Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 7 listopada 2024

2061. Pokonferencyjnie

Niedawno na Wydziale Teologicznym organizowano interdyscyplinarną i międzynarodową konferencję "Chrystianity in Europe. Questions on Unity". Było to jedno z wydarzeń, jakie miały miejsce w ramach ogłoszenia Katowic "Miastem Nauki". Jednymi z współorganizatorów konferencji były Koła Naukowe działające na wydziale. A że należę do obydwóch (Teologów i Familiologów - nie pytajcie, kiedy znajdują na to czas, na szczęście spotkania z reguły są na długich przerwach międzyzajęciowych), to raczej oczywiste było, że zaangażuję się w pomoc w jej organizacji. Tym bardziej, że było to jedne z największych wydarzeń organizowanych przez mój wydział w ostatnich latach. Jak tylko pojawiła się okazja, to zgłosiłam się do pomocy. Bardzo szybko zostałam przydzielona do przerzucania slajdów oraz obsługi szatni, co jak najbardziej mi odpowiadało.
O poniedziałkowej sensacji, gdzie w czasie konferencji okazało się, że arcybiskup Adrian Galbas został mianowany metropolitą warszawskim już pisałam. Myślę, że każdy z uczestników był poruszony tą wiadomością i do końca dnia w większym lub mniejszym stopniu ten temat kołatał mu się po głowie. Przynajmniej tak wynikało z rozmów przeprowadzonych w przerwie obiadowej oraz przerwach kawowych. Nawet dobrze, że tego dnia załatwiono tłumaczenie symultaniczne wystąpień, bo nie wiem ile osób byłoby w stanie skupić się na zrozumieniu wystąpień prelegentów. W drugiej połowie pierwszego dnia konferencji zaangażowana byłam w przesuwanie slajdów podczas prelekcji. W pewnym momencie z tego wszystkiego uczelniany laptop odmówił posłuszeństwa i nie pomogła tutaj nawet ręka naszego dziekana. Było trochę stresu, bo czas wystąpienia leciał, a tu urządzenie za nic na świecie nie chciało ruszyć. Na szczęście laptop się namyślił i grzecznie ruszył do przodu. A ja już do końca konferencji miałam jakąś urazę, że coś pójdzie nie tak.
Nie będę ukrywała, że z powodu zaangażowania się w pomoc przy organizacji konferencji, byłam nieco stratna we wtorek, środę oraz w czwartek w sferze wykładów. Nie mogłam bowiem ot tak sobie zejść z szatni wiedząc, że w każdym momencie może ktoś wyjść z auli i poprosić o swoją odzież wierzchnią. Poza tym ktoś musiał pilnować dobytku gości, zważając na to, że szatnia na naszym wydziale nie jest pilnowana i praktycznie każdy mógł do niej wejść. Co ciekawszych wykładów słuchałam z perspektywy otwartych drzwi do auli, jednak na dłuższą metę nie miało to sensu. Na szczęście w najbardziej gorących momentach był ktoś do pomocy, bo raczej nie dałabym radę w pojedynkę. Chociaż poza tymi momentami praca była w miarę spokojnie - mogłam nawet poczytać sobie notatki na niektóre przedmioty, albo pograć z Dorkiem w komórkową wersję "Milionerów" (raz nawet udało nam się "wygrać" główną nagrodę), a nawet z powodzeniem zdać kolejne kolokwia u wymagających wykładowców.
Wydaje mi się, że Konferencja cieszyła się sporym powodzeniem, jak na niszową jej tematykę. Jednak wraz z promotorem mojej pracy magisterskiej doszliśmy do jednego wniosku - zbyt dużo się mówi o synodalności w Kościele, a zbyt mało się tłumaczy, co to w ogóle jest. Z całości wyniosłabym pewnie więcej wniosków, gdybym częściej była na auli, gdzie trwały wykłady, niż w szatni. Ewentualnie gdybym bardziej rozumiała język angielski typowo specjalistyczny. Coś tam oczywiście rozumiałam, ale nie tyle, ile bym chciała. I wiele rzeczy musiałam się domyśleć. A z tym różnie mogło być.

środa, 6 listopada 2024

2060. Różne oblicza księdza Tadeusza Isakowicza - Zaleskiego

Jedną z wspólnot, z którą współpracował na przestrzeni lat Ksiądz Niosący Światło, jest jaworzańska wspólnota Dominki Bis, będąca jednym z oddziałów międzynarodowego ruchu "Wiara i Światło" skupiającego osoby z niepełnosprawnością intelektualną i ich rodziny. Ruch ściśle wiąże się z zamysłem Jeana Vanieja (o którym pisałam >>tutaj<<), aby stworzyć podobne wspólnoty we Francji, skąd się wywodził.
Ksiądz związany jest ze wspomnianą wspólnotą od ponad 20 lat (a więc całkiem długo). Przez ten czas zdążył zżyć się z nimi na tyle, że traktuje ich jak członka swojej rodziny. I chyba ze wzajemnością, bo nie zapominają o swoim kapelanie (przez kilka lat pełnił tą funkcję równocześnie z pracą duszpasterską w parafii i w schronisku dla bezdomnych), przyjeżdżając, czy to z okazji rocznicy święceń kapłańskich, czy choćby imienin. W ogóle ostatnio mi zdradził, że bardzo by chciał ich ze mną zapoznać, ostatnio nawet była ku temu okazja - wspomniane imieniny. Co ciekawe, byłam nawet na Mszy, którą zamówili dla niego, ale już nie chciałam mu psuć świętowania i radości z wizyty gości. Może jeszcze kiedyś nadarzy się ku temu okazja.
Jednym z prekursorów obecności wspólnoty na terenach naszego kraju jest zmarły w styczniu tego roku ksiądz Tadeusz Isakowicz - Zaleski. To on założył w 1981 roku jedne z pierwszych ich oddziałów w Krakowie i w Chrzanowie, tworząc w ten sposób podwaliny pod działalność całej prowincji południowej (dotychczas wspólnoty istniały we Wrocławiu oraz w Warszawie). 
Jak wspominał w jednym z wywiadów, 4 lutego 1979 roku, ksiądz Isakowicz - Zaleski jako kleryk pojechał do Warszawy. Jego koleżanka Teresa Honowska powiedziała mu, że jakby nie miał gdzie nocować, to może zadzwonić do córki profesora Andrzeja Grzegorczyka i tam ją przyjmą. Kiedy tak zrobił usłyszał, że może przyjść, ale wieczorem odbędzie się u nich Msza, którą odprawi ksiądz Stanisław Małkowski. Ksiądz Tadeusz znał go dosyć dobrze, bo do niego najczęściej jeździł po bibułę. Z chęcią pojechał pod wskazany adres. To wtedy pierwszy raz uczestniczył w nabożeństwie dla osób niepełnosprawnych intelektualnie i spotkał się z Ruchem Wiara i Światło, znanym pod nazwą "muminki". 
Sama niepełnosprawność nie była mu obca. Jego ojciec był inwalidą. Mimo to prowadził bardzo czynne i aktywne życie. Natomiast siostra jego mamy pracowała z niewidomymi w Laskach pod Warszawą. Dzięki temu od małego miał kontakt z niewidomymi dziećmi - odwiedzał ich na organizowanych dla nich obozach harcerskich, oprowadzał je po Krakowie, a w lipcu 1978 roku zorganizował dwutygodniowy wyjazd dla kleryków z seminarium krakowskiego do Lasek, gdzie pomagali w pracach remontowych. Dodatkowo chodził do klasy z opóźnionym w rozwoju chłopcem. Mimo że zmienił w ostateczności szkołę, to Tadeusz w dalszym ciągu się z nim kolegował, a nawet podziwiał za to, że został gońcem na poczcie. 
Wtedy w lutym 1979 roku kleryk Tadeusz trafił do wspólnoty utworzonej w Warszawie przez Marcina Przeciszewskiego oraz Joasię Puzynę. Istniała ona już od kilku miesięcy i nosiła nazwę Muminki, od bohaterów książek Tove Jansson, do których podobna była jedna z podopiecznych.
Oprócz księdza Małkowskiego Mszę odprawiał jeszcze jeden ksiądz ze Słowacji. Kleryk Tadeusz, przyzwyczajony w seminarium do pewnych form, był nią trochę zdegustowany - zwłaszcza tym, że Eucharystia była sprawowana na stole, na którym potem podano jedzenie. Nawet udział osób niepełnosprawnych nie zrobił na nim większego wrażenia, a nawet wydawało mu się dziwactwem.
Pierwszy ośrodek Ruchu Wiara i Światło powstał we Wrocławiu. To tam mieszkała Teresa Breza. W 1955 urodziła jej się córeczka, Joasia, u której stwierdzono zespół Downa. Pani Teresa, jako osoba religijna przeżywała to, że niepełnosprawne dzieci siedziały w domu i nie miały normalnej katechezy. Co prawda były we Wrocławiu parafie katechizujące niepełnosprawnych, ale traktowano ich jak małe dzieci. Pani Teresa jednak chodziła do kurii prosząc o kształcenie księży w tym kierunku, a nawet na jesień 1977 roku wyjechała do mieszkającej w Paryżu córki, aby szukać odpowiednich materiałów dydaktycznych. To wtedy poznała współzałożycielkę Wiary i Światło, Marie-Helene Mathieu. Po powrocie do Polski przetłumaczyła książkę "Psychopedagogika religijna osób niedorozwiniętych umysłowo" i doprowadziła do jej publikacji, dzięki czemu sprawa katechez niepełnosprawnych ruszyła z miejsca. Rok później zaproszono ją do Brukseli na kongres Wiary i Światła. Pod wpływem rozmów z jezuitą Andre Robertim i Jeanem Vanierem postanowiła, że stworzy podobną wspólnotę we Wrocławiu.
W 1981 roku diakon Tadeusz został skierowany na parafię w Chrzanowie, gdzie od razu zaczął szukać osób niepełnosprawnych. To tam założył kolejną wspólnotę Wiary i Światło, za którą był odpowiedzialny. Na początku dojeżdżał też do Krakowa. Jednak wraz z wybuchem stanu wojennego wyjazdy stały się uciążliwe, przez co wspólnota krakowska zamarła na kilka miesięcy. A jednak latem 1982 roku udało mu się zorganizować wspólny obóz w Milówce, integrujący obydwa środowiska. Uczestniczyło w nim kilkunastu podopiecznych i kilkudziesięciu opiekunów.
Jednocześnie zaczął mieć problemy z Jeanem Vanier, który nie popierał tego, że to ksiądz Isakowicz - Zaleski jest odpowiedzialny za wspólnotę, nie będąc tylko i wyłącznie jej kapelanem. Punktów spornych było więcej, jak choćby nazwa "muminki", czy brak statusu stowarzyszenia dla wspólnoty. Problem był też w tym, czy Ruch może mieć swoje domy - był to ruch wspólnot spotykających się i jeżdżących razem na wakacje, ale nie posiadających nieruchomości. 
Ksiądz Isakowicz - Zaleski był inicjatorem powstania "Małych muminków", wspólnoty dla dzieci od 6 do 16 roku życia, co było ewenementem na skalę całego ruchu koncentrującego się na osobach dorosłych. W 1984 roku nawiązał kontakt ze studentami pierwszego roku psychologii i namówił je do współpracy. Już rok później zorganizował pierwszy obóz w "Chorążówce". Sam ksiądz starał się nie zamykać w swoim środowisku i jeździł jako kapelan ze wspólnotami z Warszawy i Lublina. Jednak Małe Muminki angażowały go najbardziej - "paszczaki" przyprowadzały następnych "paszczaków", a zainteresowanie ruchem było tak duże, że już w 1987 roku podzielono całość na dwie wspólnoty.
Myślę, że to mniej znana strona życia ormiańskiego księdza. Wielu z nas może pamiętać, jak kilka lat temu zrobiło się głośno o tym kapłanie, kiedy na polskim rynku książkowym pojawiła się książka jego autorstwa "Księża wobec bezpieki na przykładzie Archidiecezji krakowskiej". Co więcej, kiedy byłam w pierwszej klasie liceum, to w mojej szkole zorganizowane zostało spotkanie autorskie z księdzem Tadeuszem Isakowiczem - Zaleskim, które dotyczyło również promocji wspomnianej książki.
Wtedy, w wieku tych 16 lat jakoś szczególnie nie interesowały mnie tego typu rzeczy. Owszem, lubiłam historię, ale tak jak już kiedyś pisałam, bardziej jej wycinkami niż całością. A okres PRL-u nie należał, i w zasadzie w dalszym ciągu nie należy, do owych wycinków. Nie wiem, może dlatego, że znajdował się on na końcu nauki historii, a przez to traktowany był nieco po macoszemu?
Przez lata nie czułam też specjalnej potrzeby zapoznania się z tą pozycją (chociaż na portalu lubimyczytać dodałam ją na półkę "chcę przeczytać"). Aż do teraz. Im więcej po śmierci księdza Isakowicza - Zaleskiego czytałam na jego temat, tym bardziej chciałam poznać również ten aspekt jego życia. Na szczęście po sprawdzeniu dostępności pozycji w Bibliotece Śląskiej okazało się, że przynajmniej jeden jej egzemplarz nie został wypożyczony. Nie traciłam więc okazji i postanowiłam ją wypożyczyć. A potem na kilkanaście dni pogrążyłam się w jej lekturze, czemu sprzyjały katowickie korki. Trochę mną ona wstrząsnęła, ale i starałam się podejść do wszystkiego od strony sprawców, zastanawiając się co nimi kierowało, że weszli na taką drogę. Bo o ile wiele z księży ewidentnie miało prowadzone teczki bez ich zgody i wiedzy, o tyle inni mieli tego pełną świadomość. Ale tego chyba nigdy się nie dowiem.
Tytuł: "Księża wobec bezpieki na przykładzie Archidiecezji krakowskiej"
Autor: Tadeusz Isakowicz - Zaleski
Wydawnictwo: Znak
Kraków 2007
Liczba stron: 592

Ksiądz Tadeusz Isakowicz - Zaleski jest znany głównie jako duchowny obrządku ormiańskiego oraz żywy krzewiciel pamięci o rzezi wołyńskiej. Jednak kilkanaście lat temu był na ustach całej Polski z zupełnie innego powodu. Spod jego pióra wyszła bowiem książka przedstawiająca zupełnie inny obraz księży katolickich w naszym kraju. Pozycja ta wstrząsnęła niejednym czytelnikiem i zmusiła do zadania sobie pytania - to w takim razie co było wolne od inwigilacji, skoro tym procederem został objęty nawet kościół?
"Księża wobec bezpieki" to gruntowna monografia dotycząca księży z archidiecezji krakowskiej, którzy w jakiś sposób podjęli współpracę z krakowskim Urzędem Bezpieki bądź wobec nich była prowadzona inwigilacja. Nie wszyscy byli tego świadomi, co jeszcze bardziej podkreśla ich dramat, ale też wyrachowanie funkcjonariuszy SB. Dzięki zachowanym w krakowskim IPNie teczkom możliwe było prześledzenie historii większości z nich, a przez to zrekonstruować ich działalność. Jak dla mnie sporym zaskoczeniem było to, że donosy dotyczyły chociażby takich osób jak ks. Franciszek Blachnicki (twórca Ruchu Światło - Życie), ks. Antoniego Sołtysika (twórca Ruchu Apostolstwa Młodych), Józefa Tischnera, a nawet kardynała Franciszka Macharskiego. Na końcu publikacji znajduje się dość pokaźnych rozmiarów aneks zawierający listy z wyjaśnieniami od księży, co do których jest przypuszczenie, że współpracowali z bezpieką.
Kiedy książka "Księża wobec bezpieki" pojawiła się na rynku, znaleźli się jej zwolennicy, ale i przeciwnicy. Wiele ludzi twierdziło, że źle się stało, że niektóre fakty ujrzały światło dzienne. Ale może też pokazało to, że ludzie związani z Kościołem są tak samo słabi i podatni na manipulację jak każdy inny. Że też mają swoje wady, a przez to bliżej im do przeciętnego człowieka, niż do Boga. Myślę, że to ważne, bo z jednej strony są oni następcami Chrystusa na ziemi, a z drugiej wcale nie daje im to boskiej natury, jak chciałby niejeden z nas.

poniedziałek, 4 listopada 2024

2059. Przyszedł jako arcybiskup katowicki, wyszedł jako metropolita warszawski

Jeżeli ktoś by powiedział, że historia dzisiejszego dnia tak się potoczy, to nigdy bym w to nie uwierzyła. A jednak takie rzeczy się zdarzają!
Na Wydziale Teologicznym trwa właśnie kilkudniowa międzynarodowa konferencja naukowa zatytułowana "Christianity in Europe. Questions on Unity". Nie byłabym chyba sobą, gdybym nie zgłosiła się do pomocy. I to nie ze względu na usprawiedliwioną nieobecność na zajęciach, ale po prostu. Zresztą nie było zbyt wielu chętnych ku temu, więc... Przydzielono mnie do obsługi szatni i do przesuwania slajdów prelegentów. A przy okazji mogę posłuchać co mają do powiedzenia prelegenci. A mają dużo.
Jednym z gości honorowych był arcybiskup katowicki, Adrian Galbas. W kilku słowach powitał przybyłych gości i słuchaczy, a także życzył owocnych czterech dni trwania sympozjum, po czym zeszedł i zasiadł wśród widowni.
Zakończyły się przemówienia gości honorowych, przeszliśmy do kolejnego punktu programu, czyli rozmowy panelowej na temat doświadczenia synodalności. Jednym z prelegentów był metropolita łódzki, kardynał Grzegorz Ryś. Cała dyskusja, wraz z pytaniami z sali, trwała około godziny.
Nagle w środku panelu na auli zrobiło się poruszenie, ludzie zaczęli coś szeptać, niektórzy szukali czegoś w swoich smartfonach. Po zakończonej rozmowie arcybiskup Adrian Galbas, kardynał Grzegorz Ryś, kilka osób i ksiądz dziekan naszego wydziału w pośpiechu wyszli z auli. Nieco zaskoczone spojrzałyśmy na siebie z Wisią, ale dalej nic nie rozumiałyśmy. 
W końcu na mównicę wyszedł promotor mojej magisterki i oznajmił, że przed chwilą przyszła z Watykanu wiadomość, że papież mianował arcybiskupa Galbasa metropolitą warszawskim.
Przez głowę przeleciało mi szczere "WOW". Jakby nie patrzeć, wszedł na sympozjum jako arcybiskup katowicki, a wyszedł jako kardynał. Z jednej strony trochę zrobiło mi się smutno, że już po roku nam* go zabierają (i nawet nie wiadomo, kogo papież mianuje zamiast niego). Z drugiej jednak się ucieszyłam. To przecież oznacza, że prawdopodobnie weźmie czynny udział w najbliższym konklawe. Ale nie tylko. Nie do końca wiem, jak to się przekłada na relacje z Watykanem, ale myślę, że będzie miał sporo mądrego do powiedzenia w wielu sprawach. Wszak był jednym z przedstawicieli diecezji podczas ostatniego Synodu. I przez kilka miesięcy łączył zarządzanie swoją archidiecezją oraz naszą diecezją sosnowiecką. Myślę, że to była mądra i przemyślana decyzja papieża Franciszka.
Szkoda, że dziekan wydziału jest innego zdania. Ale przyzwyczai się. Kiedyś...
*            *            *
 - Słyszał ksiądz o arcybiskupie Galbasie? - zapytałam Księdza Niosącego Światło, który zamykał kościół po wieczornej Mszy świętej. Akurat przyniosłam mu ilustrację przedstawiającą Jezusa obmywającego nogi uczniom. A przynajmniej coś, co w moim zamyśle ją przedstawia. A co on tam zobaczy, to już inna sprawa.
 - Jasne. I coś myślę, że za rok, dwa u nas będzie tak samo. Biskup Ważny zostanie przeniesiony gdzieś indziej, a nam znowu dadzą kogoś, kto sobie nie poradzi - przyznał. Mam nadzieję, że tak nie będzie. Że biskup Ważny będzie tak długo, jak tylko się da (czyli przynajmniej 17 lat, bo biskupi po ukończeniu 75 roku życia powinni złożyć rezygnacje z urzędu). Bo widać, że zależy mu nie tylko na diecezji, ale też na wyjaśnieniu tego, co się tutaj działo. Nie pytajcie mnie po co, widać uznał, że jest to potrzebne. A może wyniesie z tego wnioski dla siebie na przyszłość? Np. w jaki sposób zapobiegać podobnym procederom na przyszłość. O ile w ogóle jest to możliwe.
Nie, ale cieszę się z tego wyboru. Oczywiści jest mi przykro, że arcybiskup Galbas będzie musiał opuścić archidiecezję katowicką, a przez to przestanie być chociażby kanclerzem Wydziału Teologicznego, ale też sobie myślę, że to będzie dla niego szansa. Oby tylko dobrze ją wykorzystał...

* Myślę, że jako student Wydziału Teologicznego, którego jest Wielkim Kanclerzem, a także przez to, że przez kilka miesięcy był administratorem mojej diecezji, mogę tak o nim mówić.

sobota, 2 listopada 2024

2058. Dla tych, co odeszli by żyć wiecznie

Wraz z początkiem listopada nasze myśli biegną ku tym, których już nie ma z nami. Tradycyjnie pozwoliłam sobie podzielić się z Wami zestawieniem tych tzw. sławnych i znanych ludzi, którzy odeszli od nas w ostatnim roku.
Pierwszy raz robiłam tego typu filmik w tym programie, więc może nie wszystko wyszło tak, jakbym chciała, ale myślę, że nie jest najgorzej. Może podpisy nie wszędzie wyszły perfekcyjne, ale chyba i tak jest ok. Za rok pójdzie lepiej. O ile nie zmienią aplikacji na inną.
W filmiku wspomniałam o znanych ludziach. A teraz przedstawię Wam trzech mniej znanych (ale nie z mojej rodzinki), którzy odeszli w minionym roku.
Dominik S. O Dominiku pisałam Wam wielokrotnie, prosząc o przesłanie mu kartki na 18, albo wpłatę kilku złotych na trudne leczenie. Od lat walczył z postępującą chorobą Leśniewskiego-Crohna oraz nowotworem jelit. Dominik zmarł 8 maja 2024.
Ksiądz Józef M. Ksiądz Józiu był wikarym w mojej parafii w latach 1999 - 2004. Pomimo ciężkich warunków (tylko salka katechetyczna przy kościele) stworzył podwaliny funkcjonowania Oratorium salezjańskiego. Życzliwy, spokojny, dla każdego zawsze miał czas i dobre słowo. Ksiądz Józiu zmarł 22 sierpnia 2024 roku.
Basia P. Myślę, że Basię wielu z nas kojarzy z bloga, który prowadziła. Uśmiechnięta, życzliwa, nie skarżąca się na swój los. Pomimo niepełnosprawności tworzyła cudeńka, którymi obdarowywała innych. Basia odeszła od nas 25 września 2024 roku.

piątek, 1 listopada 2024

2057. Mam nadzieję, że mu się spodoba

Pamiętacie jak w maju na 20 rocznicę święceń kapłańskich dałam Księdzu Niosącemu Światło kartkę z wizerunkiem Jezusa Dobrego Pasterza? Był nią zachwycony i po dziś dzień większości napotkanych osób mówi o księżach będących pasterzami i pastuszkami, o których napisałam mu w życzeniach. To było bardzo spontaniczne, właściwie to pisałam wtedy to, co mi podpowiadało serce, szczerze myśląc o tym, aby się przy okazji nie wygłupić w jakiś dziwny sposób. Tak to już jest, kiedy coś się robi na ostatnią chwilę, tak jak w przypadku pisania tych życzeń. I tylko sama sobie jestem wdzięczna za to, że samą kartkę wraz z owieczkami zrobiłam kilka dni wcześniej.
Kiedy dawałam księdzu tamtą kartkę był zaskoczony tym, że wiedziałam także o tym, kiedy przyjął święcenia kapłańskie. W dobie dzisiejszej komputeryzacji nie było trudne znaleźć o tym informację. Wystarczyło tylko dobrze poszukać na stronie naszej diecezji, a następnie wykonać odpowiednie obliczenia. I już człowiek znał nie tylko dzień i miesiąc, ale także i rok. Co prawda i tak w jego parafii świętowali ten fakt, ale ja dowiedziałam się na tyle wcześnie, że mogłam wymyślić mu prezent i życzenia.
Tamtego dnia jakoś tak się dziwnie przede mną otworzył i ni stąd, ni zowąd zapytał mnie czy wiem, jakie było jego hasło prymicyjne. Oczywiście, że nie wiedziałam, no bo skąd? Wyznał mi, że był to wyrywek z Ewangelii św. Jana opisujący obrzęd obmycia nóg podczas Ostatniej Wieczerzy - "Potem nalał wody do misy i zaczął uczniom obmywać nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany" (J. 13, 5). Zapytałam go wtedy, dlaczego właśnie ten fragment. Odparł mi, że on rozumie swoje kapłaństwo tak, że ma być sługą Boga, ale przede wszystkim ludzi. I muszę przyznać, że komu jak komu, ale jemu się to udaje. Nawet jeżeli przebywa w szpitalu, to jeżeli jest w formie, to stara się być po prostu dla ludzi. Może nie obmywa im dosłownie nóg, ale na pewno służy dobrym słowem i wsparciem. Myślę, że to wystarczająca definicja bycia czyimś sługą w ludzkim sensie. Przy okazji wspomniał mi wtedy po raz pierwszy o wspólnocie "Wiara i światło" z Jaworzna, z którą jest związany od 25 lat i której był kapelanem. Skupia ona osoby z niepełnosprawnością. Ta wspólnota właśnie z okazji tej rocznicy święceń podarowała mu obraz przedstawiający Jezusa obmywającego nogi. I tak pół żartem rzucił, czy czasem nie narysowałabym mu kiedyś tej sceny.
On chyba żartował, ale ja wzięłam to na serio. Po pierwsze, musiałam pomyśleć nad okazją, z jakiej chcę mu dać mój obrazek. Pierwotnie miały to być urodziny, ale się nie wyrobiłam (za to dostał moją książkę o św. Józefie, ciekawe, czy ją czytał i czy mu się podobała). Potem imieniny, ale wtedy postanowiłam się pochorować (a że nie chciałam mu nic "sprzedać", to wysłałam mu tylko SMSa z życzeniami). Postanowiłam mu dać go po imieninach, ale i tak z załączonymi życzeniami z tej okazji. Zostało mi tylko zastanowić się, jak ugryźć temat. I co w ogóle chcę przedstawić na obrazku. Wbrew pozorom to nie jest takie trudne, a samych pomysłów miałam mnóstwo. Gorzej z wykonaniem.  Bo chciałam, aby to miało przysłowiowe "ręce i nogi", a nie było zrobione tylko, żeby odbębnić temat. A kiedy już miałam jaką taką wizję, musiałam przenieść ją na kartkę papieru. Sama praca powstawała etapami, w różnych okolicznościach, nawet w Domu Rekolekcyjnym w Zembrzycach, u mojej babci w domu czy też w pociągu gdzieś pomiędzy Wadowicami, a Krakowem.
Może nie do końca wyszło mi to tak jak zamierzyłam, a postacie są raczej komiczne (zwłaszcza usta Jezusa całującego stopę jednego z uczniów), ale lepiej nie będzie. Może poprawiłabym kilka rzeczy, ale znając życie, coś innego bym sknociła. Zakładając, że Ostatnia Wieczerza była tradycyjną wieczerzą paschalną, wplotłam w scenę kilka zwyczajów z nią związanych. Stąd m.in. menora, zwoje pism niesione przez postać po prawej stronie, leżenie na boku dwóch uczniów (w takiej pozycji zwyczajowo spożywane są wtedy posiłki), czy też kieliszek dla proroka Eliasza, który według tradycji tego dnia miał przyjść na ową wieczerzę. Błędem, ale świadomym, jest obecność mięsa na stole - do tej pory powinno ono zostać całkowicie zjedzone. Ja jednak chciałam jeszcze bardziej podkreślić to, że jest to ta wyjątkowa wieczerza spożywana raz w roku.
Trochę żałuję, że nie wzięłam tego obrazka na wieczorną Mszę świętą, bo odprawiał ją Ksiądz Niosący Światło. A potem chwilę ze mną porozmawiał. Oczywiście pierwsze jego pytanie, to gdzie się podziewam, kiedy mnie nie ma. Noszsz, coś tam powiedziałam wymijająco, bo nie chcę go na razie wtajemniczać w moje studia ani w to, że ostatnio i byłam trochę przeziębiona, i miałam urwanie głowy w związku z organizacją Krajowego Forum Duszpasterstw Akademickich. A poza tym, chyba przynoszę pecha ludziom, którzy mnie lubią (ale to też wolałam przemilczeć). Trochę mu się doczepiłam do homilii, podczas której kanonizował Pier Georgia Frassatiego (który jeszcze jest błogosławiony). Z drobnym politowaniem zapytał mnie o różnice między kanonizacją, a beatyfikacją, ale kiedy zaczęłam mu je wymieniać, to zmienił temat i zaczął ubolewać, że dwa tygodnie temu uciekłam mu na koniec z niedzielnej Mszy świętej, bo chciał mnie przedstawić wspomnianej wspólnocie, która na niej była. Powiedziałam mu, że nie chciałam psuć mu świętowania, bo poniekąd była to prawda. Chyba opadły mu ręce, ale co ja na to poradzę, że naprawdę nie wiedziałam, co on zamierza zrobić. Poza tym ja wtedy jeszcze walczyłam z przeziębieniem i pewnie i tak bym nie poszła w obawie, że go zarażę. On też niedawno miał jakąś infekcję, nie wiadomo czy do końca z niej wyszedł (z barwy głosu wnioskuję, że nie do końca) i jak tam z jego odpornością.
Postaram mu się podrzucić go w niedalekiej przyszłości. Może nawet jutro? Co prawda ksiądz powiedział mi, że jutro nie ma dyżuru podczas Mszy świętej, ale może jak dam teczkę z rysunkiem proboszczowi parafii, to mu ją przekaże. A Ksiądz Niosący Światło ucieszy się z tego? Może...