Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 12 sierpnia 2020

1192. I Runda Paralekkoatletycznego Grand Prix Polski 2020

Propozycja wystartowania w I Rundzie Paralekkoatletycznego Grand Prix Polski 2020 w Sieradzu spadła na mnie trochę niespodziewanie. Niby wiedziałam, że odbywa się taka impreza, ale z drugiej strony, zgłasza na nią trener lub klub. A że trener raczej się do tego nie kwapił, to wszystko rozegrało się jakby poza nim.
Był wieczór pierwszego dnia obozu, siedzieliśmy akurat z Młodszą nad basenem, kiedy podszedł do nas prezes z zapytaniem, czy nie chciałabym tuż po obozie jechać na Mitting do Sieradza(Młodsza była już zgłoszona przez niego). Po krótkim namyśle odpowiedziałam, że w sumie mogę jechać. Szybko zadzwoniliśmy do trenera, bo to on powinien zgłosić, a Młodsza miała za zadanie dowiedzieć się od ekipy z Cieszyna, czy znajdzie się jakoś dla mnie miejsce w ich samochodach(trener tradycyjnie z nami nie jechał). Trener trochę był jakby skołowany, ale w końcu mnie zgłosił, chociaż sam nie wiedział na co ma mnie zapisać - opcjonalnie poprosiłam go o bieg na 100 m, ani nawet, którą mam grupę startową.
Cały obóz prosiłam Młodszą, aby zadzwoniła do tego całego Cieszyna - nie miała czasu. Znalazła go dopiero podczas powrotu. Ale wtedy okazało się, że nie mają już miejsca. Zaczęłam już kombinować jak dojechać tam na własną rękę. Bo wiecie - niepojawienie się zawodnika na starcie(z pominięciem pewnych przypadków) wiąże się z karą pieniężną dla klubu. A tego chciałam uniknąć. 
Być może wszystko by się udało, gdyby przez przypadek mój tata nie zgadał się z mamą Młodszej. Wtedy wyszło na jaw, że w zasadzie nie ma mnie kto zawieść. Młodsza zawzięcie upierała się, że dzwoniła wcześniej(wiedziała, że w domu będzie afera, chociaż mój tata od razu wiedział, że kręci - chyba nie do końca świadomie "spiekła raka"), przy okazji wydało się, że ostatni trening był w lutym, a my jesteśmy jedyną sekcją, która nie wznowiła treningów, mimo że są one na dworze(zresztą to nie jedyny problem z aktualnym trenerem, który co rusz je odwołuje). Padło na to, że albo ktoś mnie odwiezie, albo nie jadę wcale.
Trochę podłamana chodziłam po mieszkaniu, nie wiedząc czy bardziej wolę burę od prezesa czy trenera. W pewnym momencie zadzwoniła do mnie mama Młodszej, że to ona zrobiła awanturę zarówno jednemu(bo sam nie zapewnił transportu i o zachowaniu trenera), jak i drugiemu(za całokształt). Tym razem to ja spanikowałam, bo spodziewałam się, że wszystko odbije się na mnie. Tymczasem po chwili dzwoni do mnie prezes, że jednak udało mu się załatwić mi transport z Cieszynem. Ufff... udało się.
Nazajutrz o umówionej godzinie Herkules odebrał mnie spod centrum handlowego w Cz. i ruszyliśmy w prawie trzygodzinną podróż do Zduńskiej Woli, gdzie mieliśmy zakwaterowanie(ciekawe dlaczego cały Śląsk umieszczono w innym hotelu niż resztę). Na miejscu czekała już Młodsza, która dojechała tam ok. godzinę wcześniej. 
Środa była dniem na przyjazd i odetchnięcie, zawody rozpoczęły się na drugi dzień. Z pełnym reżimem sanitarnym: maseczki można było zdjąć jedynie na czas konkurencji i rozgrzewki jej poprzedzającej(no i oczywiście kiedy człowiek chciał się napić), biegliśmy w kilku turach, co 2 tor(ale wyniki były z jakby jednego wspólnego biegu), w konkurencjach technicznych wszystko było dezynfekowane po jednorazowym oddaniu rzutu, wszyscy musieli zachować odstęp. Wszystko się przez to opóźniało, ale z drugiej strony chyba wszyscy rozumieli sytuację i nikt nie miał problemów z zaakceptowaniem obowiązujących reguł.
Wystartowałam w dwóch konkurencjach - biegu na 100 m oraz skoku w dal. O tym, że biorę udział w skoku w dal dowiedziałam się dosłownie dzień wcześniej od... prezesa. Dobrze, że mi o tym powiedział, a nie działał z zaskoczenia. Zbyt dużo się po tej konkurencji nie spodziewałam, ale spróbować mogłam. 


Skok w dal miałam od 15:40, bieg równą godzinę później. Szczerze powiedziawszy - wolałabym odwrotną kolejność. Po pierwsze, skok w dal był łączony i trwał prawie godzinę(zakończyłam go ok. 16:30, a za mną było jeszcze z 8 zawodników), skutek był taki, że pędziłam przez cały stadion aby odhaczyć się z biegiem. A po drugie, coś sobie zrobiłam ze stawem skokowym w czasie skoków no i bieg nie był taki, jakiego można po mnie oczekiwać. Co ciekawe, odbijam się z lewej nogi, a bolała mnie prawa kostka.
Skok w dal... hmmm... kiedyś byłam w nim dobra, jednak brak treningów zaowocował tym, że podczas skoków próbnych nie mogłam doskoczyć z belki do piaskownicy. W końcu sędzia główny "przestawił" mi belkę o metr bliżej. W efekcie najdalszy oddany przeze mnie skok mierzył zaledwie 1,84 m. Moja życiówka liczy ok. 0,5 m. więcej(bo długością skoków innych się nie przejmowałam - chyba tylko 2 osoby oprócz mnie miały mpd, więc nie ma co porównywać). 
Bieg. Bieg z bolącą kostką nie wróżył większych rewelacji czasowych. W sumie nie było to raczej nic strasznego, bo zaraz mi przeszło, ale wtedy nie pobiegłam tak, jak chciałam. I żeby było śmieszniej, to zaciął się starter i musieliśmy powtórzyć start, a zarazem cały bieg. W ostatecznym rozrachunku, chociaż na metę dotarłam jako ostatnia, to dzięki przelicznikowi ze względu na grupę startową wylądowałam na... 2 miejscu. Gdyby to były mistrzostwa... No, ale to tylko mitting, gdzie wyniki nie są nagradzane. Ale to nie jest tak, że odjechaliśmy z pustymi rękoma, bo każdy uczestnik spotkania dostał pamiątkowy bidon na wodę.
Za dwa, właściwie to już za półtora tygodnia, mamy Mistrzostwa Polski w Krakowie, a potem kolejne mittingi w Tarnowie, Szczecinie i Słubicach. Na Mistrzostwa jadę, reszta mittingów stoi pod znakiem zapytania. W ogóle dalsze treningi mogą stać pod znakiem zapytania. Ale cóż... 

8 komentarzy:

  1. Prawdziwie sportowy w Tobie duch, Karolinko.
    Uściski.

    OdpowiedzUsuń
  2. gratuluję startów, jesteś wielka!
    okularnicawkapciach.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie, że tyle trenujesz i bierzesz udział w sportowych wydarzeniach mimo upałów.
    POzdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. To oprócz blogowania łączą nas jeszcze dyscypliny sportowe...;o) W sobotę będę trzymać kciuki !! Jestem blisko Krakusowa to poczujesz moc...;o)

    OdpowiedzUsuń
  5. Brawo! Dałaś radę! Trzymam kciuki za Mistrzostwa!

    OdpowiedzUsuń
  6. Super jest moc Karolinko :) I nawet w taki upał ojej podziwiam
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Wspaniale Karolinko, jestem pełna podziwu dla Twojej determinacji. Życzę Ci powodzenia w Krakowie i gorąco pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratuluję i podziwiam. Podziwiam i gratuluję. :)
    Moc buziaków posyłam!!! I spełnienia marzeń.

    OdpowiedzUsuń