Wspomnieniem świętego Szczepana, pierwszego męczennika za wiarę, zakończyliśmy tegoroczne święta Bożego Narodzenia. I chociaż rząd narzucił na nasz kraj wiele ograniczeń związanych z panującą pandemią, to tak naprawdę w mojej sytuacji niewiele to zmieniło. Kolację wigilijną spożyliśmy w przepisowej liczbie osób, nigdy specjalnie nie chodziliśmy z odwiedzinami do innych, więc z tym punktem nie mieliśmy problemów. Znalazł się czas zarówno na Pasterkę(tym razem o 22:00), jak i na Msze święte w pierwszy i drugi dzień świąt. No wiecie, śpiewanie w parafialnej scholi wiąże się z pewnymi przywilejami, a z drugiej strony po raz kolejny okazało się, jak proboszcz respektuje obowiązujące przepisy... Co prawda w tym roku nic nie czytałam, ale stałam dzisiaj z puszką podczas zbiórki na uczelnie katolickie. Swoją drogą, gdybym wiedziała, to włożyłabym bluzę z logo Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie, której fragment mogliście zobaczyć w filmie zamieszczonym w poprzednim poście. Skoro pierwszy raz od jakiegoś czasu przeczytał list jej rektora, to mogłoby to ciekawie wyglądać.
Chociaż w tym roku było inaczej, to jednak myślę, że mogliśmy się czuć jak szczęściarze. Wszak w większości przypadków, w większym lub mniejszym stopniu mogliśmy świętować i celebrować te niezwykłe dni. Tak jak pisałam ostatnio, w przeszłości zapisały się momenty, kiedy świętowanie było niezwykle utrudnione. Kilka dni temu natchnęłam się na onecie na artykuł o rodzinie wywiezionej w 1941 roku na Syberię. I chociaż w ostatnim czasie poziom prezentowany przez ten portal według mnie wyraźnie upadł, to myślę, że tym razem pani Magdalena Szkudlarek - Szarkowska naprawdę stanęła na wysokości zadania. Zresztą sami zobaczcie, a raczej przeczytajcie.
"Znaleźli różaniec, taki ładny, niebieski z małych kryształków. Rzucili go na ziemię i zaczęli po nim deptać"
Nadchodzi czas wspólnego spożywania świątecznych potraw, śpiewania kolęd, łamania się opłatkiem i składania sobie życzeń. Trudno sobie wyobrazić, żeby Boże Narodzenie obchodzić inaczej. A jednak. Wciąż są osoby, którym święta przywołują falę niełatwych wspomnień. Jedną z nich jest odznaczona Krzyżem Zesłańców Sybiru pani Irena, która będąc 6-letnim dzieckiem znalazła się tysiące kilometrów od rodzinnej ziemi. Pierwsza Wigilia spędzona w Kraju Ałtajskim pod granicą z Chinami przepełniona była potężnym smutkiem.
W 1941 r. Irena Butoka razem z 10-letnią siostrą, mamą i babcią zostały wywiezione na Syberię. W okresie Bożego Narodzenia wspomnienia tamtych wydarzeń wracają ze wzmożoną siłą.
Zanim wybuchła wojna pani Irena wraz z całą rodziną mieszkała w Krewie. - Tatuś był kierownikiem poczty - rozpoczyna swoją opowieść nasza rozmówczyni. - Był prawy i solidny, dlatego zaraz po ataku ZSRR na Polskę dano mu spokój i pozwolono pracować. Tak było do 1941 r. Dwa dni przed wybuchem wojny pomiędzy Niemcami a ZSRR na centrali w urzędzie pocztowym zadzwonił telefon z oszmiańskiego NKWD. Tatuś podniósł słuchawkę i usłyszał, że jadą po naszą sąsiadkę, nauczycielkę, panią Czatkiewicz. Wiedział już, co to oznacza. Tak się przestraszył i zdenerwował, że rzucił tą słuchawką. Wtedy najprawdopodobniej padło też nasze nazwisko. Ale tego tata już nie mógł wiedzieć. Od razu poprosił swoją współpracowniczkę, by pobiegła ostrzec panią Czartkiewiczową. Jej mąż przebywał akurat na terenie Polski. A ona sama - z dziewięciomiesięczną córeczką Jadzią i schorowaną matką męża - przebywały po naszej stronie granicy. Współpracowniczka taty weszła do sypialni pani Czartkiewiczowej przez tylne okno i uprzedziła ją, że szykuje się na nią wywózka. Nauczycielce udało się uciec do lasu.
Pani Czartkiewiczowa nie zostawiła ich. Przyszła potem pieszo do tego pociągu, którym nas wywieziono.
 |
| Zanim wybuchła wojna pani Irena wraz z rodziną mieszkała w Krewie, archiwum rodzinne |
Kiedy po nas przyszli, taty z nami nie było. Byłam ja, siostra, mama i 75-letnia babcia, matka mojego ojca. Oficerowie zjawili się w nocy. Od razu kazali się pakować. Pamiętam, za łóżkiem w sypialni stały portrety Piłsudskiego i Mościckiego. Rzucili nimi o podłogę. Deptali po potłuczonym szkle. To pakowanie, dźwięk deptanego szkła, krzyk mamy, nasz... To było coś makabrycznego. A oni w tym czasie wywalali wszystko z szafy, szukając czegoś wartościowego. Jakiś czas przedtem mamie udało się wygrać na loterii 30 tys. zł. To było dużo pieniędzy. Razem z tatą spieniężyli tę sumę w złote i srebrne monety. Zawinęli w płócienny woreczek i schowali do szuflady. Zapamiętałam to dobrze, jak tamci znaleźli to zawiniątko. Potrząsali tym. Już wiedzieli, że się na nas obłowili. Podczas pakowania mama dostała strasznego rozstroju żołądka. Nie było wtedy toalet, tylko wychodki.
Ja, widząc to jako małe dziecko, przeżywałam okropne chwile. Ale zrozumieć moją matkę... Co ona wtedy czuła? Ludzie potem opowiadali, że jak wieźli nas ulicami, to podobno całe miasto było wstrząśnięte tym, jak mama płakała z rozpaczy.
Do naszego wagonu zapakowali z 60 osób. Nas przywieźli na końcu. Nie było miejsca, żeby się ruszyć. Na środku znajdowała się rura - nasza ubikacja. Przez całą drogę nie dostaliśmy nic do jedzenia. Tylko dwa wiadra doby na dobę. A to był koniec lipca. Każdy trzymał swoją "porcję" w rękach, żeby nie upuścić choć kropelki. Wieźli nas w okolice Nowosybirska nad Obą. Stamtąd jeszcze 3 doby statkiem rzecznym. A jeszcze z tego statku ciężarowymi samochodami. I tak aż do chińskiej granicy. Tam już nie było nic. Z jednej strony góry, z drugiej rzeka. Nie było nawet gdzie uciekać.
Przez całą drogę widzieliśmy, jak mijają nas niemieckie samoloty wywiadowcze. Cały czas słyszeliśmy wystrzały, odgłosy wojny. W Mińsku było bombardowanie, wielu ludzi z transportu zginęło. Myśleliśmy, że skoro wojna, to może nas wypuszczą, bo i po co im ten pociąg z kobietami i dziećmi? Mężczyzn z nami nie było. Ich zabrali oddzielnie do więzień do Tobolska za Uralem, nad Irtyszem. Mój tatuś trafił akurat do celi, w której więziony był wcześniej Piłsudski. Podczas przesłuchań kazali się mu przyznawać do rzeczy, których nie zrobił. Opowiadał nam później, jak go bili, katowali. Nie wiedział, co się z nami dzieje. Czy żyjemy, gdzie jesteśmy? Czy jesteśmy razem, czy może nas rozdzielili?
Zakwaterowali wszystkich w baraku i jeszcze raz rewizja. Kacyki z tamtych terenów, bez zębów, w podartych łachmanach chyba z sześć razy rewidowali nasze rzeczy. Zabierali wszystko: pierścionki, medaliki, łańcuszki, nawet święte obrazki. Jak widzieli legitymacje czy książeczki z białym orłem, to dostawali gorączki - rwali, deptali, niszczyli. Niektórym z nas udało się coś ukryć. Nam mamusia dała do schowania obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej. Duży, malowany olejną farbą na płótnie, mama złożyła do rozmiarów małej kosteczki. Miałyśmy to schowane w bieliźnie.
Znaleźli różaniec, taki ładny, niebieski z małych kryształków. Rzucili go na ziemię i zaczęli po nim deptać. Do dziś słyszę ten dźwięk.
Pani Irena wielokrotnie zaznacza, że życie na obcej ziemi było nie do zniesienia. Każdy dzień był walką o przetrwanie. W przypadku rodziny pani Ireny - tym trudniejszą, że o jej byt walczyła... 75-letnia babcia.
Przydzielili nam izbę z jeszcze jedną rodziną. Był jeden piec, który wszystko ogrzewał. Nie było światła. Zima i ciężkie mrozy przyszły już w październiku. Żeby było coś widać wieczorami, robiło się knoty. Do buteleczki z benzyną wkładało się wyskubane z kołdry kawałki materiału. Od tego wszystko dookoła było czarne. Sadza wchodziła wszędzie, nawet do nosa i gardła. O jedzenie było bardzo ciężko. Ponieważ zbliżały się święta, babci jakimś cudem udało się zdobyć trochę mąki. W Wigilię zabrała się za robienie rozczynu do ciasta. Mama była słaba. Już jesienią musiała się gdzieś zaziębić. Pamiętam, że siedziałyśmy akurat z mamą i z siostrą na tym piecu, a babcia, oczywiście w całym ciepłym ubraniu, robiła rozczyn, żeby na wieczór przygotować coś do zjedzenia. Kiedy skończyła, włożyła go do wiaderka i przykryła ściereczką. Wtedy moja mama odezwała się do niej: - Mamo, dlaczego ta dziewczynka ma taką krótką koszulkę? - powiedziała do babci. Widać było, że ma strasznie rozpalone policzki. Z tej wysokiej temperatury, której widocznie dostała, już po tamtej stronie widziała dziecko, a nie wiaderko.
To z moich pierwszych świąt na Syberii najbardziej utkwiło mi w pamięci. Nie wiem, co było dalej. W tej drugiej rodzinie, która z nami mieszkała, była taka Jadzia, Babcia z nią porozmawiała i ona gdzieś pobiegła. Po czasie jacyś ludzie przyjechali saniami i mamę gdzieś zabrali. Ja i siostra zostałyśmy na tym piecu i zasnęłyśmy.
Nad ranem przyszła babcia. Obudziłam się i mimo że jeszcze było ciemno, widziałam, jak wyciągnęła kuferek. Zaczęła układać rzeczy mamy: jedne na jedną kupkę, a wybrane na drugą. Kiedy wyjęła ulubioną sukienkę mamy, taką różową, ładną, z naturalnego jedwabiu, zaczęłam płakać. Już wiedziałam, że mama nie żyła.
Nie mieliśmy lekarza. Był tam mały szpitalik, w którym chorymi opiekowała się siostra. Dużo osób chorowało na tyfus. Ale co było mamie, nie wiadomo.
 |
| „Ciało mamy wydali nam dopiero 27 grudnia. Przynieśli ją w kocu. Ktoś jakoś przemycił aparat i zrobił nam jeszcze zdjęcie" - Archiwum rodzinne |
Wiedzieli, że Polacy obchodzą akurat święta Bożego Narodzenia i specjalnie wszystko przedłużali. Ciało mamy wydali nam dopiero 27 grudnia. Przynieśli ją w kocu. Ktoś jakoś przemycił aparat i zrobił nam jeszcze zdjęcie. Mnie nawet nie zabrali na cmentarzyk, tak było zimno. Z trudnością wykopali kilofami grób. I tak po pierwszych świętach na obcej ziemi zostałyśmy same - ja i siostra Ewelina z babcią, która miała 75 lat.
Przetrwałyśmy tylko dzięki babci. Jej bohaterstwa nie można z niczym porównać. Klimat tam był straszny. W dodatku nie wolno było nam nawet małego zagonku własnego zasadzić. Za taki ogródek, za byle pietruszkę, szło się zaraz do więzienia. Żeby dostać chociaż rubla, babcia, i my też, pracowałyśmy w polu. Poza tym 20 km od naszego zakwaterowania znajdował się kołchoz. Tam można było pójść piechotą, wymienić jakieś rzeczy albo kupić i przynieść na plecach z powrotem. I babcia, staruszka tak chodziła. W dzień pracowała, wieczorami przygotowywała nam jedzenie, przędła na kołowrotku. Taka poważna i smutna. Cierpiała strasznie. Miała taką niezwykłą mądrość. Która kobieta 75-letnia potrafiłaby dzisiaj przetrwać z dwójką małych dzieci na Syberii.
Pani Irenie i jej siostrze udało się spotkać z ojcem: po wyjściu z więzienia cudem odnalazł pierwotny transport z rodziną. Dotarli aż do Pomorza Zachodniego i tu osiedli na stałe. - Tylko babcia nie doczekała powrotu - kończy swoją opowieść pani Irena. - Skończyła życie w pociągu ostatniego dnia podróży w 1946 r. Zmarła już tu, na polskiej ziemi. Też nie było wiadomo, że choruje. Po prostu zasłabła. Ale tyle, co z nami przeżyła... Że udało nam się przetrwać, to była jej mądrość. Boża mądrość.
źródło tekstu: https://www.onet.pl/informacje/szczecinekcom/znalezli-rozaniec-taki-ladny-niebieski-z-malych-krysztalkow-rzucili-go-na-ziemie-i/0lp08dr,30bc1058
I tak sobie myślę, my tutaj narzekamy na obostrzenia, które przecież w końcu zostaną kiedyś ściągnięte, na to, że nie mogliśmy zjeść wieczerzy wigilijnej w dużym rodzinnym gronie, że mieliśmy ograniczoną możliwość pójścia na Mszę świętą, że nie będzie hucznych zabaw sylwestrowych, negujemy szczepionkę na koronawirusa nie dostrzegając tego, że może zapobiec rozprzestrzenianiu się zarazy. Tymczasem co mieli powiedzieć ludzie w tamtych czasach wywiezieni w nieznane, poukrywani w piwnicach i innych schronach, walczący z chorobami, na które nie tylko nie było lekarstw, ale i warunków do ich leczenia, walczący z wrogiem na frontach. Niejednokrotnie porozdzielani z rodzinami, bez wieści co u nich słychać, czy żyją i bez pewności, czy jeszcze do nich wrócą. Ot, takie "świętowanie". A przecież:
(Wędrówka Jezusa)
Blask Gwiazdy co świeci na Wschodzie,
rzuca swój snop na skromny żłób,
w którym leży małe, zrodzone szczęście,
to Dziecię Boże - przenajświętszy cud.
Wstało Dzieciątko z lichego sianka,
włożyło sandałki na maleńkie stópki,
w dłoni dzierżyło drewnianą laskę,
i poszedł w świat duży - Jezusek malutki.
Widziało piękne bogate domy,
widziało nędzne slumsy ubogie,
widziało szczęście i smutek wśród ludzi,
a przecież wciąż mogło leżeć w żłobie.
Widziało państwa ogarnięte wojną,
gdzie miast deszczu, na ziemię łzy spadały,
widziało chorych w szpitalach na łóżkach,
wiedziało, że świat nie jest wspaniały.
Szło do bogatych, szło też do biednych,
nie bacząc na żadne okoliczności,
ale chcąc zanieść jednym i drugim,
choć odrobinę ludzkiej radości.
Pukało do afrykańskiej chatki,
pukało do syberyjskiej lepianki,
leżącym w łóżkach maleńkim dzieciom,
śpiewało cichutkie kołysanki.
Pukało też do serc bogaczy,
co pod dostatkiem mieli pieniędzy,
prosiło o chociaż drobną pomoc,
dla tych, co żyli w straszliwej nędzy.
Z współczuciem patrzyło na opuszczonych,
nędzarzy, co pod mostem się grzali,
wysłało uśmiech dla wszystkich wygnanych,
by też się częściej uśmiechali.
Noc szybko mija, świat już zwiedzony,
do Betlejemu zaś droga daleka,
w ubogiej stajence na obrzeżach miasta,
Maryja z Józefem na synaczka czeka.
Przyszedł Maleńki przed samym świtem,
zmęczony swą całonocną włóczęgą,
poznał troski zwyczajnych ludzi,
a niejednemu zatwardziałe serce pękło.
Przyłożył małą główkę do siana,
nakrył się szczelnie płaszczem ojcowskim,
sen go ogarnął, szybciej niż myślał,
w nim widział swoje zmartwienia i troski.
Pan Jezus w tą niezwykłą noc przyszedł do wszystkich: bogatych, biednych, chorych, samotnych, opuszczonych, wierzących i niewierzących. I w dalszym ciągu przychodzi, dzieląc z nami nasze zmartwienia i troski. Chcę wierzyć, że tak się dzieje w takim samym stopniu wobec wierzących, jak i niewierzących. Że przyszedł do naszych serc również w tym roku, mimo wszystko.