Jedną z wspólnot, z którą współpracował na przestrzeni lat Ksiądz Niosący Światło, jest jaworzańska wspólnota Dominki Bis, będąca jednym z oddziałów międzynarodowego ruchu "Wiara i Światło" skupiającego osoby z niepełnosprawnością intelektualną i ich rodziny. Ruch ściśle wiąże się z zamysłem Jeana Vanieja (o którym pisałam >>tutaj<<), aby stworzyć podobne wspólnoty we Francji, skąd się wywodził.
Ksiądz związany jest ze wspomnianą wspólnotą od ponad 20 lat (a więc całkiem długo). Przez ten czas zdążył zżyć się z nimi na tyle, że traktuje ich jak członka swojej rodziny. I chyba ze wzajemnością, bo nie zapominają o swoim kapelanie (przez kilka lat pełnił tą funkcję równocześnie z pracą duszpasterską w parafii i w schronisku dla bezdomnych), przyjeżdżając, czy to z okazji rocznicy święceń kapłańskich, czy choćby imienin. W ogóle ostatnio mi zdradził, że bardzo by chciał ich ze mną zapoznać, ostatnio nawet była ku temu okazja - wspomniane imieniny. Co ciekawe, byłam nawet na Mszy, którą zamówili dla niego, ale już nie chciałam mu psuć świętowania i radości z wizyty gości. Może jeszcze kiedyś nadarzy się ku temu okazja.
Jednym z prekursorów obecności wspólnoty na terenach naszego kraju jest zmarły w styczniu tego roku ksiądz Tadeusz Isakowicz - Zaleski. To on założył w 1981 roku jedne z pierwszych ich oddziałów w Krakowie i w Chrzanowie, tworząc w ten sposób podwaliny pod działalność całej prowincji południowej (dotychczas wspólnoty istniały we Wrocławiu oraz w Warszawie).
Jak wspominał w jednym z wywiadów, 4 lutego 1979 roku, ksiądz Isakowicz - Zaleski jako kleryk pojechał do Warszawy. Jego koleżanka Teresa Honowska powiedziała mu, że jakby nie miał gdzie nocować, to może zadzwonić do córki profesora Andrzeja Grzegorczyka i tam ją przyjmą. Kiedy tak zrobił usłyszał, że może przyjść, ale wieczorem odbędzie się u nich Msza, którą odprawi ksiądz Stanisław Małkowski. Ksiądz Tadeusz znał go dosyć dobrze, bo do niego najczęściej jeździł po bibułę. Z chęcią pojechał pod wskazany adres. To wtedy pierwszy raz uczestniczył w nabożeństwie dla osób niepełnosprawnych intelektualnie i spotkał się z Ruchem Wiara i Światło, znanym pod nazwą "muminki".
Sama niepełnosprawność nie była mu obca. Jego ojciec był inwalidą. Mimo to prowadził bardzo czynne i aktywne życie. Natomiast siostra jego mamy pracowała z niewidomymi w Laskach pod Warszawą. Dzięki temu od małego miał kontakt z niewidomymi dziećmi - odwiedzał ich na organizowanych dla nich obozach harcerskich, oprowadzał je po Krakowie, a w lipcu 1978 roku zorganizował dwutygodniowy wyjazd dla kleryków z seminarium krakowskiego do Lasek, gdzie pomagali w pracach remontowych. Dodatkowo chodził do klasy z opóźnionym w rozwoju chłopcem. Mimo że zmienił w ostateczności szkołę, to Tadeusz w dalszym ciągu się z nim kolegował, a nawet podziwiał za to, że został gońcem na poczcie.
Wtedy w lutym 1979 roku kleryk Tadeusz trafił do wspólnoty utworzonej w Warszawie przez Marcina Przeciszewskiego oraz Joasię Puzynę. Istniała ona już od kilku miesięcy i nosiła nazwę Muminki, od bohaterów książek Tove Jansson, do których podobna była jedna z podopiecznych.
Oprócz księdza Małkowskiego Mszę odprawiał jeszcze jeden ksiądz ze Słowacji. Kleryk Tadeusz, przyzwyczajony w seminarium do pewnych form, był nią trochę zdegustowany - zwłaszcza tym, że Eucharystia była sprawowana na stole, na którym potem podano jedzenie. Nawet udział osób niepełnosprawnych nie zrobił na nim większego wrażenia, a nawet wydawało mu się dziwactwem.
Pierwszy ośrodek Ruchu Wiara i Światło powstał we Wrocławiu. To tam mieszkała Teresa Breza. W 1955 urodziła jej się córeczka, Joasia, u której stwierdzono zespół Downa. Pani Teresa, jako osoba religijna przeżywała to, że niepełnosprawne dzieci siedziały w domu i nie miały normalnej katechezy. Co prawda były we Wrocławiu parafie katechizujące niepełnosprawnych, ale traktowano ich jak małe dzieci. Pani Teresa jednak chodziła do kurii prosząc o kształcenie księży w tym kierunku, a nawet na jesień 1977 roku wyjechała do mieszkającej w Paryżu córki, aby szukać odpowiednich materiałów dydaktycznych. To wtedy poznała współzałożycielkę Wiary i Światło, Marie-Helene Mathieu. Po powrocie do Polski przetłumaczyła książkę "Psychopedagogika religijna osób niedorozwiniętych umysłowo" i doprowadziła do jej publikacji, dzięki czemu sprawa katechez niepełnosprawnych ruszyła z miejsca. Rok później zaproszono ją do Brukseli na kongres Wiary i Światła. Pod wpływem rozmów z jezuitą Andre Robertim i Jeanem Vanierem postanowiła, że stworzy podobną wspólnotę we Wrocławiu.
W 1981 roku diakon Tadeusz został skierowany na parafię w Chrzanowie, gdzie od razu zaczął szukać osób niepełnosprawnych. To tam założył kolejną wspólnotę Wiary i Światło, za którą był odpowiedzialny. Na początku dojeżdżał też do Krakowa. Jednak wraz z wybuchem stanu wojennego wyjazdy stały się uciążliwe, przez co wspólnota krakowska zamarła na kilka miesięcy. A jednak latem 1982 roku udało mu się zorganizować wspólny obóz w Milówce, integrujący obydwa środowiska. Uczestniczyło w nim kilkunastu podopiecznych i kilkudziesięciu opiekunów.
Jednocześnie zaczął mieć problemy z Jeanem Vanier, który nie popierał tego, że to ksiądz Isakowicz - Zaleski jest odpowiedzialny za wspólnotę, nie będąc tylko i wyłącznie jej kapelanem. Punktów spornych było więcej, jak choćby nazwa "muminki", czy brak statusu stowarzyszenia dla wspólnoty. Problem był też w tym, czy Ruch może mieć swoje domy - był to ruch wspólnot spotykających się i jeżdżących razem na wakacje, ale nie posiadających nieruchomości.
Ksiądz Isakowicz - Zaleski był inicjatorem powstania "Małych muminków", wspólnoty dla dzieci od 6 do 16 roku życia, co było ewenementem na skalę całego ruchu koncentrującego się na osobach dorosłych. W 1984 roku nawiązał kontakt ze studentami pierwszego roku psychologii i namówił je do współpracy. Już rok później zorganizował pierwszy obóz w "Chorążówce". Sam ksiądz starał się nie zamykać w swoim środowisku i jeździł jako kapelan ze wspólnotami z Warszawy i Lublina. Jednak Małe Muminki angażowały go najbardziej - "paszczaki" przyprowadzały następnych "paszczaków", a zainteresowanie ruchem było tak duże, że już w 1987 roku podzielono całość na dwie wspólnoty.
Myślę, że to mniej znana strona życia ormiańskiego księdza. Wielu z nas może pamiętać, jak kilka lat temu zrobiło się głośno o tym kapłanie, kiedy na polskim rynku książkowym pojawiła się książka jego autorstwa "Księża wobec bezpieki na przykładzie Archidiecezji krakowskiej". Co więcej, kiedy byłam w pierwszej klasie liceum, to w mojej szkole zorganizowane zostało spotkanie autorskie z księdzem Tadeuszem Isakowiczem - Zaleskim, które dotyczyło również promocji wspomnianej książki.
Wtedy, w wieku tych 16 lat jakoś szczególnie nie interesowały mnie tego typu rzeczy. Owszem, lubiłam historię, ale tak jak już kiedyś pisałam, bardziej jej wycinkami niż całością. A okres PRL-u nie należał, i w zasadzie w dalszym ciągu nie należy, do owych wycinków. Nie wiem, może dlatego, że znajdował się on na końcu nauki historii, a przez to traktowany był nieco po macoszemu?
Przez lata nie czułam też specjalnej potrzeby zapoznania się z tą pozycją (chociaż na portalu lubimyczytać dodałam ją na półkę "chcę przeczytać"). Aż do teraz. Im więcej po śmierci księdza Isakowicza - Zaleskiego czytałam na jego temat, tym bardziej chciałam poznać również ten aspekt jego życia. Na szczęście po sprawdzeniu dostępności pozycji w Bibliotece Śląskiej okazało się, że przynajmniej jeden jej egzemplarz nie został wypożyczony. Nie traciłam więc okazji i postanowiłam ją wypożyczyć. A potem na kilkanaście dni pogrążyłam się w jej lekturze, czemu sprzyjały katowickie korki. Trochę mną ona wstrząsnęła, ale i starałam się podejść do wszystkiego od strony sprawców, zastanawiając się co nimi kierowało, że weszli na taką drogę. Bo o ile wiele z księży ewidentnie miało prowadzone teczki bez ich zgody i wiedzy, o tyle inni mieli tego pełną świadomość. Ale tego chyba nigdy się nie dowiem.
Tytuł: "Księża wobec bezpieki na przykładzie Archidiecezji krakowskiej"
Autor: Tadeusz Isakowicz - Zaleski
Wydawnictwo: Znak
Kraków 2007
Liczba stron: 592Ksiądz Tadeusz Isakowicz - Zaleski jest znany głównie jako duchowny obrządku ormiańskiego oraz żywy krzewiciel pamięci o rzezi wołyńskiej. Jednak kilkanaście lat temu był na ustach całej Polski z zupełnie innego powodu. Spod jego pióra wyszła bowiem książka przedstawiająca zupełnie inny obraz księży katolickich w naszym kraju. Pozycja ta wstrząsnęła niejednym czytelnikiem i zmusiła do zadania sobie pytania - to w takim razie co było wolne od inwigilacji, skoro tym procederem został objęty nawet kościół?
"Księża wobec bezpieki" to gruntowna monografia dotycząca księży z archidiecezji krakowskiej, którzy w jakiś sposób podjęli współpracę z krakowskim Urzędem Bezpieki bądź wobec nich była prowadzona inwigilacja. Nie wszyscy byli tego świadomi, co jeszcze bardziej podkreśla ich dramat, ale też wyrachowanie funkcjonariuszy SB. Dzięki zachowanym w krakowskim IPNie teczkom możliwe było prześledzenie historii większości z nich, a przez to zrekonstruować ich działalność. Jak dla mnie sporym zaskoczeniem było to, że donosy dotyczyły chociażby takich osób jak ks. Franciszek Blachnicki (twórca Ruchu Światło - Życie), ks. Antoniego Sołtysika (twórca Ruchu Apostolstwa Młodych), Józefa Tischnera, a nawet kardynała Franciszka Macharskiego. Na końcu publikacji znajduje się dość pokaźnych rozmiarów aneks zawierający listy z wyjaśnieniami od księży, co do których jest przypuszczenie, że współpracowali z bezpieką.
Kiedy książka "Księża wobec bezpieki" pojawiła się na rynku, znaleźli się jej zwolennicy, ale i przeciwnicy. Wiele ludzi twierdziło, że źle się stało, że niektóre fakty ujrzały światło dzienne. Ale może też pokazało to, że ludzie związani z Kościołem są tak samo słabi i podatni na manipulację jak każdy inny. Że też mają swoje wady, a przez to bliżej im do przeciętnego człowieka, niż do Boga. Myślę, że to ważne, bo z jednej strony są oni następcami Chrystusa na ziemi, a z drugiej wcale nie daje im to boskiej natury, jak chciałby niejeden z nas.


Może raczej chciałby niejeden z nich... bo czy my wszyscy oczekujemy od nich boskiej natury? raczej nie... Księdza Isakowicza-Zaleskiego ceniłam i cenię za bezkompromisowość w ujawnianiu prawdy ... Aaa, no właśnie, może poprawisz nazwisko w swoim pocie, bo on jest ZALESKI, a nie Zalewski, nawet na okładce książki widać...
OdpowiedzUsuńPamiętam jakie poruszenie wywołała ta książka. A ksiądz Tadeusz wydawał mi się zawsze bezkompromisowy, taki trochę z misją!
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
Witaj już grudniowo Karolinko
OdpowiedzUsuńKolejna ciekawa opowieść. I ja pamiętam reakcje ludzi po ukazaniu się książki.
Pozdrawiam ciepłem pierwszej adwentowej świecy
Powiedział głośno to, o czym inni szeptali...Oporniki lekko nie mają...;o)
OdpowiedzUsuńZnałam jego działalność i bardzo go lubiłam za prawdę, nic nie tuszował, pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńCiekawa postać i chętnie o tym księdzu przeczytałam. Pozdrawiam :-).
OdpowiedzUsuńŚp. ks. Isakowicz-Zaleski był niezwykle wspaniałym, niezłomnym, odważnym człowiekiem. Bardzo go ceniłam, bo był sumieniem dla ocalałych, którzy doświadczyli złego dotyku w Kościele.
OdpowiedzUsuńKarolinko, pozdrawiam Cię bardzo serdecznie:)