sprawie dzisiejszego podpisania umowy o dofinansowania do studiów. No rzesz... To cały czas chodziło o II moduł programu Aktywny Samorząd? Gdyby wczoraj to ona zadzwoniła, od razu skojarzyłabym co i jak. A tak ja byłam święcie przekonana, że to jeszcze chodzi o to całe orzeczenie. Wniosek tego jeden - muszę częściej robić takie kontrolowane wagary i sama załatwiać wszystkie urzędowe sprawy. Przynajmniej będę wiedzieć co i jak.
O godzinie 13 nie ma na drogach tendencji do tworzenia się korków, toteż dojechałam na miejsce w godzinę 10(i pomyśleć, że do Krakowa jechałam w ponad 1,5 godziny, z czego jakiś kwadrans wjeżdżaliśmy na sam dworzec). Potem szybka przesiadka na inny autobus i po chwili byłam pod budynkiem MOPSu. Udałam się do wydziału programu PFRON, który trochę jest na przeciwko orzecznictwa(myślałam, że tacie chodzi o drzwi, a nie segment budynku). Co prawda przez to wszystko miałam przy sobie z wymaganych dokumentów tylko dowód osobisty, ale że dla chcącego nic trudnego, to moje konto bankowe zostało przepisane z poprzedniej umowy. Ciach, ciach, podpisanie dwóch egzemplarzy umów i tyle. Szybko poszło, tym bardziej, że kiedy składałam wniosek, powiedzieli mi, że umowy będą dopiero w końcu grudnia. Najlepsze jest jednak to, że gdybym od razu wiedziała o tym, to już rano zaszłabym w odpowiednie miejsce i wszystko załatwiła. No nic, przynajmniej wróciłam z Krakowa o 14, a nie 20. Sześć godzin to czasami więcej niż cała wieczność.
Korzystając z okazji udałam się dzisiaj na nabożeństwo roratnie. Każdego roku, zgodnie z propozycją "Małego Gościa Niedzielnego" mają one jakąś ścieżkę tematyczną. Po Ziemi Świętej, świętym Pawle, czy świętej Teresie z Avila, o której pisałam w >>tej<< notatce, przyszedł czas na tematykę związaną z 1050 rocznicą chrztu Polski. Jest dekoracja, są kontrolki dla dzieci. Ale...Coś się jednak we mnie zmieniło - kiedyś nie mogłam wręcz się ich doczekać, przeżywałam, kiedy nie mogłam być na nich z powodu wykładów na uczelni. Teraz jest mi zupełnie obojętne, czy ja na czymś będę, czy też nie. Dojrzałam? Przejrzałam na oczy? Zmądrzałam? Z sentymentem wspominam roraty z 2011 roku poświęcone papieżowi Janowi Pawłowi II. Tak dużo rzeczy się wtedy dało... Przedstawienie o Matce Boskiej 8 grudnia podczas którego brałam też udział, odpowiadanie na pytania księdza, robienie aniołków z dzieciakami w Oratorium, mikrofon... Jak bym chciała cofnąć się do tego czasu, byle tylko nie być tym gorszym. A ja właśnie tak się czuję. Człowiek powinien się rozwijać, a nie cofać. Człowiek powinien walczyć o swoje prawa. Ale ja coraz częściej nie mam już siły na tą walkę. Ja robię krok w przód, a pewni ludzie cofają mnie za każdym razie i w każdym aspekcie, nie ważne czy duchowym, czy też życiowym o dziesięć w tył. W ten sposób daleko nie zajdę. Moi znajomi mówią mi: nie martw się, olej to, ale... ale moja mentalność mi na to nie pozwala. Wierzę jednak, że przyjdzie taki dzień, kiedy wszyscy ci, którzy we mnie zrozumieją, że nie mieli racji, że mimo niepełnosprawności mogę być naprawdę wartościowym człowiekiem...

A propos adwentu. Jak Wam się podoba nowy wystrój bloga? Szata muzyczna, graficzna? Bo mi nawet... Jedyne co bym zmieniła to kolor liter w tytule postu, ale nie mogłam znaleźć odpowiedniej opcji. Niezbyt lubię zmiany, ale tym razem jestem na tak!

niedziela, 29 listopada 2015

246. Adwent nie tylko po katolicku

Zapalona pierwsza świeca na wieńcu adwentowym, zarówno tym w kościele jak i na moim domowym, uświadomiła mi, że właśnie wkroczyliśmy w okres radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie, tradycyjnie już zwany Adwentem. Okres ten kończy się wraz ze zmierzchem 24 grudnia. Przypomina on o oczekiwaniu na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa. Jest to równocześnie rozpoczęcie nowego roku liturgicznego, który trwa trochę inaczej niż rok oficjalnie przyjęty(od pierwszej niedzieli Adwentu do niedzieli poprzedzającej kolejny Adwent, zwanej Niedzielą Chrystusa Króla).
Adwent ukazuje postacie znane ze Starego oraz Nowego Testamentu, tzw. figury mesjańskie(zapowiadali życie i dzieła Jezusa z Nazaretu, m.im.: Maryja, Izajasz i Jan Chrzciciel). To czas oczekiwania w ciszy oraz odpowiedniego przygotowania do tego, co ma się wydarzyć - w kościołach odbywają się rekolekcje. Chociaż Adwent nie ma charakteru pokutnego w takim wymiarze jak Wielki Post, posiada jednak charakter refleksyjny.
W okresie Adwentu, podobnie jak w Wielkim Poście, dominuje fioletowy kolor szat, który symbolizuje pokutę i pojednanie z Bogiem oraz ludźmi. Odstępstwem od tej reguły jest III niedziela, kiedy to kapłani mogą zastąpić fioletowe szaty różowymi.
Nabożeństwem charakterystycznym dla Adwentu są roraty(Msze odprawiane ku czci Maryi Panny). W jeszcze nie tak dawnych czasach roraty odbywały się wcześnie rano. Aktualnie parafie coraz częściej przenoszą nabożeństwo na wieczór. Dzieci idące na roraty niosą w swoich dłoniach rodzaj lampki wykonanej z czworoboku zamkniętego z ściankami przypominające witraże oraz małą żarówką, bądź latarką wewnątrz - to lampiony. Lampiony oświetlają pierwszą część Mszy, kiedy w kościołach panuje ciemność i symbolizuje przypowieść Pana Jezusa o pannach roztropnych, które z płonącymi lampami czekały na przyjście Oblubieńca(Mt 25, 1-13).
W tradycji katolickiej Adwent trwa cztery tygodnie, z tym że ostatni tydzień nie zawsze może być pełny. Widać to w wieńcu adwentowym stojącym u stóp ołtarza, na którym stoją cztery świece. W każdą niedzielę zapalana jest kolejna z nich. Pierwsza niedziela nazywana jest niedzielą pokoju, druga - wiary, trzecia - miłości, czwarta zaś nadziei. W wieńcu zawarta jest pewna symbolika: zielone gałązki to życie połączone z nadzieją, zapalone świece to Światłość, która ma nadejść, okrągła forma wieńca odzwierciedla zaś powracający cykl życia. Pierwsze czytania pochodzą z Księgi Proroka Izajasza i mówią o wyczekiwaniu na przyjście Zbawiciela. Sam Adwent, oprócz podziału na cztery niedziele, można podzielić na dwa okresy:
  1. - od początku Adwentu do 16 grudnia(szczególne oczekiwanie na ponowne przyjście Pana Jezusa)
  2. - od 17 do 24 grudnia(bezpośrednie przygotowanie do uroczystości Narodzenia Pańskiego)

Oprócz wieńca adwentowego na ołtarzach możemy zobaczyć charakterystyczną świecę, nazwaną od nabożeństwa roratką. Symbolizuje ona Najświętszą Maryję Pannę, tą, która niesie ludzkości światło Jezusa Chrystusa. Biała bądź błękitna wstążeczka, przepasająca świecę przypomina o Niepokalanym Poczęciu Matki Bożej. Umieszczana jest najczęściej na prezbiterium obok ołtarza lub tuż przy ołtarzu poświęconym Marii Pannie.

Powyższy opis z grubsza odpowiada Adwentowi obchodzonemu w Kościele Katolickim. A jak wygląda w innych odłamach chrześcijaństwa?
Adwent w Kościele Ewangelicko-Augsburskim - tak jak w Kościele Katolickim, Adwent rozpoczyna w Kościele Ewangelicko-Augsburskim nowy rok kościelny. Trwa również w tym samym czasie. Ołtarz przykrywa się obrusem w kolorze fioletowym, a na nim stawia wieniec adwentowy z czterema świecami i każdą z nich zapala się w kolejną niedzielę. W wybrany dzień tygodnia odprawiane są cotygodniowe nabożeństwa adwentowe. Podczas liturgii myśl adwentowa przejawia się podczas nabożeństwa z Sakramentem Komunii Świętej. Przed modlitwą Ojcze Nasz zmawiana jest przez księdza kolekta, która kończy się słowami: "Na Jego [Chrystusa] powtórne przyjście czekamy i wraz z całym Kościołem wołamy: Przyjdź rychło, Panie." Jako odpowiedź padają słowa: „Przyjdź, Panie Jezu”. Drugim motywem rozpoznawczym adwentu jest modlitwa po tzw. Słowach Ustanowienia: „Wspominając zbawczą śmierć i mękę naszego Pana Jezusa Chrystusa, Jego Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie oczekujemy na Jego przyjście w chwale.” Teksty modlitw podkreślają, że Kościół, z utęsknieniem wypatruje swojego Pana aż przyjdzie w chwale.
Adwent w protestantyzmie - podobnie jak u katolików, Adwent jest początkiem nowego roku liturgicznego oraz czasem radosnego oczekiwania na przyjście Zbawiciela. W niektórych regionach(np. na Śląsku Cieszyńskim) Adwent to czas głębokiej powagi podkreślany przez obchodzony 8 grudnia Dzień Pokuty. W tym dniu duchowni oraz wierni ubrani są w czerń, jak również wystrój świątyni jest żałobny. Na czas Adwentu protestanci ustawiają w domach oraz świątyniach wykonane z gałązek świerkowych wieńce adwentowe. Na przyozdobionym czerwonymi bądź fioletowymi wstążkami wieńcu umieszcza się cztery świece, które symbolizują nadejście światła. W każdą niedzielę przy śpiewie pieśni adwentowych, czytaniu proroctw o przyjściu Zbawiciela oraz wspólnej modlitwy, zapalana jest jedna świeca więcej. Ponadto świece zapalane są w czasie rodzinnej modlitwy, wspólnych modlitw i spotkań. Innym elementem adwentowym u protestantów jest gwiazda, która pojawia się w domach i zborach. Jest ona nawiązaniem do gwiazdy betlejemskiej prowadzącej mędrców ze Wschodu do Jezusa. 
Adwent w prawosławiu - w Kościele Prawosławnym Adwent jest 40-dniowym postem, zwanym filipowym(rozpoczyna się w dzień po wspomnieniu świętego Filipa). Zaczyna się zawsze 28 listopada, a ostatnim jego dniem jest wypadająca według kalendarza juliańskiego 24 grudnia Wigilia(w kalendarzu gregoriańskim jest to 6 styczeń). Łatwo więc obliczyć, że prawosławny Adwent jest dłuższy od tego, który obchodzą katolicy. Co ciekawe, ten post był przestrzegany już w początkach chrześcijaństwa, ale był od niego krótszy. Jego stałą datę i długość ustanowił sobór w Konstantynopolu w 1166 roku. Prawosławni duchowni tłumaczą, że post nie jest czasem przygotowaniem do świąt w sensie materialnym(np. poprzez sprzątanie domu i ubieranie choinki), ale ma przede wszystkim przygotować wiernych na spotkanie z Bogiem. Dlatego zachęcają do poświęcenia większego wymiaru czasu na modlitwę. Na czas Adwentu zaleca się także rezygnację z jedzenia posiłków mięsnych oraz nabiału. Jednak ścisłe przestrzeganie postu przez cały czas jest zależny od wiernych. Bezwzględny post obowiązuje natomiast w Wigilię Bożego Narodzenia.

sobota, 28 listopada 2015

245. Etap wielbłąda, lwa i dziecka, czyli po lekturze "Tak rzecze Zaratustra"

Wczoraj wieczorem skończyłam czytać filozoficzną książkę "Tak rzecze Zaratustra" autorstwa niemieckiego filozofa, Fryderyka Nietzsche. Na początku dosyć sceptycznie podeszłam do pozycji, ponieważ czytałam opinię o książce i nie były one pochlebne. Zarzucano w nich autorowi m.in. że tworzy ideologię podchodzącą pod sekty. Nie miałam jednak wyjścia i musiałam ją przeczytać, bo akurat taką lekturę wybrał prowadzący zajęcia na zaliczenie, więc co było robić.
Autor książki żył w latach 1844 - 1900. Do dzisiaj uważany jest za oryginalnego, a zarazem radykalnego myśliciela. Jego pisma mają charakter proroczy i poetycki, krytykują filozofię czasów, w których przyszło mu żyć. Przedstawiana przez niego filozofia jest atakiem na przekonanie, że istnieje niezależna, a za razem obiektywna struktura świata, na którą sposób ludzkiego postrzegania nie ma wpływu. Emocjonalny styl twórczości Nietzsche'go przyniosły jego poglądom powszechną popularność. Spowodowało to, niedocenienie niekiedy wartości intelektualnej jego myśli. Najważniejszym dziełem filozofa jest czteroczęściowy poemat "Tako rzecze Zaratrustra". Jego bohaterem jest perski mędrzec Zaratustra, a treść ma formę przepowiedni. Książka napisana jest językiem poetyckim, pełnym alegorii i wyszukanej symboliki. Nietzsche pisząc książkę przekonany był, że stanie się ona objawieniem dla całej ludzkości, wręcz manifestem nowej wiary, swoistym ewangelicznym credo ludzi współczesnych, którzy są zniechęceni do tradycyjnej religii.
Podstawowym wezwaniem książki jest teza "Bóg umarł". Jednak według Nietzscha narodził się nowy bóg o imieniu Zaratustra, który jest idealną istotą. Nie będę tutaj przedstawiać treści książki, bo to nie ma sensu. Skupię się jednak nad tym, co mnie najbardziej zaskoczyło, a mianowicie o przedstawieniu alegorii wielbłąda, lwa oraz dziecka, jako trzech stanów przemiany świadomości ludzkiej:
  1. Etap wielbłąda – jest najniższym punktem świadomości ludzkiej. Zaratustra zwraca się do niego rozkazem „powinieneś”. Wielbłąd to zwierzę pokorne, juczne oraz gotowe na niewolę. Co więcej, nie potrafi się zbuntować i powiedzieć „nie”, kiedy się z czymś nie zgadza. To sprawia, że staje się istotą, która bezgranicznie ufa, wiernym niewolnikiem. Nietzsche uważa go, za najszpetniejszą istotę w świecie zwierząt. Co więcej, jego brzydota nie może być jeszcze bardziej pogłębiona. Wielbłąd ma wręcz piekielny wygląd. Człowiek będący uosobieniem wielbłąda czuje lęk przed wolnością, ponieważ boi się czekającej go przez nią odpowiedzialności. Jest za razem gotowy na to, aby przyjąć na siebie maksymalny ciężar, a kiedy już to nastąpi, czuje szczęście. Najniższa świadomość jest więc obładowana nie swoją, lecz zapożyczoną wiedzą. Ponadto żyje ona w ignorancji i nieświadomości, poprzez nieustanne poddawana jest ślepej wierze na czyjeś słowo. Ślepo przez to ufa, nie potrafi ani zaprzeczyć, ani przeciwstawić się nikomu. Ten, kto nie potrafi powiedzieć „nie”, pozbywa się automatycznie swojej godności. Żaden człowiek posiadający godność nie może sobie na to pozwolić.
  2. Etap lwa – to druga faza ludzkiej świadomości, do której Zaratustra zwraca się słowami „ja chcę”. Ponieważ wielbłąd jest słaby, musi przeistoczyć się we wspaniałego lwa. Zwierze to woli umrzeć, niż popaść w niewolę. Nie pozwoli też uczynić z siebie zwierzęcia jucznego, gdyż posiada godność, czego nie można powiedzieć o innych zwierzętach. O godności nie świadczą żadne dobra(gdyż ich nie posiada), lecz pozbawiony lęku i obawy sposób bycia. Lew jest gotowy zbuntować się, a nawet powiedzieć „nie”, ponieważ nie boi się ryzyka śmierci. Taki sposób bycia zmywają z lwa wszelki brud pozostawiony przez wielbłąda. Jednak lew nie jest ostatnim etapem w rozwoju świadomości. Odważne „nie” wypowiedziane przez lwa umożliwia wypowiedzenie najświętszego „tak” przez dziecko.     
  3. Etap dziecka – stanowi szczyt ludzkiej ewolucji świadomości. Dziecko symbolizuje czystość, niewinność, pragnienie poznania wszystkiego tego, co niepoznane i tajemnicze. Jest za razem początkiem i przygotowaniem do życia. W ogóle ludzkie życie powinno być takie jak życie dziecka: radosne, czyste, wiecznie pytające i szukające odpowiedzi na te pytania. Wreszcie dziecko wyraża zgodę, poprzez najprostsze słowo – „TAK”. Mówi „tak”, ponieważ kocha, ufa, a także jest niewinne, nie potrafi sobie wyobrazić, że ktoś je oszuka, a nie ze strachu, czy obawy. Według Nietzschego jedynie zgoda powiedziana poprzez pełne ufności „tak” zaprowadzi człowieka na najwyższy etap świadomości, czyli tego, co boskie. Wedle tego bóg nie może być wrogiem człowieka, ani jego panem – sam dla siebie nim będzie. Należy tutaj zauważyć, że „tak” dziecka jest zupełnie inne niż „tak” wypowiedziane przez wielbłąda. Wielbłąd zawsze się zgadza, jednak zgoda niewolnika nie ma żadnej wartości. Potrzebna jest umiejętność zaprzeczenia, czy wręcz zbuntowania się. Co prawda lew ją posiadł, jest jednak niedoskonały, ponieważ brakuje mu umiejętności powiedzenia „tak”, co byłoby niezgodne z jego naturą(„tak” przypomina lwu wielbłąda, od którego udało mu się wyzwolić, nie jest więc w stanie powiedzieć tego słowa, które oznaczałoby dla niego zgodę na niewolę). Dziecko nie ma zaś pojęcia ani o lwie, ani o wielbłądzie. Posiada czyste spojrzenie oraz odpowiedni potencjał, żeby powiedzieć „nie”, ponieważ nie ma żadnych uprzedzeń. Nie sprzeciwia się jednak z powodu bezgranicznej ufności. Kiedy zaś „tak” wywodzi się z ufności, oznacza największą metamorfozę ludzką. Pojawia się tutaj cnota, która wypływa z wnętrza człowieka. Wolność nieodłącznie powiązana jest z nienarzuconą przez nikogo lecz naturalną odpowiedzialnością. Wolny człowiek nie może być ani zniewolony, ani rządzony, zaś Bóg przestaje być tym, kogo należy słuchać.
Tak sobie przy okazji pomyślałam, że chyba jeszcze jestem na etapie wielbłąda. Umiem mówić "nie", ale tego sprzeciwu nikt jakby nie słyszy. Nie umiem się przebić ponad inne osoby, nie potrafię im nawet dorównać... Ale będą próbowała to zmienić. Nie wiem jeszcze jak, ale zrobię to!

piątek, 27 listopada 2015

244. Manualne prace z wieńcem adwentowym w tle

Ostatni wolny piątek w tym semestrze postanowiłam wykorzystać na wykonanie wieńca adwentowego. Tak, tak, w tą niedzielę w kościele katolickim rozpoczynamy adwent, czyli cztero-niedzielny okres oczekiwania na dzień upamiętniający przyjście na świat Zbawiciela. To wcale nie tak dużo zważając na fakt, że np. w religii prawosławnej adwent poprzedzony jest dodatkowo czterdziestodniowym postem nawiązującym do 40-dniowego postu Jezusa Chrystusa na pustyni. Ale o nim postaram się napisać kiedy indziej. 
Jednym z charakterystycznych symboli adwentu jest wieniec adwentowy. Mało kto zdaje sobie dzisiaj sprawę z tego, że zwyczaj ten zapożyczyliśmy od protestantów, a ściślej przywędrował do nas z Niemiec. Pierwszy wieniec adwentowy miał powstać w hamburskim przytułku dla sierot około 1839 roku. Początkowo liczba umieszczonych na nim świec odpowiadała liczbie dni adwentu, po czasie została zredukowana do 4 - czyli ilości tygodni "radosnego oczekiwania na przyjście Pana". I tak pozostało do dzisiaj, a każda świeca jest zapalana w kolejną niedzielę. Chociaż wieńce adwentowe zazwyczaj spotyka się w kościołach, nic nie stoi na przeszkodzie, aby gościły też w naszych domach.
Jakiś tydzień temu w TESCO była możliwość zakupienia czterech świec adwentowych w całkiem rozsądnej cenie(niecałe 8 złotych). Pokusiłam się o jedną paczkę, zwłaszcza że świece wyglądały naprawdę okazale. Teraz musiałam tylko wykombinować sam wieniec. Co prawda na rynku można kupić całą gamę przeróżnych wieńców adwentowych, ja jednak postanowiłam być oryginalna i samodzielnie wykonać ten adwentowy symbol. Dlatego jeszcze w listopadzie kupiłam sobie okrągłą bazę na wieniec o średnicy ok. 10, który z powodzeniem wykorzystałam teraz. Takie okrągłe bazy z drutu oraz cienkich witek często można zdobyć na giełdach kwiatowych(czasami są to gotowe już wieńce, dlatego warto zawczasu pozbyć się otaczających ich gałązek igłowych, które raczej i tak nie wytrzymają do świąt). Dodatkowo musiałam dokupić gałązki iglaka oraz druciki, którymi przytwierdzałam je do bazy. Wcześniej jednak podzieliłam za pomocą sekatora gałązki na mniejsze części. W przeciwnym razie miałabym spore trudności z przymocowaniem ich. 
Gałązki przymocowywałam rotacyjnie, tj. trochę okalały drucianą bazę. Każdą z nich w dwóch miejscach okalałam drucikami. Kolejne gałązki nachodziły na siebie, tak że po pewnym czasie zakryły zarówno druty, jak i wzajemne swoje brązowe końcówki. Odstające końcówki cienkich drucików przycinałam nożyczkami. Tak gotowy wieniec przystroiłam kolorowymi kokardkami zrobionymi z pociętej taśmy oraz szyszkami, które wcześniej pomalowałam sprayem na złoto. Szyszki też przymocowałam drucikami. Zostało mi tylko ustawienie świec, ale tym zajmę się jutro.
Niestety, kolejny raz nie mogę pochwalić się moim dziełem z powodu braku aparatu cyfrowego. A szkoda, bo efekt przerósł nawet moje przewidywania. Trochę bolą mnie dłonie, bo jednak igły kuły, ale to nic. Jakoś to przetrzymam. Zwłaszcza, że to też mogę chyba podpiąć pod ćwiczenia manualne, prawda?

czwartek, 26 listopada 2015

243. Szok połączony z niedowierzaniem

Dostałam dzisiaj do ręki nowiutkie, świeżuteńkie orzeczenie o niepełnosprawności. Jeszcze po drodze rzuciłam na nie okiem:
...
stopień niepełnosprawności: umiarkowany
orzeczenie wydaje się do dnia: na stałe.

itd. itd... Lolek wróć, bo coś tu nie gra. Mimowolnie przeniosłam wzrok kilka linijek wyżej, a mianowicie do linijki: "orzeczenie wydaje się do dnia: na stałe.". Rzesz! Zachodzę w głowę jak to możliwe, skoro moi znajomi z niepełnosprawnością znaczną mają tylko tymczasową grupę. Nawet na naszej wycieczce w Paryżu były "gorzkie żale" niektórych jej uczestników, że we wszystkich miastach ościennych wszyscy mają orzeczenia na stałe i tylko niepełnosprawni z naszego miasta nie. Pomijam fakt, że ostatnim razem przyznali mi orzeczenie na trzy miesiące(nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać, ale wywnioskowałam z tego, że w MOPSie są bardzo religijni ludzie, którzy wierzą w cudowne uzdrowienie). Dopiero interwencja w Wojewódzkim Orzecznictwie poskutkowała orzeczeniem wydanym na 5 lat. A teraz nagle dostałam je na stałe. Szok, niedowierzanie. W dodatku całość jest skonstruowana jak najbardziej na moją korzyść. W końcu teoretycznie ten papierek ma być ważny do końca mojego życia. Bo jaka będzie praktyka, to się okaże. Na dzień dzisiejszy zbieram dokumentację co, gdzie mam zanieść w związku z tym stanem rzeczy. 

Rany, w końcu ktoś poszedł po rozum do głowy i wydedukowało, że pewnych zmian chorobowych nie cofnie się za pomocą przysłowiowej aspiryny. Tak naprawdę to w moim wypadku, z medycznego punktu widzenia, wypadałoby w pewnym stopniu przeszczepić mi uszkodzone komórki mózgowe. Na razie jest to abstrakcja(pomijam tutaj różne inne aspekty i dziedziny nauki), a raczej scenariusz SF. Tym razem sprawdziło się powiedzenie, że zmiana ludzi na stołkach = zmiana polityki. No i muszę oswoić się z myślą, że jedną z urzędniczych batalii mam na razie za sobą. Oraz że jestem na stałe przypisana do osób z umiarkowanym stopniem niepełnosprawności. Ale czy to ostatnie coś zmieni w moim życiu? Chyba nie...