Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 9 maja 2018

718. Patrząc na dzisiejsze Pierwsze Komunie Święte, ze łzami w oczach wspominam historię, którą usłyszałam podczas mojej Mszy pierewszokomunijnej

Maj, czas Pierwszych Komunii Świętych. Rzesze dziewięcio i dziesięciolatków przyjmie po raz pierwszy do swoich czystych serduszek Ciało Pana Jezusa. W mojej parafii ten niezwykły dla dzieci dzień przypada w trzecią niedzielę miesiąca. W tym roku tego dnia, podobnie jak 19 lat temu, przypadnie uroczystość Zstąpienia Ducha Świętego, zwana też, z kultury judaistycznej, Zielonymi Świątkami.
Przyjmowanie Ciała Chrystusa pod postacią białego komunikantu jest nierozerwalną częścią katolickich Mszy świętych. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa katechumen otrzymywał Pierwszą Komunię Świętą podczas tej samej Mszy świętej, podczas której przyjmował sakrament chrztu świętego w myśl zasady, że ochrzczony człowiek stawał się wolny od wszystkich dotychczasowych grzechów. Jeżeli do chrztu przystąpiło niemowlę, podawano mu wtedy Ciało Chrystusa pod postacią wina. Warto wiedzieć, że ta tradycja przetrwała do dzisiaj w Kościołach wschodnich. Również w przypadku, kiedy ktoś nie jest w stanie z różnych powodów przyjąć komunikanta, Kościół dopuszcza udzielenia mu Komunii pod postacią kilku kropel wina. Z czasem zaprzestaną praktyki jednoczesnego przyjmowania przez niemowlęta sakramentu chrztu świętego i komunii św. i zaczęto do tego drugiego dopuszczać dzieci posiadające już świadomość tego, czym jest Eucharystia. O dojrzałości dziecka do przyjęcia Komunii decydowali rodzice wraz z księdzem. W pewnym momencie historii doszło do tego, że do sakramentu dopuszczano tylko starsze dzieci, a w wielu przypadkach wyłącznie młodzież(np. w Holandii minimalny wiek na przystąpienie do Komunii określono na 16 lat). Jak łatwo się też domyśleć, sakrament Pierwszej Komunii Świętej przyjmowano indywidualnie.
Jednoczesną Komunię świętą dla wielu dzieci wprowadzili dopiero w XVII wieku Księża Misjonarze. Uroczystość organizowano na zakończenie misji świętych. Na ziemie polskie zwyczaj ten dotarł w I połowie XIX wieku - 16 maja 1842 roku w drugim dniu uroczystości Zesłania Ducha Świętego podczas nabożeństwa w poznańskiej archikatedrze grupa około czterdziestu dzieci z kościoła św. Małgorzaty przyjęła Pierwszą Komunię Świętą.
Jednak to dopiero za pontyfikatu papieża Piusa X(1903-1914) poprzez podpisanie dekretu Świętej Kongregacji ds. Sakramentów Quam singulari nakazano generalną Pierwszą Komunię świętą dzieci przynajmniej raz w roku.
Patrząc na współczesne Pierwsze Komunie Święte, a raczej na przyjęcia pierwszokomunijne, zastanawiam się, gdzie podział się jej pierwotny charakter tajemnicy i mistyki. Już podczas samej uroczystości, która sama w sobie powinna być skromna i prosta, jak dziecięce serca, rozpoczyna się typowa rewia mody. Podczas mojej Pierwszej Komunii Świętej nikt nie narzucał jak kto ma się ubrać. Był jeden termin, kiedy przyszła parafialna krawcowa, aby wziąć miarę na albę, ale nie było to konieczne. W ten sposób na wszystkie dziewczynki z mojej grupy tylko ja miałam prosty, liturgiczny strój... Jak tak teraz patrzę na zdjęcia z tej uroczystości to myślę sobie, że niejednej mojej koleżance sukni mogłaby pozazdrościć panna młoda. Teraz wszyscy przystępują do sakramentu w albach, ale wiadomo, na albę można nałożyć pelerynkę lepszą, albo gorszą, sweterek z cekinami, bądź bez, torebkę z brylantami, albo z prawdziwej skóry. Szokiem dla mnie była dziewczynka, która przyszła w takim makijażu, że doskonale go widziałam z ołtarza, gdzie śpiewałam ze scholą. Jednak nic nie przebije przyjęć pierwszokomunijnych. Żeby nie było, nie mam nic przeciwko przyjęcia w jakimś lokalu, zwłaszcza w przypadku małych mieszkań w blokach, gdzie po wstawieniu stołów i krzeseł trudno jest się poruszać(piszę z własnego doświadczenia). Co prawda nie miałam okazji być na tego typu przyjęciu, bo wszystkie na których byłam odbywały się w domach, ale rozumiem jeżeli ktoś decyduje się na tego typu rozwiązanie. Jednak jak czytam >>TAKIE<< rzeczy, to zastanawiam się, czy tego typu atrakcje nie lepiej zachować na urodziny dziecka? Do tego samego wniosku dochodzę czytając, bądź też słysząc o prezentach jakie dzieci dostają z tej okazji. I pomyśleć, że mój tata dostał tylko obraz pierwszokomunijny od chrzestnych. Moje prezenty były bardziej "wypasione" - album komunijny, medalik oraz Pismo Święte. Ale i tak wyglądały bardzo skromnie przy tym, co dostają aktualnie dzieci. Ja rozumiem, duch czasu, ale też uważam, że niektóre rzeczy z powodzeniem można dać dziecku z okazji urodzin czy też innej, mniej duchowej uroczystości. Osobiście dwójce moich chrześniaków dałam z okazji ich Pierwszej Komunii Świętej albumy oraz zegarki i klocki lego. I myślę, że też byli zadowoleni.
O jakże nędznie przy tym całym dzisiejszym przepychu brzmi historia, którą opowiedział podczas mojej Mszy świętej ówczesny proboszcz naszej parafii. Ksiądz Henryk był jednym z pierwszych roczników, które po II wojnie światowej przyjęły sakrament Pierwszej Komunii Świętej. Było to pewnego majowego sobotniego poranka o godzinie 8:00 rano. Ponieważ był to jeden kościół na kilka wsi, niektórzy jego koledzy i koleżanki musiały wraz z rodzicami wyjść bardzo wcześnie rano, aby zdążyć na czas. Jak sam wspomina, być może dziewczynki miały śnieżnobiałe sukienki, zaś ich główki zdobiły wianki utkane matczyną bądź babciną ręką, być może chłopcy mieli odświętne garniturki, które zakładali na naprawdę wyjątkowe okazje, ale nie to było dla nich wtedy najważniejsze. Najważniejsze dla tych kilkudziesięciu wiejskich dzieci było to, że mogą tak jak dorośli zasiąść do Bożego Stołu. Niektóre czekały na to całą wojnę, ponieważ ich kościół parafialny został zamknięty na ten czas przez Niemców. Po uroczystości wszyscy dostali pamiątkowe obrazki, furmanką przyjechał fotograf, który zrobił im wszystkim pamiątkowe zdjęcie, po czym wszyscy zostali zaproszeni na "śniadanie u księdza" na plac plebanii. A na tym śniadaniu, mój Boże, jak to kontrastuje ze współczesnymi wytrawnymi przyjęciami, zwykła bułka posmarowana masłem i prawdziwy rarytas na tamte powojenne czasy - kakao! Ale dzieci były prze szczęśliwe. I tyle. Po śniadaniu wszyscy wrócili do swoich domostw. Żadnych przyjęć, żadnych prezentów - tylko ten skromny poczęstunek dla dzieci pierwszokomunijnych i ich najbliższych przygotowany przez księdza proboszcza(a może raczej jego gospodynię?). No i może jeszcze to, że dzieci i ich rodzeństwo nie musiało tego dnia iść do szkoły na lekcje(bo wtedy był sześciodniowy obowiązek szkolny).
Tak więc kochani, nie dajmy się zwariować, bo na wystawne przyjęcia oraz prezenty przyjdzie jeszcze czas, a ta uroczystość powinna odzwierciedlać czystość i niewinność dzieci, które pierwszy raz w życiu przyjęły Pana Jezusa do swoich serc.

poniedziałek, 7 maja 2018

717. Plany, plany, plany i to, co już było...

W planach na najbliższy czas mam notki o współczesnych Komuniach Świętych i tych, które były zaraz po wojnie oraz historię naszej miejskiej bazyliki, która już za dwa tygodnie będzie przeżywała jubileusz 50-lecia koronacji tutejszej figury Matki Bożej Anielskiej patronki Zagłębia. Jeżeli się uda, to w najbliższą sobotę pojawi się relacja z święceń diakonatu salezjanów w Krakowie(jutro mamy ustalać na spotkaniu oratoryjnym czy jedziemy), a w niedzielę z procesji św. Stanisława na Skałkę. Ale to są dosyć niepewne plany i zobaczymy co z nich wyjdzie. 
Trochę mniej mnie ostatnio w sieci. Trochę winna temu jest moja alergia, trochę życie prywatne. Ale spokojnie, nic strasznego się nie dzieje. Po prostu ostatnio doszłam do wniosku, że czasami niepotrzebnie marnuję czas na komputer(co nie oznacza, że mam Wasz wszystkich gdzieś), skoro mogę go poświęcić na coś innego, dużo dla mnie pożyteczniejszego. Na początku myślałam, że w majówkę nadgonię trochę czytanie, załzawione oczy i boląca głowa zrobiły jednak swoje i niewiele naczytałam. To znaczy nie tyle, ile bym chciała. Za to w mojej czterosegregatorowej(chyba wymyśliłam nowe słowo) historii naszego kraju przeszłam przez II wojnę światową i znalazłam się w czasach Polski Ludowej, co bardzo mnie cieszy. Jeżeli przebrnę przez ten okres do 28 maja to będę się jeszcze bardziej cieszyć. Jest to związane z pewną rocznicą przypadającą tego dnia i wydarzeniem z nią związanym w naszej diecezji. Na razie nic nie mówię, bo nie wiem co z tego wyjdzie, ale rocznicy można się po trochu domyśleć...
Jak maj, to i matury. W tym roku maturzyści mieli nieco skrócony weekend majowy, ponieważ do języka polskiego zasiedli już w piątek, 4 maja, o 9:00 rano. Potem niektórzy, w tym moja dobra znajoma, o której wspomniałam już kiedyś, pisali maturę z języka ojczystego na poziomie rozszerzonym. Dzisiaj zaś podeszli do obowiązkowej matematyki. Jeszcze w sobotę siedziałam z M. nad zadaniami z tego przedmiotu, chociaż nie najgorzej mu szło. A ja zdałam sobie sprawę z upływu czasu - jeszcze parę lat temu Cimek, bo tak na niego mówiliśmy, biegał w przysłowiowych krótkich spodenkach i z swoim dziecięcym zaangażowaniem uczestniczył w życiu Oratorium, a dwa tygodnie temu odebrał swoje ostatnie świadectwo szkolne i to z czerwonym paskiem. Bo wiecie, opiekunowie Oratorium mogą się zmieniać, mogą się zmieniać animatorzy, ale pewne wartości wpojone przez poprzednich opiekunów zostaną człowiekowi na lata. Kilka lat temu, kiedy technika nie była jeszcze tak zaawansowana i nie każdy posiadał w telefonie internet, to podczas pomocy dzieciakom w nauce, musieliśmy polegać na naszej własnej wiedzy. Dlatego każdy z nas się po prostu uczył. I nie powinno nikogo dziwić to, że większość z nas kończyła szkoły z wysokimi średnimi. A teraz, kiedy prawie każdy ma telefon z dostępem do internetu, wiedza spadła gdzieś niżej...
Pomimo złego samopoczucia poszłam wczoraj na oratoryjnego grilla na działkę kolegi. Czasami trzeba się uspołecznić. I chociaż wyglądałam jakbym ciągle płakała, to w sumie było całkiem znośnie. A wiecie co było w tym wszystkim najlepsze? Chociaż byłam jedyną osobą pełnoletnią w całym towarzystwie, to tylko ja nie piłam alkoholu. W sumie trochę wydaje mi się to dziwne - 16 latki pijące alkohol, ale wiecie jak to jest - jak zwrócę im uwagę, to mnie zjadą, że się czepiam. Mam nadzieję, że i Wy spędziliście w miarę aktywnie tych kilka dni.
Wróciłam też do biegania. Tak, kiedyś byłam w klasie sportowej, potem trenowałam w klubie sportowym, ale przez studia w Krakowie nie umiałam tego wszystkiego pogodzić. Teraz jednak postanowiłam wrócić do tego, co tak bardzo kocham. Nawet mam pewną motywację - 17 czerwca w mojej diecezji organizowana jest sztafeta niepodległościowa. Pewnie już domyślacie się, że się na nią zapisałam. Do tego dnia najgorsze nasilenie alergii już powinno mi przejść(przynajmniej zawsze tak było). A teraz trenuję rankami na stadionie przy miejskiej szkole sportowej. Najlepiej trenuje mi się o tej porze dnia, chyba nie ma wtedy takiego stężenia pyłków. Na początku było ciężko, bo organizm już się trochę odzwyczaił od wysiłku, ale z każdym treningiem jest coraz lepiej. Może jakoś mi pójdzie ten bieg. Spokojnie, nie marzę o 1 miejscu, bo to nie realne, dla mnie sukcesem będzie samo dobiegnięcie na metę. A trasa liczy 3,5 km, więc będzie ciekawie...

czwartek, 3 maja 2018

716. Patriotyzm/ po mojemu

Ostatnio pisałam pracę na diecezjalny konkurs literacki dotyczący wspomnień patriotycznych dotyczących mojej rodziny. Bardzo się cieszę, że patriotyzm to nie tylko walka z bronią w ręku, ale też stawianie dobra innych obywateli kraju ponad własne dobro. Bo chociaż nikt z mojej rodziny nie walczył bezpośrednio w wojnach, to jednak moja prababcia wykazała się czynem, który jest godny pochwały. Ale to już temat na osobną notatkę...
źródło obrazu
Patriotyzm. Ilu ludzi tyle różnych definicji tego słowa. Dla jednych patriotyzmem będzie chwycenie za broń w czasie zagrożenia kraju w którym mieszka, bądź z którym się identyfikuje, dla innych przekazywanie wartości, historii i tradycji narodowych z pokolenia na pokolenie, dla jeszcze innych kibicowanie naszym sportowcom i cieszenie się z ich kolejnych sukcesów. Wszystkie te sposoby łączą się w jedno - miłość do ojczyzny. A czym jest ona dla mnie?
źródło zdjęcia
Moje pierwsze skojarzenie ze wyrażeniem "miłość do ojczyzny" to odpowiedzialność za jej losy. Dzisiaj nie musimy walczyć z wrogiem o jej niepodległość ani oddawać życia po to, aby następne pokolenia mogły żyć w wolnej Polsce. To znaczy na razie nie musimy, wszak nikt nie wie, co przyniesie nam jutrzejszy dzień. Jednak czy to oznacza, że nie jesteśmy odpowiedzialni za ojczyznę i jej losy? Nie. Kiedyś o losy narodu walczyło się podczas powstań i zrywów narodowych, dzisiaj też możemy wpływać na jej losy poprzez głosowania i wyborów władz lokalnych i państwowych. Niekiedy myślimy sobie, że jeden głos w te i we wte to w zasadzie nic nie da. Jednak, jeżeli przyjmiemy że pomyśli tak powiedzmy 5000 uprawnionych do głosowania to te 5000 głosów przepadnie. A kto wie, być może ci ludzie zagłosowali by na kogoś innego niż większość i by przegłosowało daną ustawę, czy też wybrało kogoś innego do rządzenia? Tym bardziej mnie denerwuje, że kiedy pytam się osób, które najbardziej marudzą na aktualną władzę, czy brały udział w głosowaniu to słyszę "A co by dał ten mój jeden głos". Co ciekawe, taka odpowiedź nie pada z ust starszych osób, co jeszcze byłabym w stanie zrozumieć, ale od całkiem młodych. I to mnie przeraża, bo przecież wszyscy możemy wpłynąć na stan rządu, czy też panującej władzy. W ten właśnie sposób rozumiem współczesną odpowiedzialność za losy mojej ojczyzny.
Drugie skojarzenie to historia i ważne postaci związane z naszym krajem. Kochani, mamy piękną, ponad 1000 letnią historię naszego kraju. Wiele postaci przewinęło się przez jej karty, wielu zapisało się na nich z chlubą, przynosząc dumę naszemu narodowi. Mikołaj Kopernik, Mieszko I, Bolesław Chrobry, Józef Piłsudski, kardynał Stefan Wyszyński, czy też Karol Wojtyła - czy jest ktoś, kto o nich nie słyszał? Ale czy jesteśmy w stanie powiedzieć o nich coś więcej? Włosy mi się na głowie zjeżyły, kiedy podczas jednych z zajęć oratoryjnych uczeń z drugiej klasy liceum wiele razy podał Mieszka I jako pierwszego króla Polski, zaś po zwróceniu mu uwagi można było usłyszeć, że wyolbrzymia się sprawę, bo co to za różnica - książę czy król, dla dzieciaków przecież to wszystko jedno. Dla dzieci może i tak, ale dla mnie bynajmniej nie. Bo wiecie, ja też nie jestem alfą i omegą, ale pewne sprawy uważam za wiedzę elementarną. Zwłaszcza, kiedy zerka się do notatek... Zresztą z podstawowymi datami było podobnie. Powiecie, że się czepiam? Być może, ale tak samo "czepiała się" nauczycielka historii moich kolegów i koleżanek, którzy mieli problemy z nauką. Dlaczego? Bo uważała to za elementarne wiadomości, które każdy powinien znać!
Trzecie skojarzenie to szeroko pojmowana tradycja narodowa. Mamy piękne tradycje, czy jednak zawsze potrafimy je pielęgnować? Kiedyś, mimo groźby kary śmierci, polskie rodziny przechowywały w swoich mieszkaniach Żydów. Dzisiaj tak bardzo często słyszę jak jeden drugiemu mówi z pogardą "Ty Żydzie, Ty Downie!". Szczególnie ten ostatni zwrot bardzo mnie boli, ponieważ z wieloma dziećmi dotkniętych zespołem Downa chodziłam do szkoły. I tutaj nasuwa mi się pytanie - ilu z nas w razie zagrożenia życia pomogłoby się ukryć poszukiwanej rasie ludzkiej? Pod zaborami rodzice dbali o to, aby ich dzieci nie zapomniały ojczystego języka, aby nie zostały zgermanizowane czy też zrusyfikowane. Podobno dziadek od strony mamy, który przyszedł na świat na początku 1900 roku, wprowadził w domu zakaz mówienia w języku rosyjskim, chociaż był to obowiązkowy język obcy w szkołach. Posługiwano się powiedzeniami i przysłowiami. A dzisiaj? Dzisiaj kiedy powiem na Oratorium jakieś powiedzenie czy przysłowie, patrzą na mnie jak na kosmitę i każą mówić po ludzku. A jak wygląda to ich "po ludzku"? Pełne angielskich wtrąceń oraz wyrazów typu spox, XD pół zdania. I o to walczyliśmy w 1918 roku? Powoli zanikają też wywodzące się jeszcze z czasów słowiańskich tradycje i obrzędy na korzyść tych, które przychodzą do nas zza zachodniej granicy.
No i czwarte, może nie tak znaczące jak poprzednie, aczkolwiek dla mnie niezmiernie ważne - uczciwość i sumienna praca. Uczciwość wobec siebie i wobec innych. Wyobrażacie sobie sytuację, w której przychodzicie do lekarza, który przez cały okres studiów ściągał na kolokwiach i nie ma bladego pojęcia o fachu, który wykonuje? Albo księgowego, który nie umie wyliczyć czegoś tam z tego samego powodu? Czy wreszcie piekarza niepotrafiącego upiec chleba, chociaż ma skończoną odpowiednią zawodówkę? Uczciwość i wykształcenie są niezwykle ważnymi cechami. Poprzez wykształcenie niekoniecznie trzeba rozumieć ukończoną z wyróżnieniem zagraniczną uczelnię. Niekiedy prosty absolwent zawodówki będzie lepszym i wydatniejszym pracownikiem od uczonego. Ważne natomiast jest, aby z każdego etapu edukacji czerpać najwięcej jak się da! Ale robić to w sposób uczciwy, bo nieraz z trudem wywalczona trójka będzie bardziej satysfakcjonująca niż ściągnięta piątka. Poprzez uczciwość rozumiem też płacenie np. podatków.
Chociaż wydawać by się mogło, że postawy patriotyczne we współczesnych czasach są łatwe do propagowania, to niestety wielu z nas spłyca je do wywieszania flag narodowych(jeszcze nie zawsze w poprawny sposób) podczas ważnych wydarzeń sportowych. Czy tak powinno być? I czy do tego dąży nasz świat? Czas nam to pokaże.

środa, 2 maja 2018

715. Jak dzięki majowemu wierszykowi pokazałam, że też mogę recytować

Maj jest piękny jak świat bajek,
słońce w maju wcześnie wstaje.
A na kwiatach w stu kolorach,
pszczoły brzęczą do wieczora.
Sieje nutki nasz skowronek,
dni są złote i zielone...

Szczerze powiedziawszy nie pamiętam, kto jest autorem tego pięknego wiersza o maju, który był zamieszczony w moim podręczniku do języka polskiego w pierwszej klasie szkoły podstawowej, pamiętam za to, jak dwadzieścia lat temu recytując go przed całą klasą 1 B otrzymałam z niego ocenę celującą. A było to tak.
W klasach 1 - 3 chodziłam do szkoły masowej mieszczącej się na moim osiedlu. Chociaż intelektualnie nie odbiegałam od moich rówieśników, to jednak z powodu mojej niepełnosprawności miałam mieć program nauczania dostosowany do moich możliwości. Ponieważ, jak już wielokrotnie wspominałam, mam problem z motoryką małą(zresztą z tą dużą też), nauczycielka niejako przymykała oko na to, że nie piszę w zeszytach na lekcjach tyle, ile moi rówieśnicy, odpuszczała mi też recytacje wierszy, bo przecież "to to niewyraźnie mówi i pewnie się zmęczy, kiedy będzie mówić takie powiedzmy "Abecadło" Juliana Tuwima"... Z tym pierwszym pozwoleniem się zgodziłam, wszak do dzisiaj nie jestem w stanie napisać ręcznie wypracowania, ale z recytacją wierszy już nie. Tym bardziej, że w przedszkolu zawsze dostawałam coś do powiedzenia na akademiach. Fakt, przedszkole było specjalne, ja zaś błyskawicznie się uczyłam i miałam bardzo dobrą pamięć, ale z drugiej strony zawsze mogli mnie nie brać do tych przedstawień, argumentując to niewyraźną mową. 
Rozumiecie sytuację - ambitne dziecko, które z jednej strony już na początku zerówki umiało czytać ze zrozumieniem, a z drugiej strony było dosłownie więźniem własnego ciała. Ale ja wiedziałam z lat przedszkolnych, że jestem w stanie tak jak inni wyrecytować z pamięci kilka wersów poezji. Czekałam tylko na odpowiedni wiersz.
Tym wierszem okazał się właśnie powyższy "Maj"(tytułu nie pamiętam dokładnie, więc na potrzeby tej notki taki właśnie przyjmijmy). Łatwy, wpadający w ucho, wręcz idealny do recytacji. Dzieci z mojej klasy miały się go nauczyć na najbliższe zajęcia z języka ojczystego(a były to jeszcze czasy, kiedy w klasach 1 - 3 był polski i matematyka, a nie nauczanie zintegrowane). Karolinka po powrocie koło godzin południowych do domu i zjedzeniu obiadu grzecznie usiadła do książki i w mig nauczyła się go całego na pamięć. Jeszcze wieczorem wyrecytowała go przed tatusiem i już była gotowa jak inni zdać go pani nauczycielce.
Klasa była dosyć liczna, co zresztą widać na zdjęciu w >>tym<< poście, toteż samo odpytywanie trochę trwało. Tym bardziej, że nie wszyscy się nauczyli. Kiedy przyszła pora na mnie, nauczycielka tradycyjnie pominęła moje nazwisko i przeszła do kolejnego. Jednak zanim tamta osoba wstała, ja zdążyłam to zrobić. Zanim pani zdążyła zareagować, ja już po swojemu recytowałam ten króciutki wiersz. W klasie panowała wzorowa cisza i tylko ptaki ćwierkały za uchylonym oknem. Taki stan trwał jeszcze przez krótką chwilę, aż nauczycielka powiedziała tylko 2 słowa: Pięknie. Celujący. Była to jedyna taka ocena wystawiona tego dnia za recytację w naszej 1 B. Od tej pory byłam pytana z wierszy jak każdy inny pierwszo, drugo, trzecioklasista.
Sam "Maj" wrył mi się zaś w moją pamięć i siedzi w niej po dzień dzisiejszy...

Pozdrawiam Was kichająco - alergicy powinni wiedzieć co mam na myśli 😉

niedziela, 29 kwietnia 2018

714. Aż strach się cieszyć...

Kilka dni temu gruchnęła wiadomość, że najniższa renta socjalna z powodu całkowitej niezdolności do pracy(co już jest czystą fikcją, bo tak naprawdę o przydatności do pracy na danym stanowisku decyduje lekarz medycyny pracy, a nie komisja, czyli można teoretycznie pracować) została zrównana z najniższą rentą  minimalną i od czerwca ma już wynosić 1029,80 złotych brutto. Był to jeden z postulatów rodziców dorosłych osób minimalnych, którzy od kilku dni walczą pod sejmem o zwiększenie rent socjalnych, zasiłku pielęgnacyjnego(który od wielu lat niezmiennie wynosi 153 złote, ale za to nie jest to opodatkowana kwota) oraz o przyznanie dodatku 500+ na rehabilitację w przypadku osób z orzeczonym znacznym stopniem rehabilitacyjnym. Na razie wywalczono tylko ten jeden postulat, co z innymi - nie wiadomo.
W sumie powinnam się cieszyć z takie rozwiązanie, tak jak co roku cieszyłam się z minimalnej waloryzacji renty. Nie jest łatwo utrzymać się z niewielkimi funduszami, kiedy po zapłaceniu rachunków, wykupieniu lekarstw w aptece oraz odciągnięciu 100 złotych na rachunek oszczędnościowy zostaje człowiekowi 250 - 300 złotych na miesiąc. Ale da się za to wyżyć. Nie muszę codziennie kupować świeżego chleba, ani gotować nowego obiadu. Nie muszę co chwilę chodzić do kina, czy do galerii handlowej. Przejazdy komunikacją miejską mam na szczęście darmowe. Więc jakoś udaje mi się przeżyć od wypłaty do wypłaty. A nawet czasami zaoszczędzić na powiedzmy parafialny wyjazd, czy nawet jakąś wycieczkę zagraniczną. 
Ja jednak nie potrafię się cieszyć z tej nagłej podwyżki. Może gdyby była ona w marcu przyszłego roku to bardziej by do mnie dotarła? Bardziej bym się cieszyła? Cały czas zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest przysłowiowy haczyk. Przecież taka podwyżka to niesamowite obciążenie budżetu narodowego. Bo w końcu tej podwyżki nie dostanie tylko jedna osoba, tylko około jakieś 280,0 tysięcy osób w całym kraju... 
A może ta podwyżka będzie dotyczyła tylko ludzi z całkowitą niezdolnością do pracy oraz znaczną niepełnosprawnością, ale tego nigdzie się nie mówi, żeby nie wywołać kolejnej niepotrzebnej awantury. Wtedy mój przypadek już nie będzie się kwalifikować do tej podwyżki. Bo o ile mam orzeczoną przez ZUS całkowitą niezdolność do pracy o tyle komisja orzekająca o niepełnosprawności przyznała mi stopień umiarkowany... Czyli już bym nie miała na nią szans. 
No nic, dożyjemy zobaczymy jak to będzie. I wtedy jakby co zaczniemy się już cieszyć z czystym sumieniem.