Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 26 grudnia 2020

1251. A może to Boże Narodzenie wcale nie było takie najgorsze?

Wspomnieniem świętego Szczepana, pierwszego męczennika za wiarę, zakończyliśmy tegoroczne święta Bożego Narodzenia. I chociaż rząd narzucił na nasz kraj wiele ograniczeń związanych z panującą pandemią, to tak naprawdę w mojej sytuacji niewiele to zmieniło. Kolację wigilijną spożyliśmy w przepisowej liczbie osób, nigdy specjalnie nie chodziliśmy z odwiedzinami do innych, więc z tym punktem nie mieliśmy problemów. Znalazł się czas zarówno na Pasterkę(tym razem o 22:00), jak i na Msze święte w pierwszy i drugi dzień świąt. No wiecie, śpiewanie w parafialnej scholi wiąże się z pewnymi przywilejami, a z drugiej strony po raz kolejny okazało się, jak proboszcz respektuje obowiązujące przepisy... Co prawda w tym roku nic nie czytałam, ale stałam dzisiaj z puszką podczas zbiórki na uczelnie katolickie. Swoją drogą, gdybym wiedziała, to włożyłabym bluzę z logo Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie, której fragment mogliście zobaczyć w filmie zamieszczonym w poprzednim poście. Skoro pierwszy raz od jakiegoś czasu przeczytał list jej rektora, to mogłoby to ciekawie wyglądać.

Chociaż w tym roku było inaczej, to jednak myślę, że mogliśmy się czuć jak szczęściarze. Wszak w większości przypadków, w większym lub mniejszym stopniu mogliśmy świętować i celebrować te niezwykłe dni. Tak jak pisałam ostatnio, w przeszłości zapisały się momenty, kiedy świętowanie było niezwykle utrudnione. Kilka dni temu natchnęłam się na onecie na artykuł o rodzinie wywiezionej w 1941 roku na Syberię. I chociaż w ostatnim czasie poziom prezentowany przez ten portal według mnie wyraźnie upadł, to myślę, że tym razem pani Magdalena Szkudlarek - Szarkowska naprawdę stanęła na wysokości zadania. Zresztą sami zobaczcie, a raczej przeczytajcie.

"Znaleźli różaniec, taki ładny, niebieski z małych kryształków. Rzucili go na ziemię i zaczęli po nim deptać"

Nadchodzi czas wspólnego spożywania świątecznych potraw, śpiewania kolęd, łamania się opłatkiem i składania sobie życzeń. Trudno sobie wyobrazić, żeby Boże Narodzenie obchodzić inaczej. A jednak. Wciąż są osoby, którym święta przywołują falę niełatwych wspomnień. Jedną z nich jest odznaczona Krzyżem Zesłańców Sybiru pani Irena, która będąc 6-letnim dzieckiem znalazła się tysiące kilometrów od rodzinnej ziemi. Pierwsza Wigilia spędzona w Kraju Ałtajskim pod granicą z Chinami przepełniona była potężnym smutkiem.

W 1941 r. Irena Butoka razem z 10-letnią siostrą, mamą i babcią zostały wywiezione na Syberię. W okresie Bożego Narodzenia wspomnienia tamtych wydarzeń wracają ze wzmożoną siłą. 
Zanim wybuchła wojna pani Irena wraz z całą rodziną mieszkała w Krewie. - Tatuś był kierownikiem poczty - rozpoczyna swoją opowieść nasza rozmówczyni. - Był prawy i solidny, dlatego zaraz po ataku ZSRR na Polskę dano mu spokój i pozwolono pracować. Tak było do 1941 r. Dwa dni przed wybuchem wojny pomiędzy Niemcami a ZSRR na centrali w urzędzie pocztowym zadzwonił telefon z oszmiańskiego NKWD. Tatuś podniósł słuchawkę i usłyszał, że jadą po naszą sąsiadkę, nauczycielkę, panią Czatkiewicz. Wiedział już, co to oznacza. Tak się przestraszył i zdenerwował, że rzucił tą słuchawką. Wtedy najprawdopodobniej padło też nasze nazwisko. Ale tego tata już nie mógł wiedzieć. Od razu poprosił swoją współpracowniczkę, by pobiegła ostrzec panią Czartkiewiczową. Jej mąż przebywał akurat na terenie Polski. A ona sama - z dziewięciomiesięczną córeczką Jadzią i schorowaną matką męża - przebywały po naszej stronie granicy. Współpracowniczka taty weszła do sypialni pani Czartkiewiczowej przez tylne okno i uprzedziła ją, że szykuje się na nią wywózka. Nauczycielce udało się uciec do lasu.
Pani Czartkiewiczowa nie zostawiła ich. Przyszła potem pieszo do tego pociągu, którym nas wywieziono.

Zanim wybuchła wojna pani Irena wraz z rodziną mieszkała w Krewie, archiwum rodzinne

Kiedy po nas przyszli, taty z nami nie było. Byłam ja, siostra, mama i 75-letnia babcia, matka mojego ojca. Oficerowie zjawili się w nocy. Od razu kazali się pakować. Pamiętam, za łóżkiem w sypialni stały portrety Piłsudskiego i Mościckiego. Rzucili nimi o podłogę. Deptali po potłuczonym szkle. To pakowanie, dźwięk deptanego szkła, krzyk mamy, nasz... To było coś makabrycznego. A oni w tym czasie wywalali wszystko z szafy, szukając czegoś wartościowego. Jakiś czas przedtem mamie udało się wygrać na loterii 30 tys. zł. To było dużo pieniędzy. Razem z tatą spieniężyli tę sumę w złote i srebrne monety. Zawinęli w płócienny woreczek i schowali do szuflady. Zapamiętałam to dobrze, jak tamci znaleźli to zawiniątko. Potrząsali tym. Już wiedzieli, że się na nas obłowili. Podczas pakowania mama dostała strasznego rozstroju żołądka. Nie było wtedy toalet, tylko wychodki.
Ja, widząc to jako małe dziecko, przeżywałam okropne chwile. Ale zrozumieć moją matkę... Co ona wtedy czuła? Ludzie potem opowiadali, że jak wieźli nas ulicami, to podobno całe miasto było wstrząśnięte tym, jak mama płakała z rozpaczy.
Do naszego wagonu zapakowali z 60 osób. Nas przywieźli na końcu. Nie było miejsca, żeby się ruszyć. Na środku znajdowała się rura - nasza ubikacja. Przez całą drogę nie dostaliśmy nic do jedzenia. Tylko dwa wiadra doby na dobę. A to był koniec lipca. Każdy trzymał swoją "porcję" w rękach, żeby nie upuścić choć kropelki. Wieźli nas w okolice Nowosybirska nad Obą. Stamtąd jeszcze 3 doby statkiem rzecznym. A jeszcze z tego statku ciężarowymi samochodami. I tak aż do chińskiej granicy. Tam już nie było nic. Z jednej strony góry, z drugiej rzeka. Nie było nawet gdzie uciekać.
Przez całą drogę widzieliśmy, jak mijają nas niemieckie samoloty wywiadowcze. Cały czas słyszeliśmy wystrzały, odgłosy wojny. W Mińsku było bombardowanie, wielu ludzi z transportu zginęło. Myśleliśmy, że skoro wojna, to może nas wypuszczą, bo i po co im ten pociąg z kobietami i dziećmi? Mężczyzn z nami nie było. Ich zabrali oddzielnie do więzień do Tobolska za Uralem, nad Irtyszem. Mój tatuś trafił akurat do celi, w której więziony był wcześniej Piłsudski. Podczas przesłuchań kazali się mu przyznawać do rzeczy, których nie zrobił. Opowiadał nam później, jak go bili, katowali. Nie wiedział, co się z nami dzieje. Czy żyjemy, gdzie jesteśmy? Czy jesteśmy razem, czy może nas rozdzielili?
Zakwaterowali wszystkich w baraku i jeszcze raz rewizja. Kacyki z tamtych terenów, bez zębów, w podartych łachmanach chyba z sześć razy rewidowali nasze rzeczy. Zabierali wszystko: pierścionki, medaliki, łańcuszki, nawet święte obrazki. Jak widzieli legitymacje czy książeczki z białym orłem, to dostawali gorączki - rwali, deptali, niszczyli. Niektórym z nas udało się coś ukryć. Nam mamusia dała do schowania obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej. Duży, malowany olejną farbą na płótnie, mama złożyła do rozmiarów małej kosteczki. Miałyśmy to schowane w bieliźnie.
Znaleźli różaniec, taki ładny, niebieski z małych kryształków. Rzucili go na ziemię i zaczęli po nim deptać. Do dziś słyszę ten dźwięk.
Pani Irena wielokrotnie zaznacza, że życie na obcej ziemi było nie do zniesienia. Każdy dzień był walką o przetrwanie. W przypadku rodziny pani Ireny - tym trudniejszą, że o jej byt walczyła... 75-letnia babcia.
Przydzielili nam izbę z jeszcze jedną rodziną. Był jeden piec, który wszystko ogrzewał. Nie było światła. Zima i ciężkie mrozy przyszły już w październiku. Żeby było coś widać wieczorami, robiło się knoty. Do buteleczki z benzyną wkładało się wyskubane z kołdry kawałki materiału. Od tego wszystko dookoła było czarne. Sadza wchodziła wszędzie, nawet do nosa i gardła. O jedzenie było bardzo ciężko. Ponieważ zbliżały się święta, babci jakimś cudem udało się zdobyć trochę mąki. W Wigilię zabrała się za robienie rozczynu do ciasta. Mama była słaba. Już jesienią musiała się gdzieś zaziębić. Pamiętam, że siedziałyśmy akurat z mamą i z siostrą na tym piecu, a babcia, oczywiście w całym ciepłym ubraniu, robiła rozczyn, żeby na wieczór przygotować coś do zjedzenia. Kiedy skończyła, włożyła go do wiaderka i przykryła ściereczką. Wtedy moja mama odezwała się do niej: - Mamo, dlaczego ta dziewczynka ma taką krótką koszulkę? - powiedziała do babci. Widać było, że ma strasznie rozpalone policzki. Z tej wysokiej temperatury, której widocznie dostała, już po tamtej stronie widziała dziecko, a nie wiaderko.
To z moich pierwszych świąt na Syberii najbardziej utkwiło mi w pamięci. Nie wiem, co było dalej. W tej drugiej rodzinie, która z nami mieszkała, była taka Jadzia, Babcia z nią porozmawiała i ona gdzieś pobiegła. Po czasie jacyś ludzie przyjechali saniami i mamę gdzieś zabrali. Ja i siostra zostałyśmy na tym piecu i zasnęłyśmy.
Nad ranem przyszła babcia. Obudziłam się i mimo że jeszcze było ciemno, widziałam, jak wyciągnęła kuferek. Zaczęła układać rzeczy mamy: jedne na jedną kupkę, a wybrane na drugą. Kiedy wyjęła ulubioną sukienkę mamy, taką różową, ładną, z naturalnego jedwabiu, zaczęłam płakać. Już wiedziałam, że mama nie żyła.
Nie mieliśmy lekarza. Był tam mały szpitalik, w którym chorymi opiekowała się siostra. Dużo osób chorowało na tyfus. Ale co było mamie, nie wiadomo.
„Ciało mamy wydali nam dopiero 27 grudnia. Przynieśli ją w kocu. Ktoś jakoś przemycił aparat i zrobił nam jeszcze zdjęcie" - Archiwum rodzinne

Wiedzieli, że Polacy obchodzą akurat święta Bożego Narodzenia i specjalnie wszystko przedłużali. Ciało mamy wydali nam dopiero 27 grudnia. Przynieśli ją w kocu. Ktoś jakoś przemycił aparat i zrobił nam jeszcze zdjęcie. Mnie nawet nie zabrali na cmentarzyk, tak było zimno. Z trudnością wykopali kilofami grób. I tak po pierwszych świętach na obcej ziemi zostałyśmy same - ja i siostra Ewelina z babcią, która miała 75 lat.
Przetrwałyśmy tylko dzięki babci. Jej bohaterstwa nie można z niczym porównać. Klimat tam był straszny. W dodatku nie wolno było nam nawet małego zagonku własnego zasadzić. Za taki ogródek, za byle pietruszkę, szło się zaraz do więzienia. Żeby dostać chociaż rubla, babcia, i my też, pracowałyśmy w polu. Poza tym 20 km od naszego zakwaterowania znajdował się kołchoz. Tam można było pójść piechotą, wymienić jakieś rzeczy albo kupić i przynieść na plecach z powrotem. I babcia, staruszka tak chodziła. W dzień pracowała, wieczorami przygotowywała nam jedzenie, przędła na kołowrotku. Taka poważna i smutna. Cierpiała strasznie. Miała taką niezwykłą mądrość. Która kobieta 75-letnia potrafiłaby dzisiaj przetrwać z dwójką małych dzieci na Syberii.
Pani Irenie i jej siostrze udało się spotkać z ojcem: po wyjściu z więzienia cudem odnalazł pierwotny transport z rodziną. Dotarli aż do Pomorza Zachodniego i tu osiedli na stałe. - Tylko babcia nie doczekała powrotu - kończy swoją opowieść pani Irena. - Skończyła życie w pociągu ostatniego dnia podróży w 1946 r. Zmarła już tu, na polskiej ziemi. Też nie było wiadomo, że choruje. Po prostu zasłabła. Ale tyle, co z nami przeżyła... Że udało nam się przetrwać, to była jej mądrość. Boża mądrość.

źródło tekstu: https://www.onet.pl/informacje/szczecinekcom/znalezli-rozaniec-taki-ladny-niebieski-z-malych-krysztalkow-rzucili-go-na-ziemie-i/0lp08dr,30bc1058

I tak sobie myślę, my tutaj narzekamy na obostrzenia, które przecież w końcu zostaną kiedyś ściągnięte, na to, że nie mogliśmy zjeść wieczerzy wigilijnej w dużym rodzinnym gronie, że mieliśmy ograniczoną możliwość pójścia na Mszę świętą, że nie będzie hucznych zabaw sylwestrowych, negujemy szczepionkę na koronawirusa nie dostrzegając tego, że może zapobiec rozprzestrzenianiu się zarazy. Tymczasem co mieli powiedzieć ludzie w tamtych czasach wywiezieni w nieznane, poukrywani w piwnicach i innych schronach, walczący z chorobami, na które nie tylko nie było lekarstw, ale i warunków do ich leczenia, walczący z wrogiem na frontach. Niejednokrotnie porozdzielani z rodzinami, bez wieści co u nich słychać, czy żyją i bez pewności, czy jeszcze do nich wrócą. Ot, takie "świętowanie". A przecież:

(Wędrówka Jezusa)

Blask Gwiazdy co świeci na Wschodzie,
rzuca swój snop na skromny żłób,
w którym leży małe, zrodzone szczęście,
to Dziecię Boże - przenajświętszy cud.
Wstało Dzieciątko z lichego sianka,
włożyło sandałki na maleńkie stópki,
w dłoni dzierżyło drewnianą laskę,
i poszedł w świat duży - Jezusek malutki.
Widziało piękne bogate domy,
widziało nędzne slumsy ubogie,
widziało szczęście i smutek wśród ludzi,
a przecież wciąż mogło leżeć w żłobie.
Widziało państwa ogarnięte wojną,
gdzie miast deszczu, na ziemię łzy spadały,
widziało chorych w szpitalach na łóżkach,
wiedziało, że świat nie jest wspaniały.
Szło do bogatych, szło też do biednych,
nie bacząc na żadne okoliczności,
ale chcąc zanieść jednym i drugim,
choć odrobinę ludzkiej radości.
Pukało do afrykańskiej chatki,
pukało do syberyjskiej lepianki,
leżącym w łóżkach maleńkim dzieciom,
śpiewało cichutkie kołysanki.
Pukało też do serc bogaczy,
co pod dostatkiem mieli pieniędzy,
prosiło o chociaż drobną pomoc,
dla tych, co żyli w straszliwej nędzy.
Z współczuciem patrzyło na opuszczonych,
nędzarzy, co pod mostem się grzali,
wysłało uśmiech dla wszystkich wygnanych,
by też się częściej uśmiechali.
Noc szybko mija, świat już zwiedzony,
do Betlejemu zaś droga daleka,
w ubogiej stajence na obrzeżach miasta,
Maryja z Józefem na synaczka czeka.
Przyszedł Maleńki przed samym świtem,
zmęczony swą całonocną włóczęgą,
poznał troski zwyczajnych ludzi,
a niejednemu zatwardziałe serce pękło.
Przyłożył małą główkę do siana,
nakrył się szczelnie płaszczem ojcowskim,
sen go ogarnął, szybciej niż myślał,
w nim widział swoje zmartwienia i troski.

Pan Jezus w tą niezwykłą noc przyszedł do wszystkich: bogatych, biednych, chorych, samotnych, opuszczonych, wierzących i niewierzących. I w dalszym ciągu przychodzi, dzieląc z nami nasze zmartwienia i troski. Chcę wierzyć, że tak się dzieje w takim samym stopniu wobec wierzących, jak i niewierzących. Że przyszedł do naszych serc również w tym roku, mimo wszystko.

czwartek, 24 grudnia 2020

1250. W ślad z Mistrzem księdzem Janem Twardowskim chciałabym Wam złożyć życzenia

 
W zamyśle miałam wystąpić z Pusią, ale dziewczyna nie miała najmniejszej ochoty wystąpić w tym filmie.
Kochani, przyszedł najpiękniejszy okres w roku kalendarzowym - czas Bożego Narodzenia. Nawet jeżeli jesteśmy niewierzącymi, są to dla nas wyjątkowe dni. Czas kojarzący się ze wspólnym świętowaniem w gronie rodzinnym. W tym roku święta wyglądają nieco inaczej - pandemia wymusiła na nas zmianę wielu przyzwyczajeń. Musieliśmy w większości przypadków zrezygnować z rodzinnych spotkań, a złożenie życzeń dalszym krewnym ograniczyć do tych, składanych przez telefon. "Obrażeni" na wszystko dookoła zapominamy, co w tym wszystkim jest najważniejsze. A tymczasem to od nas zależy, czy przyjmiemy postawę Mędrców i pasterzy, którzy uwierzyli i za wszelką cenę chcieli poznać Zbawiciela, czy też Heroda, zamkniętego w swoich przekonaniach króla Judei. Wszak Jezus dał nam przykład, jak w świecie przerwać łańcuch zła. Dlatego mam dla Was jeszcze jedno życzenie: Aby te święta były wyjątkowe nie "dlatego że", ale "mimo wszystko". Abyście nie zwątpili, że kiedyś ta pandemia się skończy i znowu zasiądziemy wraz z szerszą rodziną do stołu, ciesząc się wzajemną obecnością! Bądźmy dla siebie dobrzy!

Wigilijny czas

Kiedy na niebie rozbłyśnie pierwsza gwiazdka,
to szybciej bije ludzkie serce.
Bo dwa tysiące lat temu w odległym Betlejem,
Bóg przyszedł na świat, w ubogiej stajence.
Serdeczność wkrada się do naszych domów,
troska zamienia swe miejsce z radością.
I wszyscy są jakoś dla siebie lepsi,
i każdy darzy siebie miłością.
Biały opłatek łamie się w rękach,
życzenia od serca do szkatułki zbiera.
Przed Boży Tron je wkrótce poniesie,
bo oto sumienie się ludzkie otwiera.
Choinka cieszy kolorami tęczy,
prezenty spod niej cicho wyglądają.
Dzieciątko Boże patrzy gdzieś z Nieba,
jak ludzie smakołykami się zajadają.
Przy stole siedzi mama i tata,
dzieci też trochę już dokazują.
Kolędę cichą, kolędę świętą,
ku chwale Boga wyśpiewują.

Karolina P. Boże Narodzenie 2020

Skromna choinka nadała mojemu mieszkaniu świąteczny charakter, w oknie zawisła gwiazda z lampek na znak tej, która przywiodła prostych pasterzy i uczonych Mędrców do Mesjasza, w tle leciały kolędy przeplatane piosenkami świąteczne, zaś powietrze przepełniała charakterystyczna woń przyprawy korzennej do piernika. Chociaż kolację wigilijną spożywałam w gronie najbliższych, to jakże przyjemnie jest wrócić do mieszkania, w którym chociaż trochę widać, że to święta Bożego Narodzenia. Zaś całodzienny post od wszelkiego posiłku spowodował, że wigilijne potrawy smakowały jeszcze bardziej.
Ubierając choinkę, w większości w otrzymane od Was cudeńka, poczułam się jak szczęściarz. Ileż to rodzin nie mogło sobie pozwolić na przestrzeni lat na taki luksus. Choinka, chociaż skromnie przybrana, w większości w to, co otrzymałam od Was w przesyłkach, i tak jest bogatsza od tej, jaką mieli np. ludzie wywiezieni na Syberii, zesłani do rosyjskich łagrów, obozów koncentracyjnych oraz zagłady. O ile oczywiście tym pierwszym udało się ją zdobyć, bo z całą pewnością więźniowie jej nie mieli. Tak samo, jak nie mieli samych świąt. Więc może współczesna sytuacja nie jest taka najgorsza. W dodatku mogłam ten wieczór spędzić w gronie najbliższych. Ileż to osób spędziło je w samotności i opuszczeniu w szpitalach, domach opieki, na ulicy, a nawet w swoich mieszkaniach. Różne są przyczyny tego zjawiska, w tym roku doszła jeszcze pandemia i wynikające z niej obostrzenia. 
Pod choinką znalazło się też miejsce na kolejny świąteczny upominek, tym razem od naszej Basi Wójcik. Kolejne zaskoczenie, bo zupełnie się go nie spodziewałam. Jak już pisałam, w dzieciństwie nie znajdowałam pod choinką zbyt wielu prezentów(ba bywały czasy, kiedy gazetki reklamowe zastępowały mi w domu zwykły blok rysunkowy). Sama starałam się zrobić skromne podarunki na lekcjach plastyki, techniki, a nawet na szkolnej świetlicy. Przecież nawet Jezus dostał drobne podarki od ubogich pastuszków. Nie mam jednak o to żalu do rodziców, bo sama widziałam jak było. Dlatego kiedy teraz coś dostaję, zwłaszcza od kogoś z Was, wywołuje to u mnie łzy wzruszenia oraz iście dziecięcą radość. Tak, jakbym nadrabiała zaległości z lat dzieciństwa. Ale zarazem pojawia się pytanie - czy ja na pewno na to zasłużyłam.
Na rozpakowanie paczki poczekałam do wieczoru. Kiedy już wróciłam do siebie po wieczerzy wzięłam się za otwarcie jej, co wbrew pozorom nie było takie łatwe.

Po uporaniu się z folią bąbelkową(ach, jak ja kocham ten odgłos wystrzałów wydobywający się spod moich palców), moim oczom ukazała się zawartość przesyłki.

Książka o Eucharystii oraz kolejny tomik z wierszami Basi(swoją drogą w sierpniu miałam tyle na głowie, że przegapiłam post, w którym można było go zdobyć).

Przepiękny obraz z błogosławioną Karoliną Kózkówną, patronką m.in. młodzieży.

Oraz kartkę z życzeniami.

Muszę przyznać, że wzruszenie znowu wzięło górę w targających mną uczuciach. Ponownie pojawiło się pytanie, dlaczego zostałam aż tak bardzo wyróżniona? Bo tak właśnie traktuję kartki z życzeniami(od Gosi, Uli, Basi Pawlak oraz Basi Wójcik), jako wyróżnienie.
Niestety, Poczta Polska znowu się nie popisała. W środę, kiedy dotarła przesyłka, praktycznie cały dzień siedziałam w domu. Listonosz nie przyszedł do mnie, aby mi ją wręczyć, za to włożył awizo w skrzynkę. Ja rozumiem, trzecie piętro bez windy może być trochę męczące do pokonania, ale czy to czasem nie jest jego praca? Przecież ja np. mogłabym nie móc iść po nią na pocztę, choćby z powodu większej niepełnosprawności. Czy wydaliby ją mojemu tacie, który ma inny adres zameldowania? W dodatku trochę uszkodzili ramkę z obrazem... Na szczęście mogłam podejść na pocztę, co zrobiłam zaraz po ostatnich w tym roku roratach. A to spowodowało, że "dostałam prezent" idealnie w dzień Wigilii.

wtorek, 22 grudnia 2020

1249. Druga strona świąt

Od kilku lat w naszym(i nie tylko naszym) regionie organizowane są miejskie Wigilie dla osób ubogich i samotnych. Zazwyczaj odbywały się one w wielkich halach, gdzie przy zastawionych stołach zasiadali zaproszeni ludzie, dla których w jakiś sposób święta nie zawsze są radosnym przeżyciem. Na stołach były tradycyjne wigilijne potrawy, po hali kręcili się wolontariusze, zagadując raz po raz uczestników spotkania, którzy nawet dostawali skromne podarunki, w tle leciały kolędy. Ludzie czuli się częścią społeczeństwa i często podkreślali, że żałują iż Boże Narodzenie jest tylko raz w roku...
W tym roku, z wiadomych przyczyn, tego typu spotkania(w których brało udział nawet i 3000 osób na miasto) zostały odwołane. Jednak zamiast wspólnych Wigilii fundacja odpowiedzialna za wydarzenie Wolne Miejsce, postanowiła że osoby ubogie i samotne będą miały chociaż cząsteczkę świątecznej magii i dostaną pakiet wigilijny, ale zawarte w paczce. W skład takiego pakietu wchodzi barszcz czerwony z uszkami, porcja karpia(po 1 na osobę) oraz kapusta z grzybami. Do tego książka, informator o fundacji, kartka z życzeniami, opłatek, jakieś desery typu jogurt, mandarynki oraz słodycze. Tak więc paczka taka dosyć konkretna.
Skąd znam zawartość paczki? Nie, nie zostałam zgłoszona do programu. Wręcz przeciwnie - to ja zgłosiłam się jako wolontariusz przy ich pakowaniu. Już w zeszłym roku o tym myślałam, ale dopiero teraz się na to zdecydowałam, chociaż do końca nie wiedziałam, czy się sprawdzę. Tak, można było wybrać dogodne dla siebie zadania, ale jednak ruchowo działam dużo wolniej niż osoby bez mojego deficytu. Coś tam jednak jestem w stanie pomóc.
Pakowanie paczek odbywało się w katowickim Spodku. Tym Spodku. Śmiejcie się lub nie, ale przez długi czas mojego dzieciństwa myślałam, że naprawdę jest on pozostałością po inwazji kosmitów na Ziemię, a zarazem że znajduje się w nim tajne przejście do innego świata. Widząc go czułam respekt, a jednocześnie nadzieję, że znajdę owo przejście i dotrę do świata, w którym nie ma chorób i niepełnosprawności, a każdy jest sobie równy. Ot, takie dziecięce obłokobujanie.
Oficjalnie Spodek jest zamknięty, dlatego akcja odbywała się w części hotelowej do niego należącej. Zbiórka wolontariuszy zaplanowana była na godzinę 9:00, jednak ja chwilkę się spóźniłam(ciekawe co myśleli przechodnie, kiedy pytałam ich o drogę do lodowiska, za którym znajduje się owy hotel). Na szczęście nie miałam problemu z wejściem na halę. Fakt, miałam imienno-zdjęciowy identyfikator, ale wiadomo - kto późno przychodzi ten sam sobie szkodzi.
Na hali pełen reżim sanitarny - każdy miał przydzielone indywidualne stanowisko, a maseczki ochronne na twarzy i rękawiczki lateksowe(w moim przypadku zostały zastąpione przez rękawiczki bawełniane, nie wiem w jakim stopniu chronią przed koronawirusem, ale lepiej mi je założyć i nie powodują u mnie alergii). 
Na początku zostałam przydzielona do pakowania książek. Jak to się skończyło - nietrudno się domyślić. Gdybyśmy pracowali w takim tempie, to nie zdążylibyśmy nie tylko do tej, ale i do następnej Wigilii. Toteż wkrótce zostałam "przeniesiona" na pakowanie owoców, a jak to się skończyło - do noszenia paczek. Jednak dwa tytuły, które przeszły przez moje łapki, zwróciły moją uwagę i wiem, że kiedyś je przeczytam: "Marzenia wykute w kamieniu" Blandine Le Callet oraz "Dzieci cesarza" Claire Messud.
Nasza posługa trwała do godziny 14:00. Myślałam, że będą mnie boleć plecy, a tymczasem tylko rwało mnie w lewej nodze. Przygotowaliśmy łącznie 3500 paczek na cały region(czyli nie tylko do Katowic, ale i miast ościennych). Ta liczba, a w szczególności wizualna ilość ustawionych na hali paczek daje do myślenia.

Tak jakoś automatycznie przypomniało mi się, jak rok temu przygotowywałam na zajęcia temat związany z czymś, co za kilka lat może nosić już miano patologii społecznej. Swoje rozważania oparłam na tym -> https://www.medonet.pl/zdrowie,swie ta-bez-schorowanych-krewnych-i-starych-czworonogow,artykul,1735550.html artykule opisującym tzw. drugą stronę świąt. Na czym ona polega? Na tym, aby święta były na bogato, bez schorowanych krewnych oraz starszych zwierząt domowych, którzy nie pasują do ich idealnej otoczki. Dlatego dom musi być cały w światełkach, na białym obrusie musi królować nowa zastawa, a w kącie stać choinka prosto z lasu - bo to się nazywa magią świąt. Musi być wszystko tak jak w zeszłym roku, a nawet więcej. To, co stare i zużyte nie do końca wpisuje się we wtłaczaną nam od początku listopada wizję. Przed świętami trzeba posprzątać, to znaczy pozbyć się tego co może szpecić i psuć magiczną atmosferę, wyrzucić zanim stanie się rysą na idealnym rodzinnym obrazku. Udowodnić coś sobie, a przy okazji i innym. Święta już dawno stały się społecznym konstruktorem, teatrem, w którym staliśmy się marionetkami własnych ambicji i wyobrażeń.
W naszym społeczeństwie istnieje bardzo duża presja, która dotyczy organizacji wystawnych świąt oraz kupowania drogich prezentów. Tym samym następuje podział społeczeństwa na lepsze i gorsze. Nikt z nas nie chce należeć do tej drugiej kategorii. Szczególnie widać to w komentarzach dotyczących działań charytatywnych. Kiedy osoby o gorszej sytuacji materialnej życzą sobie droższego prezentu, pojawiają się głosy, że jest to dowód na ich zachłanność, pychę, czy też niewdzięczność. Bo przecież osoby ubogie nie mają prawa do takich marzeń.
Standardem stała się też "magia świąt" za pieniądze. Z przeprowadzonych rok temu badań wynika, że już na początku grudnia wzrasta zainteresowania kredytami o charakterze konsumpcyjnym. Co trzeci kredytobiorca chce pożyczyć przynajmniej 3 tysiące zł. A przecież z każdym roku organizacja świąt kosztuje nas coraz więcej. Wszystko to może wywoływać ogromny stres wynikający np. z sytuacji rodzinnej lub finansowej. W dodatku dookoła docierają do nas reklamy kuszące danym produktem, czyli manipulują. Reklamy kształtują w swoim odbiorcy pewne postawy i prowokują do z góry zamierzonego zachowania(np. niektóre z nich przekonują, że poprzez zakup danego produktu klient będzie lepiej pełnił swoje role społeczne. Reklamy odwołują się do emocji, a my jesteśmy na nie podatni, szczególnie przed świętami. Chcemy należeć do większości, dlatego uruchamia się w nas potrzeba podążania za tłumem. Dlatego coraz częściej zapominamy, co w świętach jest najważniejsze.
Przed świętami pełne ręce roboty mają też ci, na których przerzuca się niewygodny obowiązek opieki nad chorymi i zniedołężniałymi. Każdego roku lekarze i weterynarze zwracają uwagę na nieludzkie procedery, do których dochodzi w szpitalach i lecznicach. Na oddziały bez powodu trafiają schorowani i zniedołężniali seniorzy, zaś ich rodziny znikają bez śladu. Czasami zdarza się, że wcześniej doprowadzają do wycieńczenia organizmu, aby nie zostali odesłani z tzw. kwitkiem - nie podają im leków, głodzą ich. Wszystko dlatego, że w ich idealnej wizji nie ma miejsca na takie przyziemne problemy. Seniorzy są bowiem często postrzegani jako ciężar, lekceważymy ich i nie dostrzegamy mądrości życiowej. Wychodzimy z błędnego założenia, że skoro są od nas zależni i potrzebują stałej pomocy, to nie mogą już sami o sobie decydować. Tymczasem osoby starsze pozostawione w szpitalach starają się nawet zrozumieć bliskich stosując różne mechanizmy ochronne: szukają uspokajających i łatwiejszych do zaakceptowania argumentów dla trudnych dla nich wydarzeń. Tłumaczą: "Jestem w szpitalu, to przynajmniej będę mieć spokój" albo "przynajmniej zrobię sobie szczegółowe badania", mogą też umniejszać  znaczenie tego zdarzenia mówiąc, że nie zależało im na tych świętach.
Z powodu dążenia do świątecznej perfekcji cierpią również zwierzęta. To w grudniu pada rekordowa liczba zapytań o eutanazję starych, schorowanych zwierząt domowych. Przecież czworonogi z wystającymi żebrami, wyliniałą sierścią oraz chorobami skóry nie powinny kręcić się wokół wigilijnego stołu - sprawiło by to, że cała nadmuchana bańka natychmiast pęknie. W dodatku w okresie przedświątecznym jest targowisko sztuki zabijania - kto da niższą cenę zostanie wybrany, by tą usługę wykonać. Jednak kiedy lekarze pytają o wskazanie do przerwania zwierzęcego życia, mało kiedy pada odpowiedź, że zwierzę jest przewlekle chore, leczone, ma historię choroby, ale jego stan pogarsza się na tyle, że czas, aby się pożegnać. Z reguły są to tak suche wymówki, od których serce się kraje.
W celu zapobiegnięcia przygarnięcia zwierząt przez nieodpowiedzialnych opiekunów, niektóre schroniska wstrzymują w okresie okołoświątecznym adopcje szczeniąt. Niestety, szpitale nie mogą wstrzymać przyjęć pacjentów w podeszłym wieku. Mam jednak nadzieję, że sytuacja epidemiologiczna ukróci ten proceder.
Dlatego cieszę się, że są akcje, które pomogą tym najbardziej potrzebującym w poczuciu chociaż przez chwili magii świąt. To prawda, wymaga to poświęcenia ze strony innych osób(sześć godzin to przecież 1/4 doby, które mogłabym wykorzystać w inny sposób), ale jako osoba niespecjalnie obdarowywana w dzieciństwie prezentami(te, które dostałam po ukończeniu 5 roku życia potrafię bez problemu wymienić, chociaż to 25 lat mojego życia), wiem jak bardzo cieszą takie gesty. Czy obdarowywani będą się cieszyć ze swoich prezentów tak jak ja z przesyłek od Basi, Małgosi i Uleńki? Mam taką nadzieję.

sobota, 19 grudnia 2020

1248. Aż tak grzeczna to chyba nie byłam

Napisaniem "Prezentu dla Darczyńcy"(krótkiego sprawozdania z wręczenia paczki rodzinie) zakończyłam tegoroczną edycję Szlachetnej Paczki. Mam nadzieję, że opis przejdzie za pierwszym razem i że nie będzie trzeba nic zmieniać. Z drugiej strony musiałam się nieźle nakombinować, aby go napisać. Bo co innego, kiedy rodzina się cieszy z otrzymanej pomocy, a co innego kiedy sprawia wrażenie zupełnie obojętnej. Może to po prostu pierwszy szok? Dobrze, że dzieci były i niejako ratowały sytuację swoją radością, bo inaczej nie wiedziałabym co napisać.
Jeden wolontariat się skończył, drugi czeka mnie już we wtorek. Co roku miasto Katowice organizuje metropolitarną wigilię dla samotnych. W tym roku, z wiadomych względów, będzie ona w zmodyfikowanej formie. Zamiast wielkiego spotkaniach na halach w różnych miejscowościach, wolontariusze będą rozwozić im paczki żywnościowe do domów. Ja, rzecz jasna, nie dam rady tego zrobić ze względów logistycznych(wszak nie mam nawet własnego roweru), zgłosiłam się jednak do pakowania paczek. Startujemy o 9:00. 
Tydzień temu cieszyłam się z chłopakami z paczek, jakie otrzymali, a wczoraj sama doświadczyłam tego uczucia. Prawdziwy uśmiech i łzy radości pojawiły się u mnie za sprawą dwóch wspaniałych kobiet - Basi i Uleńki, które postanowiły mnie obdarować. Zastanawiam się, czym sobie zasłużyłam na aż tak duże gesty sympatii? Bo aż taka grzeczna to chyba nie byłam... Z tego co wiem, to Basia wysłała mi paczkę na początku grudnia. Dziwne w tym jest to, że nawet gdyby kurier nie zastał mnie w domu, to powinien zostawić awizo, że zostawia ją na poczcie. Tymczasem nie było go ani w skrzynce, ani w drzwiach(co prawda ktoś mógł złośliwie je wyjąć z drzwi, ale z sąsiadami żyję raczej w dobrych stosunkach). Dobrze, że jest przewidziane otrzymanie drugiego awiza. Dzięki temu miałam co wymienić na przesyłkę, bo o tym że powinnam ją dostać, dowiedziałam się od samej Basieńki. Chyba pierwszy raz w życiu kolejka sama z siebie przepuściła mnie do okienka, ze względu na niepełnosprawność. Sama nie upominam się o ten "przywilej", jeden zrozumie i przepuści, a drugi będzie to uważał za "zbrodnię stulecia". Ale skoro sami mi to zaproponowali, więc postanowiłam skorzystać. Zwłaszcza, że kolejka była dosyć spora. Podchodzę do okienka i co słyszę? Że "system padł". Powstrzymywałam się, żeby nie wybuchnąć "głupim śmiechem". Bo wiecie, raz mi się coś uda, jednak nie może obyć się bez przygód. Pani za szybką kazała mi usiąść i poczekać. Trochę mi było głupio przed innymi, ale to przecież nie moja wina, że zamiast podpisu ręcznego wymagany jest elektroniczny(a swoją drogą, to nie znoszę tego elektronicznego ekranu i pióra). W pewnym momencie patrzę, ta pani idzie i niesie dość dużych gabarytów pakę. No, spodziewałam się niewielkiej paczuszki, więc moje zdziwienie nie miało granic. A że nie podejrzewałam Basi o skonstruowanie bomby, podpisałam odbiór i wróciłam do domu. Z przesyłką od Uleńki nie miałam aż takich przygód, chociaż wiem, że szła dłużej, niż do Niemiec. Na szczęście tutaj listonosz pofatygował się na 3 piętro, żeby mi ją przynieść. Najpierw otworzyłam kopertę od Uli. Wysypały się z niej urocze, ręcznie robione gwiazdki, śliczna serweta oraz czerwone, filcowe podkładki. Do tego dołączona była kartka z życzeniami oraz czekolada.
Już ta przesyłka wywołała u mnie wielkie wzruszenie, a przecież musiałam jeszcze rozpakować paczkę przysłaną mi przez Basieńkę. Nie było to łatwe, ponieważ była dosyć solidnie obklejona taśmą klejącą. Na szczęście przy pomocy noża i nożyczek dałam radę 💪💪💪.
I znowu zaniemówiłam, a wzruszenie spowodowało napływ łez do moich oczów. Powoli wyjmowałam wszystko z pudełka i cieszyłam się jak małe dziecko. W paczce znalazłam coś do czytania(ech, będzie co robić w kolejne długie zimowe wieczory, a także przez czas kwarantanny).

Przepiękne świąteczne stroiki.

A także tajemnicza szkatułka(czyż nie jest prześliczna?) zawierająca prawdziwe skarby: kartkę z życzeniami(zapomniałam jej sfotografować, postaram się zrobić to jutro), muszlę(przypomina mi ona muszlę świętego Jakuba), trzy cudowne laleczki z włóczki oraz notesik.

Basia zawsze obdarowuje prawdziwymi cudeńkami(widoczna na zdjęciach świeca żelowa oraz oryginalny papierowy koszyczek też jest od niej). Nawet nie wiecie, jak ją podziwiam, że przy wszystkich swoich ograniczeniach potrafi zrobić takie śliczności. 
Basieńko, Uleńko, jeszcze raz bardzo, bardzo Wam dziękuję za tak piękną niespodziankę i za łzy wzruszenia. I tym optymistycznym akcentem trwajmy w ostatnich dniach tegorocznego adwentu.

środa, 16 grudnia 2020

1247. Kiedy emocje rozpalają do czerwoności...

Czytam sobie niektóre wpisy innych niepełnosprawnych. Czytam, czytam i zastanawiam skąd w nich tyle jadu? Czy wynika to z osobowości tych, którzy je piszą, czy może z, hmmm... goryczy? A może z chęci "stania się lepszym", chociażby w sieci. Przykro się czyta niektóre pretensje, nie do końca wiadomo o co. Tym bardziej, że każdy ma prawo do błędu. 
Jeszcze kilka lat temu sama dzieliłam się z Wami tego typu historiami. Jednak jeden komentarz od Was (Marzenko T., bardzo Ci za niego dziękuję) sprawił, że zrozumiałam, że nie warto. Przecież dookoła dzieje się tyle ciekawych rzeczy, o wiele ciekawszych niż opisywanie internetowych sprzeczek i waśni. Zresztą po co mi to? Żeby pokazać, że wina leży po stronie tej drugiej osoby - według mnie wina leży gdzieś pośrodku(Ale do takiego stwierdzenia musiałam dojrzeć). Albo żeby przeczytać od Was, że jestem wspaniała i nie warto wdawać się w sprzeczki z niektórymi osobami? Nie zrozumcie mnie źle, ale wiem to i bez tego. Oczywiście z pominięciem tego, że jestem wspaniała, bo nie jestem. Albo żeby podsycać złość wrogo do mnie nastawionych osób? Wystarczy, że ostatnio potwierdziłam wypowiedź jednej osoby odnośnie drugiej - posypały się gromy, ale przemilczałam to(no dobra, pożaliłam się Puśce, bo naprawdę, przeczytałam coś, co dotknęło w mój czuły punkt). 
Bo czasami trzeba coś przemilczeć, zastanowić się, czy napisanie tego coś da. Bo wiele rzeczy piszemy w emocjach, a potem bardzo tego możemy żałować. Wiem to z autopsji. 
Zresztą, idą święta. Czy naprawdę nie możemy być dla siebie chociaż trochę milsi, bardziej uprzejmi, wyrozumialsi? Nie możemy chociaż na chwilę "zejść z piedestału" i odpuścić trochę? Wiem, że może też nie jestem fair w stosunku do innych, w końcu jestem tylko człowiekiem. Ale staram się dostrzegać swoje wady, staram się z nimi walczyć. I uwzględniać uwagi innych w myśl zasady - kilka osób mówi ci, że jesteś pijany, to idź do łóżka, a nie siadaj za kierownicą, bo możesz wywołać wiele szkód. Dlatego staram się nie pisać w emocjach. Wam też to radzę. Emocje nie są dobrym doradcą. I mogą spowodować katastrofę na miarę tej w ruchu lądowym.

Trzymajcie się ciepło i pamiętajcie, emocje nie zawsze są dobrym doradcą.