Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 12 maja 2021

1297. Kolejna góra zdobyta?

Kiedy wprowadziłam się na swoje mieszkanie, większość czynności związanych ze sprzątaniem nie była dla mnie tajemnicą. Akurat w rodzinnym domu miałam też swoje obowiązki, które wykonywałam z prawdziwą radością. Nawet nie wiecie jaka to była dla mnie przyjemność, pomóc rodzicom mimo wszystko. A potem niespodziewanie zaprocentowało to w samodzielnym życiu.
Mycie podłóg? Oczywiście! Czyszczenie kuchni? Pestka! Mycie naczyń? Tuwimowa fraszka-igraszka! Ścieranie kurzy? No przecież! Prasowanie? Każda ilość! Nawet umycie łazienki nie stanowiło dla mnie większego problemu. Moje mieszkanie to muszę o nie dbać, czyż nie? Jedyne do czego nie mogłam się przekonać to do mycia okien i zmiany firanek. Po prostu przerastało mnie to zajęcie. Do dzisiaj.
Zazwyczaj tą czynność wykonywał za mnie ktoś z najbliższej rodziny. Jednak ostatni raz moje okna były myte jakieś... 1,5 roku temu. Od tego czasu nie mogę się doprosić, aby ktoś do mnie przyszedł i je przetarł. Szyby wyglądały koszmarnie z szarym nalotem, w ramach zgromadził się obrzydliwy czarny kurz. Czarę goryczy przelał fakt, że obiecali mi umyć je w ubiegły weekend, kiedy byłam na zawodach w Słubicach. Dlaczego nikt tego nie zrobił? Nie mam pojęcia. Ale zrobiło mi się przykro - jak zwykle obiecali i nie dotrzymali tej obietnicy. Której z kolei? Trudno zliczyć. Dobrze, że chociaż Pusię nakarmili. Nie, to nie tak, że narzekam na rodziców, bo mam ich dobrych, bardziej na ich brak słowności.
Byłam zła i rozgoryczona. Być może ktoś by sobie przypomniał o moich oknach w ten weekend(akurat jadę na 4 dni, od jutra do niedzieli, na Mistrzostwa Polski do Bydgoszczy), ale ja już naprawdę nie mam siły już czekać na coś do nie wiadomo kiedy. Wzięłam więc sprawy w moje ręce i... sama je umyłam. Zajęło mi to może z 30 minut(a w tle leciał wykład na temat psychoanalizy Freuda). Długo? Krótko? Nie mnie to oceniać. Fakt, nie myłam ramy okiennej od zewnątrz, bo to by się źle dla mnie skończyło(myślicie, że upadek z 3 piętra na chodnik jest bardzo bolesny? - ale to też powód dla którego dotąd nie odważyłam się tego zrobić, jak już kilkakrotnie wspomniałam - moją równowagę na trzeźwo można porównać do równowagi kogoś po kilku piwach, zwłaszcza kiedy stoję na "niepewnym podłożu", a parapet, wbrew pozorom, taki dla mnie jest), ale szyby i ich obramowania, jak również tą część okna od mieszkania już tak.
I wiecie co? Mam to gdzieś, że na szybach widać fugi i zacieki(na treningu mama Gaciocha uświadomiła mi, że mycie okien w bardzo słoneczny dzień nie jest dobrym pomysłem). Mam to gdzieś, że zrobiłam to nieidealnie. Jestem wręcz szczęśliwa, że to zrobiłam mimo swoich ograniczeń. Mimo tych wszystkich "niepowodzeń"(tak, wiem, nie jest to idealne określenie) przez okno od razu wpada więcej światła. Być może widzę tylko to, co chcę widzieć. Ale jakże to jest piękny widok!

poniedziałek, 10 maja 2021

1296. Opowieść o małym, ale Wielkim Duchem Manuelu

Lubię w moje wyjazdy na zawody zabrać ze sobą jakąś książkę. Zawszę, chociażby w podróży, znajdzie się chwila, aby do niej zerknąć. Czasami wręcz muszę dzielić uwagę pomiędzy jej poszczególnymi stronami, a tym co się dzieje za oknem(ach, jak pięknie żółci się rzepak na polu), albo na stadionie. Z drugiej strony w ten sposób przeczytałam wiele pozycji, a godziny spędzone w podróży nie dłużyły mi się tak bardzo. Podczas ostatniego weekendowego wyjazdu nie mogło być inaczej, a moją lekturą była książka "Manuel mały wojownik Światła"

Tytuł: "Manuel. Mały wojownik Światła"
Autor: Enza Maria Milana, Valerio Bocci
Wydawnictwo: Wydawnictwo Franciszkanów Bratni Zew
Kraków 2019
Ilość stron: 296

Dziewięć lat... Tylko tyle dane było spędzić na Ziemi małemu Manuelowi Fodera z Włoch. Większość tego czasu spędził na szpitalnym oddziale, walcząc z nowotworem wieku dziecięcego - neuroblastomą. Jednak jak sam twierdził - jego choroba była darem od Boga, dzięki któremu miał ewangelizować swoje otoczenie.
Manuel był najmłodszym dzieckiem Enzy i Peppe Fodera. Do czwartego roku życia rozwijał się jak dzieci w jego wieku. Jednak pewnego letniego dnia chłopiec zaczął odczuwać dokuczliwy ból w nodze, do tego dochodzi gorączka. Szereg badań nie pozostawia złudzeń - to nowotwór i tylko 10% szans na wyleczenie. Dla Manuela rozpoczyna się uporczywe, wyniszczające leczenie. Kolejne cykle chemioterapii nie tylko wyniszczają jego drobne ciało, ale i uniemożliwiają mu np. chodzenie do szkoły. On jednak ma swoją "tajną broń" - to modlitwa i opowiadanie wszystkim dookoła o dobroci Pana Boga względem każdego człowieka. Przynajmniej raz dziennie stara się zajść do szpitalnej kaplicy, aby poadorować Najświętszy Sakrament, w miarę możliwości każdego dnia przyjmuje Komunię Świętą. Sam układa modlitwy, które następnie rozdaje dzieciom leżącym w szpitalu, ich rodzicom i znajomym. Koresponduje z wieloma biskupami, a nawet papieżem Benedyktem XVI, nazywając ich swoimi przyjaciółmi. Zaś swoje cierpienie ofiarowuje za tych, którzy tego najbardziej potrzebują.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź książki o Manuelu i przeczytałam jej fragment, całym sercem zapragnęłam ją mieć. Tym bardziej, że zadziwiające jest, iż tak małe dziecko może być aż tak dojrzałe pod względem swojej wiary. Do swojej Pierwszej Komunii Świętej przystąpił w wieku 6 lat, do bierzmowania - zaledwie dwa lata później. Po każdym przyjęciu Ciała Chrystusa pogrążał się w długiej rozmowie z Bogiem, podczas której dostawał od niego wskazówki odnośnie swojej "misji Światła". Pisał rozważania i listy zachęcające do rozmowy z Bogiem. A z drugiej strony, jak każdy mały, chory chłopiec, miewał i chwile trudności, robił psikusy, droczył się z mamą. To autentyczna historia, która działa się stosunkowo niedawno - dzielny "wojownik Świata" zmarł dekadę temu, w lipcu 2010 roku, zaledwie miesiąc po swoich dziewiątych urodzinach.
Chociaż na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że jest to książka przepełniona cierpieniem, to muszę Was zmartwić - zdecydowanie przeważa w niej miłość i zaufanie do Boga i do planu, jaki przygotował dla Manuela. Aż chciałoby się po jej lekturze powiedzieć, bez odrobiny przesady, Manuela, który był świętym już za życia.

niedziela, 9 maja 2021

1295. Sezon sportowy na start

Czas leci szybko. Zdecydowanie za szybko, przynajmniej jak dla mnie. Wybaczcie moją ostatnią nieobecność na blogu, ale brakuje mi czasu na niego. To znaczy jeszcze jakaś notka mogłaby się na niej pojawić, gorzej z odwiedzenia Waszych blogów. A jakoś głupio się czuję, gdy u mnie coś się pojawia, ale nie mogę do Was "wpaść". Czuję się, jakbym Was lekceważyła... Mam nadzieję, że zrozumiecie.
W ostatni weekend wraz z dwoma znajomymi reprezentowałam nasz klub sportowy podczas I Rundy Paralekkoatletycznego Grand Prix Polski, które w tym roku odbywało się w Słubicach, a organizowane było przez oddział "Startu" w Gorzowie Wielkopolskim. Słubice dosyć często organizują lekkoatletyczne mittingi(pierwszy raz wzięłam w nich udział w 2011 roku, czyli dekadę temu), nawet rok temu organizowali III Rundę Grand Prix. Do historii przeszedł sposób, w jaki dotarłam na nią - jak to podsumowali w klubie: połączenie zaradności z desperacją(szczegóły zostawię dla siebie).
W styczniu, na głównej stronie ogólnopolskiego Startu, pojawił się ramowy zarys imprez sportowych przewidzianych na najbliższych 12 miesięcy. Ale że ubiegły rok pokazał, jak bardzo niepewna jest przyszłość, wszyscy liczyli się z totalną rewolucją w terminach kolejnych startów. Na razie jednak wszystko przebiega zgodnie z harmonogramem, na meila wpływają informację o kolejnych zawodach, a na treningach pada pytanie, kogo ma na które zgłosić. Na te zawody zgłosiliśmy się w czwórkę: ja, Młodsza, Gacioch oraz Misiek. Dodatkowo mama Gaciocha zaoferowała się, że oprócz swojego syna, zawiezie także mnie i Młodszą, żebyśmy nie musiały jechać pociągiem z przesiadkami - to chyba aluzja do mojej zeszłorocznej przygody(Misiek miał jechać z żoną). Jednak finalnie wystąpiła nas trójka, bo Młodszej strzeliło coś w kręgosłupie, a opis RTG będzie miała dopiero po weekendzie.

Takich czterech jak nas trzech nie ma w całej galaktyce

Podróż do Słubic zaczęliśmy wraz z deszczem, który z różną intensywnością padał od bramek na A4 w Gliwicach do bramek we Wrocławiu. A potem, dla odmiany, nawigacja kierowała nas na Berlin. O nie, kochana blondyneczko, my tacy głupi nie jesteśmy i w przeciwieństwie do ciebie wiemy, że może to się dla nas skończyć np. kwarantanną. Dlatego postanowiliśmy być od niej mądrzejsi i mama Gaciocha szukała alternatywnej trasy na komórce, a ja - na papierowej mapie. W końcu zdecydowaliśmy jechać w kierunku Żagania, a potem na Krosno Odrzańskie i w końcu do Słubic. Tym sposobem po 6 godzinach drogi byliśmy na miejscu. Zakwaterowaliśmy się w przystadionowym hotelu i po chwili odpoczynku udaliśmy się na kolację na stołówkę. Właściwie to była obiadokolacja, bo dostaliśmy ryż z duszoną marchewką oraz potrawką z ryby. Następnie, ponieważ pogoda raczej nie zachęcała do spaceru, wróciliśmy do hotelu. W międzyczasie dokwaterowano mi zamiast Młodszej kierowcę (kobietę) ekipy z Krakowa, nie byłam więc sama w pokoju. Wieczór spędziłam na lekturze książki oraz rozmowie z nowopoznaną osobą.
Nazajutrz pogoda nieco się poprawiła, co dawało nadzieję na to, że będzie to w miarę pogodny dzień. Tym bardziej, że ja i Gacioch mieliśmy tego dnia swoje starty. Pierwszy, tuż po godzinie 11:30, zaprezentował się Gacioch w pchnięciu kulą. Co prawda spalił dwie próby, ale, mimo braków treningów, pchnął ją na odległość ponad 7 m. Szału nie ma, ale tragedii też nie. Cztery godziny później, o 15:30, odbył się mój bieg na 100 m. Podczas imprezy był on podzielony na 2 serie, ja biegłam w 2 z nich. 
Jak widać na powyższym zdjęciu, w drugim biegu wystartowała nas 5, z grup startowych T20, 35-36. Udało mi się pokonać dystans w 25,72 sek. Też nie ma rewelacji, ale zważając na to, że podczas zeszłorocznej Pierwszej Rundy Grand Prix uzyskałam wynik powyżej 27 sekund, mogę powiedzieć, że jest dobrze. Najlepszych już nigdy nie dogonię, ale też nie mam ciśnienia na to, aby być w ścisłej czołówce. Grunt to zdrowe nastawienie i znajomość własnych możliwości.
Ostatni sobotni start należał ponownie do Gaciocha. Tym razem rzucał dyskiem. Konkurencja zaczęła się mniej więcej godzinę później niż moja, miałam więc czas na szybki prysznic i ogólne ogarnięcie się, a następnie powrót na stadion. 3 próby miał zaliczone, 3 spalił. W pewnym momencie chciało mi się śmiać, kiedy okazało się, że sędziowie muszą uciekać przed dyskiem, który wyleciał sporo poza pole mierzenia. Najlepsza jego próba wyniosła 16,05 m., więc nie jest źle. A na pewno nie ma "tragedii narodowej"(to akurat moje autorskie sformułowanie). Jego konkurencja zakończyła się tuż po 18:00, dlatego niemal od razu udaliśmy się na kolację. Po drodze zrobiliśmy sobie pamiątkową fotografię na tle banera.
Wieczorem razem z mamą Gaciocha wybrałyśmy się na spacer do mostu na Odrze, na którym kiedyś było przejście graniczne pomiędzy Frankfurtem, a Słubicami. Jeszcze rok temu spokojnie można było przejść pomiędzy jednym, a drugim miastem, bez mniejszych przeszkód. Dzisiaj na moście stoi Straż Graniczna i kontroluje ludzi wjeżdżających do i wyjeżdżających z Polski. Zgodnie z przepisami ci, którzy nie mieli przy sobie negatywnego testu na koronawirusa wykonywanego w ciągu ostatnich 48 godzin, kierowani są na kwarantannę. Dlatego nasza decyzja co do zmiany trasy okazała się jak najbardziej słuszna. Oczywiście osoby pracujące po drugiej stronie mostu miały specjalne zaświadczenia, które zwalniały ich z niej z wiadomych względów. 
W niedzielę swój start miał Misiek, który przed południem wystartował na 5 000 metrów. Wraz z jego żoną, Gaciochem i jego mamą obserwowaliśmy jego poczynania z poziomu trybun. Misiek tradycyjnie pokazał się z jak najlepszej strony, przybiegając na metę jako pierwszy, zostawiając daleko w tyle swoją konkurencję. On sam nie jest z siebie do końca zadowolony, ale chyba każdy z nas tak ma. Po występie Miśka poszliśmy na obiad, a zaraz po nim w drogę powrotną do domu.
Mitting odbył się z zachowaniem wszelkich środków bezpieczeństwa - co chwilę rozłożone były środki dezynfekujące, był nakaz noszenia maseczek poza płytą stadiony, posiłki też były wydawane turami. Śmialiśmy się, że hotele na nas zarobią(chociaż koszty zakwaterowania pokrywał organizator). Co prawda zostały one otwarte dzień po naszym przyjeździe, jednak możliwe było umieszczenie w nich wcześniej m.in. "zamkniętych" imprez sportowych. A nasza się pod taką kwalifikowała.
Na tym balkoniku na górze w kwietniu 1932 r. przemawiał sam Adolf Hitler

Następne zawody mamy w ten weekend(właściwie to już w czwartek jedziemy, bo pierwsze starty są w piątek) w Bydgoszczy. Jedziemy większą ekipą, nawet prezes udostępnił nam na tych kilka dni klubowego busa. I chyba najważniejsze - jedzie z nami trener! To pierwszy raz, kiedy będziemy razem na zawodach, więc trzeba będzie się postarać.

Trzymajcie się ciepło 

niedziela, 2 maja 2021

1294. Do trzech powstań (śląskich) sztuka!

Dzisiejszy dzień(2 maja) był dla mojego regionu niezwykle ważny. Kiedy w całym kraju obchodzono Dzień Flagi Narodowej, na Górnym Śląsku świętowano(i to dosyć hucznie, bo z udziałem władz państwowych) 100 rocznicę III Powstania Śląskiego. Nie da się ukryć, że był to najważniejszy zryw, który niejako przesądził o dalszych losach tego regionu. Przynajmniej w dwudziestoleciu międzywojennym, nomen omen mojej ulubionej(na równi z XIX wiekiem) epoce historycznej. I chociaż główne uroczystości odbywały się na Górze św. Anny, to w Katowicach, przed Pomnikiem Trzech Powstań, zapłonął "płomień pamięci" ku tym, którzy wtedy chwycili za broń.

Tym razem o konieczności walki zbrojnej przekonani byli wszyscy, zarówno Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska, jak i polski Komisarz Plebiscytowy Wojciech Korfanty. Idący do boju powstańcy dysponowali nie tylko bronią palną, w działaniach byli wspierani przez kawalerię, artylerię oraz pociągu pancerne. 
W momencie wybuchu powstania Wojciech Korfanty stanął na czele Naczelnej Władzy na Górnym Śląsku. Tym samym został dyktatorem powstania. Działania rozpoczęto w nocy z 2 na 3 maja 1921 roku. Do boju poszło ok. 50 tysięcy powstańców, tj. ponad dwa lata więcej niż poprzednio. Wszystko dlatego, że w szeregach powstańczych stali nie tylko mieszkańcy Górnego Śląska, ale i liczni ochotnicy przybyli z różnych stron Polski. Naczelnym wodzem wojsk powstańczych został podpułkownik Maciej Mielżyński. 
Akcja została zapoczątkowana przez specjalne oddziały, mające za zadanie odcięcie Górnego Śląska od Niemiec. Niszczono więc linie telefoniczne i telegraficzne, a specjalna grupa saperów(Grupa Destrukcyjna "Konrada Wawelberga"), dowodzona przez Tadeusza "Wawelberga" Puszczyńskiego, wysadzała mosty pomiędzy jednym krajem, a drugim. Dzięki tym zabiegom na dłuższy czas została udaremniony sprawny dowóz niemieckich żołnierzy. 
Siły Polaków rozdzielono na trzy zasadnicze grupy: Północ, Południe i Wschód. Najważniejsze zadanie przypadło Wschodowi, który posiadał ok. 16 tys. osób. Dotarła ona dosyć szybko do Odry, a nawet na jakiś czas opanowała przyczółek na jej drugim brzegu. Do pozostałych grup należało zostanie na terenie Górnego Śląska i osłanianie grupy Wschód. 
Po pierwszych kilku dniach, kiedy Polacy przejęli niemal cały sporny obszar, alianci zachodni wyszli z inicjatywą mediacyjną. Polacy zgodzili się na zawieszenie broni oraz powstrzymanie od dalszych działań. Niemcy postąpili podobnie, jednak spowodowane to było zbieraniem sił do kontrataku. Kilkanaście dni później spod Gogolina wyruszył silny niemiecki atak. Wymierzony był w sam środek powstańczych linii, czyli w grupę Wschód. Powstańcy musieli wycofać się kilka kilometrów, jednak w dalszym ciągu bronili swoich ziem. Szczególnie intensywne walki miały miejsce na Górze św. Anny. W końcu doszło do interwencji alianckiej, która powstrzymała eskalację konfliktu. Na mocy podpisanego rozejmu, wojska obydwóch walczących z sobą narodów opuściły teren plebiscytu.
Podpisana polsko-niemiecka umowa była tylko kompromisem: Polacy otrzymali jedynie 29% ziem, o które walczyli, jednak na odzyskanych terenach znajdowała się większość cennego przemysłu i złóż naturalnych. W sumie były to 53(spośród 67) kopalnie węgla, 10(na 15) kopalnie cynku i ołowiu, 9(na 14) stalowni oraz 22(na 37) wielkie piece. Odzyskane dobra miały stać się fundamentem dalszej rozbudowy gospodarki II Rzeczypospolitej.

I tak sobie myślę, że wiersz napisany z okazji wybuchu I Powstania jest aktualny również i 2 lata później:
Do boju Ślązacy 
Do boju Ślązacy w tą ciemną noc,
tam w między już wróg zły się czai.
Bez strachu, bez obaw idźcie mu na spotkanie,
nie dajcie się pojmać niemieckiej zgrai.
Idź śmiało żołnierzu, gdzie dźwięk karabinów,
od ścian się echem odbija.
Z matczynym błogosławieństwem na czole.
niech szczęście Cię nie omija.
Z całusem dziewczyny zabranym w pośpiechu,
żegnając się w bramie podwórka.
I chustką swej lubej ukrytej na szczęście,
W kieszeni wojennego mundurka.
Wojaku idź śmiało, z piosenką na ustach,
już w duszy truchleje Twój wróg.
Za Śląsk nasz, za Polskę walcz do krwi ostatniej,
niech broni Ciebie dobry nasz Bóg.
Wnet kula wroga dosięgła powstańca,
co o swój Śląsk walczył tak dzielnie 
Już serca bicie ucichło wśród bruku,
już wydał swe ostatnie tchnienie.
Ślązacy do boju, bo chociaż w żałobie, 
po poległym kompanie jesteście.
Raz jeszcze na wroga z bronią uderzycie,
zwycięstwo nad nim wnet odnieście.

O poprzednich powstaniach możecie przeczytać:

sobota, 1 maja 2021

1293. Rozważania o św. Józefie, w poświęconym mu roku

Zawsze ilekroć byłam na wakacjach u mojej babci, wzruszał mnie obraz św. Józefa z maleńkim Jezusem, wiszący w "pokoju z Aniołkiem", jak nazywaliśmy jej sypialnię. Za to w pokoju z telewizorem wisiał obraz Matki Boskiej, która też trzymała Synka na rękach. To musiał być komplet, ponieważ małe Dzieciątko ubrane było w taką samą szatkę. Z czasem obraz św. Józefa zmienił położenie z ściany, pod którą stało łóżko blisko 100-letniej babusi Antosi(tej samej, która podczas wojny ratowała Żydów zbiegłych z wadowickiego getta), na ścianę, przy której stało łóżko moich kuzynów. Pamiętam taką sytuację, kiedy rano po przebudzeniu dostrzegliśmy, że obraz spełzł się z takiego gwoździa, na którym przytrzymywana była jego dolna rama.
 - Ojej, musiałem kopnąć go w nocy - powiedział z winą w głosie Paluszek, po czym pogłaskał ramkę i pocałował w szybkę opiekuna Syna Bożego. Pamiętam, chociaż miałam zaledwie 14 lat, jak bardzo wzruszył mnie ten gest. Dziwne, aby ośmiolatek obwiniał się za to, na co nie miał wpływu. A zarazem niezwykłe, że tak się tym przejął. Pomimo upływu lat stary obraz w dalszym ciągu wisi na honorowym miejscu w izbie. 
W mojej macierzystej parafii, jeszcze w czasach kiedy stary magazyn został zaadaptowany na potrzebę utworzenia kaplicy, po obu stronach ołtarza, stały figurki Maryi i Józefa, trzymających na rękach małego Jezusa. Nie mogę sobie przypomnieć, czy został on przeniesiony do nowej już świątyni, w każdym razie zniknął mi z pola widzenia na wiele lat. Trochę mi było żal, bo tak bardzo przypominały mi one postacie z obrazów z babcinej chatki. Dlatego nawet nie wiecie, jak bardzo się ucieszyłam, kiedy z okazji ogłoszenia Roku Św. Józefa, owa figurka ponownie została wystawiona na widok. Znowu z lubością wpatruję się w tą iście anielską twarz i wyobrażam sobie, jak święty Józef bierze stawiającego pierwsze kroczki Jezusa za rączki, aby pewniej szedł przed siebie na nóżkach. Albo jak opowiada mu bajki, albo jakieś żydowskie legendy i podania. Albo jak rozmawiali sobie o tym i owym. Ot, zwyczajne męskie rozmowy.
Chociaż Pismo Święte poświęca mu niewiele miejsca, a cała jego postać owiana jest aurą tajemnicy, niewątpliwie odegrał znaczącą rolę w wychowaniu małego Jezusa. Być może z powodu tego jakby "przemilczenia" jego osoby tak bardzo bliska jest mi znakomita książka Jana Dobraczyńskiego, "Cień Ojca", do której często wracam? Zresztą, myślę że jest to idealna lektura na trwający właśnie Rok Świętego Józefa. Co ciekawe, papież Franciszek w Liście napisanym z tej okazji, nawiązał do tej niezwykłej książki. Czy została ona przetłumaczona na język hiszpański, dzięki czemu miał okazję ją przeczytać? Mam nadzieję, że tak.
Wiadomo, że był cieślą. Swój fach wykonywał z oddaniem, dzięki czemu mógł zarobić na utrzymanie swojej rodziny, zarówno w Ziemi Świętej, jak i w Egipcie oraz w wędrówkach pomiędzy tymi dwoma miejscami. Być może z tego powodu stał się patronem dzisiejszego Dnia Pracy, nomen omen typowo komunistycznego święta. Ale z drugiej strony, czy znaleziono by lepszego jej patrona? 
Czy dzisiaj, po blisko 2 tysiącach, współczesny człowiek może coś czerpać z życia zwykłego cieśli z nieznanego Nazaretu? Z pewnością. Święty Józef jest przecież postacią ponadczasową i uniwersalną. Myślę, że można uczyć się od nie tylko pełnego zaufania Bogu i właściwego odczytania Jego woli, ale też oddaniu się pracy, jaką się wykonuje. Praca, która jest wykonywana z oddaniem, nawet najprostsza i na pierwszy rzut oka zupełnie beznadziejna(wiecie, przysłowiowa "łopata"), potrafi być piękna, bo jest komuś użyteczna. Nie ważne, czy jest to wysoko postawiony naukowiec, czy mężczyzna sklejający koperty. Na myśl przychodzi mi tutaj fragment "Promethidiona" Cypriana Kamila Norwida: 
"Bo nie jest światło, by pod korcem stało, / Ani sól ziemi do przypraw kuchennych, / Bo piękno na to jest, by zachwycało / Do pracy - praca, by się zmartwychwstało". Dlatego staram się do każdego odnosić z szacunkiem, bez podziału na tytuły, profesje, stanowiska. Wszak praca cichego cieśli była przez każdego szanowana, dlaczego więc współcześni np. rolnicy, mieliby nie otrzymać tego szacunku? Zwłaszcza kiedy są spełnieni w tym, co robią.

Spełnieni w pracy

Jedni są nauczycielami,
inni inżynierami,
a jeszcze inni jak święty Józef
- prostymi, zwykłymi cieślami.
Do pracy chodzić z uśmiechem,
to dziś prawdziwa jest sztuka.
Niejeden młody z zapałem.
swojego powołania wciąż szuka.
By w ślad za norwidowskim "Promethidionem",
odkryć tą najprostszą z odwiecznych prawd:
że "Bo nie jest światło, by pod korcem stało,
Ani sól ziemi do przypraw kuchennych,
Bo piękno na to jest, by zachwycało
Do pracy - praca, by się zmartwychwstało
"
Motto powyższe jak mantrę,
powtarzam w ciszy sumienia.
W zabawie, nauce z innymi,
znajduję okruchy spełnienia.
Nie ma niepotrzebnej pracy,
każda coś niesie za sobą.
Bo nawet jako sprzątaczka,
można być spełnioną osobą.

Ostatni tydzień był dla mnie pracowity. Napisanie jednej pracy dyplomowej jest wyzwaniem, a co tu mówić o sytuacji, kiedy do napisania są 2 takie prace? I to jednym palcem. Ale dałam radę, najgorsze jest już za mną. Co ważne, samo pisanie sprawiło mi prawdziwą przyjemność, chociaż w powodu zaistniałej sytuacji, zdobycie materiałów było nieco utrudnione, jednak nie tak utrudnione jak rok temu. Wtedy wyszłam ze wszystkiego obronną ręką(chociaż Teams odmówił mi współpracy w ostatnim momencie - dziś się z tego śmieję). Teraz nie może być inaczej. Czy można to nazwać pracą na wzór św. Józefa? Mam nadzieję, że tak. 

Pozdrawiam serdecznie