Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 11 grudnia 2016

437. Warsztaty tworzenia kartek świątecznych

W Oratorium nie może być czasu na nudę. Inaczej dzieciaki rozniosłyby budynek w drobny pył. A przy okazji nieuniknione byłyby wszelkiego rodzaju urazy, obtarcia itp. Jak wiadomo lepiej zapobiegać niż leczyć, toteż niekiedy dwoimy się i troimy, by wymyślić jakieś ciekawe zajęcia. Ostatnio nawet ksiądz wykazał się kreatywnością i zaprosił swoją osobistą siostrę, aby poprowadziła z naszymi podopiecznymi warsztaty plastyczne, podczas których dzieciaki miały wykonać świąteczne kartki. Ponownie liczba dzieciaków przewyższyła wszelkie nasze oczekiwania(było ich 30 - T R Z Y D Z I E Ś C I), toteż początkową opcję wykonania przez nich dwóch kartek(jedną dla siebie, drugą na przyszłotygodniowy jarmark w parafii) zmodyfikowaliśmy na dwie kartki na parę. Oczywiście nie wszystkim odpowiadał taki układ, ponieważ i tak kilka kartek trzeba było poświęcić na sprzedaż. Mimo to zabawa była iście przednia...
Moje "dzieło"
Potem natomiast trochę potańczyliśmy wyładowując w ten sposób drzemiące w nas pokłady energii...
Aż wreszcie przyszedł czas na wyciszenie się poprzez czytanie książki.
A za tydzień ciąg dalszy świątecznej atmosfery. Wbiłam się nawet na zrobienie Qizu typu "Postaw na milion", z tą różnicą, że u nas będzie to związane ze świętami Bożego Narodzenia, a także na przygotowanie "Jaka to kolęda?". Udało mi się nawet zdobyć podkłady do kolęd śpiewanych przez parafialną scholę, co nie było takie proste zważając na moją nieśmiałość. No, ale dla chcącego nic trudnego. Tylko przez to wszystko nie zdążyłam wręczyć laurki imieninowej...

sobota, 10 grudnia 2016

436. Kiedy odchodzi blogger...

Od dwóch dni nie mogę sobie znaleźć miejsca...
Był sobotni wieczór. Młoda dziewczyna postanowiła odwieść swoją znajomą do domu, w którym czekała na nią trójka dzieci, w tym jedno niepełnosprawne. Niczego nieświadome wsiadają do bezpiecznego dotąd Volkswagena i ruszają przed siebie. Są już prawie u celu swojej podróży, kiedy na drodze pojawia się opel. Chwilę potem z impetem uderza w Volkswagen. Obydwie kobiety giną na miejscu, sprawca tragedii zbiega z miejsca zdarzenia. Kiedy odnajduje go policja okazuje się, że jest pod wpływem alkoholu... Przez własną głupotę pozbawił życia dwie kobiety, z których jedna na oczach wielu internautów toczyła bój o wybudzenie swojego średniego synka ze śpiączki. 
Wydarzenia te miały miejsce tydzień temu. Od tygodnia dwu, czternasto i dziewiętnastolatek zostali pozbawieni prawdziwej matczynej miłości. Ten kto trafił kiedyś na bloga Kajtusia nie mógł mieć ku temu żadnych wątpliwości. Mama opisywała w nim nie tylko walkę o odzyskanie przez Kajtka chociaż cienia świadomości, ale również ich codzienne, jakże zwyczajne mimo wszystko życie. Bardzo lubiłam tam zaglądać i czytać o postępach w terapii Kajtka, sukcesach Dawida, a także o psotach Saszki, który zupełnie niespodziewanie pojawił się w życiu całej rodziny, a za razem wprowadził do niej dużo radości i nadziei. Z niecierpliwością czekałam na kolejną notatkę na tym blogu. Teraz już wiem, że nie przeczytam już żadnej...

Aniu (*)
Dobry Boże, dlaczego???
Piotrze, Dawidzie, Kajtku, Saszko - płaczę razem z Wami 😢

I pomyśleć, że Boże Narodzenie za pasem...

czwartek, 8 grudnia 2016

435. Poświęcenie, empatia i pomysłowość, czyli cofamy się w czasie

Po zbyt krótkim śnie obudziłam się wczesnym rankiem. Podniosłam się na łokciach i... Ojej, gdzie ja jestem? Co się stało z moim pokojem? Gdzie jest komputer, telewizor, gdzie jest nawet radio i lampa? Co tu robi świeczka, liche łóżko z siennikiem, miednica na wodę? Podchodzę do drewnianego okna i... Zamiast znajomego blokowiska widzę przepiękny górski krajobraz, zamiast huku przejeżdżających aut - rozmowy w obcym języku. Przysłuchuję się im uważnie i wyraźnie wyłapuję włoskie słowa. Co ja robię we Włoszech, skoro jeszcze wieczorem zasypiałam w Polsce, w wygodnym łóżku. Tuż przy oknie wisi prowizoryczny kalendarz. Spoglądam na niego i nie mogę uwierzyć własnym oczom: wskazuje 8 grudnia 1841 roku. Coś mi ta data mówi. Wdziewam wiszący na gwoździu serdak i wychodzę na zewnątrz. Pomimo tego, że nigdy wcześniej nie uczyłam się włoskiego, rozumiem każde wypowiedziane słowo. Wtem na mojej drodze pojawił się kościół. Bez większego namysłu wchodzę do środka. Wraz ze mną wchodzi młody chłopak w podartych łachmanach. Widać, że jest mu zimno i prawdopodobnie od dawna nic porządnego nie miał w ustach. Przez chwilę stoi w przedsionku kościoła, po czym niepewnie idzie w kierunku zakrystii. Za chwilę słychać ostry męski głos każący mu się wynosić. Nawet nie zauważam, że w konfesjonale siedzi ksiądz, który słysząc te słowa, wychodzi z niego i swoje kroki kieruje w stronę, z której dobiega awantura. Kapłan wydaje mi się dziwnie znajomy, ale... nie, to nie możliwe. Chwilę później pojawia się wraz z chłopcem i siadają trzy ławki przede mną. Dokładnie słyszę ich rozmowę:
- Jak się nazywasz, przyjacielu?
- Bartłomiej Garelli.
- Skąd jesteś?
- Z Asti.
- Masz ojca?
- Nie, umarł.
- A mamę?
- Też nie żyje.
- A ile masz lat?
- Szesnaście.
- Potrafisz czytać i pisać?
- Nic nie potrafię.
- Byłeś u pierwszej Komunii?
- Jeszcze nie.
- A u spowiedzi?
- Tak, jak byłem mały.
- A na religię chodzisz?
- Nie mam odwagi.
- Dlaczego?
- Bo młodsi chłopcy potrafią odpowiadać na pytania, a ja jestem taki duży i nic nie umiem. Wstyd mi.
- A gdybym uczył cię katechizmu, przychodziłbyś?
- Bardzo chętnie.
- Nawet tutaj?
- Byleby tylko mnie nie bili.
- Nie bój się, nikt cię nie będzie bił. Teraz jesteś moim przyjacielem, więc muszą cię szanować. Kiedy chcesz, byśmy zaczęli nasz katechizm?
- Kiedy ksiądz chce.
- Dziś wieczorem.
- Dobrze.
- A gdyby tak zaraz?
- Chętnie.

Chciałabym być tak jak Bartłomiej,
co przyszedł zziębnięty do księdza Bosko.
A on nie wygnał go, nie potępił,
otoczył prawdziwą ojcowską troską.
Chciałabym tak jak młody Bartłomiej,
natchnąć jakiegoś młodego kapłana.
Aby tak samo jak święty Jan Bosko,
wskazywał niesfornym drogę do Pana.
Chciałabym tak jak biedny Bartłomiej,
czuć ciepło gościnnej zakrystii kościelnej.
Chciałabym, lecz nie potrafię,
nie potrafię, to pewne...
Przecież to sam Jan Bosko! A powyższą rozmowę czytałam niezliczoną liczbę razy w książkach poświęconych powstaniu idei Oratorium. Teraz dzięki niezwykłemu zbiegowi okoliczności byłam jej świadkiem. Ze łzami w oczach się jej przysłuchiwałam. Bo przecież gdyby nie przypadkowe spotkanie księdza Bosko z Bartłomiejem w święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, nie wiadomo, czy znalibyśmy dzieło takie jak Oratoria, które jest znane w całym świecie. To właśnie 175 lat temu od spotkania z ubogim chłopcem wszystko się zaczęło.
Wróćmy jednak cudownym wehikułem czasu do współczesności. Pierwsi księża salezjanie pojawili się na ziemiach polskich(nie piszę "w Polsce", ponieważ Polski nie było wtedy na mapach) już w 1898 roku i osiedli w Oświęcimiu. Wkrótce docierali do innych miast, zakładając w nich parafie i swoje placówki opiekuńczo - wychowawcze. W mojej parafii pojawili się dopiero w 1995 roku, ale od razu wzięli się za wychowanie młodzieży. Oratorium istnieje dopiero 9 rok - w październiku obchodziliśmy kolejną rocznicę oddania do użytku Domu Młodzieżowego. Chociaż to za dużo powiedziane. Na razie w części użytkowej tylko pół budynku, druga połowa jest w stanie surowym. Poza tym oficjalnie nie jest właściwie oddany, nawet nie ma adresu(na mapach jest oznaczony kryptonimem), zaś korespondencja przychodzi na adres parafii. Ale jest. I mamy gdzie spędzać czas z dzieciakami. Chociaż przed każdymi zajęciami modlimy się o bezpieczeństwo naszych podopiecznych. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby coś im się stało...
W tej niełatwej pracy pomagają im animatorzy, do których należę również i ja. Przez cały żywot naszego Oratorium była znaczna rotacja animatorów i tak właściwie tylko ja zostałam jako łącznik pomiędzy tym co było, a tym co jest. Czym powinien wyróżniać się dobry animator? Podczas ostatniej Oratoriady, która odbyła się tym razem tuż za miedzą, czyli w Tarnowskich Górach poznaliśmy trzy cechy, którymi powinien się on charakteryzować:
  1. Poświęcenie - bycie animatorem salezjańskim niewątpliwie
    Prawie wszyscy uczestnicy ostatniej Oratoriady
    (Tarnowskie Góry 2-4 grudzień)
    wymaga poświęcenia. Kiedy większość moich znajomych myśli w piątkowy wieczór o czekającej ich imprezie, ja zastanawiam się co będziemy robić następnego dnia z dzieciakami w Oratorium. W sobotnie poranki zamiast sobie dłużej pospać zrywam się skoro świt i biegnę do Domu Młodzieżowego. Nieraz rezygnuję też ze swoich przyjemności aby w tygodniu pójść do Oratorium i omówić z innymi bieżące sprawy i problemy. Ale ja lubię takie życie, wsiąkłam w nie i nie wyobrażam już sobie innego.
  2. Empatia - bardzo ważne jest, aby animator potrafił wczuć się w sytuację swoich podopiecznych. Wiele naszych podopiecznych pochodzi z rozbitych rodzin, innych wychowują dziadkowie, czy też dalsza rodzina. Nie da się ukryć, że taka sytuacja nie jest dla nikogo komfortowa. Dzieciaki różnie na nią reagują, niektórzy przejawiają nawet symptomy agresji. Inną sprawą jest fakt, że często przychodzą smutne nawet z błahych powodów, czy wręcz płaczą podczas zajęć. I znowu spoczywa na nas odpowiedzialność, aby porozmawiać z takim dzieckiem, pocieszyć, czasami przytulić.
  3. Pomysłowość - często podczas zajęć jest tak, że jakaś zabawa przysłowiowo spala na panewce. Dobrze jest wtedy mieć coś w zanadrzu. Można wymyślić wtedy coś nowego, albo po prostu zmodyfikować zabawę do potrzeb grupy. Wiadomo, nuda sprzyja robieniom głupot. A to znów prowadzi do różnych wypadków. Tego zaś nie chcemy, zwłaszcza że jak już pisałam, sytuacja prawna budynku jest jaka jest. Na szczęście pomysłów naszej ekipie nie brakuje :).
Bycie animatorem to prawdziwe wyzwanie, a za razem satysfakcja, że nie żyje się samemu dla siebie. Tyle się dzisiaj mówi o kryzysie młodzieży, a tym czasem to ona tworzy trzon animatorów w Oratorium. A potem spotyka podczas zjazdów młodzieży salezjańskiej i bawi bez żadnych używek, ale tak zwyczajnie, po prostu, w duchu swojej młodości. Tak, jak życzyłby sobie tego święty ksiądz Bosko.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

434. Może i nie mam dużego talentu ale...

Powiem krótko - chociaż czasami działa mi na nerwy, to jednak mam do niej niesamowitą słabość. Zresztą jak do wszystkich kobiet o imieniu Barbara, ciemnych oczach i najlepiej ścisłym wykształceniu(chociaż to ostatnie niekoniecznie jest wymagane😁). Psychologiem nie jestem, ale mam takie dziwne wrażenie, że jeżeli dziecko nabierze sympatii do jakiejś osoby, to potem podświadomie dąży do tego typu osób. 
Dlatego w ramach prezentu zrobiłam jej kartkę imieninową. Trochę pozazdrościłam Małgosi, która tworzy prawdziwe cudeńka w tej dziedzinie. Co prawda talentu nie mam zbyt dużego, a może to wina niedokońca sprawnych przez porażenie mózgowe rąk, toteż moja skromna kartuszka nijak ma się do jej przepięknych arcydzieł. Mam nadzieję jednak, że spodoba się odbiorcy, mimo dwudniowego spóźnienia(aż mi wstyd, ale Oratoriada trochę się przedłużyła i dopiero dzisiaj siadłam do biurka, a raczej stołu).
Proces twórczy:
Może powinnam jednak iść na projektanta?
I efekt końcowy - śmieję się, że raczej się go nie wyrzeknę, tak samo nieokrzesany jak jego twórca

W moim zamyśle kartka miała być otwieranym okienkiem
kiedy je otworzymy, zobaczymy cytat z "Małego Księcia"*
Kurcze, mam nadzieję, że jej się spodoba. Może i krzywa, może i w kioskach jest milion gotowych kartek, ale ta jest inna, bo zrobiona prosto z serca.
* Zdjęcia są w odwrotnej kolejności tworzenia kartki

piątek, 2 grudnia 2016

433. Na adwent polecam "Cień Ojca" Jana Dobraczyńskiego

Adwent to czas oczekiwania. Zawsze uczono mnie, że oprócz przygotowania fizycznego, np. umycia okien, czy też posprzątania całego domu, powinnam przygotować się do niego w wymiarze duchowym. Ponieważ z powodu nadmiaru obowiązków nie miałam czasu na pójście do kościoła na rekolekcje adwentowe, znajoma podsunęła mi jedną z książek Jana Dobraczyńskiego – „Cień Ojca”. Była to pierwsza książka autora, o którym wcześniej nie słyszałam, toteż szybko zabrałam się za czytanie kolejnych kartek.

Tytuł: "Cień ojca"
Autor: Jan Dobraczyński
Wydawnictwo: Wydawnictwo PAX
Warszawa 2010
Liczba stron: 307

Powieść przedstawia życie świętego Józefa, biblijnego opiekuna Jezusa Chrystusa. Poznajemy go jako młodego mężczyznę, który pracuje w zakładzie stolarskim. Dzięki swojemu fachowi jest szanowany w całej okolicy. Jedyne czego brakuje mu do szczęścia to współmałżonki. Pewnego dnia spotyka przy studni skromną dziewczynę, Marię. Pod wpływem rozmowy rodzi się między nimi uczucie. Po kilku spotkaniach dwójka młodych, ale jakże niezwykłych ludzi zostaje małżonkami. W tym samym czasie dzieje się coś niezwykłego – do Maryi przychodzi Archanioł Gabriel i oznajmia jej, że zostanie matką samego Syna Bożego. Młoda kobieta nie rozumie tych słów. Z jeszcze większym niezrozumieniem spotyka się ze strony Józefa, który domyśla się, że to nie on jest ojcem nienarodzonego dziecka. Wszystko zmienia się, kiedy pewnej nocy i do niego przychodzi anioł, wyjaśniając całą sytuację. Przemieniony Józef przeprasza swoją współmałżonkę za niesłuszne oskarżenia i obiecuje być najlepszym ojcem dla Bożego Dziecięcia. Wkrótce zostaje wydany edykt, na mocy którego wszyscy musieli udać się do miejsca swojego narodzenia, aby dać się zapisać. Wśród podróżnych był Józef z ciężarną Marią. W trakcie drogi, w zapadłej szopie należącej do rodziny Józefa rodzi się Jezus.
Kontrastem dla biednie żyjącej Świętej Rodziny jest wytwornie żyjący król Herod. Podobnie jak w Piśmie Świętym, tak i w „Cieniu Ojca” widnieje jako bezwzględny władca, sądzący że ma cały świat w swojej dłoni. Ostre słowa padające z jego ust starają się tylko potwierdzać ten stereotyp. Jedynym usprawiedliwieniem wybuchowego temperamentu władcy może być opisana przez pisarza choroba skóry, na którą cierpiał Herod. Nie zmienia to jednak faktu, że w oczach czytelnika król jest równie negatywnie przedstawiony, jak na kartach historii.
W całej książce ujęła mnie historia, która wydarzyła się podczas podróży Józefa opisana w jej pierwszej części. W grupie podróżujących znalazła się kobieta z mężem i synkiem. Synek, widząc jak ojciec traktuje matkę, postępuje tak samo. Tym razem uporczywie domagał się od matki wody do picia. Zajęta przygotowywaniem posiłku kobieta nie miała jednak czasu, aby napoić dziecko. Wyręczył ją w tym Józef, który nie dość, że zaprowadził malca do rzeki, aby mógł zaspokoić pragnienie, to jeszcze sam zaniósł jego matce kubek z wodą. Ukazany jest tu szacunek, z jakim mężczyzna odnosił się do kobiet, co w tamtych czasach było rzadko spotykane. Niezwykły język, jakim posłużył się autor książki sprawił, że opowieść czyta się lekko i przystępnie, co wręcz zachęca czytelnika do dalszego czytania tej niezwykłej historii.
Książka jest doskonałym uzupełnieniem historii znanej nam z Pisma Świętego. Ponadto odkrywamy jego życie jeszcze przed poznaniem Maryi, jego stosunki z rodziną i konflikt z ojcem, który chciałby już wydać swojego najmłodszego syna za mąż. Ponieważ młodzieniec nie chce się żenić z przymusu, za radą kapłana opuszcza rodzinną wioskę. Motyw pomocy rodzinie przejawia się na każdej kartce książki. Oprócz wspomnianej wcześniej pomocy kobiecie z karawany, Józef z oddaniem pomaga Maryi wtedy, kiedy była w ciąży, jak i podczas wychowywania młodego Jezusa.
Język powieści jest bardzo przystępny i prosty, co sprawia, że książkę czyta się przysłowiowym „jednym tchem”. Obfituje w archaiczne określenia, na przykład zamiast znanemu wszystkim słowa cieśla w książce pojawia się nagar. Następuje też pewna oboczność w imionach Trzech Króli, zamiast znanych wszystkim Baltazara, Kacpra i Melchiora czytamy o Kasparze, Baltazaru oraz Melichu. Pozwala to poznać inne wersje imion, niż te, które podaje polski przekład Pisma Świętego.  W powieści znajdziemy też opisy codziennego życia w Palestynie na początku naszej ery. Autor realistycznie przedstawia opisy domostw, zajęć oraz rozmów prowadzonych między mieszkańcami niewielkich miasteczek. Myślę, że to jest jeden z plusów książki.
Komu poleciłabym tą powieść? Z całą pewnością wszystkim tym, którzy szerzej poznać postać świętego Józefa, o którym tak mało wspomina Pismo Święte. Wbrew pozorem nie był to dobrotliwy staruszek z brodą, ale krzepki młodzieniec rwący się do pracy. Był też najlepszym ojcem dla Syna Bożego, chociaż zawsze pozostawał w jego cieniu. Poza tym poleciłabym ją tym, którzy chcieliby poznać historię Świętej Rodziny bez konieczności sięgania do Pisma Świętego. Według mnie Jan Dobraczyński rewelacyjnie przełożył tę historię na nasz język. Osobiście nie mam nic do zarzucenia tej książce. To idealna lektura nie tylko na czas adwentu, ale i trudne chwile.

P.S. Odwiedzę wszystkie Wasze blogi po powrocie z Oratoriady(czyli w niedzielę), obiecuję :).
P.S2. Wiedzieliście, że podróże apostolskie św. Pawła są takie pasjonujące? Słucham i nie mogę się nasłuchać. To jeden z bardziej pasjonujących wykładów na roku(tak na marginesie, to powyższą notkę napisałam dużo wcześniej, żeby nie było)