Pracując z różnymi ludźmi, mimowolnie się z nimi zżywamy, nawet jeżeli działamy im na nerwy, a oni nam. A co tu dopiero mówić o tych, których lubimy i z którymi praca to czysta przyjemność? Nawet jeżeli dotyczy to zwykłego wolontariatu. Jasne, najczęściej narzekam tutaj na funkcjonowanie Sz.P., a zwłaszcza jej liderki w naszym regionie. Jednak na jednej liderce team się nie kończy. I całe szczęście, bo w przeciwnym razie moja współpraca z tą organizacją skończyłaby się po pierwszym roku. Jednak są ludzie, dzięki którym wiem, że to co robię ma sens i że nie jestem w tym beznadziejna(to akurat usłyszałam sama). Np. taki Brutus. Całe życie mieszkaliśmy na jednym osiedlu, a spotkałam go dopiero w Sz.P. Co prawda on mnie kojarzył, ale ja go wcale. W każdym razie po tym jak "dobitnie"(jak na mnie) powiedziałam półtora temu liderce, że nie mam ochoty z nią współpracować(o powodach pisałam >>TUTAJ<<) z niechęcią bo z niechęcią, ale przydzieliła mnie do Brutusa. No po prostu współpraca z nim, a współpraca z nią to niebo, a ziemia. Oczywiście, na korzyść Brutusa.
Dlatego szczerze się zaniepokoiłam, kiedy kilka dni temu napisał na grupie, że coś się źle czuje. A że u jednej z osób, z którymi pracuje na zmianie wykryto covid, było bardzo prawdopodobne, że po prostu go przejął. Oczywiście w trybie natychmiastowym(czyli jak najszybszym, bo do natychmiastowego to mu było daleko) wykonał badania. W położonych o ok. 25 km K-cach, bo DG miała chwilowy zastój w tej kwestii. Wynik wyszedł mu pozytywny. Zamknął się więc we własnym M3 w nadziei, że na tym się skończy. Wszyscy niemal natychmiast zaproponowali mu pomoc. Niby wszystko ma, jednak dzisiaj musiał wykupić recepty. Do pomocy zgłosiło się sporo osób, jednak najszybciej mógł liczyć na ich pomoc dopiero wieczorem. A że ja byłam prawie wolna, i w dodatku mieszkamy po sąsiedzku, szybko się z nim skontaktowałam i zaproponowałam, że ja mu mogę iść po te lekarstwa, zostawię je pod drzwiami, a rozliczymy się przy okazji. Przesłał mi więc potrzebne dane, a ja, uzbrojona jak na wojnę(z covidem, rzecz jasna) wyruszyłam na podbój osiedlowej apteki.
Dlatego szczerze się zaniepokoiłam, kiedy kilka dni temu napisał na grupie, że coś się źle czuje. A że u jednej z osób, z którymi pracuje na zmianie wykryto covid, było bardzo prawdopodobne, że po prostu go przejął. Oczywiście w trybie natychmiastowym(czyli jak najszybszym, bo do natychmiastowego to mu było daleko) wykonał badania. W położonych o ok. 25 km K-cach, bo DG miała chwilowy zastój w tej kwestii. Wynik wyszedł mu pozytywny. Zamknął się więc we własnym M3 w nadziei, że na tym się skończy. Wszyscy niemal natychmiast zaproponowali mu pomoc. Niby wszystko ma, jednak dzisiaj musiał wykupić recepty. Do pomocy zgłosiło się sporo osób, jednak najszybciej mógł liczyć na ich pomoc dopiero wieczorem. A że ja byłam prawie wolna, i w dodatku mieszkamy po sąsiedzku, szybko się z nim skontaktowałam i zaproponowałam, że ja mu mogę iść po te lekarstwa, zostawię je pod drzwiami, a rozliczymy się przy okazji. Przesłał mi więc potrzebne dane, a ja, uzbrojona jak na wojnę(z covidem, rzecz jasna) wyruszyłam na podbój osiedlowej apteki.
Spodziewałam się tłumów, a tu byłam tylko ja i jeszcze jedna osoba. Więc wszystko załatwiłam w miarę szybko. Potem wystarczyło zanieść to Brutusowi pod drzwi. Miałam po drodze dylemat, w jaki sposób zrobić włam do jego bloku, ponieważ drzwi wejściowe były zatrzaśnięte, a domofon nie działał, jednak jestem tak popularna na osiedlu, że mieszkańcy sami mi je otwierają. To oczywiście żart z tą popularnością, faktem jest natomiast to, że ktoś z parteru otworzył mi je.
Brutus mieszka na 7 piętrze, więc od razu pojawił się dylemat - korzystać z okazji i jechać windą, czy też "być jak kamikadze" i iść na górę schodami, w maseczce na paszczy. Wybrałam jednak pierwszy wariant, u mnie w bloku nie ma takich luksusów. Jazda windą - wydarzenie dnia trwające ok. 15 sekund. W drugą stronę tyle samo, co daje razem pół minuty przyjemności. Szaleństwo. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że gdybym nie wzięła z sobą komórki(a w 80% przypadków jej nie biorę, nawet na studia potrafiłam pojechać bez niej), to nawet bym nie wiedziała pod które drzwi mam mu to zanieść. Jednak po wyjściu z apteki zatelefonowałam i dopytałam się o szczegóły.
Reklamówkę z zakupami zawiesiłam na klamce drzwi do mieszkania Brutusa, puściłam mu umówionego "sygnała" i grzecznie udałam się w kierunku windy, a potem mojego bloku. Po drodze dostałam smsa z podziękowaniami, a więc misja została wykonana w 100%.
Nie, nie czuję się bohaterem. Ja nawet nie zrobiłam nic wielkiego ani wyjątkowego. Po prostu zrobiłam to, co powinnam, postąpiłam tak, jak nauczyli mnie w domu. Mimo wszystko. Bo nawet w tych dziwnych i niepewnych czasach, gdzie każdy na każdego łypie podejrzliwym okiem i bardziej traktujemy się jak "wrogów" niż "przyjaciół"(mam nadzieję, że wiecie co chcę przez to powiedzieć) też zachować jakieś minimalne cząstki naszego człowieczeństwa. Wydaje mi się, że słowa z "Prefacji" Edwarda Stachury: "Żeby człowiek był człowiekiem" doskonale tutaj pasują. Bo być może ktoś nie da rady bez naszej pomocy. Tak, jest strach, ale może przez to i w tym przypadku zmorzona ostrożność. Jedno drugiego przecież nie wyklucza a wręcz może być uzupełnieniem.
A ja tylko żałuję, że nie miałam już ani jednej pisanki, bo bym mu dorzuciła gratis. Może by się ucieszył.
Pozdrawiam Was serdecznie i proszę, uważajcie na siebie.
P.S. Wydaje mi się, że rzadko tutaj o coś proszę, ale jakby ktoś mógł ciepło pomyśleć o moim tacie. Ostatnio w pracy miał kontakt z osobą zarażoną COVID-em i teraz jest na kwarantannie oczekując rezultatu tego "spotkania". A to wszystko w Holandii, gdzie pojechał na 4 tygodnie z firmy w której jest zatrudniony do pracy...
Super że przydzielono Cię do pracy z kolegą, szkoda że on zachorował. Zdrowia życzę :*
OdpowiedzUsuńprzesyłam serdeczności i garść dobrej energii zwłaszcza dla Twojego taty.
Mam nadzieję, że u Brutusa obędzie się bez szpitala. Tata już po 5-dniowej kwarantannie, na szczęście skończyło się na strachu. Pozdrawiam
UsuńOby Brutus przechorował łagodnie. Sama zastanawiałam się niedawno, czy jadąc do syna skorzystać z windy i chyba poszłabym schodami ...
OdpowiedzUsuńJa tak rzadko jeżdżę windą, że aż się skusiłam. Pozdrawiam
UsuńFajny gest, też nosiłam zakupy do siostry a potem zaopiekowala się przyszła teściowa siostrzenicy.Ciesze się że pracujesz z Brutusem bo poprzedniczka była szalona.Zdrowia duzo dla kolegi i trzymam kciuki za tatusia.No, fajnie jeździ się wìndą na 7 piętro, gorzej jak wracamy z działki załadowani dobrem a winda zepsuta to dopiero frajda, przystanki, zadyszki .Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńTa poprzedniczka to jakaś pomyłka, na szczęście Brutus zna się na rzeczy :). Z tatą ok., właśnie skończył kwarantannę, mam nadzieję, że i Brutus się wyliże.
UsuńPomodlę się z Twojego Tatę i kolegę, Karolinko.
OdpowiedzUsuńU taty skończyło się ba strachu - gorzej z Brutusem, ale mam nadzieję, że i on nie będzie miał większych powikłań. Pozdrawiam
UsuńŻyczę Twojemu tacie dużo, dużo zdrowia. Dobrze, że pomogłaś Twojemu koledze :)
OdpowiedzUsuńJak to mówi pewne przysłowie dopiero w trudnych chwilach poznajemy prawdziwych przyjaciół na których zawsze można liczyć. Pozdrawiam.
Z tatą na szczęście wszystko ok. - testy nie wykazały przeciwciał. Co do Brutusa, to pomoc była dla mnie oczywistością, zwłaszcza kiedy mieszkamy na jednej ulicy(bo co innego jest pomoc komuś, kto mieszka na drugim końcu ogromnego miasta i trzeba się do niego dostać kilkoma autobusami, a tak nie ma najmniejszego problemu). Pozdrawiam serdecznie
UsuńWszystkiego dobrego dla Ciebie i Twoich najbliższych...Karolinko Najmilsza ...
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo, Jadziu.
UsuńKarolinko!
OdpowiedzUsuńBędę wspierać modlitwą Twojego Tatę i kolegę.
Życzę Tobie i Im dużo zdrowia.
Pozdrawiam świątecznie:)
Dziękuję w ich imieniu. Ściskam serdecznie
UsuńKarolinko!
OdpowiedzUsuńJuż dzisiaj przesyłam życzenia świąteczne. Tobie i Twoim Bliskim życzę świąt Wielkanocnych pełnych pokoju w sercu i nowej nadziei, a także wiosennego optymizmu, zdrowia i wszelkiej pomyślności.
Pozdrawiam świątecznie:)
Dziękuję bardzo kochana Łucjo za pamięć i piękne życzenia :)
UsuńW obecnej sytuacji możliwość liczenia na taką pomoc, jak to pójście do apteki, bywa niezastąpiona.
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki za tatę, żeby nic się nie rozwinęło.
Niedawno miałam podobny dylemat z windą w wieżowcu. Dawno nie miałam okazji korzystać z takiej blokowej i nie czułam się komfortowo, na dół już zeszłam schodami. :D
Na szczęście u taty skończyło się na strachu. Windą tak rzadko jeżdżę, że nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności, mimo jakiś tam obaw. Pozdrawiam serdecznie
UsuńZdrówka dla taty, mam nadzieję,że nic złego nie przypląta się do niego!
OdpowiedzUsuńhttps://okularnicawkapciach.wordpress.com/
Na szczęście ominęło go szerokim łukiem. Pozdrawiam serdecznie
UsuńWszystkiego najlepszego,duzo zdrowia i szczescia kazdego dnia,Swiat rodzinnych, pelnych nadzieji na lepsze dni,pozdrawiam Cie cieplo
OdpowiedzUsuńDziękuję Aniu za życzenia. Przytulam
UsuńWszystkiego najlepszego ,duzo zdrowia i szczescia kazdego dnia,
OdpowiedzUsuńzapraszam https://izabelaszymura.blogspot.com
Dziękuję bardzo za życzenia, a zarazem witam na moim blogu
Usuń