Po zbyt krótkim śnie obudziłam się wczesnym rankiem. Podniosłam się na łokciach i... Ojej, gdzie ja jestem? Co się stało z moim pokojem? Gdzie jest komputer, telewizor, gdzie jest nawet radio i lampa? Co tu robi świeczka, liche łóżko z siennikiem, miednica na wodę? Podchodzę do drewnianego okna i... Zamiast znajomego blokowiska widzę przepiękny górski krajobraz, zamiast huku przejeżdżających aut - rozmowy w obcym języku. Przysłuchuję się im uważnie i wyraźnie wyłapuję włoskie słowa. Co ja robię we Włoszech, skoro jeszcze wieczorem zasypiałam w Polsce, w wygodnym łóżku. Tuż przy oknie wisi prowizoryczny kalendarz. Spoglądam na niego i nie mogę uwierzyć własnym oczom: wskazuje 8 grudnia 1841 roku. Coś mi ta data mówi. Wdziewam wiszący na gwoździu serdak i wychodzę na zewnątrz. Pomimo tego, że nigdy wcześniej nie uczyłam się włoskiego, rozumiem każde wypowiedziane słowo. Wtem na mojej drodze pojawił się kościół. Bez większego namysłu wchodzę do środka. Wraz ze mną wchodzi młody chłopak w podartych łachmanach. Widać, że jest mu zimno i prawdopodobnie od dawna nic porządnego nie miał w ustach. Przez chwilę stoi w przedsionku kościoła, po czym niepewnie idzie w kierunku zakrystii. Za chwilę słychać ostry męski głos każący mu się wynosić. Nawet nie zauważam, że w konfesjonale siedzi ksiądz, który słysząc te słowa, wychodzi z niego i swoje kroki kieruje w stronę, z której dobiega awantura. Kapłan wydaje mi się dziwnie znajomy, ale... nie, to nie możliwe. Chwilę później pojawia się wraz z chłopcem i siadają trzy ławki przede mną. Dokładnie słyszę ich rozmowę:
- Jak się nazywasz, przyjacielu?
- Bartłomiej Garelli.
- Skąd jesteś?
- Z Asti.
- Masz ojca?
- Nie, umarł.
- A mamę?
- Też nie żyje.
- A ile masz lat?
- Szesnaście.
- Potrafisz czytać i pisać?
- Nic nie potrafię.
- Byłeś u pierwszej Komunii?
- Jeszcze nie.
- A u spowiedzi?
- Tak, jak byłem mały.
- A na religię chodzisz?
- Nie mam odwagi.
- Dlaczego?
- Bo młodsi chłopcy potrafią odpowiadać na pytania, a ja jestem taki duży i nic nie umiem. Wstyd mi.
- A gdybym uczył cię katechizmu, przychodziłbyś?
- Bardzo chętnie.
- Nawet tutaj?
- Byleby tylko mnie nie bili.
- Nie bój się, nikt cię nie będzie bił. Teraz jesteś moim przyjacielem, więc muszą cię szanować. Kiedy chcesz, byśmy zaczęli nasz katechizm?
- Kiedy ksiądz chce.
- Dziś wieczorem.
- Dobrze.
- A gdyby tak zaraz?
- Chętnie.
Wróćmy jednak cudownym wehikułem czasu do współczesności. Pierwsi księża salezjanie pojawili się na ziemiach polskich(nie piszę "w Polsce", ponieważ Polski nie było wtedy na mapach) już w 1898 roku i osiedli w Oświęcimiu. Wkrótce docierali do innych miast, zakładając w nich parafie i swoje placówki opiekuńczo - wychowawcze. W mojej parafii pojawili się dopiero w 1995 roku, ale od razu wzięli się za wychowanie młodzieży. Oratorium istnieje dopiero 9 rok - w październiku obchodziliśmy kolejną rocznicę oddania do użytku Domu Młodzieżowego. Chociaż to za dużo powiedziane. Na razie w części użytkowej tylko pół budynku, druga połowa jest w stanie surowym. Poza tym oficjalnie nie jest właściwie oddany, nawet nie ma adresu(na mapach jest oznaczony kryptonimem), zaś korespondencja przychodzi na adres parafii. Ale jest. I mamy gdzie spędzać czas z dzieciakami. Chociaż przed każdymi zajęciami modlimy się o bezpieczeństwo naszych podopiecznych. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby coś im się stało...
W tej niełatwej pracy pomagają im animatorzy, do których należę również i ja. Przez cały żywot naszego Oratorium była znaczna rotacja animatorów i tak właściwie tylko ja zostałam jako łącznik pomiędzy tym co było, a tym co jest. Czym powinien wyróżniać się dobry animator? Podczas ostatniej Oratoriady, która odbyła się tym razem tuż za miedzą, czyli w Tarnowskich Górach poznaliśmy trzy cechy, którymi powinien się on charakteryzować:
- Jak się nazywasz, przyjacielu?
- Bartłomiej Garelli.
- Skąd jesteś?
- Z Asti.
- Masz ojca?
- Nie, umarł.
- A mamę?
- Też nie żyje.
- A ile masz lat?
- Szesnaście.
- Potrafisz czytać i pisać?
- Nic nie potrafię.
- Byłeś u pierwszej Komunii?
- Jeszcze nie.
- A u spowiedzi?
- Tak, jak byłem mały.
- A na religię chodzisz?
- Nie mam odwagi.
- Dlaczego?
- Bo młodsi chłopcy potrafią odpowiadać na pytania, a ja jestem taki duży i nic nie umiem. Wstyd mi.
- A gdybym uczył cię katechizmu, przychodziłbyś?
- Bardzo chętnie.
- Nawet tutaj?
- Byleby tylko mnie nie bili.
- Nie bój się, nikt cię nie będzie bił. Teraz jesteś moim przyjacielem, więc muszą cię szanować. Kiedy chcesz, byśmy zaczęli nasz katechizm?
- Kiedy ksiądz chce.
- Dziś wieczorem.
- Dobrze.
- A gdyby tak zaraz?
- Chętnie.
Wróćmy jednak cudownym wehikułem czasu do współczesności. Pierwsi księża salezjanie pojawili się na ziemiach polskich(nie piszę "w Polsce", ponieważ Polski nie było wtedy na mapach) już w 1898 roku i osiedli w Oświęcimiu. Wkrótce docierali do innych miast, zakładając w nich parafie i swoje placówki opiekuńczo - wychowawcze. W mojej parafii pojawili się dopiero w 1995 roku, ale od razu wzięli się za wychowanie młodzieży. Oratorium istnieje dopiero 9 rok - w październiku obchodziliśmy kolejną rocznicę oddania do użytku Domu Młodzieżowego. Chociaż to za dużo powiedziane. Na razie w części użytkowej tylko pół budynku, druga połowa jest w stanie surowym. Poza tym oficjalnie nie jest właściwie oddany, nawet nie ma adresu(na mapach jest oznaczony kryptonimem), zaś korespondencja przychodzi na adres parafii. Ale jest. I mamy gdzie spędzać czas z dzieciakami. Chociaż przed każdymi zajęciami modlimy się o bezpieczeństwo naszych podopiecznych. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby coś im się stało...
W tej niełatwej pracy pomagają im animatorzy, do których należę również i ja. Przez cały żywot naszego Oratorium była znaczna rotacja animatorów i tak właściwie tylko ja zostałam jako łącznik pomiędzy tym co było, a tym co jest. Czym powinien wyróżniać się dobry animator? Podczas ostatniej Oratoriady, która odbyła się tym razem tuż za miedzą, czyli w Tarnowskich Górach poznaliśmy trzy cechy, którymi powinien się on charakteryzować:
- Poświęcenie - bycie animatorem salezjańskim niewątpliwie
wymaga poświęcenia. Kiedy większość moich znajomych myśli w piątkowy wieczór o czekającej ich imprezie, ja zastanawiam się co będziemy robić następnego dnia z dzieciakami w Oratorium. W sobotnie poranki zamiast sobie dłużej pospać zrywam się skoro świt i biegnę do Domu Młodzieżowego. Nieraz rezygnuję też ze swoich przyjemności aby w tygodniu pójść do Oratorium i omówić z innymi bieżące sprawy i problemy. Ale ja lubię takie życie, wsiąkłam w nie i nie wyobrażam już sobie innego.
Prawie wszyscy uczestnicy ostatniej Oratoriady
(Tarnowskie Góry 2-4 grudzień) - Empatia - bardzo ważne jest, aby animator potrafił wczuć się w sytuację swoich podopiecznych. Wiele naszych podopiecznych pochodzi z rozbitych rodzin, innych wychowują dziadkowie, czy też dalsza rodzina. Nie da się ukryć, że taka sytuacja nie jest dla nikogo komfortowa. Dzieciaki różnie na nią reagują, niektórzy przejawiają nawet symptomy agresji. Inną sprawą jest fakt, że często przychodzą smutne nawet z błahych powodów, czy wręcz płaczą podczas zajęć. I znowu spoczywa na nas odpowiedzialność, aby porozmawiać z takim dzieckiem, pocieszyć, czasami przytulić.
- Pomysłowość - często podczas zajęć jest tak, że jakaś zabawa przysłowiowo spala na panewce. Dobrze jest wtedy mieć coś w zanadrzu. Można wymyślić wtedy coś nowego, albo po prostu zmodyfikować zabawę do potrzeb grupy. Wiadomo, nuda sprzyja robieniom głupot. A to znów prowadzi do różnych wypadków. Tego zaś nie chcemy, zwłaszcza że jak już pisałam, sytuacja prawna budynku jest jaka jest. Na szczęście pomysłów naszej ekipie nie brakuje :).

Karolinko, podziwiam Twoje zaangażowanie w tak wspaniałą sprawę. Tacy ludzie to skarb w dzisiejszym, coraz bardziej egoistycznym, świecie.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i mocno tulę.
Po prostu robię to co lubię. Tylko tyle... I nie wyobrażam sobie po tych kilku latach, że nie miałabym się poświęcać dla dobra innnych
UsuńMasz racje bycie animatorem to nie jest zadanie dla każdego. Ja jako dziecko chodziłam na ,,Dzieci Mari" do kościoła i miło sobie to wspominam. Pamiętam jak Animatorzy dwoili się by było ciekawie :D Teraz widząc co się dzieje z młodzieżą, mam wrażenie że bycie animatorem jest znacznie trudniejsze.
OdpowiedzUsuńOj tak, dzisiejsze dzieci są tak rozpuszczone, że czasami nie wiadomo jak się odezwać, aby nie były tak obrażone, że więcej nie przyjdą. Ale spokojnie, panujemy nad tym :D. Fajnie, że miałaś okazję być w "Dzieciach Maryi", bo to ciekawa organizacja
UsuńKarolinko, piękna scena miłości i Twoje życie jest piękne. Podziwiam takich ludzi jak Ty.
OdpowiedzUsuńKs. Bosko jest z Ciebie dumny. Gdy byłam dzieckiem, miałam książeczkę o św. Dominiku, przezywałam Jego losy każdego dnia...Szkoda, że się nie zachowała.
Ale ja nic takiego wielkiego nie robię...
UsuńDominika Savio uwielbiam. Zawsze przed zajęciami odmawiamy do niego modlitwę w oratoryjnej kaplicy, gdzie wisi jego obraz, aby zabawa i nauka przebiegła w radosnej atmosferze i przede wszystkim bezpieczeństwie. Wierzę, że nam pomaga, ponieważ jeszcze nigdy nie mieliśmy poważniejszego wypadku, co przy naszych warunkach jest nie lada wyczynem.