Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 12 sierpnia 2024

2009. Co to za sierpień bez "Biegu Zbója"?

Nasza zbójowa rodzinka
Sierpień, mimo że jest to dla mnie miesiąc wolny w pracy, jest nieco intensywny. Kilka lat temu, zachęcona przez Bacę, zgodziłam się na pomoc w organizacji letniej edycji Biegu Zbója. Chociaż nie, mój debiut na Zbóju był na pierwszej zimowej edycji po tym, jak razem z Bacą biegliśmy pierwszy raz na Czupel. I jak w ogóle się poznaliśmy. A sam Zbój spodobał mi się na tyle, że w miarę możliwości staram się na nim być, czy to na letniej, czy to na zimowej edycji.
Nie inaczej było ostatnio. W tym roku Bieg Zbója wypadł w drugi weekend sierpnia. Nie sprawdzałam tego dokładnie, ale to jest chyba stały termin. Po ostatnich dwóch edycjach, podczas których zaliczyłam falstarty (na Biegu Niepodległości pomyliłam lokalizacje, a na tegorocznym już Zimowym postanowiłam się rozchorować), byłam zdeterminowana za wszelką cenę się na nim pojawić. Tym bardziej, że nie miałam żadnych poważniejszych planów na ten czas. A po co siedzieć w mieście i się nudzić (przynajmniej w teorii), skoro można zrobić coś z innymi i dla innych?
Nawet nie musiałam jechać pociągiem do B.-B. Szybko znaleźli się bowiem ludzie, którzy jechali samochodem z Tych(ów?) i mieli wolne miejsce. Co prawda dogadywaliśmy szczegóły jeszcze o 23:59, a o 2:30 już byłam na nogach, ale co tam, jestem do tego przyzwyczajona. A podróż koleją i tak mnie nie ominęła - jakoś musiałam dotrzeć na miejsce, z którego mieli mnie odebrać.
Tuż po 7 rano dojechaliśmy na bielskie błonia, na których już było pełno od biegaczy. Nawet nie wiecie jak ja lubię tego typu atmosferę. Wszyscy byli podekscytowani, a ta atmosfera bez problemu udzieliła się także i mnie. Wiedząc jednak, że tuż przed biegiem w biurze zawodów jest prawdziwy kociokwik połączony z kurcgalopkiem, bardzo szybko włączyłam się w jego funkcjonowanie. Może noszenie pakietów startowych jest czymś mało istotnym dla kogoś z zewnątrz, ale to zawsze jest jakaś pomoc. Pierwsze dwa biegi wystartowały już o godzinie 6:15 (na 60 km) oraz o 7:30 (na 42 km). Ostatnie dwa biegi przewidziane w sobotę (a właściwie to jeden, ale podzielony na dwie tury) na 25 kilometrów miały wystartować o 9:00 i 10:30.
Można więc powiedzieć, że po wystartowaniu drugiej tury mieliśmy chwilę na odpoczynek i posilenie się smacznymi pieczonkami, po czym część z nas wróciła do biura zawodów, aby wydawać pakiety na następny dzień, a część, w tym ja, udała się na metę. Tam najpierw porozkładaliśmy medale, butelki z wodą oraz piwa bezalkoholowe, a potem pozostało nam tylko czekać na kolejnych finiszujących biegaczy. Ci pierwsi, z biegu na 25 km, pojawili się niespełna dwie godziny po starcie. A po nich nadbiegali kolejni i kolejni. Czasami człowiek nie nadążał z rozwieszaniem im medali na szyjach. Ja dodatkowo mam taką zasadę, że każdemu gratuluję i staram się uściskać mu rękę, przybić piątkę albo żółwika. I tak do godziny 18:00, kiedy mijał limit na pokonanie najdłuższego dystansu. Ale bycie na mecie to nie tylko rozdawanie medali. W całym nawale pracy znalazł się czas np. na wygłupy z Bacą.
Pierwotnie po skończonej dniówce miałam wrócić pociągiem do domu, a nazajutrz przyjechać z rana na nowo, jednak dosłownie dzień wcześniej Baca zaproponował, że mnie przenocuje. Byłam niemal pewna, że pojedziemy do niego na wieś, ale okazało się, że ma mieszkanie w jednym z bielskich bloków. Wraz ze mną nocowała u niego jeszcze jedna dziewczyna. W zasadzie wieczór minął nam na rozmowie przy bezalkoholowym piwie oraz oglądaniu olimpijskiego finału boksu kobiet. A potem grzecznie poszliśmy spać - my w salonie, on w sypialni. Całkiem czysty układ.
Nazajutrz pojawiliśmy się na błoniach po godzinie 8:00. Głodni, bo lodówka Bacy była pusta. Ale skoro na co dzień tam nie mieszka, to dlaczego miałoby być inaczej? Na szczęście pieczonki już funkcjonowały, więc można było zjeść prowizoryczne śniadanie. A potem wziąć się do pracy, która wyglądała niemal identycznie jak dzień wcześniej. No, prawie, bo ostatni bieg - ten na 7 km. kończył się o 14:30. Jednak to on wywołał największe emocje, ponieważ brał w nim udział jeden z naszych wolontariuszy, Pączek. A skoro tworzymy jeden tandem, to każdy z nas przeżywał jego start. I gorąco mu kibicował, kiedy dobiegał do mety. Osobiście go podziwiam, bo nie wiem czy dałabym radę sama przebiec nawet te 7 kilometrów (o dłuższych dystansach już nie mówiąc) po górach (zresztą po płaskim terenie też) w upale (mnie samą nieźle spiekło, co można zobaczyć na zdjęciu obok) w ograniczonym do 2 godzin czasie. Ale dał radę, a na mecie otrzymał całkowicie zasłużone brawa.
Po zakończeniu biegu zostałam jeszcze na chwilę pozbierać nierozdane medale i zjeść jeszcze jedną porcję tych pysznych pieczonek, tym razem w ramach obiadu. Jeszcze czekała mnie droga powrotna do domu, tym razem już pociągiem, więc nie wiedziałam kiedy coś zjem. A skoro wolontariusze mogli częstować się bez ograniczeń, to czemu z tego nie korzystać? Może i takie pieczonki są niezbyt zdrowe, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzą.
Potem już mogłam wracać do domu. Trochę mnie łamało w pociągu, ale lektura książki pozwoliła mi nie zasnąć po drodze. Chociaż sama książka do zbyt ciekawych nie należała, jeżeli mogę być szczera. No cóż, bywa i tak.

4 komentarze:

  1. Dziewczyno, jesteś niezniszczalna!
    Podziwiam nieustająco:-)
    jotka

    OdpowiedzUsuń
  2. Podpisuję się pod komentarzem wyżej! Brawo!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale Ty jesteś niesamowita !!! Nieustraszona Karola !!! Brawo ! Podziwiam Cię za energię i odwagę oraz za to, że chwytasz dzień ! Dziękuję za tę relację z Biegu Zbója. Brawa dla Pączka !!! Pozdrawiam :)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Ile w Tobie energii! 🔥 Fantastycznie! Uściski!

    OdpowiedzUsuń