Wczoraj podczas wydziałowego spotkania adwentowego wynegocjowaliśmy z jednym z wykładowców, ażebyśmy przesunęli dzisiejsze kolokwium z antropologii współczesnej na termin poświąteczny. Zgodził się, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu. No bo spodziewaliśmy się z tym większych problemów. Nawet jeżeli jest to jeden z najbardziej ugodowych nauczycieli na uczelni. W zamian jednak zaznaczył, że moglibyśmy zrobić jakieś grupowe spotkanie opłatkowe. Z nim. No, w sumie, dlaczego nie? Chyba jeszcze nie mieliśmy czegoś takiego.
Wieczorem podzieliśmy się co kto ma pokupować. nie w udziale przypadło kupno słonych paluszków. Jednak za późno o tym przeczytałam i musiałam wstąpić do sklepu dopiero dzisiaj pomiędzy porannymi roratami, a pierwszymi zajęciami na uczelni. Jak obiecałam, to nie chciałam nikogo zawieść. Przy okazji oddałam książki do Biblioteki Śląskiej. Co prawda nie dopatrzyłam, że jest ona otwarta dopiero od 10:00, na szczęście jest zamontowana tzw. wrzutnia pozwalająca oddać książki również poza godzinami pracy placówki. A potem, w drodze powrotnej, wstąpiłam do delikatesów po paluszki i talarki.
Każdy z nas, tych którzy przyszli na środowe zajęcia, miał nadzieję, że nasze spotkanie wigilijne będzie na pierwszym bloku zajęć z antropologii. Tak dobrze jednak nie ma - ksiądz uznał, że chociaż wykład musi zrobić. Ale na ćwiczeniach już będzie obiecane spotkanie. A że wykłady są zawsze prowadzone tak, że wszyscy pękamy ze śmiechu, to trochę rekompensowało nam to nasze rozczarowanie.
W przerwie pomiędzy wykładami, a ćwiczeniami z przedmiotu odbyło się spotkanie naszego koła naukowego. Niestety nie przyszły na nie osoby z pierwszego roku nauk o rodzinie pierwszego stopnia oraz nasza Starościna. To, że jej nie było to może i dobrze, bo nagle okazało się, że artykuł, o którym wspominałam w poprzednim tygodniu spokojnie można przesyłać do świąt. Super, nie ma to jak bezsensownie zarwana noc. Ciśnienie od razu skoczyło mi w górę... Ostatecznie było nas czworo, wraz z opiekunem koła, czyli moją byłą panią promotor. Graliśmy w "Dixit" i też było ciekawie. A przy okazji dowiedziałam się, że pani promotor kombinuje jak wydać moją pracę licencjacką, a przynajmniej ich wyniki badań. Trochę mi głupio, ale jeżeli one uważa, że są one godne uwagi, to może faktycznie tak jest?
Trochę spóźnieni wróciliśmy z Archaniołem na zajęcia. Już wszystko było na nich przygotowane - stoły połączone, na nich znajdowały się ciasta, przekąski i napoje. Wszyscy czekali tylko na nas. Nie mieliśmy opłatka, ale to nie przeszkodziło nam w złożeniu sobie serdecznych życzeń. A potem czas nam upływał na rozmowach i śmiechach. Wstyd się przyznać, ale z niektórymi osobami pierwszy raz zamieniłam więcej, niż kilka słów. Szkoda, że takich dni jest tak mało. I że tak mało ludzi dzisiaj przyszło na zajęcia. I że ja sama musiałam wcześniej wyjść, ale jeszcze miałam iść do pracy. Ale i tak myślę, że to był dobry pomysł. I cieszę się, że ksiądz też się na to zgodził. Bo przecież mógł odmówić.
Po pracy pojechałam na drugie tego dnia roraty, po których parafianie mieli zbudować szopkę betlejemską. Chciałam na to popatrzeć, tym bardziej, że mam drobny wkład w jej powstanie. Aby nie wzbudzać jednak podejrzeń, postanowiłam odmówić różaniec na różańcu, który ksiądz Krzysiu dostał od papieża Franciszka. W mojej parafii dzieci losują na dwa dni figurkę Maryi, u Maksymiliana losują na jeden dzień figurkę Dzieciątka Jezus, a my na jeden dzień zgłaszamy się do odmówienia różańca w intencji Ojca Świętego. Chociaż ja się nie zgłosiłam, mnie w pewnym sensie przymusili do tego.
/tutaj będzie zdjęcie różańca, tylko znajdę kabel od aparatu/
To był niezły pomysł, ponieważ zaraz po tym, jak zakończyłam, pojawił się ksiądz Niosący Światło z ekipa Bobów Budowniczych. Teraz niewiele im pomogłam, co najwyżej mogłam im powiedzieć, czy coś jest prosto, czy nie, albo podać odpowiedni wkręt z walizki majsterkowicza ("Skąd ty wiesz, jak wygląda "14?" - no przecież to widać na wkręcie). Było śmiesznie, ale i niebezpiecznie, zwłaszcza podczas stawiania dźwigu. Teraz postawiona została konstrukcja dźwigu i samej szopki, co trwało do około 22:30. Na resztę przyjdzie czas w kolejnych dniach, bo i tak wszyscy byliśmy już zmęczeni, a najbardziej to już sam ksiądz. On chyba w swoim stanie nie powinien tak się forsować. A noc może okazać się za krótka na regenerację sił.

Paluszki i talarki? pewnie, po to, by za słodko nie było ;-)
OdpowiedzUsuńjotka