Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 21 grudnia 2023

1804. O Ziemi Świętej w przede dniu świąt Bożego Narodzenia

Dzisiaj odbyło się nie tylko oficjalne zakończenie naszych akademickich rorat, ale też ostatnie spotkanie naszej piekarnikowej wspólnoty. Można więc powiedzieć, że dzień rozpoczęłam (dzięki roratom) i zakończyłam (dzięki spotkaniu grupy) w duchu Duszpasterstwa Akademickiego. Było to moje pierwsze spotkanie po dwóch tygodniach nieobecności i nie do końca byłam pewna, czy mogę na nie pójść, czy może to wystarczyło, abym została usunięta ze wspólnoty, ale kiedy zapytałam o to księdza Krzysztofa po porannych roratach, to tylko popatrzył na mnie jak na wariatkę, a Madziałek już werbalnie dodała: "to oznacza, że możesz śmiało przychodzić".
Po pobudce o 4:45 trochę się obawiałam, czy dotrwam do tej 19:00. Zwłaszcza, że około 13:00, czyli na zajęciach z prawa, miałam kryzys i robiłam wszystko, aby nie zasnąć. Jednocześnie moją głowę zaprzątało wspomnienie tego, co się stało dzień wcześniej podczas stawiania dźwigu przy szopce. I automatyczna myśl, czy nie skończyło się to dla niektórych zbyt źle. Bo że dzisiaj ktoś obudził się z guzem na środku głowy, to jestem tego więcej niż pewna. Nawet zastanawiałam się, czy nie zrezygnować z piekarnika i nie sprawdzić, co się dzieje, ale obawiam się, że wtedy podpadłabym księdzu Krzysiowi i Madziałkowi. Tak źle i tak niedobrze. Drugim czynnikiem, który skutecznie mnie rozbudził, były dzieci ze świetlicy. Naprawdę, działają lepiej niż najmocniejsza kawa.
Jak można się domyślić, tego dnia nie wróciłam do siebie na wieczorne spotkanie ze świętym Franciszkiem w ramach rorat dla dzieci. Ale żeby tradycji stało się zadość - poszłam na wieczorne roraty odbywające się w archikatedrze Chrystusa Króla naprzeciwko Wydziału Teologicznego. W zasadzie nie musiałam tego robić, ale nie miałam za bardzo gdzie się podziać, ksiądz Krzysztof zapraszał wszystkich, a szczególnie tych, którzy nie byli rano, na tą Mszę, a poza tym, skoro każdy piekarnik rozpoczynamy Mszą świętą, to dlaczego teraz miałoby być inaczej? Była obawa, że zasnę, np. na kazaniu, ale zebrało się tyle ludzi z duszpasterstwa, że prawdopodobnie zawsze ktoś by mnie obudził.
Po Mszy całą gromadą udaliśmy się do ośrodka DA. Oczywiście z czasem dołączały do nas osoby, których nie było na Mszy. Robiła nas się całkiem imponująca gromada. Ale też tematyka dzisiejszego spotkania była niezwykle aktualna. We wrześniu całkiem spora liczba ludzi skupionych w duszpasterstwie wyjechała wraz z księdzem na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Ich przewodniczką na miejscu była Małgorzata Kurzajewska. Tak, tak, dobrze Wam się wydaje - jest to siostra znanego prezentera - Macieja Kurzajewskiego. Pani Małgorzata aktualnie jest w Polsce i zgodziła się na odwiedzenie nas i opowiedzenie jak wygląda sytuacja w Ziemi Świętej z perspektywy kogoś, kto mieszka tam na stałe. 
Kiedy wszyscy z kubkiem herbaty w ręce zasiedli wokoło duszpasterskiego stołu, pani Małgorzata zaczęła snuć swoją opowieść o tym, co się dzieje w Palestynie i Strefie Gazy od 7 października. Była to o tyle autentyczna wypowiedź, że nie była zmanipulowana przez żadnego dziennikarza, co niestety się dosyć często zdarza w naszej telewizji. Zresztą sama opowiedziała o tym, jak to jeden z dziennikarzy TVN-u* wręcz mówił jej co ma mówić, aby reportaż był jak najbardziej dramatyczna. Problem jednak polegał na tym, że to co miałaby mówić, było rozbieżne z tym, co się dzieje naprawdę.
A co się dzieje naprawdę? Owszem, latają kule i rakiety, wybuchają bomby, a nawet uprowadzani są ludzie, jednak życie powoli wraca do normy. Już nawet rozprowadzono bilety na pasterkę w betlejemskiej bazylice. To nic, że bardziej jest to spektakl polityczny niż duchowe przeżycie. Kamery lubią polityków, tak samo jak mieszkańcy Betlejem. Pani Małgorzata bardzo często odnosiła się do zwiedzonych przez nich miejsc oraz poznanych przy tym osób. Z pokojarzeniem tego pierwszego nie miałam problemów, wszak byłam tam zaledwie w zeszłym roku. Z tym drugim był już problem, ale nie przeszkodziło mi to w wysłuchaniu całości. Ciekawostką dla mnie jest to, że małżonek pani Małgosi jest Arabem. A mimo to sam ubłagał żonę aby wróciła, chociaż na jakiś czas, do Polski. W końcu skapitulowała, dzięki czemu mogła się z nami spotkać.
Na koniec wykonaliśmy pamiątkowe zdjęcie, na którym widać, że zebrała nas się całkiem pokaźna grupka:
Po spotkaniu i wypiciu częściowo rozlanej herbaty powoli zbierałam się do domu. Ksiądz chyba nawet się nie spostrzegł. że coś się wylało na podłogę, bo znowu by się na mnie zdenerwował. Co zresztą robił już od rana - najpierw poszło o bułki na śniadanie, a potem o spotkanie wigilijne. Co do pierwszego to brzuch mnie bolał, co do drugiego, to w dalszym ciągu nie jestem pewna, czy mogę się uważać za pełnoprawnego członka wspólnoty. Wszak przynależę do niej dopiero od końca października, no i opuściłam kilka spotkań... Ale ksiądz wraz z Zosią sami nalegali, abym się zapisała, bo jednak jestem członkiem całości. Więc chyba trzeba to zrobić.
Jak wychodziłam zastał mnie deszcz. Co ja piszę - deszcz. To było istne oberwanie chmury. A ponieważ moja piesza droga trwała ok. 25 minut, to do autobusu wsiadałam całkowicie przemoczona. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak mnie zlało, chyba jeszcze w czasach, kiedy studiowałam turystykę religijną w Grodzie Kraka. Wtedy wracałam na noc w Papieskim Mieście. Pewnego wieczoru nad miastem rozszalała się typowa ulewa. Po dotarciu busem na miejsce postanowiłam, że przeczekam ją na dworcu autobusowym pod wiatą. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego - z busa którem przyjechałam wysiadł kierowca i zapytał, gdzie może mnie podwieźć, abym miała najbliżej do domu. Wtedy i tak zmokłam, ale na pewno dużo mniej, niż gdybym miała iść na nogach z dworca. Teraz było inaczej. Mam tylko nadzieję, że nie przeziębię się na nowo, bo ledwie co wykaraskałam się z poprzedniej infekcji.
A dzisiejsza adwentowa myśl brzmi:
* odczytujcie to neutralnie, bez sympatii czy antypatii do tej czy innej stacji telewizyjnej, ponieważ tylko dziennikarz z tej stacji chciał przeprowadzić z nią wywiad

2 komentarze:

  1. Z miłością zawsze nam po drodze. Zdrówka, Karolinko... oby ta przygoda z deszczem nie skończyła się przeziębieniem...

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniałych świąt życzę Tobie i wszystkim, których kochasz i lubisz . 😊🎄🎄🎄

    OdpowiedzUsuń