Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 8 lutego 2020

1094. O upadku mocarstw i czy USA też to grozi - czyli co zrobić, aby nauka nie była nudna

M. ostatnio zainteresował się historią. Wreszcie, bo chwilami miałam wrażenie, że jego plan lekcji mógłby się składać z wychowania fizycznego i informatyki. Postanowiłam to wykorzystać, tym bardziej, że ostatnio omawiali upadek niektórych mocarstw. Poszliśmy z M. krok dalej i spróbowaliśmy się dowiedzieć, jakie są główne czynniki upadków i czy upadek grozi też jednemu ze współczesnych wielkich mocarstw, jakim są Stany Zjednoczone. Na podstawie artykułu z archiwalnego wydania "Świata wiedzy" doszliśmy do następujących wniosków:

Kiedy umiera mocarstwo
  1. Czynnik: finanse - Kiedy nastał ranek 29 października 1588 r na morzu trwał sztorm. Na falach unosiły się szczątki wraków zmieszane z martwymi ciałami hiszpańskich marynarzy. Poprzedniej nocy u wybrzeży Irlandii zatonął hiszpański galeas "Girona". Na jego pokładzie znajdowało się 1300 załogi. Były to ofiary największej jak dotąd, trwającej dwa miesiące, bitwy morskiej. Angielskie statki wojenne wraz z niesprzyjającą pogodą unicestwiły hiszpańską flotę. Blisko 64 okręty zatonęły, a 12 tys. marynarzy i żołnierzy utonęło lub zostało dobitych na brytyjskich plażach. Nic dziwnego, że Anglia świętowała zwycięstwo ciesząc się, że udało jej się uniknąć zagłady. Jednak nie miała się czego obawiać - nawet zwycięstwo floty hiszpańskiej, której siły były zbyt małe, nie wpłynęłoby na zajęcie Anglii. Klęska ta przypieczętowała koniec morskiej dominacji Hiszpanii. A jednocześnie uważa się ją za początek imperium brytyjskiego(światowa potęga w latach 1588 - 1949 r.; największy zasięg terytorialny: 38 000 000 km2; najwyższa liczba ludności: 458 000 000). 350 praktycznie co czwarty mieszkaniec naszej planety żył na rozciągającym się na pięć kontynentów terytorium angielskim. Żadne inne państwo nie było nigdy większe. Militarnym i gospodarczym źródłem jego potęgi były flota, handel kolonialny, a nawet... piractwo. Brytyjscy korsarze przechwytywały hiszpańskie statki przewożące złoto z kolonii i w ten sposób wyświadczali swojemu imperium podwójną przysługę: Brytyjczycy przeznaczyli zrabowane złoto na budowę nowych okrętów wojennych, a Hiszpanie zmuszeni byli zmniejszyć wydatki na cele wojskowe. Anglia coraz bardziej stawiała na wymianę handlową ze swymi koloniami, zamiast skupić się na wyzyskiwaniu ich bogactw naturalnych. Nic dziwnego, że w XIX wieku funt był wiodącą walutą na świecie. 50 lat później imperium prześcignęło Hiszpanię i Francję stając się tym samym największą potęgą kolonialną na świecie. To właśnie to było przyczyną jego klęski. Na przełomie XIX i XX wieku coraz bardziej oczywiste stawało się to, że nie można już finansować funkcjonowania gigantycznego mocarstwa. Potężne koszty ponoszone przez administrację zżerały zyski z handlu kolonialnego. Utrzymywanie brytyjskich szlaków morskich i baz wojskowych kosztowało majątek. Imperium popadło w ogromne długi. Obcięto fundusze na zbrojenia, przez co angielska infrastruktura zaczęła się rozpadać. Wskutek tego, kiedy w 1914 roku wybuchła I wojna światowa, kraj nie miał żadnego finansowego zaplecza. Zwróciło się więc do Stanów Zjednoczonych z prośbą o pieniądze i broń. W tym momencie Anglia stała się dłużnikiem USA. II wojna światowa zaostrzyła tą sytuację, Wielkiej Brytanii groziło wręcz bankructwo. W dodatku kolonie kosztowały dwa razy więcej niż przynosiły zyski. Chociaż Wielka Brytania znalazła się wśród krajów zwyciężonych w II wojnie światowej, to jednak jako mocarstwo poniosła finansową klęskę. Jednak zamiast czekać na krwawe i rujnujące budżet rewolucje, wolała przywrócić wszystkim koloniom wolność. Chociaż imperium zniknęło, kraj mógł zachować niepodległość.
    Światowe mocarstwo musi mieć swoje długi pod kontrolą. Jak to wygląda w przypadku USA? Obecnie dług Stanów Zjednoczonych jest sześć razy wyższy, niż ich roczne dochody...
  2. Czynnik: zasoby - Jeszcze przed bitwą Gajusz Terencjusz Waron był przekonany, że wieczorem wraz z wojskami będzie świętować wielkie zwycięstwo. Jego licząca prawie 90 tysięcy rzymska armia stanęła naprzeciw 50 tysięcznej armii Katalończyków, którymi dowodził Hannibal. 2 sierpnia 216 r. p.n.e. legiony uderzyły na siebie w okolicach Kanny. Jednak to konnica Hannibala wyeliminowała rzymską kawalerię, umożliwiając swoim przedostanie się na tyły wrogiej armii. Rozpoczęła się krwawa rzeź. W tym dniu zginęło 70 tys. legionistów, zaś imperium rzymskie(światowa potęga w latach 201 p.n.e. - 476 r.n.e.; największy zasięg terytorialny: 8 300 000 km2; najwyższa liczba ludności: 55 000 000) znalazło się nad granicą przepaści. Był to kulminacyjny punkt trwających szesnaście lat zbrojnych wypraw Katalończyków na Rzym. Do dzisiaj Hannibala uważa się za jednego z najbardziej utalentowanych wodzów wszech czasów. Zarazem trzeba pamiętać, że zwycięstwa te okazały się bezużyteczne. Kiedy oddziały katalońskie sprawowały kontrolę nad Italią, rzymscy stratedzy uderzyli z zaskoczenia. Wykorzystując flotę zaatakowali Kartaginę zmuszając to afrykańskie państwo-miasto do kapitulacji. Warunki rozejmu były jasne: Kartagina traci wszystkie terytoria, z wyjątkiem Afryki Północnej, na rzecz rozpoczynającego swoją karierę jako imperium rangi światowej Rzymu. To zwycięstwo spowodowało w Rzymianach przekonanie, że uczciwość, odwaga i dyscyplina przyniosą mu kolejne triumfy. W 146 r.p.n.e. Kartagina została zupełnie zniszczona, jej mieszkańcy stali się niewolnikami, a terytorium przejął Rzym. Afryka Północna stała się spichlerzem dla Rzymu, stałe dostawy zboża nabierały coraz większego znaczenia. Italia nie była już bowiem w stanie wyżywić mieszkańców Wiecznego Miasta. Zboże było głównym "źródłem energii" imperium rzymskiego, a jego znaczenie było podobne do tego, jakie ma dzisiaj ropa naftowa dla USA. Cesarstwo rzymskie powstało dzięki pracy ludzkich rąk. To oni budowali miasta i drogi, kuli miecze, zbroje i narzędzia. Chleb był niczym paliwo dające siłę do pracy zarówno niewolnikom, jak też rzemieślnikom i żołnierzom. Zarazem symbolizował potęgę i cnoty imperium. W czasach kryzysu władcy rozdawali zboże za darmo, było to bowiem najlepszym sposobem na uspokojenie niezadowolonego narodu. Około 100 r.n.e. imperium znajdowało się w szczytowym punkcie rozwoju. Jego terytorium rozciągało się w Europie, Azji i Afryce. Chociaż zboże przyczyniało się do rozrostu mocarstwa, to jednocześnie opóźniło nadchodzący śmiertelny cios. W 395 r. cesarstwo zostało podzielone na zachodnio- i wschodniorzymskie. Bogate w zboże ziemie Północnej Afryki znalazły się w tej drugiej. Zachodnia nie mogła tego przetrwać - osłabiona została armia, a przez to wewnętrzne bezpieczeństwo. W końcu Rzym padł ofiarą najazdów plemion germańskich.
    Co ciekawe, chociaż miasto straciło na znaczeniu, samo cesarstwo przetrwało jeszcze 150 lat niedoborów energii. Dziś byłoby to nie do pomyślenia. Specjaliści sądzą, że bez dostawy ropy USA wytrzymałoby jakieś 90 dni. Funkcjonowanie przemysłu, wojska i infrastruktury uległoby załamaniu. Żaden inny kraj nie jest tak uzależniony od tego surowca, a zarazem żadne inne uprzemysłowione państwo nie inwestuje tak mało w badania nad alternatywnymi źródłami energii. Kiedy skończy się ropa, Stany Zjednoczone upadną jak Rzym, kiedy stracił dostęp do pól uprawnych.
  3. Czynnik: niegospodarność - Historia imperium rosyjskiego zakończyła się 15 marca 1917 roku, kiedy car Mikołaj II abdykował po zamieszkach na ulicach Moskwy. Aresztowano go, a następnie zgładzono. Tym samym Rosja została bez władcy. To, co komuniści nazywali rewolucją, tak naprawdę było ciągnącą się przez 5 lat. Dopiero pod koniec grudnia 1922 roku powołano do życia Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich(światowa potęga w latach 1922 - 1991 r.; największy zasięg terytorialny: 22 402 000 km2; najwyższa liczba ludności: 262 000 000). Włodzimierz Lenin przejął pełnię władzy stosując terror wobec własnych obywateli. W celu ugruntowania nowej ideologii w społeczeństwie i ludzkich umysłach, miliony ludzi zostało uprowadzonych lub zamordowanych. Związek Radziecki zajmuje szczególne miejsce w historii światowych imperiów. Doprowadzenie go do tak potężnych rozmiarów nie wynikało z podbojów, ale z przejęcia carskiej Rosji. Superpotęga została ukształtowana przez dwóch ludzi: wizjonera i stratega Włodzimierza Lenina, któremu udało się radykalnie zmienić Rosję oraz Józefa Stalina, który ostatecznie ukształtował ją w państwo utrzymywane w ryzach w wyniku szpiegostwa, zdrady, strachu i terroru. Występował przeciw religijnym, ideologicznym i politycznym oponentom. Sprawiło to, że ponad 20 mln ludzi trafiło do gułagów. Ponadto Stalin po zakończeniu II wojny światowej, w celu ochrony granic kraju oraz dotrzymania kroku USA, kładł nacisk na rozwój przemysłu i armii. Kraj opierał się przy tym na dwóch źródłach władzy: sile militarnej(liczącej nawet 5,7 mln żołnierzy), a także komunistycznej ideologii(podporządkowane jej było wszystko, nawet koncepcja gospodarki). Jednak taka polityka sprawiła, że ZSRR było w coraz gorszym położeniu. Np. w 1980 roku musiał wydać nawet 40% swojego budżetu na wojsko. Centralnie kierowana gospodarka nie mogła udźwignąć takich wydatków. Dziesięć lat później mocarstwo uległo rozpadowi. Upadek zapoczątkowało wydarzenie z 1979 roku, kiedy ZSRR chciał wzmocnić rządy komunistyczne na terenie Afganistanu. Jednak islamscy rebelianci otrzymali wsparcie ze strony USA i wciągnęli Sowietów w długą i krwawą wojnę partyzancką. Armia Radziecka nie mogła jej wygrać. Po wycofaniu oddziałów z Afganistanu w 1989 roku, Związek Radziecki utracił swoją budzącą respekt sławę niezwyciężonej potęgi militarnej, w dodatku stał na progu bankructwa. Źle prowadzona gospodarka oraz koszty zbrojeń zrujnowały kraj.
    Jak na ironię dziejów zakrawa fakt, że dwa razy większy od Polski Afganistan może stać się dzisiaj wybojem, na którym może potknąć się samo USA. Ponad piętnaście* lat wojny z terroryzmem wpędziło kraj w tarapaty finansowe podobne do tych, które trzydzieści lat wcześniej przeżywał Związek Radziecki. Jednak w przypadku ZSRR niegospodarność była ideologiczną wadą wrodzoną, natomiast Stany Zjednoczone jeszcze przed 11 września 2001 r. uważane były za największą potęgę gospodarczą. Prezydent Obama usiłował złagodził brak równowagi gospodarczej tnąc wydatki na wojsko i wycofując oddziały z Afganistanu. To jednak nie wystarczyło, ponieważ koszty zbrojeń w 2011 roku szacowane były na 698 mld dolarów. Oznacza to, że wydano aż 43 procent światowych wydatków. Stany Zjednoczone muszą określić na jakie koszty zbrojeń mogą sobie pozwolić, aby nie podzielić losu ZSRR oraz zaplanować na przyszłość takie wydatki, aby nadal szczycić się mianem światowego mocarstwa.
  4. Czynnik: stagnacja - Kleopatra, ostatnia królowa Egiptu, od dwunastu dni znajdowała się w rzymskim areszcie domowym. Jedynymi osobami, które mogły się z nią kontaktować były dwie zaufane służące. Kleopatra wykorzystała tą sytuację i pozwoliła, aby ukąsiły ją dwa jadowite węże, które zostały przemycone w koszu z figami. Wolała umrzeć, niż dać się wystawić w Rzymie na widok publiczny. Mogło być też tak, że zginęła z rozkazu Oktawiana, który pragnął położyć kres niezależności Egiptu? Jedno jest pewne - 12 sierpnia 30 r.p.n.e. umarła Kleopatra, a wraz z nią liczące 3 tysiące lat państwo egipskie. Starożytny Egipt(światowa potęga w latach 3150 r.p.n.e. -  30 r. n.e.; największy zasięg terytorialny: 1 000 000 km2; najwyższa liczba ludności: 6 000 000) przeżywał wiele kryzysów i w swojej 30 wiecznej historii znajdował się już pod panowaniem innych ludów, takich jak Nubijczycy, Persowie i Aleksander Wielki. Zdobywali jednak Egipt nie po to, aby go zniszczyć, ale po to, aby nim rządzić w blasku chwały. Imperium egipskie jednak nigdy(poza okresem zależności od Achemenidów) nie weszło w skład innych państw. Wszystko zmieniło się, kiedy Rzymianie uczynili je jedną ze swoich prowincji. Jak to się stało, że państwo istniało i nawet w najeźdźcach znajdowało swoich sprzymierzeńców? Wszystko za sprawą wojska, gospodarki, polityki i ideologi. Żadne inne wielkie państwo w historii świata nie zachowywało tak perfekcyjnej równowagi pomiędzy tymi czterema źródłami władzy. Jak wiemy faraonowie uważali się za pośredników pomiędzy śmiertelnymi ludźmi, a bogami. Było to główne narzędzie władzy imperium. Aspiracje te zostały potwierdzone monumentalnymi grobowcami faraonów - piramidami. Owa koncepcja władzy przetrwała 3 tysiące lat. Był to czas, w którym trudno było dostrzec oznaki jej starzenia się. Ostatecznie to przywiązanie dla tradycji spowodowało, że potęga Egiptu musiała przeminąć. Monumentalne budowle pochłaniały duże nakłady sił, surowców i pieniędzy. Ponieważ wykazywano zbyt duży szacunek wobec tego zwyczaju, żaden z faraonów nie zreformował tego systemu. Kiedy Rzym dotarł na te tereny, mocarstwo było już tylko cieniem własnej świetności - królestwem znajdującym się w stanie agonii.
    Nikt nie wie jak długo może przetrwać współczesne imperium. Stagnacja jest jednak odbierana jako oznaka starzenia się. Coraz większa ilość obywateli USA odrzuca zmiany społeczne: polityczne, kulturowe i ekologiczne. Zaś ultrakonserwatywne nurty cieszą się dużą popularnością. Ich główny cel to zablokowanie wszelkich przemian. Czy Stany Zjednoczone mogą sobie na to pozwolić?
  5. Czynnik: spisek - Przez ponad 1000 lat Chiny(światowa potęga w latach 221 r.p.n.e. -  1911 r. n.e.; największy zasięg terytorialny: 11 500 000 km2; najwyższa liczba ludności: 300 000 000) były supermocarstwem, o którego istnieniu nikt w Europie praktycznie nie wiedział. Chociaż Państwo Środka zajmowało powierzchnię większą niż Imperium Romanum, pozostawało przez długi czas nieodkryte, ponieważ nigdy nie podejmowały ekspansji w kierunku Europy. Były bowiem zbyt zajęte bratobójczymi walkami o władzę. Jak żadne inne mocarstwo w historii, cesarstwo chińskie było kształtowane przez konfrontację z wewnętrznymi wrogami. Od 475 r. p.n.e. siedem dynastii prowadziło brutalną walkę o dominację. Jej taktyka polegała na zamachach, napaściach i intrygach. 254 lat później udało się połączyć Chiny w jedno imperium. Dokonał tego król z dynastii Qin, który przeszedł do historii jako Pierwszy Cesarz, a do tego despota. Miał deportować ok. 300 tysięcy przymusowych robotników do budowy Muru Chińskiego, ponad dwa miliony ludzi przepłaciło tą budowę życiem. Pierwszy Cesarz, oprócz trupów, zostawił po sobie jednolite prawa, walutę i język pisany. Przemoc i postęp przeplatały się przez 2000 lat historii cesarstwa chińskiego jako jego polityczne i militarne źródła władzy, które jednak wysychały podczas okresów anarchii i walk o władze. Sami cesarze byli zaś marionetkami w rękach tajnych stowarzyszeń oraz wojskowych rządów. W 1759 roku cesarstwo osiągnęło powierzchnię 11,5 miliona kilometrów kwadratowych. Jednak system władzy oparty na spiskach i tajnych stowarzyszeniach, stał się ostatecznie przyczyną jego upadku. Państwo było za słabe, aby obronić się przed zewnętrznym wrogiem, który zadał im klęskę dotkliwszą niż niejedna armia. Było to sprowadzane od XIX z Indii opium. Pieniędzmi zarobionymi na tych interesach Brytyjczycy finansowali kosztowny import chińskich towarów luksusowych(herbaty, jedwabiu czy porcelany). Problem ten podzielił chińskie społeczeństwo. Kiedy próbowano ograniczyć import, było już za późno. Chińska flota była zbyt słaba, aby wystąpić przeciw brytyjskim okrętom wojennym. Doszło do gwałtownych zamieszek, a podczas powstania tajpingów(1851-1864) doszło do jednej z najbardziej krwawych wojen domowych w historii świata. 20 milionów Chińczyków straciło w niej życie, a samo cesarstwo upadło kilkadziesiąt lat później.
    Dzisiaj Stany Zjednoczone stają przed równie poważnym problemem. Aż 36 miliony Amerykanów konsumuje w ciągu roku ok. 350 ton kokainy. Jest ona szmuglowana do kraju przez granicę z Meksykiem. Do karteli narkotykowych trafia rocznie ok. 3 mld dolarów. Posiadają one już więcej pieniędzy niż niektóre europejskie kraje, zyskują też coraz większe wpływy w samym USA.
  6. Czynnik: misja - W ten sposób zaginęło m.in. Cesarstwo Francuskie(światowa potęga w latach 1804 - 1815 r.; największy zasięg terytorialny: 2 100 000 km2; najwyższa liczba ludności: 60 000 000), gdzie hasło "Wolność, równość, braterstwo" było na ustach wszystkich za panowania Napoleona Bonaparte. Dla niego samego stały się swoistą misją. Chciał wyzwolić Europę z więzów monarchii. W 1805 roku w kanale La Manche 70 francuskich okrętów wojennych strzegło floty transportowej mającej zabrać do Anglii 200 tysięcy żołnierzy. Po czterech dniach mieli zająć Londyn, obalić króla, a następnie proklamować powstanie Republiki Anglii. Majątek królewski miał trafić w ręce ludu. Był to sposób Napoleona na zapewnienie sobie lojalności ludności podbitego państwa. Wysłał do floty posłańca z rozkazami ataku na Anglię, ten jednak pobłądził po drodze i na miejsce nigdy nie dotarł. Dla cesarza był to znak od losu. Zrezygnował z inwazji na Wyspy Brytyjskie i pomaszerował na Wiedeń, w celu obalenia tamtejszego cesarza. W bitwie pod Austerlitz pokonał armie Rosji i Austrii. Niestety zaczął też mieszać się w sprzecznościach. Jako zagorzały przeciwnik monarchii sam koronował się na cesarza, przez co stracił sympatię Europejczyków, którzy miłowali wolność. Zaś pragnienie zreformowania i ukształtowania kontynentu zamieniło się w wyrachowaną politykę i rządzę władzy. Inwazja na Rosję w 1812 roku przypieczętowała upadek cesarza wraz z mocarstwem. Siła Napoleona wypływała z przekonania, że działa w słusznej sprawie. Najgorsze co mógł sprawić, to utracić tą ideę.
    Kiedy w 1917 roku USA przystąpiły do I wojny światowej, też miały misję zmiany świata. Prezydent Woodrow Wilson sformułował ją twierdząc, że trzeba wygrać jedną wojnę, aby położyć kres wszystkim innym. Od tej chwili idea demokratyzacji świata opanowała całą politykę zagraniczną Ameryki. Założenie Wilsona zostało jednak zweryfikowane przez historię. USA angażowały się w późniejszych latach w wiele wojen - zawsze w imię demokracji. Tyle, że dowody zbrodni popełnionych przez armię(w Wietnamie i w Iraku), zarzuty dotyczące torturowania i kłamstwa władz jeszcze z czasów prezydentury George'a  W. Busha bardzo zachwiały wiarą zachodniego świata i obywateli w czystość pobudek amerykańskich rządów. A jak przekonał się Napoleon: wypełnianie misji dodaje sił, jednak jej zdrada może oznaczać upadek.
Bo kto powiedział, że nauka musi odbywać się tylko na podstawie podręczników? Co ciekawe, potem ten sam temat przerobiłam z Kropką(pomiędzy analizowaniem rozważań Papkina z "Zemsty", a utrwaleniem wiadomości na temat względności ruchu). I młoda stwierdziła, że takie ciekawostki są lepsze od teorii w podręczniku. Oczywiście nie mogę bazować tylko na czasopismach naukowych, bo to się w pewnym momencie będzie mijało z celem, ale jako uzupełnienie materiału przewidzianego przez podstawę programową mogą z powodzeniem służyć.
* w oryginalnym artykule z 2011 roku jest mowa o 10 latach wojny, postanowiłam jednak do tego dołożyć jeszcze czas, który upłynął od tego momentu.

czwartek, 6 lutego 2020

1093. Jestem wykończona

I to tak bardzo, że odpuściłam sobie dzisiejszy trening pływacki. Ale naprawdę, albo zasnęłabym w drodze na niego(opcjonalnie wracając z powrotem), albo utopiłabym się w basenie z powodu wykończenia. Pomijam tutaj fakt, że pewnie i tak bym na niego nie zdążyła, bo awaria trakcji elektrycznej na głównym rondzie w Katowicach w godzinach szczytu spowodowało znaczny korek i opóźnienia w funkcjonowaniu komunikacji miejskiej. A akurat nie miałam ze sobą rzeczy na zmianę. Chciałam też wymienić książki w bibliotece, toteż musiałam sobie przejść kawałek do majestatycznego budynku. Normalnie podjechałabym sobie tramwajem. Gdyby tramwaje jeździły. W dodatku zima się jednak namyśliła i zaczęła sypać śniegiem. Jego grube płaty sypały mi prosto w twarz i wdzierały się pod szalik. Naprawdę, byłam szczęśliwa, kiedy wreszcie wsiadłam do autobusu, chociaż był załadowany ludźmi jak nigdy. A swego czasu jeździłam nimi dosyć często.
Ogólnie dzień miałam dosyć zabiegany. Najważniejszym jego punktem było rozprawienie się z szambem, o którym ostatnio pisałam. Na szczęście, nie było aż tak źle. Chciałabym wierzyć w to, że Dyrektorka porozmawiała z tą kobietą, przez co trochę zeszła z tonu. To oczywiście nie jest tak, że twierdzę iż nie należy nic od nikogo wymagać, bo wtedy niektóre rzeczy mijałyby się z celem. Ale jeżeli to wymaganie przyjmuje formę dyktatury i terroryzmu, w dodatku poboczne rzeczy są przekombinowane, to już coś jest nie tak. Dlatego cieszę się, że wszystko poszło jak najbardziej na moją korzyść. I w sumie to było jedyne coś, co mi się dzisiaj udało. Tak mi się wydaje. 
To chyba ta seria niepowodzeń spowodowała, że więcej mi się dzisiaj nie chce, niż chce. Oraz niewyspanie. Tak, ostatnio pisałam Wam o skutkach nieprzespanych nocy, a dzisiaj sama kolejną zarwałam. Gdybym jeszcze poświęciłam go na coś, co lubię robić, np. czytanie. O, to by było coś. Niestety, powód był zupełnie inny...
Skutek tego wszystkiego jest taki, że już sobie leżę wykąpana w łóżku, piszę notatkę, nadrabiam Wasze stronki, a po tym wszystkim mam zamiar wreszcie trochę poczytać dla przyjemności(co prawda dzisiaj skończyłam czytać "Zemstę", ale to bardziej dla przypomnienia sobie o co w niej chodziło). Zastanawiam się też, czy nie złapałam gdzieś jakiegoś wirusa(byle nie koronowirusa) i dlatego tak słabo się czuję? Ja jednak chcę wierzyć, że to zwykłe zmęczenie.

wtorek, 4 lutego 2020

1092. Szambo, które wybiło

Równomierne tykanie zegara zawieszonego na ścianie mieszało się z stukotem klawiszy klawiatury oraz biciem serca, które chwilami chciało wyrwać się z mojej piersi. Nawet nie potrafię powiedzieć, dlaczego tak się działo. A może już wtedy przeczuwałam, że stanie się coś, co niezbyt mi się podoba. Tak samo serce mi waliło, kiedy w piątkowy poranek zderzyłam się z panią D., wchodzącą do sekretariatu. Niby się do mnie uśmiechnęła, ale tak jakoś smutno. Przeczuwałam, że coś się stało. Chwilkę postałam pod drzwiami, a że nie słyszałam dochodzącego z wewnątrz głosu pani Poppins, odruchowo zapukałam w nie. Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałam "Proszę" wypowiedziane przez panią D. Delikatnie otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Pani D. siedziała za biurkiem i walczyła z komputerem.
 - (Hasło do komputera).
 - Słucham - odrzekła nie spuszczając oka z ekranu.
 - (Hasło do komputera). Inaczej nie zadziała.
Pani D. spojrzała na mnie z niedowierzaniem i wpisała to, co jej powiedziałam. Maszyna wydała charakterystyczny dźwięk, a kobieta ponownie podniosła na mnie wzrok.
 - Dziękuję - wyszeptała z uśmiechem. Chwilę na nią popatrzyłam, po czym spytałam, co tutaj robi.
 - Widzi pani - usłyszałam w odpowiedzi. - Pani Poppins jest na L4, a ja muszę się rozdzielić pomiędzy Bernardyńską, a Kanoniczą. Zresztą pani chyba sama wie, jaki jest teraz gorący okres.
 - Szkoda, że nikt nic nie powiedział - rzekłam. - Przecież mogłabym chwilę posiedzieć.
 - Widać Poppins nie chciała robić pani kłopotu... - powiedziała z wahaniem.
 - Żaden problem. I tak dzisiaj i w poniedziałek jestem tutaj, więc to dla mnie żaden problem usiąść tutaj na chwilkę. A pani będzie mogła spokojnie u siebie pracować.
Pani D. popatrzyła na mnie jak na wybawiciela.
 - Ale to cały dzień będzie...
 - Spokojnie, będę musiała tylko dzisiaj się urwać ok. 11 na godzinkę, a w poniedziałek jakoś sobie poradzę.
Nie chciałam dać tego po sobie poznać, ale byłam strasznie zdenerwowana. Chyba nawet bezwiednie szarpałam swój kołnierzyk. 
 - Zastanawiam się, co my zrobimy za te pół roku - westchnęła wychodząc z pomieszczenia. Właściwie to nie za pół roku, ale półtora-przemknęło mi przez myśl, kiedy wyszła. 
W sumie nie uważam się za jakiegoś mistrza sztuki administracyjnej. Ba, zawsze istnieje obawa, że coś sknocę i przysporzę pani Poppins więcej problemów niż trzeba. Ale z drugiej strony zawsze mogę coś pomóc, np. poprzyjmować papiery itp.
Siedziałam sobie wczoraj i pisałam raport. W międzyczasie udało mi się załatwić prywatną sprawę, żeby nie było, że jestem niezorganizowana. W pewnym momencie słyszę pukanie do drzwi. Jakoś mnie to nie zdziwiło, w końcu taki okres, że każdy coś chce z sekretariatu. Ku mojemu zaskoczeniu była to jedna z moich koleżanek, Guga. Zresztą ona też była zdziwiona moją obecnością.
 - Co ty tu robisz? - szepnęła.
 - Pracuję - odrzekłam odsuwając się od monitora.
 - A Poppins? - dopytywała.
 - Chora jest. Ale tylko do jutra - dodałam.
 - Mogę ci zostawić dla niej papiery?
 - Jasne - kartki w koszulce wylądowały na długim blacie. Włożyłam je do odpowiedniej przegródki.
 - A tobie jak idzie ŚDS? - dopytywała. Pokrótce opowiedziałam jej sytuację i że właściwie zostały mi dwa dni. Z jednej strony jestem z tym wszystkim na końcu, ale z drugiej i tak się cieszę, że wyrobię się w terminie.
 - Nie wiesz może, kiedy będzie Dyrekcja? - powiedziała już nieco bardziej oficjalnym tonem. Spojrzałam na nią uważnie i pokręciłam przecząco głową. - Nie sprawdzałaś meila, ani grupy, prawda?
Prawda. Chociaż bardzo tego nie lubię robić poza czasem wolnym, zalogowałam się na fb. Wiadomość, o której mówiła Guga pojawiła się na samej górze. Przeczytałam ją raz, drugi, trzeci i z przerażeniem spojrzałam na Gugę.
 - No właśnie - skomentowała.
 - A ona ma do tego prawo? Przecież jest jakiś statut, regulamin...
Guga spojrzała na mnie z politowaniem.
 - Ona jest ponad prawem - rzekła sarkastycznie. Choinka, dlaczego z tą jedną kobietą są takie problemy? Dlaczego na tyle ludzi tylko ona robi nam różne dziwne numery? Co prawda po 30 latach życia nic nie powinno mnie dziwić, a jednak.
 - Wiedziałam, że to szambo kiedyś wybije. I chyba w końcu to się stało. - głos Gugi przerwał panującą ciszę. Zapytałam się jej, czy mamy zamiar coś z tym zrobić. Wzruszyła ramionami. Jedyna nadzieja w tym, że Dyrektorka się za nami wstawi, poprze nas w tym wszystkim. A jeśli nie? Jeśli nie zainteresuje się tą sprawą? Przecież nie może być tak, że ktoś jest ponad prawem... 

niedziela, 2 lutego 2020

1091. Uderz w stół...

Matki Bożej Gromnicznej

Płonie, niepozorna,
niezauważona,
płonie ogniem miłości,
samego Najwyższego.
Święty Ogień zanosi
modlitwy ludu na ziemi,
wraz z dymem pachnącym woskiem,
do Boskich Bram wchodzi ukradkiem.
Trzyma Gromnicę dziecko,
co ledwie chodzić zaczęło,
trzyma Gromnicę staruszek,
i szepce gorące modlitwy...


Taki oto wierszyk powstał sobie z okazji dzisiejszego święta.
Kiedy 5 stycznia weszłam do kościoła, w którym daliśmy >>ten<< koncert, pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to nasza konsola muzyczna. Pisząc "nasza" mam na myśli moją parafię. Teoretycznie mogłam się mylić, jednak komu chciałoby się w identyczny sposób ponaklejać wszystkie oznaczenia. Przypadek? Nie sądzę. Tym bardziej, że J. bez problemu sobie radziła z jego obsługą. Wniosek nasuwał się sam - to musi być sprzęt z naszego kościoła. Spokoju nie dawała mi jednak jedna rzecz - czy skoro sprzęt był tutaj, to schola nie śpiewała u nas na swojej planowej Mszy świętej? Zwłaszcza, że w pierwszą niedzielę to my obstawiamy wszystkie czytania. Osobiście nie byłam na tej Mszy, bo i musiałam odpocząć po wyjeździe na ślub S. i O., a po drugie i tak miałam zamiar uczestniczyć we Mszy przed koncertem.
Jednak sprawa tej konsoli jakoś nie dawała mi spokoju. Zapytałam się więc Dyrygentki czy schola wtedy śpiewała. Dyrygentka chyba nie do końca zrozumiała moje pytanie, bo potem w SMSie wysłała mi swoje zapytanie, czy w tą i tą niedzielę będę w kościele, bo chce mnie dać na Modlitwę Wiernych, a zarazem poinformowała mnie, że nie dawała mi nic wtedy do czytania, bo nie wiedziała, czy będę. Pomyślałam sobie wtedy, że życie jest niesamowicie skomplikowane. Już nie mam siły przypominać, że jestem członkiem scholi. Bo ostatnio też jakby zapomnieli o mojej obecności. Dlatego szczerze zaskoczyła mnie ta propozycja przeczytania wezwań MW, zwłaszcza że to nie była pierwsza niedziela miesiąca. Jedyny problem w tym wszystkim polegał na tym, że tego dnia miałam szkolenie przed Festiwalem Nauki, toteż musiałam odmówić.
Nie spodziewając się zupełnie niczego poszłam sobie dzisiaj na Mszę świętą. Z gromnicą, rzecz jasna, wszak zostałam wychowana w takiej tradycji. Ogólnie jakiś rok temu znalazłam w piwnicy u rodziców taką prawdziwą starą woskową gromnicę, którą zabrałam do domu. Niestety, w Wielką Sobotę upadła mi na posadzkę i się trochę złamała. Próbowałam ją "reanimować", niewiele się to jednak zdało. No cóż, w ostateczności może być trochę krótsza niż pierwotnie była... Grunt, że się świeci.
Ze zdziwieniem odkryłam, jak mało ludzi miało  dzisiaj świecę. A mamy śpiewające w scholi chyba w ogóle nie wiedziały o co chodzi. No, nie wszystkie, bo Dyrygentka też miała świecę, a nawet jeden chłopiec. Ale pozostali tylko na nas patrzyli. Weszłam tradycyjnie na chór, zajęłam swoje miejsce w scholi i nagle widzę, że podchodzi do mnie z kartką. Tak trochę niepewnie na nią spojrzałam, po czym usłyszałam pytanie, czy dam radę przeczytać ostatnie dwa wezwania Modlitwy Wiernych. Rzuciłam okiem na kartkę - no, raczej dam. Nie za bardzo wiedziałam o co chodzi, bo o ile jakoś mogłabym sobie wytłumaczyć to, że w piątek zaniosłam jako Dar Ołtarza Kapitułę Zgromadzenia Salezjańskiego, o tyle dzisiejszej MW już nie. Ale, może to po tym jednym pytaniu tak się stało? Moją głowę zaprzątało też to, co zrobię z gromnicą(paliła się przepisowo całą Mszę świętą), kiedy pójdę do przeczytania, ale ją mi akurat potrzymało jedno z dzieci. 
Zagadką było dla mnie, czy doniosę zapaloną świecę do domu, wszak w pewnym momencie na moim osiedlu jest takie miejsce, gdzie robi się przeciąg. W dodatku zaczęło padać. Ale ognia nic mi nie zgasiło. A propos donoszenia zapalonych gromnic do domów. Mój tata miał do kościoła ok. 10 kilometrów w jedną stronę przez lasy, pola i różne ciekawe wzniesienia, które lutym obrastały niemałą warstwą lodu. Pomyślcie sobie, jakim to musiało być wyczynem donieść w takich warunkach zapaloną i poświęconą 2 lutego gromnicę do domu. A w czasach II wojny światowej było to jeszcze trudniejsze - wszak w lasach stacjonowała partyzantka, której strzelaniny przerywały głuchą ciszę. Mimo to ludzie chodzili, bo taka była ich wiara i tradycja. Ja zaś bardzo się cieszę, że została ona przekazana mnie i mogę ją kontynuować.
Na koniec dnia zapraszam natomiast wszystkich na oponki, które piekłam pierwszy raz w życiu. Proszę, częstujcie się śmiało :)

sobota, 1 lutego 2020

1090. Po pierwszej wizycie u Kropki

- No to będziesz mogła wykorzystać swoją wiedzę w praktyce - stwierdziła ze szczerością Młoda, kiedy opowiedziałam jej o dzisiejszym spotkaniu z Kropką. Zarówno ja, jak i ona wiemy, o jaką część mojej zdobytej dotychczas wiedzy tutaj chodzi. I że może wcale nie pójść tak łatwo, chociaż Kropka to niezwykle inteligentna, wrażliwa i dorosła jak na swój wiek trzynastolatka, która bardzo przypomina mi bohaterkę jednej z książek Casey Watson - "Mała opiekunka mamusi". I że ta "praktyka" może dotyczyć nie tylko samej Kropki, ale też ich małych siostrzeńców...
Pierwsze zajęcia z Kropką mam za sobą. Na razie rozeznałam się w jej brakach w materiale szkolnym, a są one dosyć spore. Jednak podobne rzeczy przerabiam z M., więc nie powinno być źle. 
Chęć pomocy Kropce wymusiła na mnie pewną modyfikację sobotniego planu dnia, który teraz prezentuje się mniej więcej tak:
  1. 7:00 - 8:00 - bieganie w terenie
  2. 8:30 - 10:00 - korepetycje z M.(ewentualnie jeszcze dochodzi B.) - Oratorium
  3. 10:00 - 10:30/11:00 - pierwsza część zajęć w Oratorium
  4. 10:30-11:30/11:00-12:00 - urywam się z Oratorium i idę na próbę scholi(o ile jest) - kościół
  5. 11:30/12:00 - 13:00 - druga część zajęć w Oratorium
  6. 16:00 - 17:30 - korepetycje u Kropki w domu
Czas pomiędzy jednym a drugim jest do zagospodarowania przeze mnie. Oczywiście może się zdarzyć tak, że wypadną mi jakieś zajęcia z grafiku, albo będę musiała z czegoś zrezygnować na rzecz innych obowiązków. Z jednej strony może to działać na mój plus - więcej wolnego czasu dla mnie. Dzisiaj np. nie było Oratorium. A szkoda, bo z miłą chęcią poruszyłabym kwestię wczorajszej nieobecności animatorów na wieczornej Mszy świętej z okazji liturgicznego wspomnienia założyciela zakonu salezjanów, św. Jana Bosko. Ja rozumiem, że człowiek może mieć multum innych spraw, ale gdzie tutaj przykład dla innych? W dodatku to ja usłyszałam, że się niewystarczająco udzielam... To ja się pytam, gdzie byli ci, co się udzielają? I co trzeba robić, aby zasłużyć na takie miano? Dzisiaj już wiem, że próby scholi będą prawdopodobnie co dwa tygodnie, dzięki czemu nie będę musiała ciągle(tzn. wtedy, kiedy one były) zwalniać się z Oratorium.
Z drugiej strony już kilka razy miałam taką sytuację, że musiałam dzwonić i odwoływać swoją obecność tu czy tam, bo coś mi wypadło. Na szczęście były to specyficzne sytuacje, które zgłaszałam niemal od razu tam, gdzie powinnam. Każdemu może się zdarzyć, ważne, przynajmniej moim zdaniem, aby jak najszybciej o tym powiadomić zainteresowane osoby. I to niekoniecznie za pośrednictwem fb, ale telefonu. 
Wracając jeszcze do Kropki. Ogólnie dzieciak jest cholernie zdolny, szybko wszystko łapie, ale skomplikowana sytuacja rodzinna sprawiła, że częściej jej nie ma na zajęciach szkolnych niż jest. W szkole wiedzą co się dzieje i pewnie dlatego nie zawiadomili żadnych służb. Wiedzą też, że kiedy może i przychodzi do szkoły, to zalicza cały zaległy materiał. I zalicza go na czwórki, piątki, nawet szóstki, chociaż wszystko musi sama ogarnąć, albo przy pomocy schorowanej siostry. O ile oczywiście ma ona na to siłę. Rodzina została zgłoszona do tegorocznej edycji Sz.P., a jej potrzeby były tak małe i prozaiczne, że aż musiałam kilka rzeczy dopisać od siebie(akurat to ja miałam przyjemność być ich głównym wolontariuszem). Teoretycznie młoda kwalifikuje się do programu "Akademii Przyszłości", w praktyce nie dałaby rady dojechać do szkoły, gdzie odbywałyby się zajęcia. Czyli ktoś musiałby do niej dojechać. Uwierzcie mi, długo rozważałam wszelkie za i przeciw, bo to jednak jest jakieś zobowiązanie. Zwłaszcza, kiedy nie jest się zmotoryzowanym. Ani nie ma się wykształcenia pedagogicznego... A jednak się tego podjęłam. Bo cholernie żal mi tej małej. Mam nadzieję, że dam radę jej pomóc. Na razie mam jednak pewne "zadanie domowe" - muszę sobie przypomnieć o co chodziło w "Zemście" Fredry. Tak więc chyba będę miała kolejną pozycję do wyzwania w Lidzi.