Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 18 lutego 2021

1259. O "Choruszkach" dla choruszków i o powrotach

Witam Was wszystkich bardzo serdecznie i sama dziękuję za tak ciepłe powitanie. Znowu nie wiem czym sobie zasłużyłam na tak gorące słowa... Przecież się niczym szczególnym nie wyróżniam spośród innych. Brak tutaj "wykwintnych" tekstów, nie umiem robić cudownych zdjęć, nie mam zdolności rękodzielniczych, czasami nawet mam wrażenie, że przynudzam. A jednak jest garstka osób, i to dosyć pokaźna, które się ucieszyły z mojego powrotu.
Tak jak pisałam w odpowiedzi na jeden z Waszych komentarzy, a także w poprzedniej notatce, najbardziej w czasie mojego pobytu w szpitalu żal mi było dzieci leżących na pediatrii/onkologii (w naszym szpitalu onkologia wraz z różnymi jej specjalizacjami znajduje się w osobnym skrzydle). Bo to że mnie nikt nie odwiedzał, to jakoś "mogłam przeżyć". Ale co muszą czuć dzieci, leżące w salach bez możliwości zobaczenia się na żywo z rodzicami? Przecież żaden misiu ani nawet rozmowa z nimi za pośrednictwem telefonu czy wideochatu nie zastąpi przytulenia, pogłaskania czy też potrzymania za rękę. Kiedy jeszcze nie było tych wszystkich obostrzeń, a ja akurat trafiałam na kilka dni na szpitalny oddział, to zawsze starałam się chociaż na chwilę zajrzeć na oddział pediatryczny, aby pobawić się lub porozmawiać z przebywającymi tam dziećmi. Nie wiem, czy normalnie jest to możliwe, ale ja wchodziłam tam "po znajomości", jako powiedzmy "absolwent oddziałowy".
Teraz oddziały zamknięte są na cztery spusty i wszelkie migracje między nimi są właściwie niemożliwe (może z wyjątkiem OIOMu, który rządzi się swoimi prawami i każdy w każdej chwili może na niego trafić). Zresztą odwiedziny też są zakazane, a rodzina może co najwyżej zostawić rzeczy dla swoich bliskich na dolnym holu. Jednak postanowiłam coś zrobić dla moich małych przyjaciół, aby chociaż trochę osłodzić im chwile spędzone w samotności. Napisałam więc dla nich rymowany wierszyk, który zatytułowałam "Choruszki".

Choruszki

Z takiej niewielkiej górki też można zjeżdżać "na pazurki" :-)
Leży w łóżku Jasiu,
leży też Marysia,
i tak sobie myślą -
co tu robić dzisiaj?

Na stole są kredki,
piękne, kolorowe,
"Już wiem - mówi Jasiu
- narysuję domek".

"Narysujesz domek?
- krzywi się Marysia.
- Jestem taka słaba,
daj mi mego misia".

Przychodzi pan doktor,
Jasia, Majkę bada,
zasiada na krześle,
i tak im powiada:

"Tu macie lekarstwa,
moje drogie dzieci,
bieżcie je z uśmiechem,
czas wam szybciej zleci".

Pije Jasio syrop,
tabletki je Majka,
wcale nie marudzą,
a w tle leci bajka.

Znoszą też zastrzyki,
znoszą i kroplówki,
czasami dostają,
od lekarza "krówki".

Mija jeden tydzień,
mija drugi, trzeci,
lekarstwa działają,
zdrowieją wnet dzieci.

Gdy będą już zdrowi,
ulepią bałwanka,
będą robić igloo,
i zjeżdżać na sankach.

Na taką zimę czekałam
Dzięki temu, że miałam ze sobą laptopa, mogłam ten wiersz napisać na nim, a potem dzięki pendrive przekazać tacie, aby wydrukował mi go na kartce. Następnie przynieśli mi go z rzeczami(czyt. książkami), a ja za pośrednictwem zaprzyjaźnionej pielęgniarki przekazałam go na oddział pediatryczny. W ogóle to niezła szkoła logistyki z tego wyszła. Ale się udało. Mam nadzieję, że najmłodszym choruszkom chociaż trochę się spodobał, i że podobnie jak Jaś i Marysia będą brali lekarstwa, aby szybciej wyzdrowieć. 

Wczoraj weszliśmy w mój ulubiony okres liturgiczny, czyli Wielki Post. Tradycyjnie już schola ma zamiar aktywnie włączyć w jego przeżywanie. Wczoraj np. śpiewaliśmy podczas wieczornej Mszy Świętej (z syndromem "o jacie, Loluś wrócił!"). A w przyszły tydzień mamy pierwszą oprawę Drogi Krzyżowej. Nawet dostałam tekst aż dwóch stacji do przeczytania.  Hmm... jak wracać, to z przytupem, prawda? Przed Mszą zdążyłam jeszcze podejść na pocztę, bo wynikło pewne zamieszanie z jedną paczką. Na szczęście wszystko się  wyjaśniło, a mi tylko żal, że się przesyłka o dzień opóźniła. Jednak co się odwlecze to nie uciecze, mam nadzieję, że przesyłka dotrze i ucieszy odbiorcę.

wtorek, 16 lutego 2021

1258. Wracam (mam taką nadzieję)

Przypadkowo opublikowany post dotyczący Wielkiego Postu(zupełnie zapomniałam, że miałam go zapisany nie jako wersję roboczą, ale jako post z przypisaną konkretną datą i godziną jego publikacji - brawo ja) niejako wywołał mnie do tablicy. Ech, trochę mnie nie było, trochę posypało mi się zdrowie. Znowu utwierdziłam się w przekonaniu, że w aktualnych czasach jedyną słuszną i pożądaną chorobą jest COVID, niestety. A jak dolega Ci coś innego, to już masz problem.
Prawda jest taka, że nikomu nie polecam znalezienia się w aktualnych czasach na leczeniu szpitalnym. Człowiek leży w szpitalnym łóżku sam, bo z powodu pandemii jest zakaz odwiedzin. Lekarze, chociaż starają się jak mogą, to jednak działają dużo mniej wydajniej niż w czasie pozakoronowym. Przez co wszystko się wydłuża. Chociaż najbardziej w tym wszystkim żal mi dzieci. Bo ja tam jeszcze mogłam jakoś wytrzymać bez bliskich, w samotności(nie wiem jak to jest w innych szpitalach, ale u nas na razie leży się w maksymalnie 2 osoby na sali - podobno w salach kowidowych leży po 6-8 osób), ale takie 5 - 6 latki? Nie wiem na ile rozumiały sytuację, w jakiej się znalazły. 
Ciekawostką jest, że w szpitalu działał system "wykupywania" łącza internetowego. Jego działanie trochę przypominało stare kafejki internetowe - "kupowało się" dostęp do rutera maksymalnie na godzinę, a w zamian centrala dodawała IP danego komputera do rutera. No, chyba, że ktoś miał internet w komórce, albo leżał na pediatrii(co w sumie jest dla mnie zrozumiałe - szkoła on-line i te sprawy). Ogólnie ceny powalały, więc łączyłam się tylko w wyjątkowych sytuacjach(miałam ze sobą laptopa i stos książek - niektóre rzeczy same się nie napiszą). Tak, wiem, jak to ktoś mi kiedyś napisał -> "żal.pl i w ogóle", że nie mam intermetu w komórce i nie jestem on-line 24/dobę, ale naprawdę, tak mi dobrze. I na razie nie zamierzam tego zmieniać.
Suma summarum po ponad miesiącu spędzonym w szpitalnej sali wracam do normalności. Oczywiście stopniowo, wszak co nagle, to po diable. Cieszę się, że już jestem w domu, być może zdążę jeszcze nacieszyć się tegoroczną zimą. Tak długo czekałam na ten śnieżnobiały puch, na szusowanie na nartach (tak, tak, umiem na nich jeździć mimo niepełnosprawności) po stokach(no dobra, po niewielkiej górce na sosnowieckiej Środuli) czy też biegać na biegówkach albo po okolicznym Parku Hallera, albo po drugim parku - tzw. "Zielonej". Co prawda w tym roku będę musiała obejść się przysłowiowym smakiem, mam jednak nadzieję, że to nie ostatnia taka zima. 

Normalnie w oddali byłoby widać sanktuarium św. Antoniego na Gołonoskiej Górce, najwyższym wzniesieniu w moim 
mieście, ale tak śnieżyło, że widok zniknął za śnieżnym puchem
To skwer przed jednym z lokalnych techniko-zawodówek, bardziej na lewo jest posadzonych wiele "drzew pamięci"

Godło mojego miasta(a w tle padający śnieg)

W centrum miasta(akurat byłam nadać kilka rzeczy na poczcie) też biało aż miło.

Wejście do Parku Hallera
Bazylika, o której kilka razy Wam opowiadałam
"Pałac Kultury Zagłębia" - zabytek z "tamtych" czasów
W wagoniku zamiast węgla - śnieg
Jak im nie zimno?
I znowu ptaszki

Cieszę się, że wyszłam akurat dzisiaj, bo jak wiadomo, od jutra w Kościele Katolickim rozpoczyna się okres Wielkiego Postu. Jest to czterdziestodniowy okres poprzedzający święta wielkanocne, który ma przygotować serca wiernych na najważniejsze święta w tradycji chrześcijańskiej.
Sam czterdziestodniowy okres jest bardzo silnie zakorzeniony w katolickiej tradycji. W Piśmie Świętym można znaleźć trzy paradygmatyczne opisy czterdziestodniowych okresów postu i modlitwy. Są to:

  1. post mojżeszowy, który przez czterdzieści dni przygotowywał się do przyjęcia tablic z Dziesięcioma Przykazaniami, które Bóg ofiarował Narodowi Wybranemu, aby ten na nowo nie popadł w nawyki niewolników(Pwt 9, 9)
  2. post Eliasza, który pościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy [u stóp] Bożej góry Horeb"(1 Krl 19, 8), aż usłyszał "szmer łagodnego powiewu" zbliżającego się doń Pana(1 Krl 19, 12),
  3. post Jezusa, który poprzedzał kuszenie Go przez szatana.
Zatem czterdzieści dni Wielkiego Postu trwającego od Środy Popielcowej do Wielkiej Soboty(z wyłączeniem niedziel, kiedy to nigdy nie obowiązywały przyjęte rygory), nierozerwalnie łączą się z dwoma wielkimi postaciami Biblii hebrajskiej - Mojżeszem będącym prawodawcom oraz uważanego za wzór proroka, Eliaszem, jak też postem Pana Jezusa na pustyni, który, chociaż różnie opisywany przez ewangelistów, był kluczowym wstępem do Jego działalności publicznej.
We wszystkich powyżej przedstawionych trzech przypadkach, owe czterdzieści dni było wyjściem poza zwykły rytm życia po to, aby otworzyć się jeszcze bardziej na działalność Ducha Świętego, przeżyć jeszcze głębsze nawrócenie oraz podążać drogą wyznaczoną przez Boga. To "wyjście poza" stanowi zasadniczą cechę charakterystyczną dla Wielkiego Postu i zgodnie z pradawną tradycją Kościoła, objawia się poprzez trzy współwystępujące ze sobą działania:
  1. jałmużnę,
  2. poświęcenie większej ilości czasu na modlitwę,
  3. post.
O co chodzi z tym współwystępowaniem? Wyrzeczenie się jakiś potraw ze względu na Wielki Post tak naprawdę niczym by się nie różniło od zwykłego odchudzania, gdyby nie towarzyszyło temu głębsze spotkanie z Trójcą Świętą za pośrednictwem modlitwy, lektury duchowej, refleksji, a także troski o ludzi będących w potrzebie. Te szczególne praktyki, które towarzyszom tym Czterdziestu Dniom(podobnie jak liturgia na każdy dzień Wielkiego Postu), bezustannie przyciągają chrześcijan ku pierwotnemu wołaniu Chrystusa: "Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię"(Mk 1, 15).
Trzy wątki: coroczny katechumenat będący odnowieniem przyrzeczeń chrzcielnych w czasie Liturgii Paschalnej, wydarzenie Boga w historii zbawienia i nadejściu Kościoła w osobie Chrystusa oraz zaproszenie do głębszej przyjaźni z Synem Bożym poprzez pełniejsze zrozumienie Jego Męki i śmierci wyznaczają rytm liturgiczny Wielkiego Postu.
Środa Popielcowa wraz z dniami występującymi bezpośrednio po niej(dwa pierwsze tygodnie) mają charakter pokutny. Modlitwy, czytania mszalne oraz czytania z Liturgii Godzin mają za zadanie wezwać wiernych do dokładniejszego przyjrzenia się własnemu sumieniu. Dobrze jest wtedy zadać sobie pytania: 
  • W jaki sposób moje życie jest świadectwem Królestwa Bożego?
  • Czy pamiętam, że jestem misjonarzem Dobrej Nowiny i należycie wypełniam tą misję?
  • Co we  mnie wymaga oczyszczenia, jeżeli mam pogłębić moją przyjaźń z Chrystusem?
Wraz z trzecią niedzielą, zmienia się charakter Wielkiego Postu - rozpoczyna się trwający trzy tygodnie wymiar chrzcielny. W drugim okresie Wielkiego Postu chrześcijanie słyszą wezwanie do głębszego naśladowania Chrystusa. Ważne, aby odpowiedzieć sobie wtedy na następujące pytania związane ze Słowem Bożym usłyszanym podczas czytania Ewangelii: 
  • W jaki sposób odpowiadam na pragnienie Chrystusa o moją przyjaźń w modlitwie, w świetle zaproszenia kierowanego do Samarytanki, która prosi przy studni o wodę?
  • Jak Chrystus otwiera mi oczy na to, czego wymaga ode mnie moja misja; ten sam Chrystus, który przywrócił wzrok ślepemu od urodzenia?
  • Czy tak jak Maria wierzę prawdziwie, że Jezus jest Synem Boga żywego i ma moc, by uwolnić mnie, jak Łazarza, z objęć grzechu i śmierci?
Powyższe trzy ewangeliczne relacje(o Samarytance przy studni, o uzdrowieniu ślepego od urodzenia i o wskrzeszeniu Łazarza) pełniły kluczową rolę w praktyce katechumenalnej Kościoła w pierwszych wiekach - były dla mających przyjąć chrzest streszczeniem wezwania do życia w Królestwie uobecnionym pośród nas w osobie Jezusa Chrystusa. Te perykopy(inaczej mówiąc fragmenty Pisma Świętego przeznaczone do czytania i objaśniania podczas danego nabożeństwa) czytane teraz w trzecią, czwartą i piątą niedzielę Wielkiego Postu, są swoistym zaproszeniem każdego chrześcijanina, aby w swojej wyobraźni jeszcze raz odbył indywidualny katechumenat. W ten sposób na nowo przeżyje okres liturgiczny, w którym rozważane są tajemnice miłości i miłosierdzia Bożego, a to znowu może być pomocne w jeszcze głębszym naśladowaniu Chrystusa.
Nadchodzi Wielki Tydzień. Rozpoczyna go celebracja Chrystusa jako Króla, tj. Niedziela Palmowa, która jest liturgicznym wspomnieniem triumfalnego wjazdu Pana Jezusa do Jerozolimy. Poniedziałek, wtorek oraz środa to dni, które mają bezpośrednio przygotować wiernych do rozpoczynającego się w Wielki Czwartek(a konkretniej od Mszy Wieczerzy Pańskiej) Triduum Paschalnego. Msza Wieczerzy Pańskiej ma swoją kontynuację w wielkopiątkowej Liturgii Męki Pańskiej(jedynym dniu w roku, kiedy nie jest odprawiana Msza święta). 
Zwieńczeniem Triduum Paschalnego jest zaś Wigilia Paschalna, która przechodzi płynnie w Niedzielę Wielkanocną, świętowaną przez Kościół przez kolejnych osiem dni. Wszystko kończy się Oktawą przypadającą na drugą niedzielę wielkanocną, ustanowioną przez Jana Pawła II Niedzielą Bożego Miłosierdzia. Każdy dzień Tygodnia Wielkanocnego jest więc Wielkanocą, o czym przypomina codzienna prefacja mszalna - przez osiem dni wierni rozważają wypełnienie się wędrówki nawrócenia, której celem jest zmartwychwstały Chrystus, Alfa i Omega, do Którego należy czas i wszystkie wieki, dla Którego wszystko zostało stworzone i w Którym wszystko znajduje swoje prawdziwe znaczenie.(na podstawie książki "Rzymskie pielgrzymowanie" George Weigela i innych, s. 31 - 33).

Osobiście bardzo się cieszę, że jest taki okres w ciągu roku, kiedy się można wyciszyć. Tak samo, jak cieszę się z sympatycznej przesyłki, którą otrzymałam od Lidzi za największą ilość przeczytanych książek w organizowanym przez nią konkursie czytelniczym. Paczka była dla mnie prawdziwą niespodzianką, tym bardziej, że czytałam bardziej dla siebie, niż dla fanfar. Więc może dlatego wywołała u mnie prawdziwą, autentyczną radość? Tym bardziej, że raczej spodziewałam się czegoś skromnego, a tymczasem jej zawartość zupełnie mnie zaskoczyła(i znowu pojawiło się pytanie, czy na pewno na to wszystko zasłużyłam?). Bo oto w paczce znalazły się:
Książki cz. 1 - "Książki Wybrane"
Książki cz. 2 - "Dokąd odchodzą parasolki", "Myśliwce. Życie ptaków drapieżnych", "Wojna światów"
Coś dla ciała - krakersy(nie wiem jak to się nazywa), 2 kawy ekspresowe, świeczki zapachowe, Yerba Mate oraz kartka
gratulacyjna, notes, zakładka, kubek i (chyba) podpórka pod książki
Cała przesyłka razem
Nie powiem, że nie jestem oszołomiona tą przesyłką, bo jestem. Tak jak pisałam, nawet nie myślałam, że mogłaby być aż tak bogata. Ot, taki przyjemny powrót do domu. W ogóle dziękuję wszystkim tym, którzy po dłuższej nieobecności zaczęli pytać co się dzieje. Zawsze myślałam, że jeżeli bym zniknęła to i tak nikt by nie odczuł, nie zauważył mojej nieobecności. Zniknęłabym w gąszczu blogowej puszczy. A tymczasem... Dziękuję Wam za to po stokroć! 
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie. I obiecuję, że powoli będę docierać na Wasze blogi. Tylko dajcie mi trochę czasu...

środa, 6 stycznia 2021

1257. Współcześni Magowie, czy może Herodowie?

Wiele lat temu(na przełomie listopada i grudnia 2012 roku) udało mi się napisał niewielką książkę, którą zatytułowałam "Opowieść o czwartym królu". Była to luźna interpretacja legendy o czwartym królu, jaką usłyszałam podczas rorat w 2005 roku. Trochę ją rozbudowałam, posługując się moją ówczesną wiedzą  zarówno teologiczną, jak i na temat świąt obchodzonych przez wyznawców judaizmu.
Nikt nie wie, ile tak naprawdę było Magów, czy też Astronomów, którzy przyszli pokłonić się małemu Jezusowi. Ewangelia św. Mateusza wspomina tylko o tym, że przekazali Dziecięciu w darze złoto, kadzidło i mirrę. Czy darów było więcej? Możliwe, że czas zatarł o tym informację, a i sama Święta Rodzina być może była wstrzemięźliwa co do tego, co wtedy otrzymali. Dlatego przez lata powstawały liczne legendy odnośnie samego wydarzenia.
Ale jak to się stało, że przebyli oni taki szmat drogi, aby oddać pokłon Dziecięciu, kiedy mieszkańcy oddalonej o ok. 7 kilometrów od Betlejem Jerozolimy nie zorientowali się po znakach na niebie i ziemi, że oto przyszedł na świat oczekiwany Mesjasz? Na terenach z których przybyli(przypuszczalnie ze starożytnej Persji) musieli przebywać Żydzi, którzy posiadali różne swoje Księgi, w tym tekst proroctwa Micheasza. Magowie musieli w nie mieć wgląd, a jednocześnie kiedy zobaczyli na niebie tajemniczą gwiazdę(czyżby nietypowe ułożenie Saturna, Jowisza i być może Marsa) powiązali to z tym, co wyczytali w przekazie. Wiedzieli już gdzie szukać Króla Królów, chociaż jako poganie mogli nie zdawać sobie sprawy z Jego potęgi - wszak w proroctwie wyraźnie było napisane, że niewielkie Betlejem dostąpi tego zaszczytu. Powszechnie było już wiadomo, gdzie znajduje się Juda, dlatego, wbrew pozorom, samo zaplanowanie wyprawy nie stanowiło większego problemu.
Nie wiadomo kiedy Magowie wyruszyli w swoją podróż, jednak z ewangelicznego opisu, że na miejsce dotarli, gdy Jezus miał najwyżej 2,5 roku. Rodzina nie mieszkała już w stajence, tudzież grocie, ale w domu. Zanim jednak udali się do Betlejem, zatrzymali się na chwilę w Jerozolimie, aby dowiedzieć się czegoś więcej.
Jakież musieli być ich zdziwienie, kiedy odkryli, że w centrum judaizmu nic nie wiedzą o zdarzeniu, które miało miejsce ok. 2 lat wcześniej. A przecież w mieście roiło się od rabinów i uczonych w Pismach, którzy znali je bardzo dobrze. Dlaczego więc nie dostrzegli tego, co zobaczyli Mędrcy ze Wschodu? Dlaczego nie zaciekawiła ich tajemnicza gwiazda, która zafrapowała wędrowców? Dlaczego nie pokonali tych 7 kilometrów, kiedy wiedzieli, że to właśnie tam ma się stać cud nad cudami? Cóż za paradoks - oni mieli 7 kilometrów do pokonania, kiedy Magowie przemierzyli ich ok. 350. Jakaż musiała być ich wiara i mądrość, że odważyli się na ten krok. Odważyli się, bo chcieli poznać prawdę.
Na przeciwległej szali można postawić Heroda, postać niesamowicie negatywną, nieustannie obawiającą się utraty władzy i tronu. Z tego powodu potrafił nawet zamordować swoją matkę i żonę. Był Żydem, toteż musiał wiedzieć o proroctwie. I że przyjdzie Król, który jednak nie zasiądzie na tronie, a jego orszak będzie stanowiła rzesza ludzi o czystych duszach. A mimo to, kiedy dowiedział się o narodzinach, wpadł w furię. Nawet nie próbował się dowiedzieć czegoś więcej o nowo narodzonym królu. Jedynie o czym myślał to o tym, że ma "konkurencję". A skoro ma konkurencję, to trzeba się jej pozbyć. Dziś szacuje się, że w wyniku wydanego przez niego rozkazu, około 150 chłopców zostało pozbawionych życia. Taka była cena za prawdę, której nie chciał poznać.
Nie są znane dalsze losy Mędrców, którzy złożyli pokłon małemu Jezusowi. Możemy tylko przypuszczać, że po tym wydarzeniu powrócili do swojej krainy lub krain. W jaki sposób zmieniło się ich życie? Jaką naukę wynieśli z tego spotkania? Tutaj można puścić wodze fantazji. Mam nadzieję, że wrócili z niego jako wewnętrznie przemienieni ludzie, nawet jeżeli w dalszym ciągu zostawali poganami. Jakże pięknym by było, gdyby opowiadali o tym niezwykłym spotkaniu innym ludziom mieszkającym w ich krainach. A gdyby ich było, tak jak głosi legenda, 12? Mogliby rozejść się po Wschodzie, będąc tym samym pierwszymi Apostołami. Ot, taka analogia i zapowiedź tego, co się kiedyś wydarzy.
Zastanawiam się ile we współczesnych chrześcijan jest z owych Magów? Czy z odwagą idziemy na spotkanie z Bogiem? Czy nie boimy się szukać dróg na poznanie prawdy? Na ile jesteśmy w stanie wyjść z własnej strefy komfortu i iść na spotkanie z drugim człowiekiem? Czy może bliżej nam do Heroda, który żył jakby w oderwaniu od rzeczywistości, kierował się egoizmem, oczy i umysł zaś miał "zamknięte" na poznanie tego, co było prawdą. To go zgubiło, ponieważ dzięki podążeniu do prawdy, mógłby dojść do tego, że owszem, Jezus może stać się królem, ale "królestwa nie z tego świata". Czy i my nie mamy często własnego wytłumaczenia na niektóre sprawy, niekoniecznie związane ze sprawami religii. Czy i my zbyt często nie chcemy przyjąć świata na "naszych zasadach", niejednokrotnie bez poszanowania zdania i praw innych. Pamiętajmy też o tym, że na dany temat mogą być różne zdania, nie oznacza to, że mamy się na wszystko zgadzać, a zarazem powinniśmy wypowiadać nasze zdanie tak, aby dana osoba czuła się jak najmniej "atakowana".

Kochani, życzę Wam, aby więcej było w Was z Trzech Mędrców, niż z Heroda. Nawet będąc niewierzącymi, niepraktykującymi można odkrywać i podążać za poznaniem prawdy w różnych dziedzinach.

wtorek, 5 stycznia 2021

1256. A z Nowym Rokiem...

Pierwsze dni nowego roku minęły mi nie wiadomo kiedy. Problem polega na jednym - zrobiłam nieco mniej rzeczy, niż zaplanowałam, z czego nie jestem dumna... No cóż, to chyba też jest oznaką upływu czasu...
Tak samo jak oznaką upływu czasu jest śmierć kolejnych osób. Tym razem dowiedziałam się o odejściu z tego świata jednego z historyków, który uczył w liceum, do którego uczęszczałam. Co prawda nie załapałam się na lekcje przez niego prowadzone - akurat przeszedł na wcześniejszą emeryturę w tym samym roku, w którym ja zaczęłam edukację w jego murach, jednak z racji tego, że nauczał w szkole od początku jej istnienia, uważany był za żywą legendę. Zresztą, znałam go dość dobrze - jego żona pracowała w mojej szkole podstawowej i gimnazjum w dziale administracji, on sam przychodził nauczać licealistów, kiedy jeszcze działał u nas oddział szkoły średniej(potem został przeniesiony do dostosowanego do potrzeb osób niepełnosprawnych budynku). Znałam też jego syna, Stasia, uroczego bąbla(teraz to już ponad 20-letni kawaler) przyprowadzanego nieraz przez mamę do naszej szkoły. Normalna rodzina. No, może prawie. Pan Andrzej, podobnie jak ja, posiadał "przyjaciela na całe życie" - Dziecięce Porażenie Mózgowe, objawiające się m.in. niedowładami rąk. Mimo to ukończył studia(w czasach, kiedy to maszyny do pisania pełniły funkcje laptopów), jak już pisałam - pracował w szkole jako znakomity nauczyciel. Myślę, że budził tym szacunek, zarówno wśród uczniów, jak i kolegów. Uczył dobrze - wszyscy jego uczniowie, którzy zdecydowali się na pisanie egzaminu z historii na maturze, zdawali go, spod jego skrzydeł wyszło też wielu olimpijczyków. Nawet jak odszedł na emeryturę, zawsze zjawiał się na uroczystościach związanych z szkołą...

No i tak jakoś dziwnie mi się zrobiło, kiedy dowiedziałam się o jego śmierci, chociaż wcale mnie nie uczył...

Trzymajcie się ciepło. Pozdrawiam serdecznie    

piątek, 1 stycznia 2021

1255. Rok pełen wiary, nadziei i miłości

Nowy Rok 2021 został przywitany trochę skromniej niż jego poprzednicy. Nie było zbyt wielu fajerwerków, wystawnych bali, dużych domówek. Wielu z nas spędziło tą wyjątkową noc w gronie najbliższych nam osób lub też wręcz samemu, przy ukochanym filmie, dźwięku ulubionej muzyki czy sylwestrowym show zaproponowanym przez stacje telewizyjne.
Mi upłynął on w domu rodzinnym, w serdecznej przyjaznej atmosferze. Tradycyjnie już takim przedsionkiem do tego wyjątkowego wieczoru jest uczestnictwo w wieczornej uroczystej Mszy Świętej na zakończenie Starego Roku połączonego z nabożeństwem dziękczynnym. Kiedy uroczyste "Te Deum"(jak ja kocham łacińską nazwę tej pieśni 😀) rozległo się w murach mojej niewielkiej świątyni poczułam, że naprawdę mam za co dziękować. Był to dziwny rok, owszem, ale jeżeli położyć na szali wszelkie zło i dobro, jakie wydarzyło się w tym roku, to szala zdecydowanie przechyli się na stronę dobra. Mimo wszystko, mimo niespodziewanemu zwrotowi akcji, jaki zaszedł w połowie marca i który zmusił do modyfikacji planów niejednego z nas(moich też) doświadczyłam w ciągu tych 12 miesięcy tyle dobra, że mogłabym obdarować nim wielu ludzi. Jednocześnie mogę powiedzieć, że miniony rok, jak żaden dotychczasowy, minął pod znakiem wiary, nadziei i miłości.

Jeden z zamieszczonych w niej referatów jest
mój
Tegoroczna Droga Krzyżowa w Wielki Piątek - mimo,
że tylko na ekranie telewizora, to jednak nie mniej owocnie
(tutaj musiał być początek, bo potem w miarę aktywnie
w niej uczestniczyłam i nie było czasu na pykanie zdjęć)
Ludzka wiara może przybierać różny wymiar. Można wierzyć w Boga, w siły nadprzyrodzone, w przyszłość, można wierzyć w kogoś i w samego siebie. W tym roku doświadczyłam wiary na różnych płaszczyznach jak nigdy wcześniej. Mimo dwumiesięcznego lockdownu moja wiara w Boga nie tylko nie opadła, ale wręcz przybrała na sile. Jakoś nigdy nie                obwiniałam go o zło tego świata, zaś "uczestnictwo" w codziennej Mszy świętej transmitowanej przez telewizję i wsłuchiwania się w Słowo Boże pozwoliło mi nie tylko umocnić moją wiarę, ale i znaleźć sens w tym, co się działo dookoła. Pomimo narodowej kwarantanny działo się też wiele dobrych przedsięwzięć w sferze internetu. Dosyć szybko trafiłam do facebookowej grupy "Grupy Apostolskie", gdzie codziennie było rozważanie oraz wieczorna kompleta, zaś wraz z kilkoma innymi członkami utworzyliśmy osobną grupę. I chociaż musieliśmy się zadowolić przebywaniem we własnych mieszkaniach, to jednak w jakiś sposób tworzyliśmy wspólnotę. Rok 2020 był też wiary niespodziewanej wiary we mnie i w moje możliwości. Do dzisiaj pamiętam, jak zobaczyłam na internecie ogłoszenie dotyczące konferencji o rodzinie na podstawie przemyśleń związanych z rodziną i nauczaniem Jana Pawła II. Z wahaniem zarejestrowałam się jako prelegent. Ba, nawet wiedziałam o czym chcę mówić. Tylko tak dzień przed ogłoszeniem kwarantanny dostałam o to małe manto od pani Dyrektor. Manto, które skwitowała, że jednak wierzy, że uda mi się wymyśleć referat na poziomie. Udało się, pomimo ograniczonego dostępy do materiałów(pozamykane biblioteki itp.). I chociaż do konferencji nie doszło, to jednak dostałam książkę zawierającą zbiór niewygłoszonych referatów, w tym także i mój. Ten rok, z okazji 100 rocznicy urodzin św. Jana Pawła II, jak również to, że nałożyła się na niego kwarantanna, był doskonałą okazją ku poszerzeniu wi adomości o nim. Oczywiście przysłużył się temu wspomniany referat na konferencję, kiedy czasami byłam wręcz obłożona książkami, aby zdobyć jak najwięcej wiadomości o naszym Wielkim Polaku.

Ale też ostatnia książka przeczytana przeze mnie w tym roku związana była z osobą papieża Jana Pawła II.
Niemałą wiarą wykazali się również Kapral z panią Dyrektor. Dzięki nim dokonałam dwóch rzeczy, które na pozór wydawałyby się niemożliwe do osiągnięcia przez pandemię. Dlatego myślę, że czerwcowy Sukces(dopiero trzy tygodnie temu mała literka mogła zostać zamieniona na dużą) jest częścią składową naszej trójki - ich wiary i mojej pracy.

Nadzieja... W tych ciężkich czasach wydaje się być trochę nieadekwatnym sformułowaniem. A jednak była. I z reguły łączyła się z wiarą. Wszak to z tymi dwoma uczuciami za każdym razem wkraczamy w kolejny rok. To te dwie cnoty powodują, że mamy perspektywy na to, że jeszcze będzie dobrze. Rok zaczął się dla mnie dobrze. Już pierwszy weekend był intensywny. Nie chcąc zawieść nadziei S. i O. udałam się na ich ślub do nieznanej mi wcześniej miejscowości za Opolem. Dzień później wraz z młodzieżowym zespołem parafialnym zanieśliśmy nadzieję wiernym z zaprzyjaźnionej parafii, dając w niej koncert kolęd i pastorałek.
Z S. w dniu jej ślubu
Koncert kolęd i pastorałek

Potem nadszedł luty, a wraz z nim owocne praktyki w Środowiskowym Domu Samopomocy w S-cu oraz jednej z placówek opiekuńczo - wychowawczych w K-wie.
Takie ciekawe rzeczy robiło się z podopiecznymi na praktyce

Potem przyszły tygodnie niepewności, ale i nadziei, bo przecież kiedyś to wszystko musi minąć. Po zamknięciu uczelni pojawiła się pierwsza z nich, na kontynuowanie nauki, a mianowicie nauczanie zdalne. Niby to nie to samo, ale zawsze coś.
Pierwszy dzień nauczania zdalnego - 14 marzec 2020

A takie śniadanie zafundowałam sobie pewnego
wrześniowego poranka
Moje kremówki
Czas powoli posuwał się do przodu, a jego nadmiar można było wykorzystać na coś, czego dotychczas się nie odważyłam zrobić - a więc wojaże w kuchennym zaciszu. I jak pewnie większość z Was pamięta, moja przygoda z pieczeniem kremówki skończyła się wybiciem korków w mieszkaniu, to jednak w ostatecznym rozrachunku udało mi się je upiec. A to już dało nadzieję na kolejne wypieki w moim wykonaniu. Pewnego dnia pojawił się więc i upragniony od dawna omlet, zaś pierniczkami zachwycali się wszyscy moi sąsiedzi.
Nadzieję niosły też wyjazdy. Na początku czerwca miałam okazję spotkać się z rodziną w przepięknej scenerii naszych polskich Beskidów. Następnie udało mi się kolejny raz pojechać na obóz sportowy, gdzie po raz pierwszy zachwyciłam się pięknem Pustyni Błędowskiej. W końcu 30 urodziny, zupełnie dla mnie niespodziewanie, spędziłam w cudownym Międzybrodziu Bialskim. W międzyczasie udało mi się wziąć udział w całym cyklu tegorocznych Mitingów Lekkoatletycznych odbywających się w Sieradzu, Krakowie, Tarnowie, Słubicach oraz Szczecinie. I chociaż organizatorzy odradzali zwiedzanie miast ze względu na pandemię, przyjemnie było się wyrwać gdzieś poza własną miejscowość.
Widok na Krzeszów na tle Babiej Góry
Urzekający Zalew Mucharski
Zwiedzając Maczki w Sosnowcu przypomniałam sobie kawałek historii narodowej
Taki widok miałam z okna hotelu, w którym zakwaterowali nas na obozie sportowym
W tak cudownej scenerii przyszło mi spędzić dzień 30 urodzin
Pustynia Błędowska zachwyciła mnie od pierwszego wejrzenia
Przed startem w Tarnowie

Moje rodzinne miasto też potrafiło zachwycić

Prześliczny album od Ewuni  J., który przekazałam Kropce
I wreszcie docieramy do szeroko pojętej miłości, która przybrała szeroki wachlarz znaczenia. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj miłość, jakiej doświadczyłam od najbliższych, którzy zawsze potrafili mnie wesprzeć dobrym słowem, radą, gestem, z którymi dzieliłam moje radości i troski. Potem moi znajomi, którzy dzielili ze mną dolę studenta. Jestem im wdzięczna za to, z jaką empatią i wyrozumiałością podchodzili do wszystkich moich niedoskonałości i "trudności" za mną związanych. Ale przecież i od Was otrzymałam wiele dobra. Już w lutym od Ewuni dostałam cudowny album na zdjęcia i notatki, który teraz służy Kropce. Zresztą od każdego z Was nieustannie dostaję ogromne dowody sympatii w formie nawet zwykłych komentarzy. Nawet nie wiecie jakie to miłe. Jest to dla mnie jeden z dowodów na to, że warto prowadzić blog. Kolejne przesyłki-niespodzianki dotarły do mnie w okolicy urodzin. Aż wreszcie tuż przed świętami, wywołując w moich oczach łzy wzruszenia, że jednak jest ktoś, komu nie zawadzam. Kto chociaż w minimalnym stopniu polubił mnie ze wszystkimi moimi wadami i niedoskonałościami.
Urodzinowe niespodzianki
Przesyłka świąteczna od Uleńki
Niezwykle bogata paczka od Basi Pawlak(całą jej zawartość możecie zobaczyć >>tutaj<<)
Wzruszająca przesyłka od Basi Wójcik

Ech, właśnie spoglądam na kartki świąteczne od Basi, Basi, Gosi, Uli oraz Agai i myślę sobie, że mimo wszystko mam szczęście do ludzi. Wiem, że nigdy nie zdołam się odwdzięczyć za miłość i dobroć, jaką dostałam od innych osób. Niewielką jej część "przesyłam dalej" w postaci działalności wolontariackiej. Wszak, jak to próbowałam udowodnić w mojej pracy magisterskiej, wolontariat jest jedną z form pełnienia uczynków miłosierdzia. Z jednej strony nic takiego nie robię, ale z drugiej gdzieś z tyłu głowy czai się satysfakcja z tego, że chociaż w niewielkim stopniu pomagam innym w czynieniu dobra i propagowaniu miłości względem innych.
Bieg Walentynkowy
Wrześniowy Bieg Frasattiego
Październikowy SilesiaMaraton
Grudniowy finał Szlachetnej Paczki

I tak by w skrócie wyglądał mój 2020 rok. Nie był zły. Nawet się śmieję, że trochę przypominał moje życie - chociaż pod górkę, to zawsze do przodu. Jaki będzie 2021? To na razie tajemnica... Tajemnica, którą będziemy odkrywać przez kolejnych 365 dni.