Kiedy wprowadziłam się na swoje mieszkanie, większość czynności związanych ze sprzątaniem nie była dla mnie tajemnicą. Akurat w rodzinnym domu miałam też swoje obowiązki, które wykonywałam z prawdziwą radością. Nawet nie wiecie jaka to była dla mnie przyjemność, pomóc rodzicom mimo wszystko. A potem niespodziewanie zaprocentowało to w samodzielnym życiu.
Mycie podłóg? Oczywiście! Czyszczenie kuchni? Pestka! Mycie naczyń? Tuwimowa fraszka-igraszka! Ścieranie kurzy? No przecież! Prasowanie? Każda ilość! Nawet umycie łazienki nie stanowiło dla mnie większego problemu. Moje mieszkanie to muszę o nie dbać, czyż nie? Jedyne do czego nie mogłam się przekonać to do mycia okien i zmiany firanek. Po prostu przerastało mnie to zajęcie. Do dzisiaj.
Zazwyczaj tą czynność wykonywał za mnie ktoś z najbliższej rodziny. Jednak ostatni raz moje okna były myte jakieś... 1,5 roku temu. Od tego czasu nie mogę się doprosić, aby ktoś do mnie przyszedł i je przetarł. Szyby wyglądały koszmarnie z szarym nalotem, w ramach zgromadził się obrzydliwy czarny kurz. Czarę goryczy przelał fakt, że obiecali mi umyć je w ubiegły weekend, kiedy byłam na zawodach w Słubicach. Dlaczego nikt tego nie zrobił? Nie mam pojęcia. Ale zrobiło mi się przykro - jak zwykle obiecali i nie dotrzymali tej obietnicy. Której z kolei? Trudno zliczyć. Dobrze, że chociaż Pusię nakarmili. Nie, to nie tak, że narzekam na rodziców, bo mam ich dobrych, bardziej na ich brak słowności.
Byłam zła i rozgoryczona. Być może ktoś by sobie przypomniał o moich oknach w ten weekend(akurat jadę na 4 dni, od jutra do niedzieli, na Mistrzostwa Polski do Bydgoszczy), ale ja już naprawdę nie mam siły już czekać na coś do nie wiadomo kiedy. Wzięłam więc sprawy w moje ręce i... sama je umyłam. Zajęło mi to może z 30 minut(a w tle leciał wykład na temat psychoanalizy Freuda). Długo? Krótko? Nie mnie to oceniać. Fakt, nie myłam ramy okiennej od zewnątrz, bo to by się źle dla mnie skończyło(myślicie, że upadek z 3 piętra na chodnik jest bardzo bolesny? - ale to też powód dla którego dotąd nie odważyłam się tego zrobić, jak już kilkakrotnie wspomniałam - moją równowagę na trzeźwo można porównać do równowagi kogoś po kilku piwach, zwłaszcza kiedy stoję na "niepewnym podłożu", a parapet, wbrew pozorom, taki dla mnie jest), ale szyby i ich obramowania, jak również tą część okna od mieszkania już tak.
I wiecie co? Mam to gdzieś, że na szybach widać fugi i zacieki(na treningu mama Gaciocha uświadomiła mi, że mycie okien w bardzo słoneczny dzień nie jest dobrym pomysłem). Mam to gdzieś, że zrobiłam to nieidealnie. Jestem wręcz szczęśliwa, że to zrobiłam mimo swoich ograniczeń. Mimo tych wszystkich "niepowodzeń"(tak, wiem, nie jest to idealne określenie) przez okno od razu wpada więcej światła. Być może widzę tylko to, co chcę widzieć. Ale jakże to jest piękny widok!
Moje motto
Jaki był ten dzień
środa, 12 maja 2021
1297. Kolejna góra zdobyta?
poniedziałek, 10 maja 2021
1296. Opowieść o małym, ale Wielkim Duchem Manuelu
Wydawnictwo: Wydawnictwo Franciszkanów Bratni Zew
Chociaż na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że jest to książka przepełniona cierpieniem, to muszę Was zmartwić - zdecydowanie przeważa w niej miłość i zaufanie do Boga i do planu, jaki przygotował dla Manuela. Aż chciałoby się po jej lekturze powiedzieć, bez odrobiny przesady, Manuela, który był świętym już za życia.
niedziela, 9 maja 2021
1295. Sezon sportowy na start
Czas leci szybko. Zdecydowanie za szybko, przynajmniej jak dla mnie. Wybaczcie moją ostatnią nieobecność na blogu, ale brakuje mi czasu na niego. To znaczy jeszcze jakaś notka mogłaby się na niej pojawić, gorzej z odwiedzenia Waszych blogów. A jakoś głupio się czuję, gdy u mnie coś się pojawia, ale nie mogę do Was "wpaść". Czuję się, jakbym Was lekceważyła... Mam nadzieję, że zrozumiecie.
W ostatni weekend wraz z dwoma znajomymi reprezentowałam nasz klub sportowy podczas I Rundy Paralekkoatletycznego Grand Prix Polski, które w tym roku odbywało się w Słubicach, a organizowane było przez oddział "Startu" w Gorzowie Wielkopolskim. Słubice dosyć często organizują lekkoatletyczne mittingi(pierwszy raz wzięłam w nich udział w 2011 roku, czyli dekadę temu), nawet rok temu organizowali III Rundę Grand Prix. Do historii przeszedł sposób, w jaki dotarłam na nią - jak to podsumowali w klubie: połączenie zaradności z desperacją(szczegóły zostawię dla siebie).
W styczniu, na głównej stronie ogólnopolskiego Startu, pojawił się ramowy zarys imprez sportowych przewidzianych na najbliższych 12 miesięcy. Ale że ubiegły rok pokazał, jak bardzo niepewna jest przyszłość, wszyscy liczyli się z totalną rewolucją w terminach kolejnych startów. Na razie jednak wszystko przebiega zgodnie z harmonogramem, na meila wpływają informację o kolejnych zawodach, a na treningach pada pytanie, kogo ma na które zgłosić. Na te zawody zgłosiliśmy się w czwórkę: ja, Młodsza, Gacioch oraz Misiek. Dodatkowo mama Gaciocha zaoferowała się, że oprócz swojego syna, zawiezie także mnie i Młodszą, żebyśmy nie musiały jechać pociągiem z przesiadkami - to chyba aluzja do mojej zeszłorocznej przygody(Misiek miał jechać z żoną). Jednak finalnie wystąpiła nas trójka, bo Młodszej strzeliło coś w kręgosłupie, a opis RTG będzie miała dopiero po weekendzie.
![]() |
| Takich czterech jak nas trzech nie ma w całej galaktyce |
Podróż do Słubic zaczęliśmy wraz z deszczem, który z różną intensywnością padał od bramek na A4 w Gliwicach do bramek we Wrocławiu. A potem, dla odmiany, nawigacja kierowała nas na Berlin. O nie, kochana blondyneczko, my tacy głupi nie jesteśmy i w przeciwieństwie do ciebie wiemy, że może to się dla nas skończyć np. kwarantanną. Dlatego postanowiliśmy być od niej mądrzejsi i mama Gaciocha szukała alternatywnej trasy na komórce, a ja - na papierowej mapie. W końcu zdecydowaliśmy jechać w kierunku Żagania, a potem na Krosno Odrzańskie i w końcu do Słubic. Tym sposobem po 6 godzinach drogi byliśmy na miejscu. Zakwaterowaliśmy się w przystadionowym hotelu i po chwili odpoczynku udaliśmy się na kolację na stołówkę. Właściwie to była obiadokolacja, bo dostaliśmy ryż z duszoną marchewką oraz potrawką z ryby. Następnie, ponieważ pogoda raczej nie zachęcała do spaceru, wróciliśmy do hotelu. W międzyczasie dokwaterowano mi zamiast Młodszej kierowcę (kobietę) ekipy z Krakowa, nie byłam więc sama w pokoju. Wieczór spędziłam na lekturze książki oraz rozmowie z nowopoznaną osobą.
![]() |
| Na tym balkoniku na górze w kwietniu 1932 r. przemawiał sam Adolf Hitler |
niedziela, 2 maja 2021
1294. Do trzech powstań (śląskich) sztuka!
Siły Polaków rozdzielono na trzy zasadnicze grupy: Północ, Południe i Wschód. Najważniejsze zadanie przypadło Wschodowi, który posiadał ok. 16 tys. osób. Dotarła ona dosyć szybko do Odry, a nawet na jakiś czas opanowała przyczółek na jej drugim brzegu. Do pozostałych grup należało zostanie na terenie Górnego Śląska i osłanianie grupy Wschód.
Po pierwszych kilku dniach, kiedy Polacy przejęli niemal cały sporny obszar, alianci zachodni wyszli z inicjatywą mediacyjną. Polacy zgodzili się na zawieszenie broni oraz powstrzymanie od dalszych działań. Niemcy postąpili podobnie, jednak spowodowane to było zbieraniem sił do kontrataku. Kilkanaście dni później spod Gogolina wyruszył silny niemiecki atak. Wymierzony był w sam środek powstańczych linii, czyli w grupę Wschód. Powstańcy musieli wycofać się kilka kilometrów, jednak w dalszym ciągu bronili swoich ziem. Szczególnie intensywne walki miały miejsce na Górze św. Anny. W końcu doszło do interwencji alianckiej, która powstrzymała eskalację konfliktu. Na mocy podpisanego rozejmu, wojska obydwóch walczących z sobą narodów opuściły teren plebiscytu.
Do boju Ślązacy w tą ciemną noc,
tam w między już wróg zły się czai.
Bez strachu, bez obaw idźcie mu na spotkanie,
nie dajcie się pojmać niemieckiej zgrai.
Idź śmiało żołnierzu, gdzie dźwięk karabinów,
od ścian się echem odbija.
Z matczynym błogosławieństwem na czole.
niech szczęście Cię nie omija.
Z całusem dziewczyny zabranym w pośpiechu,
żegnając się w bramie podwórka.
I chustką swej lubej ukrytej na szczęście,
W kieszeni wojennego mundurka.
Wojaku idź śmiało, z piosenką na ustach,
już w duszy truchleje Twój wróg.
Za Śląsk nasz, za Polskę walcz do krwi ostatniej,
niech broni Ciebie dobry nasz Bóg.
Wnet kula wroga dosięgła powstańca,
co o swój Śląsk walczył tak dzielnie
Już serca bicie ucichło wśród bruku,
już wydał swe ostatnie tchnienie.
Ślązacy do boju, bo chociaż w żałobie,
po poległym kompanie jesteście.
Raz jeszcze na wroga z bronią uderzycie,
zwycięstwo nad nim wnet odnieście.
- cz. 1.: https://na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com/2019/08/1009-chopcy-w-tym-wielkim-powstaniu-w.html
- cz. 2.: https://na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com/2019/08/1010-jak-to-byo-z-tym-pierwszym.htmlo II Powstaniu Śląskim:
sobota, 1 maja 2021
1293. Rozważania o św. Józefie, w poświęconym mu roku
Zawsze ilekroć byłam na wakacjach u mojej babci, wzruszał mnie obraz św. Józefa z maleńkim Jezusem, wiszący w "pokoju z Aniołkiem", jak nazywaliśmy jej sypialnię. Za to w pokoju z telewizorem wisiał obraz Matki Boskiej, która też trzymała Synka na rękach. To musiał być komplet, ponieważ małe Dzieciątko ubrane było w taką samą szatkę. Z czasem obraz św. Józefa zmienił położenie z ściany, pod którą stało łóżko blisko 100-letniej babusi Antosi(tej samej, która podczas wojny ratowała Żydów zbiegłych z wadowickiego getta), na ścianę, przy której stało łóżko moich kuzynów. Pamiętam taką sytuację, kiedy rano po przebudzeniu dostrzegliśmy, że obraz spełzł się z takiego gwoździa, na którym przytrzymywana była jego dolna rama.
- Ojej, musiałem kopnąć go w nocy - powiedział z winą w głosie Paluszek, po czym pogłaskał ramkę i pocałował w szybkę opiekuna Syna Bożego. Pamiętam, chociaż miałam zaledwie 14 lat, jak bardzo wzruszył mnie ten gest. Dziwne, aby ośmiolatek obwiniał się za to, na co nie miał wpływu. A zarazem niezwykłe, że tak się tym przejął. Pomimo upływu lat stary obraz w dalszym ciągu wisi na honorowym miejscu w izbie.
W mojej macierzystej parafii, jeszcze w czasach kiedy stary magazyn został zaadaptowany na potrzebę
utworzenia kaplicy, po obu stronach ołtarza, stały figurki Maryi i Józefa, trzymających na rękach małego Jezusa. Nie mogę sobie przypomnieć, czy został on przeniesiony do nowej już świątyni, w każdym razie zniknął mi z pola widzenia na wiele lat. Trochę mi było żal, bo tak bardzo przypominały mi one postacie z obrazów z babcinej chatki. Dlatego nawet nie wiecie, jak bardzo się ucieszyłam, kiedy z okazji ogłoszenia Roku Św. Józefa, owa figurka ponownie została wystawiona na widok. Znowu z lubością wpatruję się w tą iście anielską twarz i wyobrażam sobie, jak święty Józef bierze stawiającego pierwsze kroczki Jezusa za rączki, aby pewniej szedł przed siebie na nóżkach. Albo jak opowiada mu bajki, albo jakieś żydowskie legendy i podania. Albo jak rozmawiali sobie o tym i owym. Ot, zwyczajne męskie rozmowy.
Chociaż Pismo Święte poświęca mu niewiele miejsca, a cała jego postać owiana jest aurą tajemnicy, niewątpliwie odegrał znaczącą rolę w wychowaniu małego Jezusa. Być może z powodu tego jakby "przemilczenia" jego osoby tak bardzo bliska jest mi znakomita książka Jana Dobraczyńskiego, "Cień Ojca", do której często wracam? Zresztą, myślę że jest to idealna lektura na trwający właśnie Rok Świętego Józefa. Co ciekawe, papież Franciszek w Liście napisanym z tej okazji, nawiązał do tej niezwykłej książki. Czy została ona przetłumaczona na język hiszpański, dzięki czemu miał okazję ją przeczytać? Mam nadzieję, że tak.
Wiadomo, że był cieślą. Swój fach wykonywał z oddaniem, dzięki czemu mógł zarobić na utrzymanie swojej rodziny, zarówno w Ziemi Świętej, jak i w Egipcie oraz w wędrówkach pomiędzy tymi dwoma miejscami. Być może z tego powodu stał się patronem dzisiejszego Dnia Pracy, nomen omen typowo komunistycznego święta. Ale z drugiej strony, czy znaleziono by lepszego jej patrona?
Czy dzisiaj, po blisko 2 tysiącach, współczesny człowiek może coś czerpać z życia zwykłego cieśli z nieznanego Nazaretu? Z pewnością. Święty Józef jest przecież postacią ponadczasową i uniwersalną. Myślę, że można uczyć się od nie tylko pełnego zaufania Bogu i właściwego odczytania Jego woli, ale też oddaniu się pracy, jaką się wykonuje. Praca, która jest wykonywana z oddaniem, nawet najprostsza i na pierwszy rzut oka zupełnie beznadziejna(wiecie, przysłowiowa "łopata"), potrafi być piękna, bo jest komuś użyteczna. Nie ważne, czy jest to wysoko postawiony naukowiec, czy mężczyzna sklejający koperty. Na myśl przychodzi mi tutaj fragment "Promethidiona" Cypriana Kamila Norwida: "Bo nie jest światło, by pod korcem stało, / Ani sól ziemi do przypraw kuchennych, / Bo piękno na to jest, by zachwycało / Do pracy - praca, by się zmartwychwstało". Dlatego staram się do każdego odnosić z szacunkiem, bez podziału na tytuły, profesje, stanowiska. Wszak praca cichego cieśli była przez każdego szanowana, dlaczego więc współcześni np. rolnicy, mieliby nie otrzymać tego szacunku? Zwłaszcza kiedy są spełnieni w tym, co robią.
Spełnieni w pracy
Jedni są nauczycielami,
inni inżynierami,
a jeszcze inni jak święty Józef
- prostymi, zwykłymi cieślami.
Do pracy chodzić z uśmiechem,
to dziś prawdziwa jest sztuka.
Niejeden młody z zapałem.
swojego powołania wciąż szuka.
By w ślad za norwidowskim "Promethidionem",
odkryć tą najprostszą z odwiecznych prawd:
że "Bo nie jest światło, by pod korcem stało,
Ani sól ziemi do przypraw kuchennych,
Bo piękno na to jest, by zachwycało
Do pracy - praca, by się zmartwychwstało"
Motto powyższe jak mantrę,
powtarzam w ciszy sumienia.
W zabawie, nauce z innymi,
znajduję okruchy spełnienia.
Nie ma niepotrzebnej pracy,
każda coś niesie za sobą.
Bo nawet jako sprzątaczka,
można być spełnioną osobą.
Ostatni tydzień był dla mnie pracowity. Napisanie jednej pracy dyplomowej jest wyzwaniem, a co tu mówić o sytuacji, kiedy do napisania są 2 takie prace? I to jednym palcem. Ale dałam radę, najgorsze jest już za mną. Co ważne, samo pisanie sprawiło mi prawdziwą przyjemność, chociaż w powodu zaistniałej sytuacji, zdobycie materiałów było nieco utrudnione, jednak nie tak utrudnione jak rok temu. Wtedy wyszłam ze wszystkiego obronną ręką(chociaż Teams odmówił mi współpracy w ostatnim momencie - dziś się z tego śmieję). Teraz nie może być inaczej. Czy można to nazwać pracą na wzór św. Józefa? Mam nadzieję, że tak.
Pozdrawiam serdecznie




