Zauważyłam, że w ostatnim czasie modne stało się słowo "Ekipa". Kto wie, być może zostanie słowem roku, tak samo jak słynny "dzban", albo "jesieniara". Pomijając jednak wszelkie dywagacje dotyczące tego terminu powiem Wam, że w ostatni weekend zostałam kierownikiem pewnej ekipy. Daleko jej jednak było do tej, którą znamy z mediów - to była trzyosobowa ekipa lekkoatletów reprezentująca nasz klub sportowy.W związku z tym, że na zawody nie jechał ani trener, ani Mama Gaciocha, kogoś trzeba było ustanowić kierownikiem, który zapanowałby nad dokumentacją. Młodsza jest roztrzepana jak jajko na omlety, Misiek niedowidzi. Drogą eliminacji padło na mnie. No, skoro nie było innych kandydatów, to w ostateczności mogłam być ja. W końcu cała dokumentacja do wypełnienia przyszło też na moją pocztę internetową, wystarczyło je wydrukować i powypisywać, co zresztą zrobiłam dzień przed wyjazdem. I jeszcze wydrukowałam dodatkowe RODA i oświadczenia COVID. Jakoś nie wierzyłam, że Młodsza to zrobi, a i co do Miśka, wolałam mieć jakieś wyjście awaryjne. Misiek na szczęście miał wydrukowane i wypisane świstki, a Młodsza powypisywała je w hotelu, więc jakoś wybrnęliśmy z opresji. Wystarczyło tylko oddać wszystko w Biurze Zawodów i odebrać talony na jedzenie. A wcześniej, w hotelu podczas meldunku(hotel był załatwiony przez organizatora zawodów, kto tak naprawdę za niego płacił - nie mam pojęcia, w każdym razie po podaniu nazwiska i klubu sportowego dostawało się klucz do pokoju), odebrać teczkę z numerami startowymi i informacjami na temat imprezy.
Droga do Szczecina upłynęła mi w miarę spokojnie. Pociąg odjeżdżał o 6:24 z Katowic, więc ubiegły piątek zaczął się dla mnie naprawdę wcześnie(tuż po 4). Podróż minęła mi nieźle - trochę spałam, trochę poczytałam książki, trochę porozmawiałam z miłymi staruszkami siedzącymi w tym samym przedziale. A zaczęło się od odpowiedzi na pytanie jednej z nich, co to za rośliny za oknem. Odważyłam się i powiedziałam jej, że to rzepak. Po chwili rozmawialiśmy jak stare znajome.
Do miasta mojego przeznaczenia dotarłam tuż po 13:30. Na szczęście nie był to mój pierwszy pobyt w mieście i już mniej więcej wiedziałam, gdzie powinnam się udać. Wsiadłam w odpowiedni tramwaj i podjechałam do hotelu, w którym mieliśmy noclegi. Tam się zameldowałam, po czym udałam do pokoju. Szczerze powiedziawszy to byłam tak padnięta, że niemal natychmiast zasnęłam(no dobrze, obejrzałam jeszcze "Krzyżówka. Gra słów"). Spałam tak może z dwie godziny. W każdym razie kiedy się obudziłam zaczynał się już "Va bank" na TVP2. A wkrótce dotarła też i Młodsza, z którą dzieliłam pokój. I chociaż lada chwila miała być kolacja, to Młodsza wolała akurat iść na kebaba(znowu) i jeszcze mnie wyciągnąć. O nie, takie jedzenie jest nie dla mnie. I chociaż w hotelu nie popisali się z obiadokolacją(rozumiem, pandemia, ale serwowanie do pokoju zimnych - ciepłych dań jest lekkim przegięciem), to jednak wolałam nią, niż tureckie jedzenie.
Zawody odbywały się w sobotę i w niedzielę. Mój start był w sobotę po południu. Na stadion pojechałam z rana razem z Młodszą. Wzięłam ze sobą teczkę z dokumentami, aby ją oddać w biurze zawodów. Młodsza stwierdziła, że mogę ją przekazać po 12, ja jednak nie chciałam czekać i zrobiłam to niemal od razu. A potem poszłam na trybuny, poobserwować, jak Młodsza radzi sobie z pchnięciem kulą. Akurat jej konkurencja skończyła się przed tym, jak ja musiałam się odhaczyć na liście obecności, toteż widziałam ją całą. Nie licząc jednego spalonego rzutu, to poszło jej raczej średnio. Uznajmy, że to nie był jej dzień. Mnie też poszło gorzej niż w Bydgoszczy - uzyskałam wynik 25,25 przy biegu pod wiatr -3,3. Według Trenera jak na te warunki to całkiem niezły wynik. Ale ja wiem, że gdyby nie wiatr to pobiegłabym szybciej.
Po biegu szybko wysłałam wynik do Trenera(teraz wiem, że to bez sensu, bo od kiedy mam wyrobioną licencję PZLA wyniki automatycznie pojawiają się na konkretnej stronie internetowej) i poszłam szukać Młodszej, która miała talony na całkiem smaczny obiad. Co ciekawe, ja poszłam po nasze dwa zestawy, a Młodsza poszła po pakiet dla swojej koleżanki(nasi znajomi pukali się w głowę, że to ona raczej powinna przynieść wszystkie trzy, a na pewno dwa, obiady). A potem jeszcze gdzieś zniknęła. Ja naprawdę czasami nie mam do niej siły. Ale podobno jest dorosła, nie jest ubezwłasnowolniona, niech więc chodzi z kim, kiedy i dokąd chce.
Zjadłam swój obiad i udałam się w drogę powrotną do hotelu w nadziei, że tym razem Młodsza nic nie narozrabia, a przede wszystkim - że nie spóźni się z potwierdzeniem swojej obecności na rzucie dyskiem. Na miejscu trochę odpoczęłam, a przy okazji sprawdziłam sobie, gdzie w okolicy jest jakaś świątynia. Wiedziałam, że nazajutrz może mi się nie udać iść na Mszę świętą, a przecież wieczorna sobotnia Msza liczy się już jako niedzielna. Szybko odkryłam, że całkiem niedaleko jest starówka z katedrą, toteż postanowiłam, że udam się właśnie tam. Wzięłam nawet aparat fotograficzny w nadziei, że po nabożeństwie porobię kilka pamiątkowych zdjęć, chociażby zewnętrznej części kościoła oraz samej starówki.
| Brama Królewska, którą mijałam w drodze na szczecińską starówkę |
| Szczecińska Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza |
Marzenie ściętej głowy! Jeszcze pod koniec Mszy świętej zadzwonił mi telefon(spokojnie, miałam wyciszony dzwonek). Automatycznie domyśliłam się, że to Młodsza, a przez głowę mi przeleciało, że pewnie nie ma karty otwierającej drzwi do pokoju. Po wyjściu z kościoła moje przypuszczenia się sprawdziły - to była Młodsza. Już nie traciłam czasu na oddzwanianie do niej, tylko od razu szybszym krokiem ruszyłam w stronę hotelu. Po mniej więcej kwadransie byłam na miejscu. Okazało się że Młodsza jest już w pokoju, bo jednak miała ze sobą swoją kartę, a dzwoniła tylko po to, aby się dowiedzieć, czy pójdę z nią do sklepu po pewne rzeczy. W sumie i tak miałam w planie drobne zakupu przed drogą powrotną(wszak czekało mnie przynajmniej 7 godzin w pociągu), więc z nią poszłam. A potem spędziłam z nią i z Miśkiem wieczór w hotelowym pokoju. Chyba jednak wolałabym zwiedzać starówkę...
Nazajutrz wstałam po 7:00 rano - Młodsza jeszcze przewracała się na drugi bok. Dopakowałam swoje rzeczy do torby i czekałam na śniadanie, które dostarczono nam przed 8. Szału nie było, ale dało się zjeść(zaczynam się zastanawiać co je Młodsza w domu, skoro aż tak kręciła nosem np. na ciemne pieczywo). Moja współlokatorka wyszła z pokoju po 8, ponieważ o 10:04 rozpoczynał się jej rzut oszczepem. A chwilę po niej startował Misiek w biegu na 5 000 m. Niestety, ponieważ o 10:02 miałam pociąg do Poznania(gdzie miałam przesiadkę na pociąg, do Katowic), nie mogłam im towarzyszyć.
Jeszcze przed opuszczeniem pokoju zadzwoniła do mnie Młodsza z zapytaniem, czy nie mogłabym sprawdzić, czy gdzieś nie zostały jej słuchawki. Hmm... słuchawek nie znalazłam, ale jej skarpety już tak. Nie no, ona kiedyś głowę zgubi, zobaczycie.
Gdybym nie miała torby z ubraniami, poszłabym na nogach na pociąg, zahaczając o starówkę i skradając chociaż 3-4 zdjęcia. A tak musiałam jechać na dworzec PKP tramwajem. Na miejscu pożegnał mnie pomnik kolejarza.
Pociąg odjechał punktualnie o 10:02, jednak po drodze nabył 18-minutowe opóźnienie. Mój problem polegał zaś na tym, że w Poznaniu musiałam przesiąść się do pociągu jadącego do Katowic, a miałam na to zaledwie... 4 minuty. W pociągu chyba popsuło się nagłośnienie, bo co prawda coś tam trzeszczało w głośnikach, jednak nie sposób było rozróżnić poszczególnych słów. Ja zaś pierwszy raz jechałam pociągiem tej relacji i nie miałam pojęcia, jak długo trwa przejazd z przysłowiowej stacji A do stacji B. Jednak kiedy na korytarzu zobaczyłam informację o opóźnieniu, to trochę mnie to zdenerwowało. Jasne, mogłam iść do konduktora, żeby wstrzymał kolejny pociąg, ale z drugiej strony nie wiedziałam, kiedy w ogóle dojadę na miejsce. W końcu zdecydowałam, że w Poznaniu anuluję ten bilet, który miałam, a po prostu kupię bilet na kolejny pociąg.
Tak też zrobiłam - zaraz po opuszczeniu pojazdu w stolicy Wielkopolski udałam się do kasy. Kasjerka nie tyle całkowicie anulowała mi ten przejazd, ile przebukowała bilet na późniejszą godzinę. Tak wyszło taniej, za wszystko zapłaciłam zaledwie 1 złotówkę. Kolejny pociąg miałam za około 1,5 godziny, spędziłam ten czas w poczekalni pogrążona w dalszej lekturze książki(Basiu W., dziękuję za przysłanie mi ciekawej pozycji, która skutecznie umiliła mi czas spędzony w podróży :)). Oczywiście, pilnowałam się, aby nie przegapić pociągu, bo to już byłaby jakaś katastrofa. Na szczęście do niczego takiego nie doszło, a ja już po 15:40 na nowo siedziałam w jednym z wagonów.
Monotonny ruch pociągu wkrótce ukołysał mnie do snu. Nie trwało to jednak długo, ponieważ jeden ze współpodróżujących oglądał na swoim smartfonie jakiś mecz na głośniku, w dodatku komentowany po rosyjsku. Jakby nie mógł na słuchawkach... Na szczęście to jedyna niedogodność. Zresztą, jak tu narzekać na coś, kiedy Górny Śląsk powitał mnie cudowną tęczą.
Do domu wróciłam po 21., nie tak znów późno, jak się mogłoby wydawać. Następne zawody dopiero w czerwcu, więc można chociaż trochę odpocząć(i nadrobić blogowe zaległości).

Super Karolinko.
OdpowiedzUsuńDziękuję :)
UsuńTakiego Szefa Ekipy, to ta medialna ekipa może tylko pozazdrościć !! ;o)
OdpowiedzUsuńEch, daleko mi do nich, ale to też inna kategoria. Pozdrawiam
UsuńGratuluje Karolinko tej zaszczytnej acz odpowiedzialnej funkcji. Widzę że podobnie do mnie lubisz podróżować pociągiem. Jesteś tylko w lepszej sytuacji niż ja bo mieszkasz w Katowicach skąd odjeżdżają pociągi prawie we wszystkich kierunkach. Ja niestety zawsze muszę się przesiadać w Opolu, Gliwicach, Katowicach lub Wrocławiu. Ale już do tego przyzwyczaiłam. Mama nadzieję że teraz odpoczniesz trochę od tych wyjazdów. Co ciekawe też mój pobyt w nowym miejscu zaczynam od poszukiwania kościoła. mimo że az tak praktykująca nie jestem :-)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
O tak, pociągi to mój żywioł. W klubie sportowym nawet się śmieją, że zdesperowany Lolek potrafi dojechać na zawody nawet w pociągowej toalecie. Co do przesiadek, to zazwyczaj mam to szczęście, że jadę bezpośrednim pociągiem na miejsce. Oczywiście są od tego wyjątki, jak chociażby w tej drodze powrotnej. Ale przynajmniej mam co wspominać. Kościół widziałam przez okno, tylko trudno mi było zidentyfikować jakie to wyznanie. Pozdrawiam
UsuńFajna z Ciebie szefowa ekipy.Mlodsza to niezły gagatek.Masz cierpliwość do niej.Gratuluje Wam wyników.Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńTak, cierpliwości trzeba mieć do niej co niemiara. Nie wiem czy byłam taką fajną szefową ekipy, w każdym razie się starałam. Pozdrawiam
UsuńKierownik na medal!
OdpowiedzUsuńMoże na brązowy bym się załapała ;)
UsuńBrawo szefowa, jak zawsze świetnie sobie poradziłaś:) Uściski Karolinko.
OdpowiedzUsuńWbrew pozorom to nie zawsze sobie tak dobrze radzę. Ale tutaj myślę, że gdzieś w 89% spełniłam swoje zadanie. Pozdrawiam
UsuńWidzę, że miałaś sporo przeżyć, super, że wszystko się udało, gratuluję wyników! Teraz pewnie leczenie zakwasów i odpoczynek! Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńNo właśnie wbrew pozorom nie mam zakwasów(wygląda na to, że faktycznie za wolno biegłam :D). Ale odpoczynek, przynajmniej od wyjazdów, jest. A przeżycia po latach stają się ciekawymi anegdotkami. Pozdrawiam
UsuńŚwietnie poradziłaś sobie z tą funkcją. Młoda wymagała opieki. Bardzo ciekawie wszystko opisałaś. Gratuluję wyników!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie
Czy ja wiem, czy Młodsza wymaga opieki? No, może trochę. Ostatnio dzwoniła do mnie z pytaniem, czy nie widziałam jej portfela. Może gdyby nie robiła takiego bałaganu, to portfel byłby na miejscu. Pozdrawiam
UsuńWOW, aż mnie zatkało z wrażenia. Zawsze chciałam uprawiać sport, ale nigdy się nie odważylam spróbować, a już w biegach, to w ogóle. Spisałaś się wyśmienicie, gratuluję i serdecznie pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńPo prostu miałam szczęście, że trafiłam kiedyś do klasy sportowej, gdzie wybrałam wiodącą lekkoatletykę. Gdyby nie to, nie wiem, czy dzisiaj bym biegała wyczynowo. Pozdrawiam
UsuńWow, podziwiam zacięcie sportowe, pasje i Twoją funkcję!
OdpowiedzUsuńhttps://okularnicawkapciach.wordpress.com/
Pasja to coś, co kształtuje nasz charakter
UsuńNa pewno byłaś świetnym szefem:)))Pozdrawiam serdecznie:)))
OdpowiedzUsuńNie mnie to oceniać, ale starałam się
UsuńSuper, że byłaś kierownikiem ekipy, na pewno to ciekawe doświadczenie. Super, że masz taką sportowa pasję i interesujesz się tym. :)
OdpowiedzUsuńOdpowiedzialność nie mała, ale za to satysfakcja ogromna. O tak, sportem to bardzo się interesuję. Pozdrawiam
UsuńJesteś niesamowita Karolinko. Ale chyba się powtarzam
OdpowiedzUsuńPozdrawiam pachnącą końcówką maja
Do niesamowitości to jeszcze mi bardzo, bardzo daleko. Pozdrawiam
UsuńRoztrzepana jak jajko na omlety :D :D
OdpowiedzUsuńDaleko jechaliście, oj daleko. Brawo za wyniki.
To określenie wbrew pozorom bardzo dobrze do niej pasuje. To tylko 7 godzin drogi ;). A przy okazji na dłuższą chwilę zatrzymałam się u Ciebie w Poznaniu. Dziękuję za gratulacje, chociaż mogło być lepiej. Pozdrawiam
UsuńSuper doświadczenie, super przygoda. Działaj tak dalej :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
Weekend na super :). A kolejne starty tuż, tuż :)
Usuń