Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 7 października 2020

1218. Niepozorne półgodziny też może mieć wielką moc

Różaniec jak życie

Okrągłe paciorki różańca,
przemijają pod moimi palcami,
niczym ludzkie życie.
Jest czas zwiastowania,
i czas odwiedzin.
Czas cudu narodzin,
i cudu mądrości dziecka.
Uczestniczymy w chrzcie w Jordanie,
radujemy na weselu w Kanie.
Słyszymy głoszenie Królestwa Bożego,
jesteśmy świadkami ustanowienia Eucharystii.
Nadchodzi droga krzyżowa,
i śmierć, będąca jej zwieńczeniem.
Ale to nie koniec -
bo przecież jest Zmartwychwstanie.
A po nim Wniebowstąpienie.
Cała ludzka działalność,
zawarta w 20 tajemnicach.
Przemierzam je razem z Maryją,
co rusz ucząc się od niej:
- zaufania,
- oddania,
- skromności,
- wypełniania Bożej Woli
- dźwigania cierpienia...

Nie będę ukrywała, że nabożeństwa różańcowe, którym w głównej mierze poświęcony jest miesiąc październik, są jednymi z moich ulubionych. Jak przez mgłę pamiętam, jak moja prababcia Antosia(ta sama, która podczas II wojny ratowała Żydów) siedziała na ławeczce przed swoim domem i pilnując nas, kilkuletnie szkraby, przesuwała w palcach małe koraliki. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że istnieje taka modlitwa, chociaż samo "Zdrowaś Maryjo" umiałam raczej dobrze(chociaż "po swojemu").
Samą modlitwę różańcową, jak większość dzieci, poznałam przed Pierwszą Komunią Świętą. Wtedy jeszcze składała się z trzech części(czwartą, Tajemnice Światła, ustanowił papież Jan Paweł II w 2002 roku). Przypadła mi tak bardzo do gustu, że nawet teraz, kiedy mam 30 lat, staram się w miarę możliwości uczestniczyć w nabożeństwach odbywających się w moim parafialnym kościele. Z reguły na jego tyle, tak aby móc się skupić. Jednak kiedy nie jestem w stanie dotrzeć na czas(tak się działo, kiedy studiowałam w Krakowie, ale i teraz też), staram się odmówić jedną 50 np. w busie, w domu, czy choćby na spacerze, a nawet zdobywając górskie szczyty czy też oczekując na start w zawodach(chociaż najbardziej lubię w domu, bo wtedy mogę sobie przeczytać odpowiedni fragment w Piśmie Świętym i na jego podstawie samodzielnie rozważyć poszczególne tajemnice). Przecież to tylko półgodziny. Zresztą nie tylko w październiku, ale i w pozostałych miesiącach. Bo różaniec można odmawiać cały rok. A moc tej modlitwy jest niesamowita.
Jak można było usłyszeć dzisiaj w naszej parafii na kazaniu, ludzkość niejednokrotnie pogrążała się w modlitwie różańcowej, chcąc uprosić u Najwyższego potrzebne łaski. Takim najlepszym przykładem jest bitwa pod Lepanto z 1571 roku, kiedy państwa skupione wokół Państwa Kościelnego pokonały Imperium Osmańskie, zapobiegając tym samym ismanizacji Europy. Na pamiątkę tego zwycięstwa zostało ustanowione święto Matki Bożej Różańcowej, które jest obchodzone 7 października. Również Matka Boska podczas objawień w Fatimie nakazała dzieciom odmawiać różaniec w intencji grzeszników. Ile dusz zostało w ten sposób zbawionych? Nikt tego nie wie.
Bardzo mi się podoba określenie różańca jako "skróconej wersji Ewangelii". Wszystkie tajemnice związane są bowiem z życiem i działalnością Jezusa Chrystusa i... jego Matki. Jeżeli porównamy poszczególne tajemnice z zapisem ewangelicznym, to odkryjemy, że w większości wspominanych wydarzeń brała udział również Maryja. Wszak różaniec poświęcony jest właśnie, a może przede wszystkim, jej. Nie zapominajmy o tym...

poniedziałek, 5 października 2020

1217. W okrojonym składzie, ale daliśmy radę

Ta notka pierwotnie miała pojawić się wczoraj. No właśnie, miała. Zmęczenie jednak wzięło górę i jak zasnęłam o godzinie 16, tak obudziłam się dzisiaj o siódmej rano. Dobrze, że w sobotę zostałam po nabożeństwie różańcowym na Mszy świętej, bo wczoraj raczej nie dałabym rady pójść do kościoła.
Jak niektórzy z Was pamiętają, rok temu byłam wolontariuszem podczas jedenastej edycji "Silesia Maratonu", jednej z największych imprez biegowych w moim regionie. W tym roku maraton, podobnie jak większość wydarzeń sportowych, stanął pod wielkim znakiem zapytania. Jednak organizatorzy robili wszystko, aby doprowadzić do jego organizacji. Co przyniosło pozytywny skutek, a termin właściwie trzech biegów(półmaratonu, maratonu i ultramaratonu) został ustanowiony na 4 października.
Jednocześnie ruszyła rekrutacja na wolontariat podczas zawodów. Liczba wolontariuszy, z wiadomych przyczyn, została znacząco zredukowana. Prawdę powiedziawszy, to obawiałam się, że się nie zakwalifikuję na żadne stanowisko. Niby wolontariat podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie "otwiera" mi wiele drzwi, jednak z drugiej strony staram się nie ukrywać, że ze mną nie wszystko jest ok. Zresztą, wiele ludzi mnie zna i wie jak jest. A jednak udało się i ponownie zostałam przydzielona do depozytu.

Rok temu depozyt miał miejsce w jednej z hal mieszczących się na Stadionie Śląskim, miejsca startu i mety zawodników. Było tam cicho i stosunkowo ciepło. W tym roku pandemia "wygoniła" nas na zewnątrz. Depozyt umiejscowiony był przy kilku wejściach na trybuny stadionu, a same bagaże kładzione na owych trybunach. Traf chciał, że nasza część(numery startowe od 6000 do 6999) ulokowana była tuż przy głośniku wychodzącym na zewnątrz, więc było trochę głośno. No i rano było dość zimno, w dodatku około 7 rano nad Chorzowem przeszła dość duża burza(nawet współczułyśmy ultramaratończykom, którzy startowali o 7:30), co jeszcze bardziej ochłodziło powietrze. Co prawda nie znałam pozostałych dwóch dziewczyn, do których zostałam przydzielona, ale jakoś dałyśmy radę. W końcu to nie sztuka odbierać bagaż z naklejonym numerem startowym zawodnika(a ci odnosili je prawie do 10:40, kiedy wystartowała ostatnia grupa półmaratończyków) i odkładać je na odpowiednie miejsce. A potem robić to samo, tylko w odwrotnej kolejności. Przy okazji można było rzucić okiem na biegaczy finiszujących na bieżni Stadionu Śląskiego.
Jedyny mankament tego wszystkiego to dojazd. Aby dotrzeć na zbiórkę o 6:00 pod bramy chorzowskiego stadionu musiałam wstać o 3:15 rano. W dodatku na Internecie jest jakiś błąd z godzinami odjazdu autobusów do K-c, bo ten, którym chciałam jechać w rzeczywistości był(i tak jest podany na tablicy przystankowej) kwadrans później. Czyli mogłam sobie te 15 minut dłużej pospać. A tak 15 minut dłużej czekałam na przystanku. Na szczęście w K-ch niemal natychmiast miałam tramwaj(też niezgodnie z rozkładem, ale tu mi wyszło na plus), który dowiózł mnie niemal pod same bramy stadionu. No dobra, przesadziłam, bo pod bramę musiałam sobie dojść, jednak jak panikowałam, że nie zdążę na czas, tak w ostateczności czekałam sobie na wejście. Wczesna pobudka dała mi we znaki ok. 12, kiedy zaczęłam odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia. Najlepsze jest to, że dzień wcześniej kupiłam sobie napój energetyczny. Normalnie nie piję takich rzeczy, ale jak wiecie - tonący brzytwy się chwyta. Jeden energetyk na X lat(nawet studia przeżyłam bez żadnych "wspomagaczy") raczej nikomu nie zaszkodził... I może wszystko byłoby dobrze, gdybym całkiem o nim nie zapomniała i nie zostawiła go w domu. To chyba pierwsze oznaki starości. W każdym razie jakoś dobrnęłam do 14, potem kimałam w autobusie, ale musiałam się pilnować, żeby nie przespać mojego przystanku. W domu położyłam się "tylko na chwilę"(bo przecież trzeba o 17 lecieć do kościoła na różaniec), a obudziłam się dzisiaj rano. Że też Puśka mnie nie obudziła... Trochę się wystraszyłam, że przespałam nawet poniedziałek, wkrótce z ulgą odkryłam, że jednak nie.

P.S. Bardzo dziękuję za każdy pozytywny komentarz pod fragmentem mojego wierszowanego opowiadania o dwóch Aniołach Stróżach. Każdy z nich sprawił uśmiech na mojej twarzy. Cieszę się, że moja skromna twórczość podoba się komuś więcej, niż dzieciom pani Mery Poppins. Z okazji kolejnej rocznicy wyboru Karola Wojtyły na papieża chciałabym umieścić fragment mojej opowiastki dotyczący tego wydarzenia - jest ktoś chętny na takie coś?. Jednocześnie muszę uważać, aby nie popaść w zbytnią pychę i samouwielbienie(zresztą codziennie się o to modlę), bo to do niczego dobrego nie prowadzi.

piątek, 2 października 2020

1216. O Aniołach jam napisała...

Biegł Aniołek rankiem,
wysoko wśród chmurek.
Aż dobiegł do bramy,
I wspiął się na murek.

Grzesio się nazywał -
pilnował Adasia.
A brat jego Tomek,
też pilnował - Stasia.

Na dole spał Adaś -
dzielny przedszkolaczek.
Obok w łóżku Stasiu,
to już jest pierwszaczek.

Już pora do szkoły!
- woła Stasia mama.
Do przedszkola, Adaś!
ja będę tu sama.

Przy Aniele Grzesiu,
przysiadł jego brat.
Pilnuje on Stasia,
by z krzesła nie spadł.

Adaś zjadł parówkę,
a Stasio kanapkę.
Proszą mamę zgodnie,
jeszcze o dokładkę.

- Musimy wychodzić,
moje głodomory.
Adaś do przedszkola
a Stasiu do szkoły.

Święty Piotr otwiera
drzwi niebiańskiej bramy.
Anioły biorą plecaki i mówią:
- znowu na Ziemię schodzimy!

Jedni w czasie kwarantanny narzekali na nudę. Ja ten otrzymany w gratisie nadmiar czasu wolnego postanowiłam jakoś wykorzystać. Oczywiście, w pierwszej kolejności nadrabiałam intelektualne zaległości(a raczej dbałam o to, aby ich sobie nie narobić, co było niesamowicie trudne, zważając na zamknięte na cztery spusty biblioteki), ale znalazłam też czas, aby coś potworzyć. Nie wiem dlaczego, ale na myśl przyszły mi "moje" maluchy - duuużo młodsi kuzyni, dzieciaki Mery Poppins, może podopieczni Oratorium? Moja opowiastka o kalekim Aniele chyba się spodobała słuchaczom(a sam kaleki Anioł w dalszym ciągu siedzi na biurku pani Poppins - to chyba powód do radości), więc czemuby nie spróbować z wierszowaną historyjką o parze Aniołów Stróżów, które pilnowały swoich ziemskich podopiecznych?
Pewnego dnia siadłam przy pustym arkuszu tekstowym... Może w normalnych okolicznościach byłaby to najzwyklejsza kartka papieru, ale... W sumie to ręcznie umiem pisać, jednak bardzo mnie to męczy, a i czasu zawiera niesamowicie dużo. Prawda jest taka, że dla wielu z nas, niepełnosprawnych, komputery są jedyną możliwością napisania wielu rzeczy, w tym egzaminów zewnętrznych, takich jak np. matura(bo podejrzewam, że prace dyplomowe i tak dzisiaj każdy pisze na komputerze, ale maturę już nie). Gdyby nie to, to dzisiaj nie cieszyłabym się tytułem magistra, bo bez matury nie dostałabym się na żadne studia. Usiadłam nad czystym arkuszem papieru. Już dawno miałam pomysł na rymowaną opowiastkę dla dzieci o Aniele Stróżu, nie starczyło mi jednak czasu na przelanie moich myśli na "papier". Teraz(tzn. na przełomie kwietnia i maja) czasu miałam aż nadto.
Słowa jakoś łatwo przychodziły mi do głowy, gorzej z rymami(a przecież ten rodzaj opowieści najmłodsi kochają najbardziej). Z pomocą przyszedł mi internet. Może czasami zarówno rymy, jak i rytmy trochę się "gubią", ale przecież nie od razu Kraków zbudowano. A jednocześnie powstawała rymowanka o chłopcu z Wadowic, który zaszedł bardzo, bardzo daleko...
Żeby było ciekawie(i nie za nudno), postanowiłam pobawić się w tworzenie ilustracji. Zresztą co to za książka dla dzieci bez rysunków. Rysunki może nie są powalające, ale starałam się zrobić najlepiej jak potrafiłam. Próbkę tekstu i moich bohomazów prezentuję na początku notatki. 
Mam nadzieję, że Aniołowie Stróże nie pogniewają się za takie ich przedstawienie. Zresztą już dwa lata temu w wierszu zastanawiałam się, czy mój czasem nie ma dresów zamiast szaty, żeby było mu wygodniej za mną gonić. Bo kolor włosów z złotego na siwy zmienił na pewno...

W ogóle zaprosiłam do znajomych na fb moją wiceukochaną(pani B. od matematyki nic nie przebije, ale ona chyba nie ma fb) nauczycielkę z podstawówki i gimnazjum. Szczerze powiedziawszy, to nie spodziewałam się, że mnie przyjmie, ale ona nie dość, że to zrobiła, to jeszcze pozostawiła niezwykły komentarz, taki, jaki tylko ona mogła mi dać. Moja kochana pani R... Nauczyciel z powołaniem do uczniów "z problemami". Takich nam trzeba...

czwartek, 1 października 2020

1215. To był czarny weekend...

Sąd nad Otylią

To trwało kilkadziesiąt sekund i zniknęło w mrokach niepamięci. Teraz odżywa, każe myśleć o tym, co wydarzyło się 1 października. Otylia Jędrzejczak wciąż od nowa analizuje wypadek, od chwili kiedy wychyliła się zza tira, aż do uderzenia w drzewo. I wciąż nie może się pogodzić z tym, że jej brat Szymek nie żyje. Nie dostaje gazet, nie ma radia, telewizji. Nie wie, że media już wydały na nią wyrok - winna.

Otylia i Szymon Jędrzejczak
Niezależnie od prezydenckiej debaty rozgorzała druga społeczna dyskusja - o wypadku Otylii Jędrzejczak. Budząca tak samo skrajne emocje, jak ta o głowie państwa. Bo kiedy ginie człowiek, wszystko widzi się ostrzej. A w tym wypadku zginął Szymon, młodszy o trzy lata brat Otylii. Ona sama zaś odniosła niewielkie obrażenia kręgosłupa, ma ranę głowy, potłuczenia. Dyskutowano o niej: było współczucie z powodu brata albo złość, że nie zapanowała nad samochodem. Na forach internetowych pod każdą informacją dotyczącą wypadku wypowiadały się ponad dwa tysiące internautów. Trwał sąd nad Otylią. Jedni łączyli się z nią w cierpieniu, pocieszali, wspierali. Drudzy grzmieli, że jest winna, bo jechała za szybko. Powoływali się na słowa policjanta, który po wypadku powiedział, że w chryslerze Otylii wskazówka prędkościomierza zatrzymała się na niewiarygodnym poziomie - 180 kilometrów na godzinę.
- Ktoś, kto wyraża publicznie takie opinie, powinien zachować daleko posuniętą powściągliwość - uważa trener kadry i wiceprezes ds. szkoleniowych Polskiego Związku Pływackiego, Paweł Słomiński. Tą prędkość media przyjęły jako aksjomat. Skrzywdzono Otylię.
Czy jechała z taką prędkością? - To nieprawda, to bzdura! Mój Boże, kiedy czytam, co się czasem wypisuje w gazetach, to mi się włos jeży - mówi z przekonaniem prokurator Stanisław Sawicki, szef Prokuratury Rejonowej w Płońsku, prowadzącej dochodzenie w sprawie wypadku. - Kiedy zbierzemy materiał dochodowy, biegły przy użyciu odpowiednich wzorów wyliczy tę prędkość na podstawie uszkodzeń samochodu. Czytanie z licznika to nie jest dowód. Teraz, kiedy samochód stoi na parkingu policyjnym, na liczniku jest zero.
Prasa podała, iż wszystko wskazuje na to, że Otylii zostanie postawiony zarzut spowodowania śmierci na skutek niezachowania bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Stanisław Sawicki twierdzi, że nikt z jego prokuratury nie mógł tego powiedzieć. - Dziś nie uda się rozstrzygnąć, jaki będzie finał sprawy, bo zbieranie materiału będzie trwało miesiąc - mówi. Do tej pory wykonano badania techniczne samochodu o biegły uznał, że przed wypadkiem był on sprawny technicznie. Będzie powołany biegły z zakresu ruchu drogowego. Przeprowadzono sekcję zwłok Szymona. - Przesłuchaliśmy kierowcę, który jechał z przeciwka fiatem uno - kontynuuje prokurator. - Zgłosił się też następny świadek. Do jednej z miejscowości wysłaliśmy prośbę o pomoc prawna przy odszukaniu kolejnego kierowcy. Za pośrednictwem telewizji poszukujemy pozostałych świadków. Kiedy to będzie możliwe, przesłuchamy Otylię. Tirów, które próbowała wyminąć Otylia, nikt nie szuka. Były zza wschodniej granicy. Zniknęli jak igła w stogu siana.
Minął tydzień od wypadku. Ona wciąż leżała w szpitalu, bo musiała przejść wiele specjalistycznych badań. Uszkodzenie kręgosłupa, choć pozornie błahe, to nie żarty. Nie wstawała, nawet nie wolno jej było siadać. Nosiła sztywny gorset. W Wojewódzkim Szpitalu Bródnowskim w Warszawie dostała izolatkę. Wejścia na oddział bronił ochroniarz. - Kiedy przewiezioną ją ze szpitala w Płocku i byłem tu po raz pierwszy, poczułem się jak na amerykańskim filmie - wspomina trener pływaczki Paweł Słomiński. - Nie można było spokojnie wyjść od Otylii. Paparazzi wsunął nogę między drzwi i za chwilę oślepiły mnie błyski kilkunastu fleszów. To żenujące. Wiem, że takie są teraz czasy i fotoreporterzy są bezwzględni, ale nie muszę się z tym zgadzać.
Codziennie przez pokój Otylii przewijało się wielu gości: rodzice, narzeczony Maciej Drzewiński, trener, koleżanki i koledzy z uczelni, psycholog. Pozorne wizyty nie były ograniczane, w rzeczywistości goście byli starannie selekcjonowani przez najbliższych. Nie wpuszczano dziennikarzy. Uznano, że na spotkanie z mediami jest za wcześnie. Może wejdą za tydzień, dwa. Otylia, zanim stawi czoło dziesiątkom pytań dotyczących wypadku, musi się wzmocnić. Ale ona coraz częściej prowokowała rozmowy. Opowiadała szczegóły, które wyłoniły się z niepamięci, analizowała je.
- Kiedy byłam u Otylii z Pauliną Barzycką, starałyśmy się ją rozbawić - mówi pływaczka z kadry Agnieszka Gapińska. - Rozmawiała z nami, uśmiechała się. Nagle zaczęła opowiadać o wypadku. Nie wiedziałyśmy, co robić-pocieszać czy lepiej nic nie mówić?
Obwiniała się o to, co się stało. Nie mogła się z tym pogodzić, bo przecież młodszy brat był najukochańszą osobą na świecie. Wciąż słali do siebie SMS-y z wyznaniem: "Kocham cię. Buziaki". Chciała, by podążał jej śladem, więc uczył się w tych samych szkołach sportowych, brał udział w tych samych zawodach, w jakich startowała przed laty. Tylko medali miał mniej niż siostra. Ale Otylia wciąż wierzyła, że kiedyś i jego pływacka kariera nabierze rozpędu.
Chrysler 300 C był piękną limuzyną. Ludzie patrzyli z zachwytem i zastanawiali się, kto jeździ takim cudem. Pojemność 3,5 litra, moc 250 KM. Miał wszystko, co służy wygodzie i bezpieczeństwu podróżnych. Kosztowne auto. Otylia nie kupiła go. Kiedy jeden z zabrzańskich dilerów zaproponował, że nie tylko da jej wóz w użytkowanie, lecz także pieniądze na paliwo, nie odmówiła. Nikt by nie odmówił. Prawo jazdy zrobiła niedawno, wiosną ubiegłego roku, ale podobno jest dobrym kierowcą. - Młodzi lidzie, a zwłaszcza sprawni ruchowo sportowcy, szybko sobie radzą z prowadzeniem samochodu - mówi Paweł Słowiński. - Uważam, że Otylia ma wrodzony talent do kierowania autem, podobnie jak do pływania. Jeździłem z nią wielokrotnie i wiem, że jest rozsądna i ostrożna. Nigdy nie szarżuje.
Do 30 września kadra pływaków miała zgrupowanie w Wałczu. Otylia czuła się na siłach, by 380 kilometrów pokonać samochodem. Wzięła koleżanki z kadry. Chętnie z nią jeździły, ufały jej. W przeddzień wypadku, około 17:00, zgrupowanie się skończyło. Otylia zabrała do swojego chryslera cztery pływaczki. Przed północą trener Paweł Słowiński dostał SMA-a od jednej z nich: "Minęliśmy Płock, podróż jest trudna, a Otylia zmęczona". Poruszały się drogą numer 62, tą samą, na której nazajutrz Otylia miała wypadek. Do Warszawy dotarły przed pierwszą w nocy.
W niedzielę 2 października Szymon Jędrzejczak miał skończyć 19 lat. Dzień wcześniej miał z siostrą jechać do rodziców, do niedużej wioski Gole pod Włocławkiem. W rodzinnym gronie miała się odbyć urodzinowa feta. Powodów do świętowania było kilka: od miesiąca był zawodnikiem klubu AZS AWF Warszawa, w którym od kilku lat trenowała Otylia, a od dwóch dni studentem AWF, uczelni, na której studiowała jego siostra.
Sobotę zaczęli o siódmej, od treningu. Około 11.00 mieli wyruszyć w drogę do Włocławka, razem z pływaczkami Agnieszką Gapińską i Pauliną Barzycką. - Okazało się, że Oti wybiera się z Pauliną do Arkadii po pralkę - wspomina Agnieszka. - Zabrałam się do Płocka ze znajomymi. Kiedy teraz pomyślę, że mogłam być w jej chryslerze w chwili wypadku, czuję, że cudem uniknęłam tragedii. Jej koleżanka Paulina też nie pojechała z Otylią. I też myśli, że miała szczęście. Ale odczuwa jednocześnie wyrzuty sumienia. - Rano zadzwoniła mama, że przyjedzie do mnie, więc musiałam zrezygnować z wyjazdu do Płocka - wspomina. - Otylia wahała się, czy nie przełożyć podróży na rano, namawiała mnie na kino. Powiedziałam: "Jedź, zawsze lubiłaś wypoczywać u rodziców". Teraz nie mogę sobie tego darować, że ją przekonałam. Moja mama też się zamartwia. Mówi: "Boże, gdybym nie przyjechała, tobyście poszły do kina i ten wypadek by się nie wydarzył". Ale czy teraz można tak myśleć?
Albo czy warto żałować, że jadąc do rodziców, zatrzymali się na stacji benzynowej w Zakroczymiu, bo Szymkowi zachciało się chipsów i poszedł zrobić zakupy? Gdyby nie ten postój, nie wyprzedziłaby ich kolumna tirów. I nie doszłoby do wypadku. Lecz czy takie gdybanie ma sens?
Czy Otylia potrafi odtworzyć, co się wtedy wydarzyło? Prawdopodobnie było tak: za Zakroczymiem ponad 10 kilometrów jechała niespiesznie, w kolumnie samochodów. Potem wyprzedziła dwa osobowe i znalazła się za tirem. Jechała za nim, ale kilkakrotnie się wysuwała, sprawdzając, czy lewa strona drogi jest pusta. Chciała wyprzedzić tira. W końcu uznała, że moment jest dobry. Nie był. Z przeciwka pojawił się fiat uno. Otylia uciekła na lewo, na pobocze. Potem zjechała do rowu. Kiedy zobaczyła drogę na Miączyn, być może próbowała skręcić w lewo. Nie wpasowała się. Prawą stroną auto uderzyło w drzewo, potem koziołkowało.
Kolumna samochodów zatrzymała się, ludzie biegli na ratunek. Słychać było nawoływania kierowców tirów, po rosyjsku: "Dawajtie riebiata, wmiestie!". Próbowali postawić samochód na koła. Nagle jeden z mężczyzn poczuł, że ktoś go chwyta za nogę. To była Otylia. Wyciągnął ją przez okno. Szymona nie można było wyciągnąć z wraku. Był zakleszczony przez wgniecioną karoserię. Samochód zaczął się palić, ale udało się go ugasić. Otylia była w szoku. Siedziała na pryzmie piachu pod opieką jakiejś kobiety. Próbowała przypomnieć sobie numer telefonu do rodziców. W końcu się udało. Zanim rodzice przyjechali na miejsce tragedii, córka już była w szpitalu w Płocku. Szymon nie żył.
Nie miała pojęcia, co się mówi i pisze o niej. Rodzice i psycholog zdecydowali, że chora nie będzie dostawać gazet, słuchać radia i oglądać telewizji. Ojcu pływaczki Piotrowi Jędrzejczakowi wystarczył jeden program w TVN i jedna wizyta na forum internetowym, by natknął się na nieprzyjazne opinie o córce. Dochodzenie dopiero się zaczęło, ale ci ludzie już ferowali wyroki. Chciał tego oszczędzić i sobie, i żonie, i Otylii. Nie zamierzał rozmawiać z prasą. Trener Paweł Słomiński miał zajmować się kontaktami z mediami. By uchronić Otylię przed atakiem paparazzich, chcieli w tajemnicy utrzymać miejsce pogrzebu Szymona. Uznali jednak, że nie mogą tego zrobić entuzjastom pływania. Wynajęli jedynie firmę ochroniarską.
Piotr Jędrzejczak powiedział: "Nie chcemy Szymusia trzymać do następnego tygodnia. Nie wyjawił dlaczego. Ale według ludowego przesądu, jeśli zmarłego nie pochowa się do niedzieli, będzie nieszczęście. Tymczasem dla Otylii nie był to dobry moment, by przyjechać na pogrzeb, bo lekarze nadal nie pozwolili jej siadać ani chodzić. Uparła się jednak, że musi sypnąć garstkę ziemi na grób brata. Postanowiła wynająć karetkę i jechać na leżąco. A potem na leżąco, na noszach, uczestniczyć w uroczystości. Zawsze ładna i sprawna tym razem miała się objawić w swoim cierpieniu.
Za sprawą Szymona Jędrzejczaka niewielka miejscowość Kłóbka na Pojezierzu Kujawskim - panieńska parafia jego matki - przeżyła najazd przyjezdnych. Zjawiły się największe znakomitości ze świata pływackiego: działacze, trenerzy, zawodnicy oraz uczniowie szkół sportowych. Razem kilkaset osób. Przyjechała cała rodzina Jędrzejczaków z Goli i Żakowie z Lutomierza - siostry i bracia matki. Szymon był w białym garniturze. Otwarta trumna stała w kapliczce pod dzwonnicą. W niewielkim pomieszczeniu ledwo starczyło miejsca na nosze z Otylią, rodziców i narzeczoną Szymona. Bliscy mogli zbliżyć się do zmarłego i pożegnać go znakiem krzyża. Otylia płakała. Wiele razy widzieliśmy jej łzy. Ale tym razem były to łzy rozpaczy, a nie szczęścia.
Grób przykryły dziesiątki wieńców i wiązanek. Od rodziców wieniec z białych róż, od Otylii z czerwonych, od kolegów z klubu zamiast kwiatów - pływackie przybory Szymona: płetwy, łapki i deska. Powoli rozchodzili się żałobnicy, aż w końcu Szymon został sam. Choć niezupełnie, bo spoczął w pobliżu grobu dziadka Władysława, ojca mamy. Leży na jednym z najbardziej urokliwych cmentarzy, przycupniętym na zboczu wzgórza, z widokiem na otoczone drzewami jeziora - wodę, którą Szymon tak ukochał.
Ludzie gadają, że fart Jędrzejczaków się skończył. Od lat ich obserwowali i podziwiali, że tak im się wszystko układa. Co sobie wymarzyli, to się spełniało. Złe w dobre się zamieniało, łupiny w złoto. Nawet skoliozę Otylii potrafili przekuć w medale, bo właśnie z powodu skrzywienia kręgosłupa córka zaczęła trenować pływanie. Kiedyś kostium pływacki dla Otylii to był wydatek ponad siły, teraz jeżdżą dobrym samochodem. Dziesięć lat temu w rodzinnej wiosce Jędrzejczaków kupili duży dom do remontu. Teraz jest najpiękniejszy w okolicy. Rok temu opuścili Śląsk i wprowadzili się do niego. Myśleli, że to będzie gniazdo, do którego będą się zlatywać ich dzieci i wnuczęta. Szymon już nie przyfrunie.
- Ludzie mówią, że ten wypadek zdarzył się dlatego, że do tej pory Otylii wszystko szło za dobrze - mówi Agnieszka Gapińska. - A przecież harowała na te medale. Myślę, że się nie podda, będzie trenować dla siebie i brata. Urodziła się, żeby odnosić sukcesy.

Dziwny był ten weekend będący przełomem września i października 2005 roku. Akurat zostałam "oddelegowana" do reprezentowania szkoły podczas jakiś Szkolnych Mistrzostw w Pływaniu. Pływak ze mnie zawsze był raczej średni(jednak mam większe predyspozycje do lekkiej atletyki), na tych zawodach chyba nawet nie zamoczyłam palca w basenowej wodzie, ale wiecie, jakiś rezerwowy zawodnik musiał być w tzw. "pogotowiu". Pamiętam, że były to zawody wyjazdowe, nie pamiętam jednak gdzie, a i sam Internet uparcie milczy na ten temat. Wyjazdowe, tzn. na weekend, podczas którego nocowaliśmy na miejscu.
Dość niespodziewanie dla nas zaczęły się one od "minuty ciszy". Większość z nas wiedziała, że dzień wcześniej w województwie podlaskim zdarzył się koszmarny wypadek autokaru z maturzystami jadącymi na pielgrzymkę do Częstochowy. Kilkunastu z nich zginęło na miejscu, inni walczyli o życie w szpitalach. Wielu zawodników mistrzostw było ich rówieśnikami, którzy za siedem miesięcy mieli usiąść do egzaminu maturalnego otwierającego im furtkę na dalszą edukację. Chociaż wtedy wydawało mi się to nierealne, to jednak pamiętam jak nauczyciele z mojego gimnazjum powtarzali - "Pamiętaj Lolku, ty też za kilka lat zasiądziesz do matury". Wierzyli we mnie bardziej, niż ja w samą siebie. Ja jednak bardziej wolałam się skupić na nadchodzącym sprawdzianie gimnazjalisty.
Zawody toczyły się swoim tempem, kolejne starty były za nami. Siedziałam wraz z kilkorgiem innych uczniów naszej szkoły(też rezerwowych) i obserwowałam zmagania naszych koleżanek i kolegów. W południe była przerwa obiadowa, chwila na odpoczynek i po południu odbył się popołudniowy blok. Wieczorem kolacja i czas dla siebie. Najczęściej nadrabialiśmy wtedy czytanie lektur, albo przepytywaliśmy się wzajemnie na nadchodzący sprawdzian.
Pamiętam, że już na kolacji panowało dziwne poruszenie, a ludzie z ust do ust przekazywali sobie nazwisko Jędrzejczak. W sumie nawet nie było to dziwne - sportsmenka rok temu rozkochała w sobie rzesze Polaków zdobywając złoto i dwa srebra na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach. Może pojawił się talent na miarę narodowej ulubienicy.
W dzisiejszych czasach pewnie o wszystkim dowiedzielibyśmy się od razy dzięki Internetowi w większości smartfonów. Może dzisiaj dziwnie to zabrzmi, ale te 15 lat temu "Nokia" była szczytem marzeń większości z nas, komórkę posiadali zaś nieliczni. O tragedii Jędrzejczaków dowiedzieliśmy się na drugi dzień, kiedy drugi poranek z rzędu zaczynaliśmy od "minuty ciszy". Konferansjer ogłosił wtedy, że poprzedniego dnia w wypadku samochodowym zginął Szymon Jędrzejczak, a jego siostra, Otylia, została ciężko ranna - ton jego głosu pamiętam do dzisiaj. Na basenie znowu panowała posępna atmosfera, wszak ponownie zginął "jeden z nas". Pamiętam jak ktoś szepnął, że jego indeks na Warszawski AWF dostanie ktoś, kto podczas rekrutacji miał mniej szczęścia. Nie wiem dlaczego, ale jakoś mnie to wyjątkowo poruszyło. Może dlatego, że innym często powtarzanym przez moich gimnazjalnych nauczycieli zdaniem było: "Zdasz maturę, pójdziesz na studia". A przecież przede mną było jeszcze tyle nauki, tyle łez zarówno szczęścia, jak i żalu... Z zawodów przywieźliśmy puchar, który zgodnie zadedykowaliśmy Szymonowi.
Żałuję, że wtedy nie prowadziłam bloga(nawet nie miałam Internetu w domu). Ciekawa jestem co dokładnie w tamtym okresie myślałam, jakie były moje odczucia co do zaistniałej sytuacji. Pewnie starałam się nie oceniać, nie szukać winnych tej sytuacji, bo nie od tego przecież jestem. Raczej współczułam rodzinie, każda strata kogoś bliskiego musi być dla niej ciosem. Może też zastanawiałam się, jak to się mogło stać. I pewnie bardzo mnie denerwowało, jak ktoś z góry skazywał winnych tej sytuacji... Tak łatwo się kogoś osądza... Zdecydowanie za łatwo...
Minęło 15 lat. Dla jednych szybko, dla innych wolniej. Wymiar sprawiedliwości wydał wyrok. Była wina, była kara, ale czy przyszło odkupienie win? Największe brzemię tego co się stało tamtego październikowego wieczoru nosi sama Otylia. Podejrzewam, że do końca życia będzie nosić w sercu poczucie winy za to, co się stało. Czy gdyby ktoś inny prowadził chrystlera, czy gdyby nie stanęli na chwilę na stacji benzynowej, czy gdyby pływaczka nie chciała w danej chwili wyprzedzić kolumny samochodowej, to czy tragedii można byłoby uniknąć? Może tak, a może nie...

Studentom rozpoczynającym(i kontynuującym) studia życzę udanej i owocnej nauki!

środa, 30 września 2020

1214. Wyzwanie u Lidzi "Czytamy książki 2020" - wrzesień

Trzeci kwartał 2020 roku przeszedł do historii. Nie wiem czy tylko mi ten czas tak szybko leci(wraz z upływem lat coraz szybciej), ale chwilami aż miałam ochotę krzyczeć: "Zwolnij, czasie, zwolnij!". Ale on, jak na złość, za nic nie chce mnie słuchać. No trudno, nie to nie.
Aż sama się sobie dziwię, że w tym całym moim życiowym kurcgalopku(o którym mogliście poczytać sobie trochę na blogu), udało mi się przeczytać 21 książek, z czego na Waszą uwagę może zasługiwać poniższych 17(chyba, że kogoś pasjonuje tematyka tanatologii i budowania szkolnych programów profilaktycznych, jeżeli tak - piszcie śmiało). W tym miesiącu w zabawie u Lidzi królowały poniższe wytyczne:

Pierwsza literka imienia lub nazwiska autora - P
Pierwsza literka tytułu książki - R
Coś na okładce na literę - S

Tradycyjnie starałam się najpierw "zejść" z tytułów na daną literę, które chcę przeczytać(kluczem tutaj jest mój profil na portalu lubimyczytać), potem dobierałam autorów. Czasami wracam do przeczytanych wcześniej pozycji. Okładka zależy od większego lub mniejszego szczęścia. 
Niestety, w tym miesiącu było więcej "powrotów" niż przeczytanych nowości. No cóż, miesiąc miesiącowi nierówny, a i literki nie do końca mi podeszły. Ale nie żałuję tych powrotów, ponieważ dzięki nim odświeżyłam sobie treść przeczytanych niegdyś książek.

Tytuł: "Rodzina Połanieckich"
Autor: Henryk Sienkiewicz
Okładka: sukienka
Ilość stron: 479

Pierwszy polski noblista znany jest przede wszystkim z powieści historycznych, które pisał "ku pokrzepieniu serc". Jednak wśród jego dzieł znajdziemy i takie, które można zaliczyć do literatury obyczajowej. Z całą pewnością należy do nich "Rodzina Połanieckich", jeżeli nie liczyć licznych napisanych przez niego nowelek.
Głównego bohatera powieści, Stanisława Połanieckiego, czytelnik poznaje, kiedy ten udaje się do Kamienia w celu wyegzekwowania długu od niejakiego Pławnickiego(który jest u niego zadłużony. W rezultacie tego spotkania Pławnicki traci swoją posiadłość. Przy okazji Połaniecki poznaje córkę Pławnickiego, Marynię. Stanisław zakochuje się w niej niemal od pierwszego wejrzenia i postanawia, że kiedyś zostanie jego żoną. Nie jest to jednak proste, ponieważ kobieta ma do niego żal o utratę majątku rodzinnego. Kiedy po wielu perypetiach młodzi biorą ze sobą ślub, w ich małżeństwie coraz częściej dochodzi do nieporozumień. Marynia odkrywa, że nie odczuwa do męża szczególnego uczucia, natomiast Stanisława zaczynają interesować inne kobiety...
Chociaż momentami akcja powieści ciągnęła się niemiłosiernie, to muszę przyznać, że książkę czytało mi się nawet dobrze. Może dlatego, że miejscami przypominała mi "Lalkę" Prusa, którą bardzo lubię(a to, że polubiłam ją dopiero po przeczytaniu na studiach to już inna sprawa). Poza tym bardzo interesuje mnie życie ludzi na przełomie XIX i XX wieku, więc raczej z chęcią sięgam po tego typu książki

Tytuł: "Rejs wyklętych"
Autor: Max Morgan-Witts, Gordon Thomas
Okładka: statek
Ilość stron: 324

Ostatnimi czasy coraz więcej faktów historycznych wychodzi na jaw. Duża w tym zasługa odtajniania archiwów, szczególnie tych z okresu II wojny światowej. Chociaż mam wrażenie, że historia opisana przez Maxa Morgana-Wittsa oraz Gordona Thomasa nie była całkowicie nieznana, wszak powstał o niej nawet film fabularny.
Był maj 1939 roku. Za kilka miesięcy miała się rozpocząć II wojna światowa. Ale już teraz w Niemczech antysemityzm przybiera na sile. Społeczność Syjonistyczna organizuje rejs transatlantykiem St. Louis, który ma odtransportować prawie 1000 niemieckich Żydów do stolicy Kuby - Hawany. Niestety, kiedy statek dociera na miejsce okazuje się to niemożliwe. W dodatku prezydent Roosevelt drastycznie zmniejszył ilość Żydów, jaką mogą w przededniu wojny przyjąć Stany Zjednoczone. Rozpoczyna się walka z czasem połączona z nadzieją, że jednak uda się uratować płynących na pokładzie ludzi przed najgorszym.
Książkę tą czytałam po raz drugi. I po raz drugi nie mogłam uwierzyć w to, że jest ona opisana na faktach autentycznych. Tym bardziej, że bardzo interesuje mnie zarówno judaistyka, jak i zjawisko holokaustu. Wiele z płynących tym transatlantykiem ludzi zginęło podczas II wojny światowej. A przecież mogli uniknąć tego losu, gdyby tylko wysiedli w kubańskim, albo którymś z ametykańskich portów. A tymczasem zostali skazani na zagładę...

Tytuł: "Roztrzaskane życie"
Autor: Stephanie Kallos
Okładka: skorupki potłuczonej zastawy
Ilość stron: 479

Książka została opisana >>tutaj<<












Tytuł: "Rutka"
Autor: Zbigniew Białas
Okładka: spojrzenie(aż mnie ciarki przechodzą na jego widok)
Ilość stron: 128

Rutka Laskier... Prawdopodobnie zostałaby zapomniana jak tysiące Żydów z będzińskiego getta wywiezionych w 1943 roku do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, gdzie większość, w tym Rutka, zostało zgładzonych. Traf jednak chciał, że tuż przed wybuchem wojny kupiła zeszycik, który posłużył jej za pamiętnik w tym trudnym okresie. Znaleziony po latach posłużył Zbigniewowi Białasowi za kanwę napisania opowieści o niej.
Książka rozpoczyna się sceną, w której mała Rutka spaceruje po będzińskim targowisku. Przy jednym ze straganu zostaje zachęcona przez sprzedawcę do zakupu 60-kartkowego zeszytu i ołówka(gumka została dorzucona za darmo). Kilka tygodn
i później do Będzina wkraczają Niemcy. Rozpoczyna się "nagonka" na ludzi wyznania mojżeszowego. Zostaje zburzona synagoga, ortodoksyjnym Żydom ścinane są brody i pejsy, wkrótce zostaje utworzone getto, do którego trafiają Laskierowie. Podczas jednej z selekcji nastoletnia Rutka trafia do grupy, która ma jechać do obozu pracy. Udaje jej się jednak zbiec z transportu. Niepewna jutra stara się żyć tak jak rówieśnicy - pracuje, ale spotyka się ze znajomymi, a nawet zakochuje. Pewnego dnia zdradza swojej znajomej, że pisze pamiętnik. Ta zaś oferuje jej swoją pomoc w ukryciu go. Tak, jakby przeczuwała, że może stać się najgorsze...
Lektura niepozornej książeczki umilała mi podróż pociągiem. Nie jest to autentyczny pamiętnik pisany przez Rutkę, a tylko fragment jej biografii oparty o zapiski nastolatki. Z drżącym sercem czytałam o tym, co się działo w mieście. Zastanawiałam się, co by było, gdyby policjanta Pejzę, przyjaciela rodziny, nie zaczepił podczas załadunku na będzińskim dworcu kolejowym inny Żyd, czy zdołałby uchronić rodzinę przed wywózką, czy tylko by ją opóźnił. Czy gdyby Stasia nie ukryła pamiętnika o aryjskiej stronie, to przetrwał by on w murach getta? I jak właściwie zginęła ta piękna, zaledwie czternastoletnia dziewczyna? Ale tego nigdy się już nie dowiemy...

Tytuł: "Requiem dla króla zbrodni"
Autor: Serge Jacquemard
Okładka: samochód
Ilość stron: 336

Król zbrodni, podobnie jak legendarny Kuba Rozpruwacz, może być tylko jeden. Czy uda się go odnaleźć i powstrzymać przed kolejnymi zabójstwami?
Paryż, lata 60 dwudziestego wieku. Ktoś morduje na całym świecie szefów największych mafii. Pozostali, chociaż żyją w ciągłej niepewności i zagrożeniu, potajemnie spotykają się, aby ustalić, co dalej robić. Przeczuwają bowiem, że są kolejni w przysłowiowej kolejce. Wymyślają plan, którego nie powstydziłby się sam James Bond.
Chociaż nie specjalnie przepadam za kryminałami i sensacją(co nie oznacza, że i w tej dziedzinie nie mam swoich "ulubieńców") to przeczytanie tej książki było prawdziwą przyjemnością. Swoją fabułą nawiązuje do świata w stylu słynnego Agenta 007 - cały świat u stóg tzw. pięknych i bogatych, bogate przeżycia, piękne kobiety, życie w luksusie. Jednocześnie czytając odnosi się wrażenie, że ta epoka już dawno przeminęła. Jedno tylko mnie w tej książce denerwowało - sugestia, że wszyscy mafiozii to homoseksualiści. Zbyt bardzo lubimy generalizować, zbyt bardzo.

Tytuł: "Rok tysięczny"(tom 1 i 2)
Autor: Karol Bunsch
Okładka: -
Ilość stron: 328/364

W czerwcu przeczytałam dwa tomy innej powieści autorstwa Karola Brunscha - "Ojca i syna", opowiadającej o czasach Mieszka I i Bolesława Chrobrego, a raczej o relacji pomiędzy pierwszymi władcami naszego kraju. "Rok tysięczny" jest jej bezpośrednią kontynuacją.
Powieść obejmuje swoimi ramami czasowymi okres od 992(śmierć Mieszka I) do 1002 roku(zjazd w Marseburgu, będący początkiem wojny przyszłego króla Polski z księciem Henrykiem II). Bohaterów(Bolesława Chrobrego, Stoigniewa, syna Ścibora, czy też palatyna Jaskotela Awdańca[chyba tak go się odmienia]), czytelnicy poznali już w poprzednich powieściach. Jednak i bez tej znajomości jest się w stanie odnaleźć w treści powieści. Chrobry jest przedstawiony w książce jako sprawiedliwy polityk, który potrafi zjednać sobie wszystkich ludzi, urodzony wojownik, który nie oszczędza siebie w walce, surowy, ale sprawiedliwy. Po śmierci ojca zaczyna budować potężne państwo, rozszerzając jego granice oraz strefy wpływów. Jednocześnie stawał się coraz bardziej znaczącym władcą średniowiecznej Europy.
Dla wielu ówczesnych ludzi rok tysięczny miał być przepowiadanym końcem świata. Dla Bolesława Chrobrego okazał się okazją do zorganizowania niezapomnianego zjazdu dla władców innych państw (m.in. pruskiego cesarza Ottona III). W powieść zostały też wplecione losy Świętego Wojciecha, misjonarza, zabitego przez pogan, którego ciało wykupił Bolesław.

Tytuł: "Rotmistrz Pilecki. Ochotnik do Auschwitz"
Autor: Adam Cyra
Okładka: spojrzenie
Ilość stron: 454

To już druga(a w zasadzie pierwsza, bo przeczytana wcześniej) książka przybliżająca biografię rotmistrza Witolda Pileckiego - "żołnierza wyklętego", tego, który dobrowolnie zgłosił się do obozu koncentracyjnego w Auschwitz i opisał rzeczy, jakie się w nim działy. Zapłacił za to najwyższą cenę - życia. Zginął jednak nie za kolczastym drutem, ale poprzez wyrok w "imieniu PRL-u".
Książka przybliża nam życiorys Witolda Pileckiego, od dzieciństwa spędzonego w Wilnie, poprzez służbę w Wojsku Polskim, aż po czasy II wojny światowej i ostatnie lata życia spędzone w więziennej celi. Wszystko zostało zawarte w dziewięciu chronologicznie ułożonych rozdziałach. Książka nie kończy się na śmierci rotmistrza Pileckiego, opisuje również upokorzenia, jakie dotykały jego rodzinę jeszcze wiele lat po śmierci - żona nie mogła pracować w zawodzie, córka musiała przerwać studia na Politechnice Warszawskiej, przed synem zamknięto możliwość zrobienia kursu pilotaży, przez wiele lat poszukiwano również młodszego brata Witolda, Jerzego. 
Autor poruszył też istotną sprawę rehabilitacji Pileckiego, która miała miejsce dopiero w czasach współczesnych. Całość dopełniona jest aneksem raportu, który napisał rotmistrz po ucieczce z Auschwitz.

Tytuł: "Rok 1809"
Autor: Wacław Gąsowski
Okładka: spodnie
Ilość stron: 414

"Rok 1809" to powieść o wojnie polsko-austriackiej w obronie Księstwa Warszawskiego. Jest to jednocześnie kontynuacja innej powieści Wacława Gąsowskiego - "Huragan".
Główną postacią "Roku 1809" jest niejaki Tadeusz Zabielski, burmistrz niewielkiego miasteczka Ostrowiec położonego na znajdującej się pod zaborem austriackim Lubelszczyźnie.
Tadeusz wiedzie spokojne życie u boku ukochanej żony, Janki. Pewnego dnia dociera do niego wieść o przygotowaniach korpusu austriackiego do inwazji na ziemie Królestwa Warszawskiego. Atak ma być częścią większej kampanii przeciwko cesarzowi Napoleonowi.
Z poczucia patriotyzmu Tadeusz postanawia w tajemnicy udać się na terytorium Księstwa, aby ostrzec panujące w nim władze o groźbie ataku. Jego szyki zostają pokrzyżowane przez austriackiego agenta, Dyzmę Rudzkiego. W dodatku Tadeusz zostaje potraktowany przez polskie władze jako szpieg. Z nieciekawego położenia ratuje go generał Jan Henryk Dąbrowski, który daje wiarę jego zapewnieniom. Wkrótce wybucha wojna z Austrią. Tadeusz zaciąga się do polskiej armii z którą bierze udział m.in. w bitwie pod Raszynem. W czasie powrotu do żony wpada w ręce nieprzyjaciół. Zostaje uratowany przez znajomego austriackiego generała, jednak ceną jaką musi za to zapłacić jest służba we wrogiej armii.
Szczerze powiedziawszy, to średnio mi się podobała ta książka. Za dużo w niej nic nie wnoszących do akcji dialogów. Ale dla chłopców pasjonujących się wojnami będzie jak znalazł.

Tytuł: "Rok 1984"
Autor: George Orwell
Okładka: skrzydła(u much)
Ilość stron: 319

George Orwell jest znany w Polsce głównie z "Folwarku zwierzęcego" oraz właśnie "Roku 1984". Kiedy w liceum mogliśmy sobie wybrać jedną z tych dwóch książek do przeczytania, mój wybór padł na "Folwark zwierzęcy". W tym miesiącu miałam okazję sięgnąć po drugą z książek.
Głównym bohaterem książki jest pracujący w Ministerstwie prawdy Winston Smith. Ministerstwo to zajmuje się propagandą i dopasowaniem rzeczywistości do aktualnych potrzeb rządu, zaś do zadań Winstona należy zakłamywanie historii poprzez wprowadzenie takich zmian do książek i prasy, które odpowiadałyby aktualnie obowiązującej linii politycznej. Mimo wieloletnim szkoleniom i praniu ludzkich mózgów, mężczyzna dostrzega fałsz swojej pracy i wszystkich działań podejmowanych przez rząd. Zaczyna pisać pamiętnik, szuka też kontaktów z ludźmi w tajemnicy organizujących sprzeciw przeciw polityce mocarstwa. Otrzymuje od nich książki, które utwierdzają go w przekonaniu, że trzeba zorganizować bunt przeciw władzy. W międzyczasie romansuje z pracownicą swojego ministerstwa - Julią. Spotkania z kochanką w wynajętym mieszkaniu kończą się wraz z namierzeniem Winstona przez policję. Zdradzony przez wszystkich zostaje aresztowany oraz poddany torturom, po których przyznaje się do zdrady wobec partii. Po wyjściu z więzieniu staje się wiernym powiernikiem Wielkiego Brata.
Nie wiem dlaczego, ale podczas lektury miałam wrażenie, że czytam książkę o współczesnym polskim rządzie...

Tytuł: "Raban. O Kościele nie z tej ziemi"
Autor: Mirosław Wlękły
Okładka: sutanna, stopnie(albo szczeble) u drabiny
Ilość stron: 400

Powiedzmy to sobie wprost - w ostatnich latach wizerunek polskiego Kościoła wyraźnie podupadł, a kolejne afery zniechęcają do niego nawet ludzi głęboko wierzących. Tymczasem na świecie działa zupełnie inny Kościół, taki który większości z nas nawet się nie śnił.
To brazylijskie świątynie prowadzone przez kobiety, to kardynał, który odprawia msze dla lesbijek i gejów w stolicy Wielkiej Brytanii, to wspólna wigilia dla muzułmanów i chrześcijan w Brukseli, to żonaci księża w Czechach, to kapłani mieszkający wśród slumsów w Argentynie i katolicki dostojnik z Birmy porównujący zmiany klimatyczny do nadchodzącej Apokalipsy...
I to jest właśnie Kościół XXI, tworzony przez tych, którzy wzięli sobie do serca zawołanie Franciszka - "Róbcie raban!". To oni są wzorem i zgodnie z tym wezwaniem nie boją się manifestować swojej wiary w sposób "odważny i konkteny". „Raban!” to nie tylko awanturnicza i nieco niewiarygodna, choć prawdziwa, opowieść o rabanie w Kościele i próbie powrotu do źródeł chrześcijaństwa. To także swoisty raport o stanie świata i jego problemach: od biedy po ekologię oraz o determinacji, harcie ducha i miłości, bez której nic nie byłoby możliwe, a która na „peryferiach świata” waży jeszcze więcej. Wreszcie, to lektura, po której nieuchronnie nam Polakom, brzęczy w głowie pytanie: czy kiedyś będziemy gotowi na raban w polskim Kościele? A nade wszystko to zbiór reportaży najwyższej próby jednego z najzdolniejszych polskich reporterów młodego pokolenia.

Tytuł: "Raj"
Autor: Livio Fanzaga
Okładka: stopa
Ilość stron: 208

Zastanawialiście się może, jaki świat czeka nas po śmierci? Założę się, że osoby wierzące stawiają sobie to pytanie nie raz. Odpowiedzi na to i inne pytania związane z ostatecznością próbował znaleźć i zawrzeć w swojej książce, "Raj", ksiądz Livio Fanzaga.
Książka składa się z czterech części, z czego każdej poświęcona jest mniej więcej ćwierć całości. W pierwszej, zatytułowanej "Zapisane w ludzkim genomie" pokazane jest, że Niebo to stan dostępny dla każdego z nas. Bo każdy z nas jest stworzony do świętości oraz nieśmiertelności. Druga nosi nazwę „Boży dar” i przedstawia biblijną wizję Raju, zaczynając od Adama i Ewy, którzy mieli łaskę obcowania w ziemskim Raju. Niestety, przez swoje nieposłuszeństwo ta łaska została zatracona na wieki. Nie oznacza to jednak, że Raj jest dla nas, śmiertelników, nieosiągalny. To co straciliśmy przez nieposłuszeństwo pierwszych rodziców, zyskaliśmy dzięki męczeńskiej śmierci Syna Bożego. Pamiętajmy, że przed jego przyjściem na świat wszyscy zmarli szli w bezkres otchłani. Po zbawczej śmierci na krzyżu drzwi do Raju zostały otwarte, z tym wyjątkiem, że szczęście w wiecznym obcowaniu z Bogiem możemy uzyskać dopiero po śmierci. Trzecia część poświęcona jest „Wieczności” i opisuje nasze przyszłe życie wieczne w blasku chwały i obcowaniu z samym Bogiem. Autor zapewnia w niej, że po śmierci będziemy przeżywać ten sam stan, co Adam i Ewa przed wygnaniem z Edenu. Będziemy szczęśliwi z możliwości obcowania twarzą w twarz z Bogiem. Ostatnia część „Zdobycie Raju” poświęcona jest praktycznym wskazówkom, które radzą czytelnikowi co robić, aby uzyskać życie wieczne. Bardzo podobał mi się ostatni rozdział, w którym Matka Boska, Maryja, ukazana jest jako nasza orędowniczka w Niebie.

Tytuł: "Rzymskie pielgrzymowanie"
Autor: George Weigel(i inni)
Okładka: sklepienie
Ilość stron: 504

Pielgrzymowanie po rzymskich kościołach pasyjnych w okresie Wielkiego Postu, aż do pierwszej niedzieli po Wielkanocy(dzisiejszej Niedzieli Bożego Miłosierdzia). Tradycja ta narodziła się w pierwszych wiekach chrześcijaństwa(zwyczajowo szacuje się, że było to pierwsze tysiąclecie). Generalnie w każdy kolejny dzień sprawowano Liturgię(bądź Liturgię Słowa, jak w przypadku Wielkiego Piątku) w innym, z góry wyznaczonym kościele. Ten piękny zwyczaj został niejako zapomniany w XX wieku po to, aby w kolejnym, XXI, zostać odkrytym na nowo.
Autorzy książki zabierają nas w podróż przez wszystkie rzymskie kościoły pasyjne z podziałem na tygodnie, a te zaś zostały podzielone na poszczególne dni. Pozycja ma stałą, schematyczną formułę. Każdy dzień otwierają "namiary" na czytania, które są przewidziane na ten dzień. Następnie zostało napisane obszerne wyjaśnienie teologiczne zawartych w nich treści. Nie jest to jednak nudna, napisana fachowym językiem formuła, ale napisane zrozumiałym językiem ciekawostki, które bez problemu przyswoi większość czytelników. Każdy opis danego dnia zwieńczono krótką charakterystyką kościoła, który tego dnia powinien być odwiedzony.
Chociaż na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że książka jest typowym przewodnikiem po wybranych rzymskich kościołach(chociaż i za taki cel może bez problemu służyć) to jednak ma też głębszy przekaz, jakim jest wielkopostna pielgrzymka naszych serc i dusz. Jak bowiem wspomniałam, został w niej opisany każdy z ponad 40 dni(wraz z niedzielami, kiedy niedziele są jakby wyłączone z okresu Wielkiego Postu), całe Triuudum Paschalne oraz każdy dzień oktawy wielkanocne wraz z przemyśleniami duchowymi na każdy z nich. Całość uzupełniają piękne fotografie z prezentowanych miejsc.

Tytuł: "Dwa światła"
Autor: Maria Paszyńska
Okładka: skarpetki, spodenki
Ilość stron: 400

Jak wiecie, jednym z moich ulubionych motywów literackich jest holokaust. Lubię czytać o codziennym życiu w gettach, obozach koncentracyjnych, czy też tych, którym udało się w jakiś sposób uciec z któregoś z tych "ośrodków odosobnienia". "Dwa światła" opowiadają o tym ostatnim.
Akcja książki rozpoczyna się w marcu 1955 roku, kiedy emerytowany nauczyciel muzyki, Edward Sokołowski, dowiaduje się, że jego dawny uczeń  Andrzej Czajkowski, wygrywa prestiżowy Konkurs Chopinowski. Wiadomość uruchamia w staruszku serię wspomnień. Wraca swoją pamięcią do grudniowego dnia sprzed dwudziestu lat, kiedy jedna z jego najlepsza uczennica, Felicja, urodziła synka. Dano mu na imię Robert, czyli "ten, który jest sławny". Wkrótce wybucha II wojna światowa. Jednak zanim to nastąpiło, jeden z przyjaciół Sokołowskiego, Arne Hofer, popełnia samobójstwo. Profesor traci chęć  życia, przez co przestaje grać. W Warszawie powstaje getto, w którym zostają zamknięci m.in. Felicja z matką, konkubentem i małym Robertem. Natomiast w mieszkaniu Sokołowskich ulokowany jest punkt pomocy przemyconym z getta Żydom. Pewnego dnia trafia do nich wyprowadzony z dzielnicy żydowskiej Andrzejek wraz z babcią Janiną. Sokołowscy wiedzą, że to syn i matka Felicji. Edward szybko przenosi chłopca w świat muzyki, a mały Andrzej okazuje się wyjątkowo pojętnym uczniem. Nauczyciel nie tylko odzyskuje dawną radość życia, ale i wierzy w to, że chłopiec kiedyś stanie się kimś sławnym.
"Dwa światła" to piękna i wzruszająca opowieść o tym, że muzyka właściwie zawsze dawała ludziom wytchnienie, nawet w trudnych czasach wojennej zawieruchy. W książce widzimy, że niejako pozwalała ona Andrzejowi zapomnieć o tym, co działo się za murami getta. Mogłoby się wydawać, że małe dzieci nic z tego nie rozumiały. Tymczasem one widziały dużo więcej, o czym świadczy cały rozdział napisany z punktu widzenia siedmiolatka. Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawia, że chłopiec, chociaż musi się rozstać z ukochaną matką, trafia pod opiekuńcze skrzydła Edwarda, który za wszelką cenę chce rozwinąć niesamowity talent chłopca. Jak widać w prologu, udało mu się to, chociaż Andrzej nie umiał tego docenić, niestety.

Tytuł: "Klasa pani Czajki"
Autor: Małgorzata Karolina Piekarska
Okładka: stopa, słuchawki na uszach
Ilość stron: 352

Z "Klasą pani Czajki" pierwszy raz zetknęłam się w pierwszej klasie gimnazjum - fragmenty książki były drukowane w "Viktorze Gimnazjaliście". Już wtedy byłam zafascynowana grupką przyjaciół chodzących do jednej klasy w jednym w warszawskich gimnazjum. Rok później po raz pierwszy miałam okazję przeczytać całość.
Akcja książki rozpoczyna się w pierwszym dniu nauki w gimnazjum. Małgosia, wraz ze swoją przyjaciółką, Kamilą, trafia do klasy, w której wychowawczynią jest polonistka, pani Barbara Czajka. Już pierwszego dnia w oko wpada jej chłopak, Maciek. I to w dużej mierze wokół tej pary toczyła się akcja książki. Ale nie tylko, bo wiele wątków pobocznych dotyczy innych uczniów klasy pani Czajki - wspomnianej wcześniej Kamili, dwóch Michałów, Aleksa, Staśka, Tomka, Kaśki, Wojtka(który dołączył do klasy dopiero w ostatnim roku nauki), czy też Olka, który nie chodzi z resztą do klasy. Poznajemy życie każdego z nich, ich problemy i zmartwienia.
"Klasa pani Czajki" doskonale wpisuje się w szkolną rzeczywistość - uczniowie mają problemy z nauczycielami, wywodzą się z różnych rodzin, wyznają różne religie i wartości, mają też różną sytuację materialną w domach. A jednak zawsze znajdą wspólne tematy do rozmów. Moim zdaniem najlepsza książka w całym cyklu.

Tytuł: "LO-teria"
Autor: Małgorzata Karolina Piekarska
Okładka: spodnie, suwak
Ilość stron: 422

Po raz kolejny miałam okazję sięgnąć po "LO-terię" Małgorzaty Piekarskiej i po raz kolejny nie mogłam opanować ataków śmiechu, jakie mnie chwytały po przeczytaniu kolejnych stron.
"LO-teria" jest bezpośrednią kontynuacją książki "Klasa pani Czajki", której akcja kończy się wraz z zakończeniem przez tytułową klasę gimnazjum. "LO-teria" zaczyna się wraz z rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Uczniowie poszli do różnych szkół, toteż akcja skupia się nie tylko wokół jednej konkretnej klasy. Jednak koledzy z dawnej szkoły znajdują czas na wspólne spotkania, podczas których wymieniają się spostrzeżeniami na temat nowych ogólniaków, czy też sytuacji, w których się znaleźli. 
Jednocześnie obserwujemy życie współczesnych nastolatków, którzy czytają te same lektury, co uczniowie liceum, mają te same problemy w szkole i w kontaktach z rodzicami, posiadają konta na naszej-klasie i telefony komórkowe. Przeżywają jasne i ciemne chwile, zakochują się, ale też w ich życiu pojawiają się takie tematy, jak śmierć i żałoba. Sprzyja to odbiorze treści książki przez współczesnych nastolatków, a to sprawia, że jest ona chętnie czytana. A tym starszym czytelnikom może pomóc nie tylko w przypomnieniu sobie czasów szkoły średniej, ale i zrozumieć świat młodzieży.

Tytuł: "Licencja na dorosłość"
Autor: Małgorzata Karolina Piekarska
Okładka: stopy, sukienka, sweter
Ilość stron: 480

No i stało się - uczniowie kończący w 2004 roku jedne z warszawskich gimnazjum, których poznaliśmy w książce "Klasa pani Czajki" weszli w nowy etap swojego życia - poszli na studia. To niewątpliwie nowa sytuacja nie tylko dla nich, ale i ich najbliższych.
Maciek dostaje się na wymarzone kulturoznawstwo, Czarny Michał - prawo, Kinga - farmaceutykę, Marcin(on pojawił się dopiero w "LO-terii" - pedagogikę. Aleksowi udaje się dostać na filologię angielską, jednak w odległej Łodzi, Gosia, która znika na końcu poprzedniej części cyklu, odnajduje się na bibliotekarstwie w Lublinie. Każdy z nich dorósł, poszedł swoją drogą, jednak w dalszym ciągu starają się trzymać "swojej paczki". Jak poradzą sobie na studiach? Jakie będą mieli przygody? Kto się zakocha, a kto przeżyje zawód miłosny? Czy Gosia wróci do Maćka? A może Maciek zakocha się w kimś innym? Tego wszystkiego dowiemy się z kart "Licencji na dorosłość".
Muszę przyznać, że pojawienie się tej pozycji na rynku było dla mnie zaskoczeniem, ponieważ myślałam, że autorka skończy serię na książce opisujących perypetie paczki przyjaciół na poziomie liceum. Znowu miejscami uśmiałam się do łez, chociaż chwilami miałam wrażenie, że książka została pisana trochę na siłę... No i fabuła, która o ile w dwóch pierwszych częściach raczej trzymała się wydarzeń z lat, w których toczy się książka, o tyle w "Licencji na dorosłość" może powodować, że czytelnik ma wrażenie, że bohaterowie poszli na studia ok. 2010 roku(w rzeczywistości miało to miejsce 3 lata wcześniej).

Tytuł: "Siostra naszego Boga. Niezwykła historia Hanny Chrzanowskiej" 
Autor: Paweł Zuchniewicz
Okładka: spojrzenie
Ilość stron: 448

W kwietniu 2018 roku w krakowskich Łagiewnikach została beatyfikowana krakowska pielęgniarka, Hanna Chrzanowska. Na pozór niczym szczególnym się nie wyróżniała. No, może poza tym, że z samarytańską miłością niosła pomoc chorym ludziom zamkniętym w swoich mieszkaniach.
Paweł Zuchniewicz po raz kolejny pokazał swój pisarski kunszt. Dziennikarz znany głównie z biografii papieża Jana Pawła II tym razem przybliżył wszystkim życiorys tej krakowskiej pielęgniarki. Książka zaczyna się scenę, w której ciężko chora mała Hania leży z gorączką w łóżku. Wkrótce trafia do szpitala, w którym po raz pierwszy spotyka się z fachowym podejściem do pacjenta. Kilka lat później wybucha II wojna światowa. Ojciec Hanny, wykładowca UJ umiera w obozie Sachsenhausen, brat ginie w Katyniu. Hanna od pierwszych dni angażuje się w pomoc innym. Po wojnie zostaje pielęgniarką, jak i prekursorką domowej opieki pielęgniarskiej.
Paweł Zuchniewicz, jak zwykle, w niezwykły sposób przybliżył nam postać kolejnej krakowskiej błogosławionej. Opisuje najważniejsze wydarzenia z jej życia, jej relacje z bliskimi, cytuje nawet fragmenty jej pamiętnika. Dzięki temu Hanna Chrzanowska wydaje nam się "bliższa", a jednocześnie ma się poczucie, że jest to błogosławiona na nasze czasy.

Trzymajcie się ciepło