W długi weekend miałam okazję po raz kolejny odwiedzić Szczecin. Trudno jednak mówić o turystycznym aspekcie wyjazdu, którego głównym celem był udział w jubileuszowych, 50 Paralekkoatletycznych Mistrzostwach Polski, których gospodarzem był szczeciński oddział ogólnopolskiej sieci klubów zrzeszających niepełnosprawnych sportowców - "Start".
50 lat. Tak niewiele w historii całego sportu, a zarazem tak dużo, z perspektywy rozłamu w stronę wyłonienia sportu niepełnosprawnych ruchowo, niewidomych i niedowidzących(ponieważ w 98% osoby z tego typu niepełnosprawnością stanowią zawodników "Startu"). Sam "Start" został powołany zaledwie 20 lar wcześniej. Łatwo się domyśleć, że na początku jego istnienia, sport miał charakter bardziej rekreacyjno - rehabilitacyjny. Dopiero z czasem przybrał formę rywalizacji. I taką ma do dzisiaj.
Katowicki oddział "Startu" w tym roku reprezentowało 5 zawodników. Jednym z nich byłam ja. Na tą okazję prezes udostępnił nam nawet busa. Miało to swoje plusy, miało też minusy. Osobiście na tak dalekie trasy wolę jednak pociąg. Ale nie wszyscy mogą jechać pociągiem.
 |
| Prawie cała nasza ekipa(bez Ślązaka) |
Z DG wyjechaliśmy po godzinie 9:30. Co prawda nie wzięłam udziału w Mszy świętej z procesją, ale za to poszłam na poranną Eucharystię. Dzięki temu i wilk był syty, i owca cała. Następnie zatrzymaliśmy się pod dworcem PKP w Kato, skąd odbieraliśmy Miśka, który musiał dojechać z Kędzierzyna - Koźla, oraz pod Piekarami Śląskimi, gdzie wsiadał Ślązak. A potem jechaliśmy już prosto na północ naszego kraju(no, prawie, bo po drodze mieliśmy z 3 postoje).

Droga ze Śląska do Szczecina trwała ok. 9 godzin. Większość czasu upłynęła mi na czytaniu ostatniej części sagi "Spacer Aleją Róż" Edyty Świątek zatytułowanej "Powiew ciepłego wiatru", część na gadaniu z Młodszą, Miśkiem i Gaciochem, a część po prostu na podziwianiu widoków za oknem.
W tym roku wylądowaliśmy w hotelu w mieście oddalonym o jakieś 15 km od samego Szczecina. W zasadzie nie było najgorzej, pomijając dojazdy i nieogarniającego rzeczywistości Trenera(za to bez przerwy klikającego w swojego smartfon'a - nie czepiam się, ale po coś z nami przyjechał). Do mieszkania z Młodszą i jej wybryków już się przyzwyczaiłam. Jedynym minusem tego wszystkiego był brak możliwości swobodnego pozwiedzania Szczecina, ale przecież nie można mieć w życiu wszystkiego.
Teoretycznie cały piątek miałam wolny, bo mój start na 100 m. przewidziany był dopiero na sobotnie popołudnie i mogłabym wyrwać się na miasto(i tak musiałam przyjechać na szczeciński stadion, bo na nim przewidziany był obiad). Jednak jak już pisałam - Trener dosłownie nie ogarnia realistycznej rzeczywistości i to ja musiałam wspierać tych, którzy tego dnia mieli starty. W piątek Młodsza zdobyła pierwszy dla naszego klubu brązowy medal w pchnięciu kulą. Po jej ceremonii koronacji wróciliśmy na kolację do hotelu. Potem chcieliśmy iść na bilarda z nowo poznanym kolegą, jednak na miejscu okazało się, że jest on już zarezerwowany. Udaliśmy się więc na miasto, a następnie do naszego pokoju. I tutaj Młodsza znowu podniosła mi ciśnienie - zaprosiła do nas swojego nowego kolegę, po czym poszła nie wiadomo gdzie. Mija 10, 15, 30 minut - jej nie ma, a chłopak siedzi. Dzwonię do niej, o dziwo zostawiła telefon w pokoju. Mnie coraz bardziej chce się spać, a głupio jest mi wyprosić człowieka. W końcu poprosiłam o pomoc mamę Gaciocha, która taktownie to zrobiła. O której wróciła Młodsza? Nie wiem. Grunt, że rano spała już w łóżku. Swoim łóżku.
 |
| Przed startem |
W sobotnie popołudnie miałam swój start. Od rana byłam w dosyć bojowym nastroju, chociaż to u mnie jest normą. Z nerwów obudziłam się dosyć wcześnie, ale akurat miałam czas, aby jeszcze przed śniadaniem spakować swoje rzeczy w plecak. Wszak po starcie miałam zbierać sią w kierunku dworca PKP. Na drugi dzień biegłam w Kato w "Biegu Bohaterów"(a wcześniej siedziałam na depozycie), a to był jedyny sposób, aby dotrzeć na Śląsk o w miarę rozsądnej porze(o ile godzinę 4:40 rano, o której pociąg wjeżdżał na peron w Kato, można uznać za rozsądną). Oczywiście musiałam robić to w miarę cicho, aby nie obudzić współlokatorki. Na szczęście nie miałam zbyt dużo rzeczy, toteż poszło mi to w miarę szybko i sprawnie. Potem szybkie śniadanie i można było jechać na stadion.
Start biegu kategorii T35-36(te liczby to sportowe symbole stopnia upośledzenia ruchu) przewidziany był na godzinę 15:06, 20 minut wcześniej trzeba było udać się do tzw. call roomu, aby potwierdzić swój udział w nim. Jak to bywa w takich sytuacjach, czas dłużył się niesamowicie. Tym bardziej, że na stadion przyjechaliśmy przed 12. Do obiadu siedziałam na stadionie i obserwowałam poczynania Młodszej. Po obiedzie zostałam już w środku stadionu. Chwilę odpoczęłam i zaczęłam się na spokojnie rozgrzewać. Właśnie tego mi brakowało podczas mitingu w Tarnowie - takiego czasu na solidną rozgrzewkę(nie ukrywajmy, nie da się rozgrzać w niecałe 5 minut!). Następnie odhaczyłam się na liście i wraz z pozostałymi zawodniczkami weszłam do strefy, gdzie czekałyśmy na wyprowadzenie. To nieco się przedłużyło, ponieważ nikt nie chciał nas niepotrzebnie wyprowadzać w największy skwar. A wiecie, im dłużej się na coś czeka, tym bardziej Lolek się denerwuje. W dodatku bliźniaczki z którymi już nie raz biegłam były tak pewne swojego zwycięstwa nade mną, że nie omieszkały tego wyrazić na głos. Tak, biegam od nich wolniej, ale mam też większy stopień uszkodzenia ruchu i niższą grupę sportową. Zresztą, być może ostatni raz biegam w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Niech no tylko ruszy ta sekcja RR...
 |
| Przed startem |
W końcu nadeszła pora naszego startu. Zostaliśmy wyprowadzeni na płytę, gdzie zajęliśmy odpowiednie tory. Akurat nasze grupy startowe mają ten przywilej, że mogą startować albo ze startu niskiego(z bloków), albo z wysokiego. Ja zawsze startuję z wysokiego. Komentarz startera, wystrzał z pistoletu i ruszyliśmy przed siebie. 24,76 sekund to może nie jest mój najlepszy czas, ale poprawiłam go o sekundę od startu w Tarnowie. Zresztą, jakbym miała porządne treningi, podczas których bym biegała, a nie robiła jakieś dziwne rzeczy, to może i czasy miałabym lepsze. Nawet Młodsza przyznała, że sama by była sfrustrowana na moim miejscu. Ale tak jak wspominałam - po wakacjach ma ruszyć u nas RaceRunning, może tutaj nie będę wiecznie ostatnia...
Po starcie chwilę odpoczęłam, po czym, korzystając z okazji, że chłop nie klika w telefon, oznajmiłam szanownemu panu Trenerowi, że wracam do Kato. Mówiłam mu to już dzień wcześniej, ale nie skumał o co chodzi(dlatego tak piętnuję jego ciągłe siedzenie z nosem w smartfonie, bo wtedy nic do niego nie dociera, a nie ukrywajmy, mnie jednak trzeba słuchać, żeby zrozumieć). Popatrzył na mnie jak na idiotę, ale nic nie skomentował. Powiedziałam mu tylko, że to siła wyższa, nie wchodząc w szczegóły.
Na dworzec PKP podjechałam najpierw tramwajem, a następnie autobusem. Gdybym nie miała podręcznego worka i lepiej znała miasto, z tramwaju na dworzec poszłabym pieszo, co nieco przy tym zwiedzając. Strach przed zagubieniem się był jednak zbyt duży, no i ciążył mi bagaż. Trochę nie pomyślałam, bo po zakupie biletu miałam jeszcze ok. 2 godzin do odjazdu. Mogłam zostawić rzeczy w schowku i przejść się po najbliższej okolicy. Mądry Polak po szkodzie. Z drugiej strony nie wzięłam ze sobą aparatu fotograficznego, a mój telefon po prostu go nie posiada. Może następnym razem. Nie oznacza to jednak, że się nudziłam - w bagażu miałam notatki na egzaminy, które wypadają w tym tygodniu. Powtarzałam więc sobie materiał.
Wreszcie nadjechał pociąg. Co prawda kupowałam bilet w ostatniej chwili i nie miałam gwarancji miejsca, jednak to się jakoś znalazło. I chociaż mogłabym przeżyć tych kilka godzin siedząc na podłodze w wagonie, jak wielu innych pasażerów, to jednak miejsce w przedziale było bardziej komfortowe. Na początku przysłuchiwałam się rozmowie sympatycznej starszej pani z moim rówieśnikiem, a kiedy ona wysiadła, po prostu poszłam spać. Za Wrocławiem obudzili mnie jacyś ludzie, którzy chyba też nie mieli miejscówek ani... taktu. Ja wiem, że wyglądam niezbyt atrakcyjnie, ale to nie oznacza, że ktoś ma mnie wyśmiewać. W dodatku miałam wrażenie, że ich "uwieram" moją obecnością, bo nie mogą się wygodnie w nim rozłożyć. Ale ja akurat zajmowałam pojedyncze siedzenie w kącie przedziału, więc nie rozumiem o co im chodziło. Niech się cieszą, że znaleźli miejscówkę. Zresztą mam wrażenie, że gdyby nie ja to przedział zostałby zamknięty na klucz wraz z opuszczeniem go przez staruszkę i wtedy byliby skazani na korytarz, więc trochę kultury. Dobra, są ludzie i ludziska, na szczęście tych drugich spotykam na mojej życiowej drodze coraz mniej.
Do Kato przyjechaliśmy z opóźnieniem. Wysiadłam z pociągu i skierowałam swoje kroki w kierunku ul. Piotra Skargi. Akurat stał autobus jadący w moją stronę. Wsiadłam do niego i walcząc z sennością zmierzałam w kierunku miasta, w którym mieszkam. Traf chciał, że jego trasa wiodła przez pół S-ca, więc jechał długo, jednak nic innego o tej godzinie(przed 5 rano) nie było. Po opuszczeniu pojazdu na odpowiednim przystanku musiałam jeszcze zmusić się, aby dotrzeć do mieszkania, w którym mieszkam. Tam powitała mnie Pusia(sowicie odkarmiona przez sąsiadkę) oraz upragnione łóżko. Prawdę powiedziawszy dałam tylko Puśce jeść, nastawiłam budzik na 9 i tak jak byłam poszłam spać. W końcu szykowała mi się równie intensywna niedziela, przed którą chciałam choć trochę odpocząć.