Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 24 grudnia 2023

1807. "Dziś w nocy narodzi się cud..."

Tegoroczną piosenką świąteczną Uniwersytetu Śląskiego, w którym aktualnie pobieram naukę, witam Was moi kochani czytelnicy u bram tych najbardziej ciepłych i rodzinnych świąt, jakie są w naszym kalendarzu gregoriańskim. Świąt pełnych ciepła, przepysznych potraw i niezwykłego zapachu piernika oraz goździków. Świąt, które sprawiają, że nikną wszystkie waśnie i spory.

Moi Drodzy, w tym szczególnym czasie chcę życzyć Wam wszystkim razem i każdemu z osobna, tego, czego najbardziej brakuje w aktualnym czasie - pokoju. I tego na świecie, i tego w naszych własnych sercach. Wiary w lepsze jutro, nawet kiedy "dzisiaj" wydaje nam się najgorsze z możliwych. Nadziei, że zmienią się najczarniejsze scenariusze naszego życia. Siły, do pokonywania trudności, jakie nam stawia każdy dzień. Ufności, abyśmy nie bali się czerpać radości z obcowania z drugim człowiekiem oraz przyjmowania niespodzianek niesionych nam przez życie. Zdrowia, aby go nie zabrakło. Abyśmy swoim życiem i postępowaniem, płynącym dobrem z naszych serc zdołali "zbudować" w naszym wnętrzu najpiękniejszą stajeneczkę dla nowonarodzonej Dzieciny. Taką, w jakiej nie powstydzilibyśmy się jej przyjąć - pełną ciepła, otwartości, zrozumienia. I oby ta "budowa" trwała przez całe nasze życie, a nie tylko kilka dni. Niech Boża Dziecina błogosławi nam wszystkim. Radosnych Świąt!

Mimo wszystko nie zapominajmy o Tym, który w tych dniach powinien być najważniejszy - potężnym Bogu, który tak się ukorzył przed światem, że przybrał postać małego, bezbronnego, potrzebującego ciepła i przytulenia niemowlęcia. "A Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami" - śpiewamy w kolędzie "Bóg się rodzi". Ale czy naprawdę robimy wszystko, aby tak się stało? Do jakich nas przyszło by dzisiaj Dzieciątko - radosnych i spokojnych, czy z nienawiścią zakorzenioną głęboko w sercu?
Dziękuję Gosi i Uleńce za piękne kartki z jeszcze piękniejszymi życzeniami skrywającymi się w ich wnętrzu. Ula przysłała mi też drobne haftowane zawieszki, które przyozdobiły moją skromną choinkę.
Tak samo gorąco dziękuję za kartki świąteczne Jadzi, Beatce (to ta na samym przodzie), Basi W. (to ta z choinką z tyłu) oraz Ani I. Od razu mówię, że fotografia nie jest w stanie oddać ich piękna. Każda z nich sprawiła mi radość i wywołała autentyczne wzruszenie. A piękne życzenia sprawiły, że świat na chwilę zwolnił i nabrał jeszcze piękniejszych barw.
W tym roku pierwszy raz pojawiła się u mnie figurka małego Dzieciątka leżąca na fragmencie Ewangelii św. Łukasza opisującym okoliczności przyjścia na świat Syna Bożego. Jest to nawiązanie do zacytowanych już wcześniej słów: "A Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami". Sam pomysł zaczerpnęłam z szopki, o której ostatnio czytałam, gdzie Dzieciątko Jezus leży na położonym w żłóbku Ewangeliarzu*, a także ze stwierdzeniem księdza Niosącego Światło, że on co roku kładzie sobie figurkę małego Jezusa na otwartym na łukaszowej Dobrej Nowinie. Nie ukrywam, że spodobał mi się ten pomysł na tyle, że postanowiłam przemycić go do mojego mieszkania. I nawet znalazło się niewielkie Pismo Święte (wersja ekumeniczna), które posłużyło jako "żłóbek".
"Teraz śpij dziecino mała, teraz śpij dziecino miła, ziemia bogactw Ci nie dała, bo bez Ciebie biedną była"
* nawet nie wiecie ileśmy się nakombinowali z ustaleniem kąta nachylenia księgi, aby figurka mogła spokojnie leżeć. Tutaj moje umiejętności matematyczne przegrywały z grawitacją

sobota, 23 grudnia 2023

1806. Chyba nikt tego nie przebije - zbudowaliśmy stajeneczkę, jakiej jeszcze tu nie było

Hasłem tegorocznych rorat zaproponowanych przez "Małego Gościa Niedzielnego" był "Franciszkowy plac budowy" nawiązujący do przypadającego w tym roku 800-lecia powstania pierwszej szopki. Nie każdy wie, ale to właśnie Franciszek z Asyżu wpadł na pomysł, aby w tak w zasadzie banalny sposób przybliżyć ludziom historię Bożego Narodzenia. Pierwsza szopka stanęła we włoskim Greccio. Kolejną ciekawostką, jaką usłyszałam podczas tegorocznych spotkań roratnich, było to, że zabrakło w niej żłóbka z figurką Dzieciątka. Zamiast tego znalazł się ołtarz, miejsce gdzie Jezus Chrystus codziennie przychodzi na świat w postaci Chleba i Wina i rodzi się w sercach wiernych. Pomysł się przyjął, z czasem coraz więcej kościołów podchwytywało go. Dzięki temu szopki zawitały na różne kontynenty i tam też pozostały aż po dzień dzisiejszy. Jak co roku "MGN" wraz z Magdą Anioł przygotował piosenkę, która nawiązywała do tematyki rorat. Tym razem nosiła tytuł "Cuda dzieją się":
Nie będę ukrywać, że szczególnie przemówiły do mnie słowa "Zbudujemy stajeneczkę, jakiej jeszcze tu nie było". Teoretycznie wiem, co autor miał na myśli, że chodzi tutaj o budowę stajenki w swoim własnym sercu. Ja jednak myślałam o jakiejś ciekawej i niebanalnej stajence od strony wizualnej. Dlatego po którymś nabożeństwie roratnim podeszłam na zakrystię i wprost zapytałam księdza Niosącego Światła, czy zbuduje taką stajenkę, jakiej jeszcze nie było w tej parafii. I że można dodać do niej niecodziennego i nieoczywistego. Coś z budowy. Spojrzał na mnie rozbawiony. "Jest dobrze" - przemknęło mi przez głowę. Dodałam, że wszędzie pewnie będą tradycyjne szopki, a ich będzie się czymś wyróżniać. No, z żywą szopką u Franciszkanów na Górce nie wygrają, ale przynajmniej ta będzie ciekawa od innej strony.
- Widzę, że nie lubisz kiczu i monotonii - przyznał hamując śmiech. Przytaknęłam, tym bardziej, że hasło tegorocznych rorat daje takie możliwości, że aż żal ich nie wykorzystać.
 - Pocieszę cię Lolku, ja też nie lubię kiczu w kościele. Coś wymyślimy. I może nawet na dźwig znajdzie się miejsce - ostatnie zdanie wypowiedział puszczając do mnie oko. Do końca mu nie wierzyłam, bo jednak dźwig na ołtarzu wydawał mi się zbyt abstrakcyjny i niebywały.
Jednak w ten wtorek przed Mszą ksiądz podszedł do mnie z kartką papieru. 
 - Coś ci pokażę - szepnął tajemniczo, rozwijając ją przede mną. Moim oczom ukazał się szkic szopki. Z dźwigiem. - Będzie dźwig, tak jak mówiłem.
Budowa rozpoczęła się w środę po roratach i trwała kilka dni. Wbrew pozorom to nie takie proste zbudować stajenkę wznoszącą się ponad ołtarz, a już postawienie dźwigu skonstruowanego z rurek wymagało nie lada zręczności, a przede wszystkim współpracy kilkunastu osób. Ku mojemu zaskoczeniu nawet ja się tutaj przydałam, oceniając, czy owy dźwig stoi prosto, czy też nie. Ciekawie by było, gdyby tak na pasterce wszystko runęło na odprawiających ją księży. Już widziałam jak ksiądz Paul odrywa podczas głoszenia kazania taką rurką. No chyba, że sprawialiby Eucharystię w kaskach - nie, tutaj moja wyobraźnia zaczęła już szaleć. Mimo wszystko uznałam, że jeżeli wszystko przetrwa do ranka następnego dnia, to przetrwa i na późniejszy czas. 
W czwartek kończyli budowę samej stajenki, tzn. pokrywali jej dach słomą i robili ostatnie dokrętki. Akurat na tej części mnie nie było, bo w tym samym czasie byłam na spotkaniu piekarnika z Duszpasterstwa Akademickiego. Przyszłam za to w piątek, kiedy dzieci miały ubrać choinkę w przynoszone przez siebie przez cały adwent ozdoby. Ale też trzeba było ustawić figurki w szopce. Czyli to było coś, co kocham robić, nawet bardziej od ubierania choinek. A że chętnych do tej czynności nie było, postanowiłam zostać i trochę pomóc tym dwóm paniom, które się za to zabrały. 
Ale najpierw trzeba było przynieść figurki z kantorka. Jeszcze pamiętam sytuację z mojej parafii z zeszłego roku, gdzie Jezus stał się Janem Chrzcicielem (opisywałam ją >>tu<<) robiłam to z największą ostrożnością. I nie brałam do rąk czegoś, co mogłabym z całą pewnością upuścić i potłuc. Dopiero wtedy, gdy wszystko zostało przyniesione, można było puścić wodzę fantazji i układać wszystko wedle tego, co podpowiadała wyobraźnia. 
 - Lolek, nie denerwuj się. Widzę, że się denerwujesz - słyszałam co chwilę uspokajający głos księdza Niosącego Światła. Tylko że ja się nie denerwowałam, bo i nie miałam czym. A wręcz przeciwnie - mogłam podpowiadać, gdzie co postawić, poszukać w Ewangeliarzu fragmentu opowiadającego o narodzeniu Pańskim (to na nim będzie leżało Dzieciątko w myśl słów: "A słowo stało się ciało"), zdecydować, która figurka Dzieciątka będzie najodpowiedniejsza, podawać bale z sianem. Jednym słowem mieć pewną decyzyjność, chociaż to nawet nie jest moja parafia.
Już po skończonej budowie odeszłam kilka kroków od ołtarza, aby z dalsza obejrzeć to co powstało. Chwilę potem stanął obok mnie ksiądz Niosący Światło wraz z Paulem. Nieśmiało szepnęłam, że chyba się udało.
Słabe, bo słabe, ale jest. I nawet dźwig widać :)
 - Udało się Lolku, udało - potwierdził ksiądz Niosący Światło obejmując mnie swoim ramieniem - mam nadzieję, że spełniłem Twoje budowlane normy.
 - Yhm. Takiej stajenki chyba nikt nie ma - przyznałam patrząc w górę na konstrukcję dźwigu. W ślad za mną poszli obydwaj kapłani. Nie wiem, co oni sobie myśleli, ale mnie po głowie przeleciała jedna myśl: "Taka mała, taka lichutka, stajeneczka, nic wielkiego, ale jednak ugościła Boga samego! Taki mały, taki słabiutki, nowo narodzone Dziecię, a jednak Wszechmogący, Raduj się świecie. Cuda dzieją się...". O tak, cuda dzieją się, te duże i te małe, czego doświadczyłam nie raz i nie dwa podczas tegorocznego adwentu.

piątek, 22 grudnia 2023

1805. Forma wytrwałości

Kto rano wstaje... czyli dzisiejsza ekipa z ostatnich w tym roku rorat akademickich
Adwent wraz z towarzyszącymi mu nabożeństwami roratnimi jest jednym z moich ulubionych okresów w roku, które wytyczają jego stały rytm. Co prawda sam okres adwentu waha się w dniach, jednak ma on za każdym razem w sobie coś niezwykłego i tajemniczego. Najpiękniejsze w nim jest chyba to, że z każdym kolejnym dniem przybliża nas do tego, co jest jego najpiękniejszą kwintesencją i zwieńczeniem, czyli do świąt Bożego Narodzenia. A czyż może być piękniejsze oczekiwanie na to, co najważniejsze, niż w ciemności rozjaśnianej blaskiem lampionów i świec lub lamp zapalanych na hymn "Chwała na wysokości"? I tak jak dla dzieci formą odliczania kolejnych adwentowych dni jest niejednokrotnie kalendarz adwentowy zawierający łakocie na każdy dzień, tak dla mnie takim kalendarzem adwentowym są nabożeństwa roratnie.
W tym roku, podobnie jak w zeszłym, trwałam na oczekiwaniu podczas porannych rorat w kaplicy na Wydziale Teologicznym mojego uniwersytetu. Ponieważ odbywały się one wedle tradycji z samego rana (od wtorku do piątku o 6:40) wymagało to ode mnie pewnego zdyscyplinowania. Nie będę ukrywała, że nie zawsze chciało mi się wstawać z łóżka o 4:30, w końcu jestem tylko słabym człowiekiem, ale jakoś znalazłam motywację do wykonania tej czynności. Dodatkowo miały w sobie ten urok, że cała Msza święta odbywała się w całkowitej ciemności, rozjaśnionej jedynie blaskiem zapalonych świec trzymanych przez każdego z jej uczestników. Na 12 spotkań opuściłam tylko jedno i to nie z tego powodu, że zaspałam, ale dlatego, że z pedagogiki mieliśmy o 8:00 zajęcia terenowe w oddalonym o niecałą godzinę drogi Radzionkowie. Nie było szans, aby być na roratach i zdążyć na nie. Tutaj trzeba było zdecydować, co jest w tej chwili ważniejsze. I chociaż wiara jest dla mnie ważna, to jednak wolałam nie ryzykować i nie opuszczać tych terenowych zajęć. Bóg zrozumie (zwłaszcza, że byłam wieczorem na roratach), wykładowca - nie zawsze. Na wielu z tych nabożeństw byłam przeziębiona, zwłaszcza w końcu pierwszego tygodnia i przez cały drugi tydzień, niekiedy przez cały dalszy dzień byłam niesamowicie zmęczona i niekiedy zasypiałam wręcz na stojąco, ale dałam radę.
Pewną motywacją do tak wczesnego rozpoczęcia każdego z tych dni był temat przewodni rorat, czyli sylwetki błogosławionych i świętych, których relikwie znajdowały się w posiadaniu księdza Krzysztofa. Przez kolejne dni towarzyszyły nam takie postacie, jak: Mała Arabka, św. Jan z Kęt, św. Paweł VI, bł. Pier Giorgio Frassati, św. Matkę Teresę z Kalkuty, bł. Alberto Marvelli, w. Jan od Krzyża, bł. Carlo Acutis, św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Teresa od Dzieciątka Jezus oraz św. Jan Paweł II. Każda z tych postaci była w jakiś sposób połączona z Ewangelią z danego dnia. Zazwyczaj było to jedno konkretne słowo, wobec którego ksiądz Krzysiu opierał ich biografie, ale też zdarzały się zdania. Po każdych roratach było też "śniadanie", czyli jakieś kanapki albo pączki, herbata oraz okazja do rozmów kończących się zawsze za szybko.
Chociaż dzisiaj odbyło się ostatnie faktyczne nabożeństwo roratnie, to w dniu wczorajszym mieliśmy ich oficjalne zakończenie. Pierwotnie bowiem nasze roraty miały trwać o dzień krócej, udało nam się jednak namówić księdza Krzysztofa na ten jeszcze jeden dzień. Niestety, jeden z biskupów katowickich był już umówiony na wczoraj i nie dało się tego zmienić. Stanęło na tym, że oficjalnie roraty zakończą się wczoraj, a najwytrwalsi przyjdą jeszcze dzisiaj. Na tym oficjalnie ostatnim nabożeństwie byli też klerycy z seminarium, co też jest niejako tradycją tych spotkań.
Ku mojemu zaskoczeniu, na koniec nabożeństwa, byłam jedną z tych osób, które ksiądz Krzysztof postanowił wyróżnić. Tak jak pisałam, do 100% obecności zabrakło mi jednego dnia, ale sam przyznał, że prawdopodobnie miałam najdłuższą drogę do pokonania z nas wszystkich. A po Mszy po cichu mi przyznał, że jemu by się tak nie chciało. Zrobiło mi się niezwykle miło, że mnie docenił, mój trud dojazdu, niedospanie. Po Mszy podszedł też do mnie owy ksiądz biskup (skąd wiedział, że ja to ja?) i też wypytywał skąd i jak dojeżdżałam, a na końcu gratulował mi hartu ducha. To też było dla mnie niecodzienne i trochę na wyrost, bo raczej nic wielkiego nie uczyniłam. Tylko żałuję, że wcześniej nie zgadałam się z księdzem, bo ciut za późno wpadłam na pomysł "kontrolek" z każdego dnia z wizerunkami i jakimiś cytatami z życiorysu świętych i błogosławionych. Za rok się poprawię. I może uda mi się być wtedy na wszystkich porannych roratach?
Zdjęcie z biskupem musiało być (to ten kapłan po prawej stronie)
Jednak w większości przypadków nie były to jedyne roraty w ciągu dnia. Na drugie zachodziłam do jednego z kościołów w mojej miejscowości. Początkowo miała to być moja macierzysta parafia, ale już po pierwszym dniu miałam dosyć. Powiedziałam sobie, że to były pierwsze i ostatnie roraty, na których byłam w parafii, przynajmniej w tym roku. Na drugi dzień poszłam do parafii z księdzem Niosącym Światło, wysłuchałam kazania dotyczącego początków działalności św. Franciszka i już wiedziałam, gdzie będę chodziła popołudniami. Zresztą, nawet w okresie zwykłym w tygodniu wolę iść tam na wieczorną Mszę świętą, niż do siebie. Co prawda to aż 2 kilometry od mojego domu, ale zawsze kiedy tylko mogłam, po prostu wsiadałam do innego autobusu niż gdybym od razu jechała do siebie i wysiadam na osiedlu, na którym jest ten kościół. Z powrotem wracam natomiast na nogach. 
Może tutaj byłam mniej razy niż na akademickich (nie byłam w żaden poniedziałek, ani w czwartki*), ale i tak byłam częściej, niżby to się wydarzyło w mojej rodzinnej parafii, gdzie rorat było zaledwie 9. Jakbym chodziła na nie tak jak tam, to byłabym na... czterech? Trochę śmieszne, ale to była też jedna z motywacji, aby tam nie chodzić. Chodziłam tam z pewną obawą, że w końcu księża się zdenerwują i zaczną dopowiadać sobie swoją ideologię do tego, co się dzieje, ale dzisiaj, kiedy roraty dobiegły końca, ksiądz Niosący Światło przyznał, że nawet się cieszył za każdym razem, kiedy mnie widział. Nie wiem czy tylko tak mówił, czy to było na serio, w każdym razie wcale nie był na mnie zły. I wręcz zapraszał, abym dalej do nich chodziła, jeżeli tylko mam taką ochotę. 
Takie podwójne roraty są wymagające pod różnymi względami, także organizacji czasu. Niekiedy byłam zmęczona dniem, ale z reguły mobilizowałam się i szłam na wieczorne nabożeństwo. Nie powiem, że nie uspokajało mnie to, kiedy widziałam księdza Niosącego Światło przy ołtarzu, bo wiedziałam, że wtedy po prostu jest "dobrze". Cieszy mnie też to, że mimo wszystko niczego nie zawaliłam na uczelni, chociaż czasami znajdowałam czas na naukę dopiero w autobusie. Najgorsza ocena z kolokwiów i zaliczeń z tego okresu to 4, więc chyba nie jest najgorzej. Myślę też, że nabożeństwa były dla mnie takim sprawdzianem mojej formy wytrwałości i to nie tylko na gruncie wiary, ale też regularności. Tego, co jestem w stanie zrobić, a z czego zrezygnować. Jak zorganizować czas, aby jak najmniej stracić, a jak najwięcej zyskać. To trudna umiejętność, ale przy wcześniejszym wyznaczeniu priorytetów - możliwa.
* chociaż wydaje mi się, że byłam w pierwszy czwartek adwentu

czwartek, 21 grudnia 2023

1804. O Ziemi Świętej w przede dniu świąt Bożego Narodzenia

Dzisiaj odbyło się nie tylko oficjalne zakończenie naszych akademickich rorat, ale też ostatnie spotkanie naszej piekarnikowej wspólnoty. Można więc powiedzieć, że dzień rozpoczęłam (dzięki roratom) i zakończyłam (dzięki spotkaniu grupy) w duchu Duszpasterstwa Akademickiego. Było to moje pierwsze spotkanie po dwóch tygodniach nieobecności i nie do końca byłam pewna, czy mogę na nie pójść, czy może to wystarczyło, abym została usunięta ze wspólnoty, ale kiedy zapytałam o to księdza Krzysztofa po porannych roratach, to tylko popatrzył na mnie jak na wariatkę, a Madziałek już werbalnie dodała: "to oznacza, że możesz śmiało przychodzić".
Po pobudce o 4:45 trochę się obawiałam, czy dotrwam do tej 19:00. Zwłaszcza, że około 13:00, czyli na zajęciach z prawa, miałam kryzys i robiłam wszystko, aby nie zasnąć. Jednocześnie moją głowę zaprzątało wspomnienie tego, co się stało dzień wcześniej podczas stawiania dźwigu przy szopce. I automatyczna myśl, czy nie skończyło się to dla niektórych zbyt źle. Bo że dzisiaj ktoś obudził się z guzem na środku głowy, to jestem tego więcej niż pewna. Nawet zastanawiałam się, czy nie zrezygnować z piekarnika i nie sprawdzić, co się dzieje, ale obawiam się, że wtedy podpadłabym księdzu Krzysiowi i Madziałkowi. Tak źle i tak niedobrze. Drugim czynnikiem, który skutecznie mnie rozbudził, były dzieci ze świetlicy. Naprawdę, działają lepiej niż najmocniejsza kawa.
Jak można się domyślić, tego dnia nie wróciłam do siebie na wieczorne spotkanie ze świętym Franciszkiem w ramach rorat dla dzieci. Ale żeby tradycji stało się zadość - poszłam na wieczorne roraty odbywające się w archikatedrze Chrystusa Króla naprzeciwko Wydziału Teologicznego. W zasadzie nie musiałam tego robić, ale nie miałam za bardzo gdzie się podziać, ksiądz Krzysztof zapraszał wszystkich, a szczególnie tych, którzy nie byli rano, na tą Mszę, a poza tym, skoro każdy piekarnik rozpoczynamy Mszą świętą, to dlaczego teraz miałoby być inaczej? Była obawa, że zasnę, np. na kazaniu, ale zebrało się tyle ludzi z duszpasterstwa, że prawdopodobnie zawsze ktoś by mnie obudził.
Po Mszy całą gromadą udaliśmy się do ośrodka DA. Oczywiście z czasem dołączały do nas osoby, których nie było na Mszy. Robiła nas się całkiem imponująca gromada. Ale też tematyka dzisiejszego spotkania była niezwykle aktualna. We wrześniu całkiem spora liczba ludzi skupionych w duszpasterstwie wyjechała wraz z księdzem na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Ich przewodniczką na miejscu była Małgorzata Kurzajewska. Tak, tak, dobrze Wam się wydaje - jest to siostra znanego prezentera - Macieja Kurzajewskiego. Pani Małgorzata aktualnie jest w Polsce i zgodziła się na odwiedzenie nas i opowiedzenie jak wygląda sytuacja w Ziemi Świętej z perspektywy kogoś, kto mieszka tam na stałe. 
Kiedy wszyscy z kubkiem herbaty w ręce zasiedli wokoło duszpasterskiego stołu, pani Małgorzata zaczęła snuć swoją opowieść o tym, co się dzieje w Palestynie i Strefie Gazy od 7 października. Była to o tyle autentyczna wypowiedź, że nie była zmanipulowana przez żadnego dziennikarza, co niestety się dosyć często zdarza w naszej telewizji. Zresztą sama opowiedziała o tym, jak to jeden z dziennikarzy TVN-u* wręcz mówił jej co ma mówić, aby reportaż był jak najbardziej dramatyczna. Problem jednak polegał na tym, że to co miałaby mówić, było rozbieżne z tym, co się dzieje naprawdę.
A co się dzieje naprawdę? Owszem, latają kule i rakiety, wybuchają bomby, a nawet uprowadzani są ludzie, jednak życie powoli wraca do normy. Już nawet rozprowadzono bilety na pasterkę w betlejemskiej bazylice. To nic, że bardziej jest to spektakl polityczny niż duchowe przeżycie. Kamery lubią polityków, tak samo jak mieszkańcy Betlejem. Pani Małgorzata bardzo często odnosiła się do zwiedzonych przez nich miejsc oraz poznanych przy tym osób. Z pokojarzeniem tego pierwszego nie miałam problemów, wszak byłam tam zaledwie w zeszłym roku. Z tym drugim był już problem, ale nie przeszkodziło mi to w wysłuchaniu całości. Ciekawostką dla mnie jest to, że małżonek pani Małgosi jest Arabem. A mimo to sam ubłagał żonę aby wróciła, chociaż na jakiś czas, do Polski. W końcu skapitulowała, dzięki czemu mogła się z nami spotkać.
Na koniec wykonaliśmy pamiątkowe zdjęcie, na którym widać, że zebrała nas się całkiem pokaźna grupka:
Po spotkaniu i wypiciu częściowo rozlanej herbaty powoli zbierałam się do domu. Ksiądz chyba nawet się nie spostrzegł. że coś się wylało na podłogę, bo znowu by się na mnie zdenerwował. Co zresztą robił już od rana - najpierw poszło o bułki na śniadanie, a potem o spotkanie wigilijne. Co do pierwszego to brzuch mnie bolał, co do drugiego, to w dalszym ciągu nie jestem pewna, czy mogę się uważać za pełnoprawnego członka wspólnoty. Wszak przynależę do niej dopiero od końca października, no i opuściłam kilka spotkań... Ale ksiądz wraz z Zosią sami nalegali, abym się zapisała, bo jednak jestem członkiem całości. Więc chyba trzeba to zrobić.
Jak wychodziłam zastał mnie deszcz. Co ja piszę - deszcz. To było istne oberwanie chmury. A ponieważ moja piesza droga trwała ok. 25 minut, to do autobusu wsiadałam całkowicie przemoczona. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak mnie zlało, chyba jeszcze w czasach, kiedy studiowałam turystykę religijną w Grodzie Kraka. Wtedy wracałam na noc w Papieskim Mieście. Pewnego wieczoru nad miastem rozszalała się typowa ulewa. Po dotarciu busem na miejsce postanowiłam, że przeczekam ją na dworcu autobusowym pod wiatą. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego - z busa którem przyjechałam wysiadł kierowca i zapytał, gdzie może mnie podwieźć, abym miała najbliżej do domu. Wtedy i tak zmokłam, ale na pewno dużo mniej, niż gdybym miała iść na nogach z dworca. Teraz było inaczej. Mam tylko nadzieję, że nie przeziębię się na nowo, bo ledwie co wykaraskałam się z poprzedniej infekcji.
A dzisiejsza adwentowa myśl brzmi:
* odczytujcie to neutralnie, bez sympatii czy antypatii do tej czy innej stacji telewizyjnej, ponieważ tylko dziennikarz z tej stacji chciał przeprowadzić z nią wywiad

środa, 20 grudnia 2023

1803. Integrujemy się

Wczoraj podczas wydziałowego spotkania adwentowego wynegocjowaliśmy z jednym z wykładowców, ażebyśmy przesunęli dzisiejsze kolokwium z antropologii współczesnej na termin poświąteczny. Zgodził się, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu. No bo spodziewaliśmy się z tym większych problemów. Nawet jeżeli jest to jeden z najbardziej ugodowych nauczycieli na uczelni. W zamian jednak zaznaczył, że moglibyśmy zrobić jakieś grupowe spotkanie opłatkowe. Z nim. No, w sumie, dlaczego nie? Chyba jeszcze nie mieliśmy czegoś takiego.
Wieczorem podzieliśmy się co kto ma pokupować. nie w udziale przypadło kupno słonych paluszków. Jednak za późno o tym przeczytałam i musiałam wstąpić do sklepu dopiero dzisiaj pomiędzy porannymi roratami, a pierwszymi zajęciami na uczelni. Jak obiecałam, to nie chciałam nikogo zawieść. Przy okazji oddałam książki do Biblioteki Śląskiej. Co prawda nie dopatrzyłam, że jest ona otwarta dopiero od 10:00, na szczęście jest zamontowana tzw. wrzutnia pozwalająca oddać książki również poza godzinami pracy placówki. A potem, w drodze powrotnej, wstąpiłam do delikatesów po paluszki i talarki.
Każdy z nas, tych którzy przyszli na środowe zajęcia, miał nadzieję, że nasze spotkanie wigilijne będzie na pierwszym bloku zajęć z antropologii. Tak dobrze jednak nie ma - ksiądz uznał, że chociaż wykład musi zrobić. Ale na ćwiczeniach już będzie obiecane spotkanie. A że wykłady są zawsze prowadzone tak, że wszyscy pękamy ze śmiechu, to trochę rekompensowało nam to nasze rozczarowanie.
W przerwie pomiędzy wykładami, a ćwiczeniami z przedmiotu odbyło się spotkanie naszego koła naukowego. Niestety nie przyszły na nie osoby z pierwszego roku nauk o rodzinie pierwszego stopnia oraz nasza Starościna. To, że jej nie było to może i dobrze, bo nagle okazało się, że artykuł, o którym wspominałam w poprzednim tygodniu spokojnie można przesyłać do świąt. Super, nie ma to jak bezsensownie zarwana noc. Ciśnienie od razu skoczyło mi w górę... Ostatecznie było nas czworo, wraz z opiekunem koła, czyli moją byłą panią promotor. Graliśmy w "Dixit" i też było ciekawie. A przy okazji dowiedziałam się, że pani promotor kombinuje jak wydać moją pracę licencjacką, a przynajmniej ich wyniki badań. Trochę mi głupio, ale jeżeli one uważa, że są one godne uwagi, to może faktycznie tak jest?
Trochę spóźnieni wróciliśmy z Archaniołem na zajęcia. Już wszystko było na nich przygotowane - stoły połączone, na nich znajdowały się ciasta, przekąski i napoje. Wszyscy czekali tylko na nas. Nie mieliśmy opłatka, ale to nie przeszkodziło nam w złożeniu sobie serdecznych życzeń. A potem czas nam upływał na rozmowach i śmiechach. Wstyd się przyznać, ale z niektórymi osobami pierwszy raz zamieniłam więcej, niż kilka słów. Szkoda, że takich dni jest tak mało. I że tak mało ludzi dzisiaj przyszło na zajęcia. I że ja sama musiałam wcześniej wyjść, ale jeszcze miałam iść do pracy. Ale i tak myślę, że to był dobry pomysł. I cieszę się, że ksiądz też się na to zgodził. Bo przecież mógł odmówić.
Po pracy pojechałam na drugie tego dnia roraty, po których parafianie mieli zbudować szopkę betlejemską. Chciałam na to popatrzeć, tym bardziej, że mam drobny wkład w jej powstanie. Aby nie wzbudzać jednak podejrzeń, postanowiłam odmówić różaniec na różańcu, który ksiądz Krzysiu dostał od papieża Franciszka. W mojej parafii dzieci losują na dwa dni figurkę Maryi, u Maksymiliana losują na jeden dzień figurkę Dzieciątka Jezus, a my na jeden dzień zgłaszamy się do odmówienia różańca w intencji Ojca Świętego. Chociaż ja się nie zgłosiłam, mnie w pewnym sensie przymusili do tego.
/tutaj będzie zdjęcie różańca, tylko znajdę kabel od aparatu/
To był niezły pomysł, ponieważ zaraz po tym, jak zakończyłam, pojawił się ksiądz Niosący Światło z ekipa Bobów Budowniczych. Teraz niewiele im pomogłam, co najwyżej mogłam im powiedzieć, czy coś jest prosto, czy nie, albo podać odpowiedni wkręt z walizki majsterkowicza ("Skąd ty wiesz, jak wygląda "14?" - no przecież to widać na wkręcie). Było śmiesznie, ale i niebezpiecznie, zwłaszcza podczas stawiania dźwigu. Teraz postawiona została konstrukcja dźwigu i samej szopki, co trwało do około 22:30. Na resztę przyjdzie czas w kolejnych dniach, bo i tak wszyscy byliśmy już zmęczeni, a najbardziej to już sam ksiądz. On chyba w swoim stanie nie powinien tak się forsować. A noc może okazać się za krótka na regenerację sił.