Kiedy chorzy umierają Doktór przyciska czoło
do pół roku do chrapiącego miasta
i mówi Bóg tak chciał
Ale tego ranka
Doktór płacze i buntuje się Obiecałeś krzyczy
ona miała żyć przynajmniej do jego powrotu
i jeszcze trochę w odzyskanym domu jego miłości
dlaczego poskąpiłeś jałmużny cusu
odrobiny powietrza jej biednym płucom
Tam w górze Bóg
nie gniewa się na zbuntowanego Doktora
Tylko poprzez ciebie tłumaczy
poprzez twoje dotknięcie i noc bezsenną
mogę czynić cuda
i przecież staliśmy się obydwaj
te dwa ostatnie miesiąca to chyba my
I obaj
Doktór i Bóg
płaczą nad młodą kobietą
dla której wyczerpali możliwość cudu.
Wiktor Woroszylski
Ostrzegam, że dzisiaj będzie długo, więc wersja tego postu jest tylko dla wytrwałych!
Pamiętam jak na początku mojej licealnej kariery nasza klasa pojechała na wycieczkę do Warszawy. Właściwie to był spontan - szkolny katecheta wkroczył do sali, w której mieliśmy lekcje z pytaniem, czy nie chcielibyśmy pojechać jutro na wycieczkę do stolicy, bo są wolne miejsca. W planach było zwiedzanie Sejmu i Senatu, Belwederu, a także spacer po stolicy. Wszyscy od razu zadzwonili do rodziców z pytaniem, czy mogą. Wszyscy, oprócz mnie. Ale i tak zapisałam się w ciemno. Rodzice co prawda nie spełniali każdej mojej zachcianki, ale na takie rzeczy pieniędzy mi nie żałowali. Tym bardziej, że to lekcja WOSu dużo lepsza od najlepszego podręcznika szkolnego. I tym sposobem po raz drugi w życiu odwiedziłam stolicę naszego kraju - Warszawę.
Pamiętam jak na początku mojej licealnej kariery nasza klasa pojechała na wycieczkę do Warszawy. Właściwie to był spontan - szkolny katecheta wkroczył do sali, w której mieliśmy lekcje z pytaniem, czy nie chcielibyśmy pojechać jutro na wycieczkę do stolicy, bo są wolne miejsca. W planach było zwiedzanie Sejmu i Senatu, Belwederu, a także spacer po stolicy. Wszyscy od razu zadzwonili do rodziców z pytaniem, czy mogą. Wszyscy, oprócz mnie. Ale i tak zapisałam się w ciemno. Rodzice co prawda nie spełniali każdej mojej zachcianki, ale na takie rzeczy pieniędzy mi nie żałowali. Tym bardziej, że to lekcja WOSu dużo lepsza od najlepszego podręcznika szkolnego. I tym sposobem po raz drugi w życiu odwiedziłam stolicę naszego kraju - Warszawę.
Podczas zwiedzania miasta w oczy rzucił mi się niewielki fragment muru. Jakoś tak od razu skojarzył mi się ze słynnym filmem Romana Polańskiego "Pianista" opowiadającym o życiu wybitnego polskiego pianisty żydowskiego pochodzenia, Władysława Szpilmana w okresie II wojny światowej. Jako Żyd został skierowany wraz z rodziną do wyznaczonej dla takich jak oni dzielnicy w Warszawie, czyli getta. I chociaż cała jego najbliższa rodzina została wywieziona w wagonach do obozu koncentracyjnego w Treblince jemu samemu udało się dzięki pomocy innych osób uniknąć wywózki, zbiec z getta przed jego likwidacją, a następnie przetrwać do końca wojny po aryjskiej stronie muru.
W pewnym momencie filmu, przebywającego po aryjskiej stronie Władysława, budzi huk wybuchającej bomby. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, tuż za murem z cegieł, ludność żydowska postanowiła, że tym razem nie odda się dobrowolnie w ręce wroga. Ponieważ od jakiegoś czasu mówiło się o likwidacji getta, 19 kwietnia 1943 roku stawili zbrojny opór w obronie przed kolejną akcją pacyfikacyjną i chwycili za broń.
Dopiero na początku 1942 roku ludność żydowska zaczęła rozważać czynny opór. Do ruchu oporu zaczęli wstępować głównie młodzi ludzie, którzy nie mieli poparcia istniejących w getcie organizacji podziemnych. Konspiratorzy próbowali wpoić swoim podopiecznym, że Żydzi muszą skończyć ze swoją bierną postawą i próbować zmieniać otaczającą ich rzeczywistość, a w konsekwencji los narodu żydowskiego. Jednak młodych Żydów chcących zmienić mentalność swojego narodu było bardzo niewielu - tylko kilkaset osób spośród prawie 400 tysięcy zamkniętych w warszawskim getcie. 28 lipca, kiedy trwała masowa deportacja Żydów z getta, organizacje takie jak Dror he'Chaluc, Haszomer Hacair oraz ha'Noar Hacyjoni połączyły się w jedną - Żydowską Organizację Bojową(ŻOB). Nikt jednak nie wierzył w to, że Niemcy pozbędą się całego ich narodu, dlatego nikt nie zdecydował się na to, aby walczyć, kiedy kilka dni wcześniej zaczęto wywozić ich rodaków w wagonach bydlęcych. Nieliczni zwolennicy walk zbrojnych z okupantem drukowali zachęcających ludzi, aby nie dali się doprowadzić na Umschlagplatz. Na niewiele się to zdało, ludzi się bowiem zasadą, że liczy się opór woli, a nie bohaterskie poświęcenie i walką wręcz. Aż w końcu w getcie pojawił się człowiek, który tchnął w żydowską społeczność nowego ducha - Mordechaj "Aniołek" Anielewicz.
![]() |
| Mordechaj Anielewicz(źródło zdjęcia) |
Marian, bo tak mówiono do Mordechaja, zaledwie 24 letni chłopak z Powiśla, wrócił do getta we wrześniu 1942 roku. Wcześniej przebywał w gettach żydowskich w Sosnowcu oraz w Będzinie, gdzie szukał sposobu na przedostanie się na Węgry. Kiedy dowiedział się o wywózce jego rodaków z getta w stolicy, postanowił do niej wrócić. Dzień po zakończeniu akcji dotarł na miejsce, gdzie zastał pogrążonych w apatii członków ŻOBu żałujących, że nie zaatakowali Niemców podczas masowych wysiedleń. Anielewicz nie miał takich dylematów. Postanowił skonsolidować organizację i przygotować ją do walki zbrojnej, która miała wybuchnąć podczas kolejnej akcji wysiedleńczej.
Pod koniec października ŻOB postawił sobie dwa podstawowe cele: obronę getta oraz karanie kolaborantów, funkcjonariuszy policji żydowskiej i prowokatorów. Na dowódcę organizacji wybrano Mordechaja.
Na początku grudnia ŻOB wysłał swój statut, prośbę o broń oraz instruktorów do Komendy Głównej AK. Anielewicz był przekonany, że likwidacja getta może nastąpić w każdej chwili. W ten sposób dowództwo AK dowiedziało się, że w getcie działa organizacja zbrojna, która dzieli się na 6-osobowe oddziały wyposażone w broń palną, siekiery, noże, kwasy i substancje palne, oraz że szykuje się ona do walki nie chcąc biernie czekać na swoją zagładę. Do czasu rozpoczęcia się akcji planowano zwalczać policję żydowską, Radę Żydowską i straż fabryczną. Generał Stefan Rowecki "Grot", dowódca AK, przekazał im kilka pistoletów, poza tym sama AK nie dysponowała wystarczającą ilością broni.
18 grudnia 1943 roku o godzinie 7:30 rano Niemcy wkroczyli do getta. Jego mieszkańcy byli przekonani, że zaczęła się ostateczna likwidacja pozostałych przy życiu kilkudziesięciu ludzi, którzy w nim się znajdowali. Ci, którym to się udało, zdołali się ukryć. Jednak członkowie ŻOBu, pomimo zaskoczenia, wyszli na ulice. Wkrótce dołączyli do grupy Żydów prowadzonych na Umschlagplatz, skąd mieli zostać wywiezieni do Treblinki. Pod ubraniem mieli ukryte skromne zasobny broni palnej. W pewnym momencie Aniołek dał znak, na który jego towarzysze wyciągnęli broń i granaty, po czym zaatakowali Niemców. Rozpoczęła się walka, podczas której padły ofiary zarówno po stronie Niemców i Żydów. Sam Anielewicz cudem przeżył. Mimo strat odniesiono też pewien sukces - maszerującym na Umschlagplatz Żydom udało się uciec. Ponadto żołnierze ŻOBu organizowali zasadzki, budowali kryjówki oraz przejścia między domami. Dzięki temu Niemcy wywieźli z getta jedynie 6 tysięcy ludzi, czyli połowę tego, co planowano. Ponadto doświadczenia ze styczniowych walk wykorzystano potem w czasie samego powstania. Szybko uzupełniono brakujące zapasy broni, którą kupili od Polaków, dodatkowo Armia Krajowa dostarczyła 50 pistoletów, granaty i materiały wybuchowe. Teraz każdy żołnierz, który brał udział w powstaniu w getcie, posiadał pistolet i granat.
Po styczniowej próbie wysiedlenia aż do 19 kwietnia panował w getcie względny spokój. Właściciele zakładów zbrojeniowych, którzy zatrudniali Żydów, zamierzali przenieść je wraz z pracownikami poza Warszawę. 18 kwietnia dotarły do getta informacje, że Niemcy koncentrują swoje oddziały. Tymczasem w samym getcie Żydzi świętowali pamiątkę Paschy, która przypadała tego dnia. Wieczorem odbyły się tzw. pierwsze kolacje sederowe. Po całym getcie krążyły pogłoski, jakoby rabin z ulicy Kupieckiej wyszykował wytworny świąteczny stół nakryty świąteczną, elegancką zastawą i pięknymi białymi obrusami. Gdy dotarła do niego wieść o planowanej akcji, przeniósł wszystko do schronu i tam się odbył uroczysty seder. Jak było naprawdę - tego nikt nie wie.
W nocy niewiele osób spało. W pogotowiu czekały 22 oddziały ŻOBu. Liczyły one od 10 do 12 osób w wieku 15-20 lat. Kiedy jedni mieszkańcy getta szykowali sobie schronienia w zamienionych na bunkry piwnicach, a inni próbowali przedostać się na polską stronę muru, żołnierze ŻOBu czekali na rozpoczęcie powstania, czekali na walkę, która z góry skazana była na niepowodzenie. Mimo tego postanowili ją podjąć i walczyć o honor swojego narodu.
19 kwietnia o godzinie 5 rano dwie niemieckie kolumny żołnierzy, które składały się z oddziałów Waffen SS, policji oraz Wehrmachtu wkroczyły na teren getta centralnego. Zostały wkrótce zaatakowane. Niespodziewane strzały i granaty spowodowały popłoch wśród Niemców, którzy zaczęli się wycofywać, pozostawiając zabitych i rannych. Po tym wydarzeniu dowództwo nad oddziałami niemieckimi przejął inny dowództwa i po trzygodzinnej przerwie w walkach Niemcy powrócili do getta. Rozpoczęła się systematyczne likwidowanie oporu, zgodne z zasadami walk ulicznych. Niemcy działali w grupach, trzymali się blisko domów i wznosili barykady zza których prowadzili ostrzał. Żydzi jednak nie ustępowali. Dopiero wieczorem Niemcy zaczęli się wycofywać. Getto wyglądało jak wymarłe. Aż trudno uwierzyć w to, że poza walczącymi powstańcami przebywało w nim kilkadziesiąt tysięcy ludzi ukrytych w piwnicach i bunkrach.
Następnego dnia Niemcy odcięli w getcie wszelkie media. Od godziny 5 rano rozpoczęto ostrzał z karabinów maszynowych oraz dział. Do akcji wkroczyli saperzy i broń ciężka. Wybuchały nie gaszone przez nikogo pożary. Powstańcy ukrywali się na górnych piętrach domów, gdzie czekali na atak wroga. Ten uderzył w kilka miejsca naraz, w tym w rejon, gdzie mieszkali i pracowali Żydzi zatrudnieni w fabrykach zbrojeniowych. Ta część getta była oddzielona od reszty, toteż walczący tam powstańcy byli całkowicie odcięci od swych towarzyszy. Walczący przenosili się z jednego bunkra do drugiego, ostrzeliwując nieustannie wroga. Drugi dzień walk zakończył się ponownie jak pierwszy - Niemcom nie udało się nawet zbliżyć do likwidacji getta.
Trzeciego dnia powstańcy musieli zmienić taktykę - nie czekano już na atak Niemców, a zastawiano na nich zasadzki. Atakowano, kiedy Niemcy zbliżali się do rozpoznawalnych bunkrów, nie byli jednak w stanie ostatecznie ich pokonać. Dowódca Niemców zmienił taktykę walki, która okazała się skuteczna. Od tego dnia Niemcy zaczęli podpalać i wysadzać w powietrze żydowskie domy. Liczono na to, że powstańcy wyjdą z kryjówek i podejmą otwartą walkę na ulicach, a wtedy nie będą mieli żadnych szans. Chociaż powstańcy musieli wycofać się z zajmowanych przez trzy dni pozycji, to nie zrezygnowali z dalszej walki. Bez większych strat przeszli na tereny zajmowane przez inne oddziały. Walka powoli przenosiła się do centralnego regionu getta. Ogień największe żniwo zebrał wśród tych osób, które nie brały udziału w walkach. W płonących ubraniach wyskakiwali z okien. Ci z nich, którzy nie ponieśli śmierci przy upadku, byli natychmiast zabijani przez Niemców.
Ogień trawił dawną dzielnicę żydowską przez cały czwarty dzień powstania. Piątego dnia Niemcy byli pewni, że udało im się zdławić wszelki opór ze strony powstańców. Byli przekonani, że powstanie wkrótce się zakończy. Podzielono getto na 24 sektory i do każdego z nich wysłano oddziały, które miały przeczesywać dom po domu w poszukiwaniu ukrywających się w nich ludzi. Mylono się - w spalonej dzielnicy powstańcy dalej ukrywali się w bunkrach, których było ponad 600. Kiedy Niemcy zbliżały się do któregoś z nich, padały strzały. Determinacja narodu żydowskiego zaskoczyła wszystkich. Powstanie nie zakończyło się 26 kwietnia, jak przewidywano, ale przerodziło się w bohaterski opór, chociaż z góry pozbawiony szans na powodzenie.
Ogień trawił dawną dzielnicę żydowską przez cały czwarty dzień powstania. Piątego dnia Niemcy byli pewni, że udało im się zdławić wszelki opór ze strony powstańców. Byli przekonani, że powstanie wkrótce się zakończy. Podzielono getto na 24 sektory i do każdego z nich wysłano oddziały, które miały przeczesywać dom po domu w poszukiwaniu ukrywających się w nich ludzi. Mylono się - w spalonej dzielnicy powstańcy dalej ukrywali się w bunkrach, których było ponad 600. Kiedy Niemcy zbliżały się do któregoś z nich, padały strzały. Determinacja narodu żydowskiego zaskoczyła wszystkich. Powstanie nie zakończyło się 26 kwietnia, jak przewidywano, ale przerodziło się w bohaterski opór, chociaż z góry pozbawiony szans na powodzenie.
Symboliczny koniec powstania datowany jest na 8 maja, kiedy Niemcy rankiem otoczyli bunkier przy ulicy Miłej. Dzień wcześniej dowiedziano się, że znajduje się w nim dowództwo ŻOB-u, w tym Mordechaj Anielewicz. Kiedy do bunkra wkroczyli Niemcy, bardzo wielu ze znajdujących się w nim ludzi popełniło samobójstwo. Innych zatruł gaz wpuszczony przez okupanta do bunkra. Niewielkiej garstce udało się ukryć gdzie indziej, przeczekała akcję Niemców, a następnie wydostała się na zewnątrz. Po likwidacji bunkra dowódcy powstania, opór w getcie trwał jeszcze tydzień. Dopiero 16 maja uznano, że dawna żydowska dzielnica w Warszawie przestała istnieć, a symbolem tego miało być zburzenie Synagogi Wielkiej. Nie do końca to było prawdą. W niektórych bunkrach Żydzi ukrywali się do października, a nawet do stycznia następnego roku. Zaś pięć lat po wybuchu powstania Izrael ogłosił swoją niepodległość.
Po latach powstanie w getcie warszawskim zostało nieco przyćmione przez powstanie warszawskie, które wielu historyków uważa za najbardziej znaczące w tym okresie. Ja jednak spotkałam się z opinią, że gdyby nie powstanie w getcie, to kto wie, czy wybuchło by to drugie... Wszak to Żydzi pierwsi chwycili za broń, pierwsi podjęli walkę z okupantem. Pokazali że można, chociaż środki bojowe mieli bardzo ubogie.
Dzisiaj w Warszawie uczczono pamięć tych, którzy wtedy chwycili za broń. Były przemówienia, były wspomnienia. Na placu pojawiła się garstka osób, na których oczach rozegrała się ta tragedia. Garstka, która z roku się kurczy. Za parę lat zniknie. Nie pozwólmy jednak bezpowrotnie zniknąć ich wspomnieniu. I jeszcze jeden gest, który mnie wzruszył - tak jak cała Warszawa staje 1 sierpnia o godzinie 17:00 i w trwającej ciszy słychać syreny, tak samo dzisiaj w samo południe stolica stanęła, aby oddać cześć bohaterom tamtych dni...
Dzisiaj w Warszawie uczczono pamięć tych, którzy wtedy chwycili za broń. Były przemówienia, były wspomnienia. Na placu pojawiła się garstka osób, na których oczach rozegrała się ta tragedia. Garstka, która z roku się kurczy. Za parę lat zniknie. Nie pozwólmy jednak bezpowrotnie zniknąć ich wspomnieniu. I jeszcze jeden gest, który mnie wzruszył - tak jak cała Warszawa staje 1 sierpnia o godzinie 17:00 i w trwającej ciszy słychać syreny, tak samo dzisiaj w samo południe stolica stanęła, aby oddać cześć bohaterom tamtych dni...









dzień żółtego żonkila....
OdpowiedzUsuńKawał naszej i świata smutnej historii... Pięknie napisałaś :)
OdpowiedzUsuńbuziaki :)
Dziękuję. Czytałam z prawdziwym zainteresowaniem. Historia nie taka odległa, przerażająca i smutna. A dziś wzruszają mnie nawet te papierowe żonkile przypinane w klapach marynarek w Warszawie.
OdpowiedzUsuńPasjonująca lekcja historii, dziękuję.:)
OdpowiedzUsuńI na co byla ta ofiara krwi? W 1968 roku znow obarczono Zydow wina i kazano opuscic kraj, ich kraj rodzinny, Polske. A dzisiaj? Politycy biora udzial w uroczystosciach rocznicowych chyba z musu, reszcie jest wszystko jedno, bo to tylko Icki, Moski, podludzie. Przoduja w tym tzw. patrioci, niedouczona mlodziez z kregow ONR. I nikt, zupelnie nikt, nie probuje chociazby zapobiec temu, uswiadomic. Nikt, nawet kosciol, ktorego mesjasz tez byl w koncu Zydem.
OdpowiedzUsuńSporo ostatnio wspomnień i faktografii w mediach, wierzyć się czasami nie chce, jak odważni byli kiedyś ludzie i jakie piekło przechodzili...
OdpowiedzUsuńPianiste widziałam ciężki film
OdpowiedzUsuńObawiam się, że do tej pory nie było jakoś szczególnie czczone Powstanie w Getcie. Tak jak od niedawna dopiero składa się hołd Żołnierzom Wyklętym. To prawda, że dobrze jest o tym wspominać, to jest nasza historia. Ale Żydzi nigdy nie byli tu u siebie.
OdpowiedzUsuńZwłaszcza, że więcej flag ludzie wieszają w oknach jak gra nasza reprezentacja niż dla uczczenia zamordowanych. Znak czasu ;-) Pozdrawiam serdecznie.
Karolinko, kolejny bardzo interesujący post.
OdpowiedzUsuńCzasem mam wrażenie, że w tym dniu pamięci te wszystkie przemówienia sa tylko dla pozoru, że pamiętamy o tej strasznej tragedii.
Serdecznie pozdrawiam:)
To niesamowite, jak wielkie jest w ludziach pragnienie wolności. Walczą o nią nawet wtedy, gdy ich walka jest skazana na niepowodzenie. A jednocześnie aż przykro patrzeć jak dzisiaj na pozór wolni ludzi sami zamykają się w kręgu różnych zniewoleń.
OdpowiedzUsuńTaka refleksja mnie naszła...
Miłej niedzieli, Karolinko.
Bardzo interesujący post!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie!:))
xxBasia
Ciekawy wpis, dziękuję!
OdpowiedzUsuń