Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 31 marca 2021

1279. "Żeby człowiek był człowiekiem" - E. Stachura, "Prefacja"

Pracując z różnymi ludźmi, mimowolnie się z nimi zżywamy, nawet jeżeli działamy im na nerwy, a oni nam. A co tu dopiero mówić o tych, których lubimy i z którymi praca to czysta przyjemność? Nawet jeżeli dotyczy to zwykłego wolontariatu. Jasne, najczęściej narzekam tutaj na funkcjonowanie Sz.P., a zwłaszcza jej liderki w naszym regionie. Jednak na jednej liderce team się nie kończy. I całe szczęście, bo w przeciwnym razie moja współpraca z tą organizacją skończyłaby się po pierwszym roku. Jednak są ludzie, dzięki którym wiem, że to co robię ma sens i że nie jestem w tym beznadziejna(to akurat usłyszałam sama). Np. taki Brutus. Całe życie mieszkaliśmy na jednym osiedlu, a spotkałam go dopiero w Sz.P. Co prawda on mnie kojarzył, ale ja go wcale. W każdym razie po tym jak "dobitnie"(jak na mnie) powiedziałam półtora temu liderce, że nie mam ochoty z nią współpracować(o powodach pisałam >>TUTAJ<<) z niechęcią bo z niechęcią, ale przydzieliła mnie do Brutusa. No po prostu współpraca z nim, a współpraca z nią to niebo, a ziemia. Oczywiście, na korzyść Brutusa.
Dlatego szczerze się zaniepokoiłam, kiedy kilka dni temu napisał na grupie, że coś się źle czuje. A że u jednej z osób, z którymi pracuje na zmianie wykryto covid, było bardzo prawdopodobne, że po prostu go przejął. Oczywiście w trybie natychmiastowym(czyli jak najszybszym, bo do natychmiastowego to mu było daleko) wykonał badania. W położonych o ok. 25 km K-cach, bo DG miała chwilowy zastój w tej kwestii. Wynik wyszedł mu pozytywny. Zamknął się więc we własnym M3 w nadziei, że na tym się skończy. Wszyscy niemal natychmiast zaproponowali mu pomoc. Niby wszystko ma, jednak dzisiaj musiał wykupić recepty. Do pomocy zgłosiło się sporo osób, jednak najszybciej mógł liczyć na ich pomoc dopiero wieczorem. A że ja byłam prawie wolna, i w dodatku mieszkamy po sąsiedzku, szybko się z nim skontaktowałam i zaproponowałam, że ja mu mogę iść po te lekarstwa, zostawię je pod drzwiami, a rozliczymy się przy okazji. Przesłał mi więc potrzebne dane, a ja, uzbrojona jak na wojnę(z covidem, rzecz jasna) wyruszyłam na podbój osiedlowej apteki.
Spodziewałam się tłumów, a tu byłam tylko ja i jeszcze jedna osoba. Więc wszystko załatwiłam w miarę szybko. Potem wystarczyło zanieść to Brutusowi pod drzwi. Miałam po drodze dylemat, w jaki sposób zrobić włam do jego bloku, ponieważ drzwi wejściowe były zatrzaśnięte, a domofon nie działał, jednak jestem tak popularna na osiedlu, że mieszkańcy sami mi je otwierają. To oczywiście żart z tą popularnością, faktem jest natomiast to, że ktoś z parteru otworzył mi je. 
Brutus mieszka na 7 piętrze, więc od razu pojawił się dylemat - korzystać z okazji i jechać windą, czy też "być jak kamikadze" i iść na górę schodami, w maseczce na paszczy. Wybrałam jednak pierwszy wariant, u mnie w bloku nie ma takich luksusów. Jazda windą - wydarzenie dnia trwające ok. 15 sekund. W drugą stronę tyle samo, co daje razem pół minuty przyjemności. Szaleństwo. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że gdybym nie wzięła z sobą komórki(a w 80% przypadków jej nie biorę, nawet na studia potrafiłam pojechać bez niej), to nawet bym nie wiedziała pod które drzwi mam mu to zanieść. Jednak po wyjściu z apteki zatelefonowałam i dopytałam się o szczegóły. 
Reklamówkę z zakupami zawiesiłam na klamce drzwi do mieszkania Brutusa, puściłam mu umówionego "sygnała" i grzecznie udałam się w kierunku windy, a potem mojego bloku. Po drodze dostałam smsa z podziękowaniami, a więc misja została wykonana w 100%.
Nie, nie czuję się bohaterem. Ja nawet nie zrobiłam nic wielkiego ani wyjątkowego. Po prostu zrobiłam to, co powinnam, postąpiłam tak, jak nauczyli mnie w domu. Mimo wszystko. Bo nawet w tych dziwnych i niepewnych czasach, gdzie każdy na każdego łypie podejrzliwym okiem i bardziej traktujemy się jak "wrogów" niż "przyjaciół"(mam nadzieję, że wiecie co chcę przez to powiedzieć) też zachować jakieś minimalne cząstki naszego człowieczeństwa. Wydaje mi się, że słowa z "Prefacji" Edwarda Stachury: "Żeby człowiek był człowiekiem" doskonale tutaj pasują. Bo być może ktoś nie da rady bez naszej pomocy. Tak, jest strach, ale może przez to i w tym przypadku zmorzona ostrożność. Jedno drugiego przecież nie wyklucza a wręcz może być uzupełnieniem.

A ja tylko żałuję, że nie miałam już ani jednej pisanki, bo bym mu dorzuciła gratis. Może by się ucieszył.

Pozdrawiam Was serdecznie i proszę, uważajcie na siebie.

P.S. Wydaje mi się, że rzadko tutaj o coś proszę, ale jakby ktoś mógł ciepło pomyśleć o moim tacie. Ostatnio w pracy miał kontakt z osobą zarażoną COVID-em i teraz jest na kwarantannie oczekując rezultatu tego "spotkania". A to wszystko w Holandii, gdzie pojechał na 4 tygodnie z firmy w której jest zatrudniony do pracy...

poniedziałek, 29 marca 2021

1278. Ale jaja(w dosłownym tego zwrotu znaczeniu)

O sile kontaktów internetowych można napisać i powiedzieć wiele. Może ona przybierać zarówno negatywne, jak i pozytywne odcienie. Osobiście doświadczyłam zarówno jednych, jak i drugich, jednak szala sprawiedliwości zdecydowanie przechyla się na korzyść tych, które są pozytywne.
Co rusz doświadczam od Was sytuacji, które wywołują u mnie szczere wzruszenie. W zeszłym tygodniu odebrałam sympatyczną przesyłkę od Basi, dzisiaj natomiast otrzymałam paczuszkę od niezaprzeczalnej królowej drutów - Uleńki.
Było kilka minut po ósmej, gdy ktoś zadzwonił do moich drzwi, a krótko potem Puśka wykonała swój słynny sprint kończący się na ich klamce. A że kotka ich i tak nie otworzy(powód prosty - były zamknięte na klucz) odłożyłam na chwilę laptopa i poszłam sama to zrobić. Za nimi stał sympatyczny młody chłopak, dzierżący w dłoniach niewielką paczkę, którą niemal od razu wcisnął w moje ręce. Podziękowałam, zamknęłam drzwi i spojrzałam na adresata. To była Ula, której serwetki i gwiazdki cieszyły moje(i nie tylko moje) oczy w okresie Bożego Narodzenia. Paczka była dosyć lekka, jednak zauważywszy naklejkę "Ostrożnie" zaczęłam się z nią obchodzić jeszcze bardziej delikatnie. W tle leciał wykład na temat psychoanalizy Freuda, a ja z przejęciem szukałam nożyczek, którymi mogłabym otworzyć przesyłkę. W końcu wpadły w moje łapki i mogłam bezpiecznie przeciąć taśmę klejącą. W końcu dostałam się do jej wnętrza. A tam, o rany, takich cudeniek się nie spodziewałam. Zresztą sami zobaczcie:

Serwetka + 5 jajeczek w wyszywanych "mundurkach" + uroczy królicek + przesympatyczne życzenia świąteczne. Naprawdę, chwilę musiałam ochłonąć z wrażenia. Bo wszystko jest takie cudowne, wspaniale wykonane. Będzie ślicznym udekorowaniem(obok jajeczek od Basi i Marzenki) mojego gniazdka na święta.
Jajka z kicaczkiem w koszyczku, a koszyczek na serwetce
Stary, poczciwy, znany na całą rodzinę królik Baks wypatruje z młodszym kolegą wiosny, a przy okazji opowiada mu o życiu w tym mieszkaniu

Ech, patrzę na te podarunki, na kartki, na komentarze, na wszystko i nie mogę uwierzyć, że to właśnie tutaj, w internetowym świecie znalazłam tyle wspaniałych, pokrewnych dusz. 
Dziękuję, że jesteście, kimkolwiek jesteście :).

Ale, żeby nie było że tylko biorę nic nie dając w zamian, to ja też coś dla Was mam. 10 z Was (oczywiście tym, do których mam adresy), wyślę jutro coś mojego. Sąsiadka widziała co dla Was stworzyłam i była zachwycona. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba. Ech chciałabym zrobić całej 15 adresów, a najlepiej każdemu z Was, ale za późno na to wpadłam, a jedna taka rzecz jednak trochę mi schodzi z wykonaniem. Jednak jeżeli mogę sprawić choć cień radości chociaż tej 10 moich czytelników to zrobię to z miłą chęcią :).

niedziela, 28 marca 2021

1277. "Uwielbiam... (...) z krzyża siedem słów": rozważania wielkopostne 2021 - cz. 6: finał

"Wykonało się!" (J 19, 30)

W naszych tegorocznych rozważaniach wielkopostnych dobrnęliśmy do finału. Ostatnim słowem wypowiedzianym przez Zbawiciela na krzyżu brzmiały: "Wykonało się". Jezus wisiał na krzyżu, a w tle rozciągało się niespokojne niebo. Jak czytamy w Ewangeliach, przybrało ono ciemną barwę. Sam krzyż wyrastał na wyjałowionym od naszych grzechów wzgórzu Golgoty. W tle widniała przygotowująca się na święto Paschy Jerozolima. Miasto pustoszało i coraz bardziej pogrążała się w ciszy. Taka właśnie sceneria towarzyszyła dramatowi Jezusa, który w kluczowym momencie rzekł: "Wykonało się". Był to sposób, w którym Najwyższy i Wieczny Kapłan złożył całopalną ofiarę z samego siebie. Oddał wszystko, co posiadał na tej ziemi, łącznie ze swoją Matką. Jezus swoim "Wykonało się" oświadcza, że dokonało się wszystko, co przepowiedział, co miało się wydarzyć oraz co miało Go spotkać. Skłoniwszy głowę oddał ducha. Jednak poprzez śmierć Jezusa rodzi się nowa społeczność Kościoła powszechnego, a upokorzony i milczący Jezus jest paradoksalnie Panem i Sędzią wszystkich tych, którzy Go sądzili i w dalszym ciągu sądzą, bo ten proceder trwa po dzień dzisiejszy.
Przed siedzibą Jałmużnika Jego Świątobliwości ustawiona została rzeźba autorstwa kanadyjskiego artysty Timothy'ego P. Schmalza. Przedstawia leżącego na ławce człowieka, który jest przykryty kocem. Jego jedyną widoczną częścią ciała są wystające spod koca stopy ze śladami po ukrzyżowaniu. Rany człowieka ukryte są w ranach cierpiącego Jezusa. Umierając na krzyżu, Zbawiciel nie tylko powiedział, że wszystko się wykonało, ale też z Jego przebitego boku wypłynęły Krew i Woda - czyli zdroje Bożego miłosierdzia i błogosławieństwa. Jak zauważa papież Benedykt XVI, wyznanie wykonało się "odsyła do początku Męki, do godziny obmywania nóg; jego opis ewangelista zaczyna od podkreślenia, że Jezus umiłował swoich 'do końca'(13, 1). Ten 'koniec' to szczytowe dopełnienie miłości, nastąpił teraz, w momencie śmierci. Jezus rzeczywiście doszedł aż do końca, aż do samej granicy, i ją przekroczył. Urzeczywistnił pełnię miłości - oddał siebie samego"(Jezus z Nazaretu, cz. II, s. 238).
Kiedy człowiek doświadcza Bożej miłości, zaczyna intuicyjnie pojmować, czym tak właściwie jest życie. Co więcej, "zaczyna przeczuwać, co znaczy słowo nadziei, które napotkaliśmy w obrzędzie chrztu: od wiary oczekuję <<życia wiecznego>> - prawdziwego życia, które całkowicie i bez zagrożeń, w całej pełni, po prostu jest życiem. Jezus, który powiedział o sobie, że przyszedł na świat, abyśmy mieli życie i mieli je w pełni, w obfitości (por. J 10, 10), wyjaśnił nam także, co oznacza <<życie>>. <<A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa>> (J 17, 3). Życia we właściwym znaczeniu nie mamy dla siebie ani wyłącznie z samych siebie: jest ono relacją. Życie w swojej pełni jest relacją z Tym, który jest źródłem życia. Jeśli pozostajemy w relacji z Tym, który nie umiera, który sam jest Życiem i Miłością, wówczas mamy życie. Wówczas <<żyjemy>>" (Spe salvi 27)
Jezusowe "Wykonało się" nie jest więc tylko rozpaczliwym krzykiem cierpiącego człowieka, lecz wyraża jego pełną świadomość, że powierzone Mu przez Ojca zbawcze posłannictwo zostało zrealizowane. W krzyżu Chrystusa Bóg, który jest przecież bogaty w miłosierdzie, wypowiada swoją miłość względem świata oraz każdego człowieka. Przypomina o tym papież Jan Paweł II pisząc, że w krzyżu "objawienie miłości miłosiernej osiąga swój szczyt"(DiM 8), zaś "ukrzyżowany jest dla nas najwyższym wzorem, natchnieniem, wezwaniem" (DiM 14). Tym samym Jezus stworzył nową relację pomiędzy ludźmi a Bogiem. Stało się to dokładnie w chwili, kiedy wraz ze śmiercią Mesjasza "zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół" (Mt 27, 51). Taka zasłona zakrywała w Świątyni Jerozolimskiej miejsce uważane za Święte Świętych. Było ono zarezerwowane dla Boga w takim stopniu, że arcykapłan mógł tam wejść jedynie raz w roku. Rozdarcie owej zasłony w chwili śmierci Jezusa sprawiło, że miejsce Święte Świętych stało się dostępne dla wszystkich ludzi. Jak zauważył w jednym ze swoich listów św. Paweł: "Bóg zaś okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami"(Rz 5, 8).
Jezus poprzez wykonanie swojej ziemskiej misji, zaprasza nas do podążania Jego drogą z pełną świadomością konsekwencji pełnionych przez nas czynów pozwalających każdemu na odkrywanie już teraz wieczność ukrytą pośrodku czasu. Jak napisał w jednym ze swoich wierszy Józef Ungaretti: "[Jezu], Twe serce jest pełnym pasji siedliskiem / Miłości  nadaremnej / Chryste, czułe uderzenie serca / Gwiazdo wcielona w ludzkie ciemności, / Bracie ofiarujący się / Wiekuiście, aby odbudować / Po ludzku człowieka, / Święty, święty, który cierpisz, / Aby wyzwolić od śmierci umarłych, / I podtrzymywać nas nieszczęśliwie żyjących, / Już nie płaczę moim tylko płaczem, / Oto nazywam Cię Świętym, który cierpisz".

***

Niedziela Palmowa, tydzień przed Wielkanocą. Nowe rozporządzenia weszły również w kościelne życie. 33 osoby jednocześnie na Mszy, kościół zamykany na klucz(Ulcia, zwracam honor). Kto nie zdąży, stoi na zewnątrz i słucha nabożeństwa przez głośniki wystawione na zewnątrz. Dobrze, że chociaż ksiądz wychodzi do nich z Komunią. Po cichu cieszę się, że poszłam na wcześniejsze nabożeństwo Gorzkich Żali, przynajmniej mogłam spokojnie zostać na Eucharystii. Nabożeństwa w Wielki Czwartek i Piątek nieobowiązkowe, w Wielką Sobotę święcenie pokarmów przed kościołem (lepszy rydz niż nic), w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego zwiększona ilość Mszy święte. Ech, mogło być gorzej. Ale mogło i być lepiej. Co do życzeń o których pisałam w ostatnim poście, to napisałam, wysłałam, dzisiaj przyszła do mnie meilowa odpowiedź od pani Dyrygent. Na szczęście spodobały jej się i wykorzysta je w Wielki Czwartek oraz wyśle je księdzu Franklinowi. Więc: "Śpiewaj hosanna!".

sobota, 27 marca 2021

1276. Piątkowe obawy i radości

 - Udało się, prawda? - z niepokojem spojrzałam po nabożeństwie Drogi Krzyżowej na panią Dyrygent.
 - Udało się Lolku, udało - usłyszałam w odpowiedzi. - W ogóle przepraszam, ale dopiero po rozdaniu zobaczyłam w twoim tekście ten cały "ekshibicjonizm". Ale poradziłaś sobie z nim znakomicie.
Dwa tygodnie temu, po niedzielnej Mszy świętej na której śpiewała schola, rozdano nam teksty na drugą w tym roku Drogę Krzyżową. Również i mnie przypadło do przeczytania jedna, konkretnie dziesiąta, stacja. Tematem przewodnim nabożeństwa była Eucharystia(zresztą tak samo jak rozważań sprzed miesiąca, tylko sama ich treść była inna). W domu przeczytałam wszystko raz, drugi, trzeci. Niby wszystko grało. Wszystko, oprócz jednego słowa - "ekshibicjonizm". No sami przyznajcie, że nawet dla przeciętnego człowieka jest ono ciężkie w wymowie. A co dopiero dla człowieka, któremu plącze się język, chociaż nie wypił nawet kropelki alkoholu. Nie mogłam jednak się poddać, bo to nie w moim stylu. Co prawda jeszcze w niedzielę nie było wiadomo, czy Droga Krzyżowa się odbędzie, a w ogóle to nawet w ostatniej chwili mogliśmy zrezygnować, z tego co widziałam, to chyba nikt nie skorzystał z tej opcji i wszyscy przyszli. Trochę się stresowałam tym "ekshibicjonizmem", np. nie mogłam podnieść ze statywu mikrofonu, do którego czytaliśmy, ale jak już zaczęłam czytać, to cała trema poszła wniwecz. I nawet wypowiedzenie tego trudnego i niezbyt przyjemnego słowa jakoś mi się udało. Na pewno czytałam wolniej od innych, jednak coś za coś. Mikrofon odkładałam już na pełnym luzie. Wiedziałam, że wszystko już za mną. Tradycyjnie wyszłam z założenia, że ten kto chciał, to mnie zrozumiał. A reszta? To już ich sprawa. 
Zakochałam się w tym pyszczku od pierwszego wejrzenia
Do samego końca czułam się jakoś tak lżej. Na koniec nabożeństwa dzieci, które na nie przyszły dostały na pamiątkę Baranka Paschalnego oraz batonika. Zazwyczaj wyróżnione zostawały te dzieciaki, które regularnie chodziły, ale w tym roku wszyscy wiemy jaka jest sytuacja, więc i frekwencja była niezbyt duża. Tak się złożyło, że po zaśpiewaniu pieśni na zakończenie(tradycyjnie już było to "Powiedz ludziom") pani Dyrygent zeszła na dół i przyniosła dzieciom i młodzieży czytającej rozważania po Baranku oraz batoniku. Nawet ja dostałam jeden "pakiet". Hmmm... wszak wszyscy jesteśmy Dziećmi Bożymi, prawda? A swoją drogą, dzisiaj miałam udać się na poszukiwanie takiego Baranka. Kolejny przypadek? Nie sądzę.
Ponieważ to ostatnie oficjalne spotkanie scholi przed świętami. W normalnych czasach pewnie śpiewalibyśmy podczas świąt albo w scholi albo wspomagając zespół, jednak z powodu najnowszych obostrzeń(wreszcie jest czarno na białym napisane, że w naszej świątyni mogą przebywać maksymalnie 33 osoby na jednej Mszy) zrezygnowaliśmy z tego. Były więc życzenia, zarówno świąteczne jak i odnośnie tego, abyśmy jak najszybciej się spotkali na śpiewaniu. Wszyscy mamy nadzieję, że podczas wizytacji biskupa będziemy już mogli się zaprezentować. A ta przewidziana jest na 11 kwietnia. Wszystko jednak jest w rękach Boga i jeżeli on zechce, abyśmy uświetnili naszym śpiewem tą wizytę, to nam na to pozwoli, jeżeli nie - to nie. Wracając jeszcze do życzeń, to pani Dyrygent coś tam zaczęła "marudzić", że ktoś musi jeszcze napisać życzenia dla księży na Wielki Czwartek. W domyśle miała to zrobić ona. Jednak zaproponowałam jej, że ja to mogę zrobić. Może nie będą wow, bo wymyślone przeze mnie, ale przynajmniej to jej odpadnie. Na koniec jeszcze ją zapewniłam, że wcale nie żartowałam i naprawdę mogę coś tam skrobnąć z tej okazji. Zgodziła się, z zapytaniem, czy mogłaby potem przerobić je na życzenia dla byłego opiekuna naszej scholi. Czemu nie. 
Z życzeniami wyrobiłam się do dzisiejszego południa i to jeszcze w dwóch wersjach: pojedynczej (dla księdza Franklina) oraz mnogiej (dla księży z naszej parafii). Może wykorzysta. Mam cichuteńką nadzieję że się spodoba i chociażby na wiecznie marsowej twarzy naszego proboszcza pojawi się cień uśmiechu.

czwartek, 25 marca 2021

1275. Niespodziewana przesyłka

Echa mojego zeszłotygodniowego występu na konferencji wraz z podziwem, że zmieściłam się w przepisowych 10 minut i w dodatku nie "przynudzałam"(tego ostatniego nie jestem taka pewna, bo wiem, że przez niepełnosprawność mam "nudny" ton głosu, zwłaszcza kiedy mówię wolno). I pomyśleć, że kiedy na początku miesiąca wysłałam zgłoszenie byłam pełna obaw. Nie wiedziałam, czy fizycznie dam radę wszystko wygłosić, czy technika mnie nie zawiedzie, czy uczelnia nie stwierdzi, że przynoszę jej więcej wstydu niż radości(nie piszcie, że z tym już przesadzam, raz promotor na seminarium mówił, że blisko 25% prelegentów przynosi wstyd reprezentowanym przez siebie jednostkom, więc statystycznie 1 na 5 prelegentów z UPJP2 przyniosło mu ową hańbę)... Tak jednak się nie stało, a ja raczej zbieram laury niż cięgi. Jednak nie mogę popaść w samo zachwyt, bo skapcanieję, a tego raczej bym nie chciała.
Konferencje konferencjami, laury laurami, zachwyty zachwytami, a życie toczy się dalej. Kolejne obostrzenia przed nami. W sumie najbardziej dokucza mi, a jakżeby inaczej, zamknięcie bibliotek. Co prawda zaopatrzyłam się w maksymalną możliwą do wypożyczenia listę tytułów(czyli 10, przy czym samych książek jest 11), mam jednak nadzieję, że ten stan będzie trwał krócej niż rok temu. Mam jeszcze zaległe książki od Lidzi do przeczytania, więc może nie będzie tak źle. Na razie jednak mam co robić - czytam, robię styropianowe pisanki, jeszcze muszę zrobić kartki i nadać je na poczcie. Co jak co, ale poczty to raczej nie zamkną. No, chyba że...
A propos poczty. Cały zeszły piątek przesiedziałam w domu. Dlatego jakież było moje zdumienie, kiedy w niedzielę znalazłam w skrzynce pocztowej awizo, abym odebrała z poczty przesyłkę. Tak się złożyło, że zrobiłam to dopiero dzisiaj. Ogólnie to miałam ochotę zrobić larum. Koronawirus koronawirusem, ale to chyba obowiązek listonosza przynajmniej dostarczyć przesyłkę... Ogólnie to nie spodziewałam się niczego dostać. Może co najwyżej kartki od kilku blogowych duszyczek. Ale kopertę z kartką można wrzucić do skrzynki. A na awizo wyraźnie widniało, że przesyłka niewymiarowa. Sympatyczny pan po drugiej stronie okienka(twarzy nie widziałam, ale dobrze mu z oczu patrzyło) na chwilę zniknął za drewnianą ścianką, po czym po chwili wrócił z faktycznie niewymiarową paczką. "O kurczaczek" przemknęło mi przez myśl. Samą paczkę odebrałam, dla wygody, w okienku obok. Szybki rzut oka na nadawcę - nasza Basia. Czyli to raczej nie bomba. Ewentualnie bomba emocjonalna. Nie wiem jak Wam, ale mnie rozpakowywaniu paczek i kopert towarzyszą takie emocje, że ich energia z powodzeniem zasiliłaby moje miasto na kilka chwil.
Tak było i tym razem. Zawsze się śmieję, że moje krzywe ręce chociaż raz mi się przydają - przy szybkim rozpakowywaniu papieru pakowego. To nie jest oczywiście tak, że nie akceptuję siebie taką jaka jestem. Po prostu czasami lubię pożartować sama z siebie i swoich niedoskonałości. Jednak nie myślcie sobie, że mogłam od razu rozpakować przesyłkę. Mój prywatny domowy inspektor jakości musiał wywęszyć, czy spełnia ona jej tajemnicze normy. Aż żałuję, że nie zdążyłam cyknąć fotki Pusi niuchającej obok pudełka, pocieszny widok. Kiedy paczka została zaakceptowana przez miałczące futerko, mogłam zacząć cieszyć się jej zawartością. A naprawdę, jest czym:

Coś do poczytania
Coś do obejrzenia(już dawno chciałam obejrzeć ten film o Karolinie, teraz mi się to uda)
Coś dla ciała
Coś dla ducha
Basiu, jeszcze raz bardzo, bardzo Ci dziękuję :).
A wracając do domu coś mnie podkusiło, aby po drodze wstąpić do jednego z zagranicznych hipermarketów po białe cekiny, których mi zabrakło. Jakoś tak ekonomicznie wyszły mi tam najtańsze. I jeszcze kilka kopert dokupiłam. Wiecie, tzw. błyskawiczne zakupy(chociaż moja koleżanka uważa, że błyskawiczna może być co najwyżej zupa). Jak zobaczyłam kolejki to aż się przestraszyłam. I już wiedziałam, że swoje odstoję. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy kolejnym obostrzeniem nie jest całkowite zamknięcie sklepów, skutkiem czego ludzie rzucili się na sklepowe półki. Myślę że moje zakupu mieszczące się w granicy niespełna 10 złotych mogły trochę dziwnie przy innych wyglądać, ale ja naprawdę nie ulegam zbędnej panice czy też szałowi. W razie czego w piwnicy mam kilka półek przetworów, za mięsem nie przepadam, gorzej by było z pieczywem, ale podobno drożdże można zamrozić. Jakoś bym sobie dała radę :).