Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 1 lipca 2022

1446. WUF11 - stworzyliśmy piękną historię, cz. 1

Ten wpis będzie dłuuugi, więc żeby Was nie zamęczyć, podzieliłam go na mniejsze części.

Ci, którzy mają mnie w znajomych na fb(zresztą nie tylko oni, bo i tutaj pisałam o dostaniu się na wolontariat WUF11) wiedzą, że przez kilka minionych dni działałam na odbywającej się w Katowicach 11 sesji Światowego Forum Miejskiego organizowanej z inicjatywy ONZ-u. Forum odbywa się średnio co 2 lata w różnych częściach świata. Dotychczas fora organizowane były w Barcelonie, Vancouver, Nanjing, Rio de Janeiro, Neapol, Madellin, Kuala Lumpur i Abu Zabi. Był to więc pierwszy raz, kiedy na miejsce forum został wybrany kraj z Europy Środkowo-Wschodniej.
Logo wydarzenia
Wydarzenie dosyć spore, to i potrzeba sporą liczbę ludzi, do pomocy w jego organizacji. Część z nich to w pełni opłacone osoby, ale nie od dzisiaj wiadomo, że spora część z nich to "pracujący" bezinteresownie wolontariusze. Wcześniej jednak trzeba było przejść cały proces rekrutacyjny. Od jakiegoś czasu na fb bombardowały mnie posty o owym procesie. Jednak przez pewne wydarzenia z przeszłości zawsze myślę, że takie wielkie wolontariaty są nie dla mnie. Nie chcieli mnie na stosunkowo niewielkie wydarzenie ci, którzy znali mnie i moje możliwości, to dlaczego mają mnie chcieć na duże? A przecież w formularzu rekrutacyjnym nie mogę nie napisać, że jestem osobą niepełnosprawną, zwłaszcza że ta niepełnosprawność jest widoczna. Co prawda kilka lat temu udało mi się dostać na wolontariat na Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, ale... Zawsze znalazło się jakieś "ale" żeby się nie zgłosić.
W końcu pewnego dnia pani Barbórka z Regionalnego Centrum Wolontariatu sama podesłała mi formularz rekrutacyjny. Tego już było za wiele i postanowiłam uznać to za znak. Wypełniłam wszystko i czekałam na odpowiedź. Trochę obawiałam się rozmowy rekrutacyjnej w języku angielskim, jednak jak już do mnie zadzwonili, to rozmawialiśmy po polsku. Wkrótce po tym dostałam meila, że zostałam przyjęta, do końca jednak nie wiedziałam jaką będę pełniła w tym wszystkim funkcję. 
Dopiero gdzieś na początku czerwca dowiedziałam się, że będę na punkcie na dworcu kolejowym. No, dobrze, skoro mnie tam dali, to nie będę wybrzydzać...

CDN...
P.S. 1. Niemiecki zdany. Na 4! Cieszę się nie mniej, niżbym dostała 5.
P.S. 2. Wyjeżdżam na weekend. Nie ma mnie w wirtualnej rzeczywistości. Jeżeli jakiś Wasz komentarz zniknie w niewyjaśnionych okolicznościach to spokojnie - prawdopodobnie wylądował w spamie. Ogarnę to po powrocie

wtorek, 28 czerwca 2022

1445. Albo zaliczyłam, albo jestem kompletnym głąbem w dziedzinie języków obcych

Ostatni egzamin w tej sesji za mną. Kiedy o godzinie 20:00 wysłałam germanistce wypełniony test i zamknęłam laptopa, odetchnęłam z ulgą. Co prawda istnieje szansa, że nie zaliczyłam go, wszak języki obce nigdy nie były moją mocną stroną, jednak musiałabym mieć już pecha, żeby nie zdobyć tych wymaganych 75% na zaliczenie. A ponadto całe Centrum Wolontariatu WUF11 (Światowego Forum Miejskiego w Katowicach) obiecało trzymać za mnie podczas tych dwóch godzin mocno kciuki. Ba, chociaż pierwotnie byłam wpisana dzisiaj na cały dzień na wolontariat, to po wyjaśnieniu sytuacji zwolnili mnie po pierwszej zmianie.
Z tym egzaminem z niemieckiego też były "przeboje". Pierwotnie miałam go pisać w ubiegły piątek stacjonarnie wraz z innymi. Po usłyszeniu jaką będzie miał on formułę uprosiłam opiekuna osób niepełnosprawnych na Wydziale Teologicznym (na pedagogice jestem rok niżej i mam przepisane oceny z niemieckiego), żeby pomógł mi załatwić, abym wypracowanie mogła napisać na komputerze. Znam swoje możliwości i wiem, że choćbym nie wiem jak chciała, to nie napiszę wszystkiego w odpowiednim czasie. A jednocześnie ze względu na moje ograniczenia mogę poprzez wydziałowego opiekuna ON starać się o dostosowanie zaliczenia do indywidualnych potrzeb. To nie jest pójście na łatwiznę, jak wielu sądzi, ale wyrównanie szans.
Na szczęście to poszło w miarę łatwo. Schody zaczęły się później. Na danym poziomie językowym jest zbieranina studentów z różnych wydziałów. A więc każdy z nas miał swoje egzaminy w różnych terminach. W końcu uzgodniliśmy końcowy egzamin z języka na 24 czerwca na 15:00. Co prawda miałam zaplanowany o godzinie 13:00 ustny egzamin z chrześcijańskiej wizji moralności, jednak wymyśliłam sobie, że poproszę abym weszła na niego jako pierwsza, a potem na spokojnie dotarła do lektoratu (nie mylić z rektoratem!) USiu. Nawet zgłosiłam to starościnie, która ustala takie rzeczy.
Ona zaczęła się rzucać, że przecież wykładowca będzie pytał po kolei według nazwisk i że wszystko będzie trwało 5 minut na każdego i jak ja w ogóle mogę prosić o bycia pierwszą... No ok., skoro będzie po kolei i w miarę szybko, to jest szansa, że zdążę (mimo, że moje nazwisko jest bliżej końca tej listy niż początku). Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że jednak jest lista, na której nie jesteśmy według nazwisk. Myślicie, że starościna ustosunkowała się do mojej prośby? A gdzie tam - wyrzuciła mnie na sam koniec. W dodatku sam egzamin szedł na tyle mozolnie, że mimo tego, iż przede mną (i przed koleżanką, z którą zdawałam w parze) było zaledwie 6 osób, do sali egzaminacyjnej weszłyśmy dopiero o 14:10.
Po dziesięciu minutach wyszłyśmy z pomieszczenia ze zdanym egzaminem. Jednak zanim dotarłam na miejsce egzaminu z niemieckiego, była już 15. Normalnie może i bym zdążyła, ale germanistka prosiła, abyśmy byli 15 minut wcześniej. A ja nie dość, że musiałam dojechać, a potem dojść na miejsce, to jeszcze nie mogłam znaleźć ani budynku, ani sali. Tak to jest, kiedy całe zajęcia ma się on-line. Na szczęście z pomocą pospieszył mi chłopak z Centrum Pomocy Studentom. Już szykowałam się na wrześniowy termin w sesji poprawkowej (wszak nie wstawiłam się na czas), była jednak szansa, że obędzie się dzięki temu bez awantury (taki uraz z katowickiego AWFu).
Jakież było moje zdziwienie i zaskoczenie, kiedy germanistka z rzadko spotykaną w takim stopniu empatią stwierdziła, że właściwie to nic się nie stało, i żebym umówiła się z nią meilowo na termin egzaminu, który to w ogólnie mam napisać... w formie zdalnej. Myślałam, że się przesłyszałam. Gdyby to był stan epidemii, to bym jakoś to przyjęła, ale teraz. Zresztą mi by już wystarczyło samo to, gdybym tylko wypracowanie mogła napisać na komputerze. Nie chciałam jednak się z nią sprzeczać i tylko przytaknęłam głową.
Po powrocie do domu napisałam do niej meila. Od wiadomości do wiadomości ustaliłyśmy jako termin mojego egzaminu dzień dzisiejszy od godziny 18:00 do 20:00. Czyli miałam na wszystko 30 minut dłużej niż pozostali. Co prawda teoretycznie miałam być dzisiaj do godziny 19:00 na wolontariacie, jednak udało mi się zwolnić.
O godzinie 18:00 na Teamsie pojawił się test. Serce biło mi jak oszalałe, szybko jednak doszłam do siebie. Egzamin składał się z 5 części - słuchania ze zrozumieniem, czytania ze zrozumieniem (coś takiego jak matura), części gramatycznej (tutaj było najwięcej zadań), ułożenia logicznego opowiadania z podanych zdań oraz napisania 5 wypowiedzi (zdań) na wskazany temat. Co prawda to tylko poziom A2 (na Papieskim jakimś cudem zaliczyłam B2+), obawa i niepewność jednak jest. Tym bardziej, że aby zdać trzeba uzyskać aż 75% poprawnych odpowiedzi (i pomyśleć, że maturę ma się zdaną od 30%), więc mimo wszystko poziom jest bardzo wysoki. I nie myślcie sobie, że dało się ściągać (przynajmniej ja nie potrafiłam) - nie dość, że wszystko było nagrywane, to jeszcze była jakaś blokada (mogłam 3 razy przełączyć okno - potem już się test blokował, na szczęście tylko raz palec zjechał mi z klawisza "Z" na wywoływanie "Startu").

środa, 22 czerwca 2022

1444. 50 Paralekkoatletyczne Mistrzostwa Polski w Szczecinie

W długi weekend miałam okazję po raz kolejny odwiedzić Szczecin. Trudno jednak mówić o turystycznym aspekcie wyjazdu, którego głównym celem był udział w jubileuszowych, 50 Paralekkoatletycznych Mistrzostwach Polski, których gospodarzem był szczeciński oddział ogólnopolskiej sieci klubów zrzeszających niepełnosprawnych sportowców - "Start". 
50 lat. Tak niewiele w historii całego sportu, a zarazem tak dużo, z perspektywy rozłamu w stronę wyłonienia sportu niepełnosprawnych ruchowo, niewidomych i niedowidzących(ponieważ w 98% osoby z tego typu niepełnosprawnością stanowią zawodników "Startu"). Sam "Start" został powołany zaledwie 20 lar wcześniej. Łatwo się domyśleć, że na początku jego istnienia, sport miał charakter bardziej rekreacyjno - rehabilitacyjny. Dopiero z czasem przybrał formę rywalizacji. I taką ma do dzisiaj.
Katowicki oddział "Startu" w tym roku reprezentowało 5 zawodników. Jednym z nich byłam ja. Na tą okazję prezes udostępnił nam nawet busa. Miało to swoje plusy, miało też minusy. Osobiście na tak dalekie trasy wolę jednak pociąg. Ale nie wszyscy mogą jechać pociągiem.
Prawie cała nasza ekipa(bez Ślązaka)
Z DG wyjechaliśmy po godzinie 9:30. Co prawda nie wzięłam udziału w Mszy świętej z procesją, ale za to poszłam na poranną Eucharystię. Dzięki temu i wilk był syty, i owca cała. Następnie zatrzymaliśmy się pod dworcem PKP w Kato, skąd odbieraliśmy Miśka, który musiał dojechać z Kędzierzyna - Koźla, oraz pod Piekarami Śląskimi, gdzie wsiadał Ślązak. A potem jechaliśmy już prosto na północ naszego kraju(no, prawie, bo po drodze mieliśmy z 3 postoje).
Droga ze Śląska do Szczecina trwała ok. 9 godzin. Większość czasu upłynęła mi na czytaniu ostatniej części sagi "Spacer Aleją Róż" Edyty Świątek zatytułowanej "Powiew ciepłego wiatru", część na gadaniu z Młodszą, Miśkiem i Gaciochem, a część po prostu na podziwianiu widoków za oknem.
W tym roku wylądowaliśmy w hotelu w mieście oddalonym o jakieś 15 km od samego Szczecina. W zasadzie nie było najgorzej, pomijając dojazdy i nieogarniającego rzeczywistości Trenera(za to bez przerwy klikającego w swojego smartfon'a - nie czepiam się, ale po coś z nami przyjechał). Do mieszkania z Młodszą i jej wybryków już się przyzwyczaiłam. Jedynym minusem tego wszystkiego był brak możliwości swobodnego pozwiedzania Szczecina, ale przecież nie można mieć w życiu wszystkiego.
Teoretycznie cały piątek miałam wolny, bo mój start na 100 m. przewidziany był dopiero na sobotnie popołudnie i mogłabym wyrwać się na miasto(i tak musiałam przyjechać na szczeciński stadion, bo na nim przewidziany był obiad). Jednak jak już pisałam - Trener dosłownie nie ogarnia realistycznej rzeczywistości i to ja musiałam wspierać tych, którzy tego dnia mieli starty. W piątek Młodsza zdobyła pierwszy dla naszego klubu brązowy medal w pchnięciu kulą. Po jej ceremonii koronacji wróciliśmy na kolację do hotelu. Potem chcieliśmy iść na bilarda z nowo poznanym kolegą, jednak na miejscu okazało się, że jest on już zarezerwowany. Udaliśmy się więc na miasto, a następnie do naszego pokoju. I tutaj Młodsza znowu podniosła mi ciśnienie - zaprosiła do nas swojego nowego kolegę, po czym poszła nie wiadomo gdzie. Mija 10, 15, 30 minut - jej nie ma, a chłopak siedzi. Dzwonię do niej, o dziwo zostawiła telefon w pokoju. Mnie coraz bardziej chce się spać, a głupio jest mi wyprosić człowieka. W końcu poprosiłam o pomoc mamę Gaciocha, która taktownie to zrobiła. O której wróciła Młodsza? Nie wiem. Grunt, że rano spała już w łóżku. Swoim łóżku.
Przed startem
W sobotnie popołudnie miałam swój start. Od rana byłam w dosyć bojowym nastroju, chociaż to u mnie jest normą. Z nerwów obudziłam się dosyć wcześnie, ale akurat miałam czas, aby jeszcze przed śniadaniem spakować swoje rzeczy w plecak. Wszak po starcie miałam zbierać sią w kierunku dworca PKP. Na drugi dzień biegłam w Kato w "Biegu Bohaterów"(a wcześniej siedziałam na depozycie), a to był jedyny sposób, aby dotrzeć na Śląsk o w miarę rozsądnej porze(o ile godzinę 4:40 rano, o której pociąg wjeżdżał na peron w Kato, można uznać za rozsądną). Oczywiście musiałam robić to w miarę cicho, aby nie obudzić współlokatorki. Na szczęście nie miałam zbyt dużo rzeczy, toteż poszło mi to w miarę szybko i sprawnie. Potem szybkie śniadanie i można było jechać na stadion.
Start biegu kategorii T35-36(te liczby to sportowe symbole stopnia upośledzenia ruchu) przewidziany był na godzinę 15:06, 20 minut wcześniej trzeba było udać się do tzw. call roomu, aby potwierdzić swój udział w nim. Jak to bywa w takich sytuacjach, czas dłużył się niesamowicie. Tym bardziej, że na stadion przyjechaliśmy przed 12. Do obiadu siedziałam na stadionie i obserwowałam poczynania Młodszej. Po obiedzie zostałam już w środku stadionu. Chwilę odpoczęłam i zaczęłam się na spokojnie rozgrzewać. Właśnie tego mi brakowało podczas mitingu w Tarnowie - takiego czasu na solidną rozgrzewkę(nie ukrywajmy, nie da się rozgrzać w niecałe 5 minut!). Następnie odhaczyłam się na liście i wraz z pozostałymi zawodniczkami weszłam do strefy, gdzie czekałyśmy na wyprowadzenie. To nieco się przedłużyło, ponieważ nikt nie chciał nas niepotrzebnie wyprowadzać w największy skwar. A wiecie, im dłużej się na coś czeka, tym bardziej Lolek się denerwuje. W dodatku bliźniaczki z którymi już nie raz biegłam były tak pewne swojego zwycięstwa nade mną, że nie omieszkały tego wyrazić na głos. Tak, biegam od nich wolniej, ale mam też większy stopień uszkodzenia ruchu i niższą grupę sportową. Zresztą, być może ostatni raz biegam w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Niech no tylko ruszy ta sekcja RR...
Przed startem
W końcu nadeszła pora naszego startu. Zostaliśmy wyprowadzeni na płytę, gdzie zajęliśmy odpowiednie tory. Akurat nasze grupy startowe mają ten przywilej, że mogą startować albo ze startu niskiego(z bloków), albo z wysokiego. Ja zawsze startuję z wysokiego. Komentarz startera, wystrzał z pistoletu i ruszyliśmy przed siebie. 24,76 sekund to może nie jest mój najlepszy czas, ale poprawiłam go o sekundę od startu w Tarnowie. Zresztą, jakbym miała porządne treningi, podczas których bym biegała, a nie robiła jakieś dziwne rzeczy, to może i czasy miałabym lepsze. Nawet Młodsza przyznała, że sama by była sfrustrowana na moim miejscu. Ale tak jak wspominałam - po wakacjach ma ruszyć u nas RaceRunning, może tutaj nie będę wiecznie ostatnia...
Po starcie chwilę odpoczęłam, po czym, korzystając z okazji, że chłop nie klika w telefon, oznajmiłam szanownemu panu Trenerowi, że wracam do Kato. Mówiłam mu to już dzień wcześniej, ale nie skumał o co chodzi(dlatego tak piętnuję jego ciągłe siedzenie z nosem w smartfonie, bo wtedy nic do niego nie dociera, a nie ukrywajmy, mnie jednak trzeba słuchać, żeby zrozumieć). Popatrzył na mnie jak na idiotę, ale nic nie skomentował. Powiedziałam mu tylko, że to siła wyższa, nie wchodząc w szczegóły.
Na dworzec PKP podjechałam najpierw tramwajem, a następnie autobusem. Gdybym nie miała podręcznego worka i lepiej znała miasto, z tramwaju na dworzec poszłabym pieszo, co nieco przy tym zwiedzając. Strach przed zagubieniem się był jednak zbyt duży, no i ciążył mi bagaż. Trochę nie pomyślałam, bo po zakupie biletu miałam jeszcze ok. 2 godzin do odjazdu. Mogłam zostawić rzeczy w schowku i przejść się po najbliższej okolicy. Mądry Polak po szkodzie. Z drugiej strony nie wzięłam ze sobą aparatu fotograficznego, a mój telefon po prostu go nie posiada. Może następnym razem. Nie oznacza to jednak, że się nudziłam - w bagażu miałam notatki na egzaminy, które wypadają w tym tygodniu. Powtarzałam więc sobie materiał. 
Wreszcie nadjechał pociąg. Co prawda kupowałam bilet w ostatniej chwili i nie miałam gwarancji miejsca, jednak to się jakoś znalazło. I chociaż mogłabym przeżyć tych kilka godzin siedząc na podłodze w wagonie, jak wielu innych pasażerów, to jednak miejsce w przedziale było bardziej komfortowe. Na początku przysłuchiwałam się rozmowie sympatycznej starszej pani z moim rówieśnikiem, a kiedy ona wysiadła, po prostu poszłam spać. Za Wrocławiem obudzili mnie jacyś ludzie, którzy chyba też nie mieli miejscówek ani... taktu. Ja wiem, że wyglądam niezbyt atrakcyjnie, ale to nie oznacza, że ktoś ma mnie wyśmiewać. W dodatku miałam wrażenie, że ich "uwieram" moją obecnością, bo nie mogą się wygodnie w nim rozłożyć. Ale ja akurat zajmowałam pojedyncze siedzenie w kącie przedziału, więc nie rozumiem o co im chodziło. Niech się cieszą, że znaleźli miejscówkę. Zresztą mam wrażenie, że gdyby nie ja to przedział zostałby zamknięty na klucz wraz z opuszczeniem go przez staruszkę i wtedy byliby skazani na korytarz, więc trochę kultury. Dobra, są ludzie i ludziska, na szczęście tych drugich spotykam na mojej życiowej drodze coraz mniej.
Do Kato przyjechaliśmy z opóźnieniem. Wysiadłam z pociągu i skierowałam swoje kroki w kierunku ul. Piotra Skargi. Akurat stał autobus jadący w moją stronę. Wsiadłam do niego i walcząc z sennością zmierzałam w kierunku miasta, w którym mieszkam. Traf chciał, że jego trasa wiodła przez pół S-ca, więc jechał długo, jednak nic innego o tej godzinie(przed 5 rano) nie było. Po opuszczeniu pojazdu na odpowiednim przystanku musiałam jeszcze zmusić się, aby dotrzeć do mieszkania, w którym mieszkam. Tam powitała mnie Pusia(sowicie odkarmiona przez sąsiadkę) oraz upragnione łóżko. Prawdę powiedziawszy dałam tylko Puśce jeść, nastawiłam budzik na 9 i tak jak byłam poszłam spać. W końcu szykowała mi się równie intensywna niedziela, przed którą chciałam choć trochę odpocząć.

poniedziałek, 20 czerwca 2022

1443. "Bieg Bohaterów" w 100-lecie przyłączenia Śląska do Polski

Dzisiaj rano pisałam kolejny egzamin - tym razem z historii wychowania. Łatwo nie było, tym bardziej że materiał sięgał jeszcze w czasy istnienia starożytnej Mezopotamii. No i nie ukrywajmy, pytania były bardzo szczegółowe. Może piątki z tego nie będzie, ale i nie przewiduję poprawki. Jeszcze tylko dotrwać do przyszłego poniedziałku, kiedy mam część ustną egzaminu z języka niemieckiego i... witajcie wakacje! No bo nawet jeżeli podwinie mi się na czymś noga, to raczej nie będzie koniec świata. Nauczę się na termin poprawkowy i mam nadzieję, że wtedy zdam.
I pomyśleć, że jeszcze wczoraj biegłam w "Biegu Bohaterów" zorganizowany z okazji 100-lecia przyłączenia Górnego Śląska do Polski. Dzisiaj po raz pierwszy obchodzone jest to nowo ustanowione święto. Jednak na dzień biegu wybrano niedzielę, co jest w zasadzie logiczne, zważając na to, że w tygodniu ludzie mogliby aż tak licznie nie przybyć. Tymczasem na starcie zameldowało się ponad 1750 biegaczy, z czego sporą część stanowili Ukraińcy. Co prawda dystans nie był specjalnie długi, raptem 4,2 kilometra, jednak taka ilość osób i tak robi wrażenie.
Udział w biegu, a wcześniej siedzenie w depozycie, gdzie udało mi się załapać w ramach wolontariatu, okazał się dla mnie nie lada wyzwaniem. Bo oprócz tego, że musiałam się na niego zapisać, wysłać zgłoszenie na wolontariat, opłacić swój udział, to jeszcze musiałam z soboty na niedzielę dotrzeć do stolicy Górnego Śląska z drugiego końca Polski. Tak się bowiem złożyło, że w miniony długi weekend w Szczecinie odbywały się 50 Paralekkoatletyczne Mistrzostwa Polski, w których też brałam udział. Cała ekipa wracała busem w niedzielę, ale w takim wypadku nie mogłabym wziąć udziału w biegu. Na szczęście udało mi się jeszcze kupić bilet na nocny pociąg, dzięki czemu mogłam połączyć jedno z drugim. 
Ponieważ wcześniej nie miałam jak, swój pakiet startowy odebrałam w niedzielne przedpołudnie. Rok temu całe przedsięwzięcie miało miejsce w katowickim Spodku, teraz jednak z powodu przygotowania obiektu pod Światowe Forum Miejskie(gdzie też mi się udało dostać na wolontariat), biuro zawodów zostało przeniesione do gmachu Muzeum Miejskiego. Tak właściwie to jeszcze mnie tam nie zawiało, na szczęście wszystko było bardzo dobrze oznaczone. Po dotarciu do biura zawodów odebrałam mój pakiet startowy oraz życzenia powodzenia w biegu. Na pakiet zawodnika składał się numerek startowy, koszulka techniczna, zakładka do książki, frotowa opaska na rękę oraz worek.

Tegoroczne koszulki(źródło grafiki)
Wolontariusze depozytu mieli swoje spotkanie dopiero o 16:15, zaś sam depozyt działał od 17:00 do 18:00. Tutaj znowu otrzymałam koszulkę techniczną(ale z zeszłego roku), którą narzuciłam na tą, w której biegłam oraz identyfikator. A ponadto mazaki, naklejki oraz worki na rzeczy, które startujący nam zostawiali. Miałam bojowe zadanie - wypisywanie ich numerów startowych. A potem drugi wolontariusz naklejał je na worki i podawał kolejnemu, stojącemu w autobusie, a ten już kładł go zgodnie z kolejnością. Jednym z ostatnich bagaży był mój plecak, do którego wrzuciłam wierzchnią koszulkę i identyfikator. Autokar z pozostałymi wolontariuszami i depozytem odjechał w kierunku Parku Śląskiego, gdzie była meta biegu, a ja poszłam pod słynny Pomnik Powstań Śląskich, skąd którego startowaliśmy.
W zeszłym roku start biegu był o godzinie 16:00, ale z powodu pandemii, startowaliśmy w grupach co 5 minut. To nie było mądre rozwiązanie - nie dość że żar się lał z nieba, to jeszcze z powodu tego, że większość trasy biegliśmy po asfalcie, wszystko to odbijało się od powierzchni. Większość z nas dobiegła na metę podwójnie zmęczona: trasą i upałem. W tym roku start odbył się ponad dwie godziny później, co uważam za dobry pomysł - nie dość, że nie było już takiego gorąca, to jeszcze, po przebiegnięciu mniej niż połowy dystansu, można się było osłonić w cieniu dawanym przez zmierzające ku zachodowi słońce.
Do tego momentu trzeba było jednak dobiec. Po wystartowaniu o godzinie 18:15 spod wspomnianego Pomnika Powstań Śląskich obiegliśmy 3/4 charakterystycznego ronda w centrum miasta i pobiegliśmy trasą w kierunku Chorzowa. Ruch na ulicy oczywiście był na czas wydarzenia wstrzymany, więc kierowcy musieli albo jechać jakimiś bocznymi ulicami, wiaduktami i tunelami albo czekać, aż przebiegnie ostatni zawodnik. Tak samo wstrzymany był ruch na przejściach dla pieszych. Wydawać by się mogło, że takie rozwiązanie wyprowadzi ich z równowagi. Tymczasem nawet kierowcy powychodzili ze swoich samochodów i pozytywnymi okrzykami dopingowali mijające ich osoby. 
Po przebiegnięciu pierwszego 1,5 kilometra drogą szybkiego ruchu skręcaliśmy w prawo, pomiędzy biurowcem Tauronu, a Centrum Handlowym "Silesia City Center"(wiem, że osobom nieznającym Katowic niewiele to mówi, ale po sesji i WUF planuję przejść się tą trasą i ją obfocić), w ulicę Ściegiennego. Tutaj to już w ogóle wstrzymano ruch tramwajowy, abyśmy mogli bezkolizyjnie przedostać się na drugą stronę torów. Oczywiście znowu do ostatniego biegacza. Ulicą Ściegiennego biegliśmy ok. kilometra. W przeciwieństwie do drogi szybkiego ruchu, tutaj budynki i drzewa przyjemnie osłaniały nas przed gorącymi promieniami słonecznymi. W dodatku od pewnego momentu było ciut z górki i nogi automatycznie niosły w dół. Od razu wstąpiły we mnie nowe siły, zresztą do mety pozostało już mniej niż połowa dystansu.
Na końcu ulicy Ściegiennego skręcaliśmy tym razem w lewo, w ulicę Krzyżową, która przechodziła w ulicę Bukową. Na skrzyżowaniu wspomnianych ulic oraz prawie prostopadle do nich leżącej ulicy Dębowej (zresztą ta dzielnica Katowic nosi nazwę Dąb) i ulicy Agnieszki został ustawiony wąż a'la strażacki, z którego tryskała kurtyna wody. Zmęczeni biegacze mogli się nieco ochłodzić przebiegając przez nią. Sama tak zrobiłam, co znowu nieco dodało mi sił. Przede mną było jeszcze ok. 1,2 km trasy.
Z Bukowej wbiegało się w małą boczną drogę, która prowadzi do Parku Śląskiego, a następnie ponownie skręcało w lewo, w ulicę Złotą. Teraz mieliśmy coraz więcej kibiców, którymi byli ludzie albo idący do Parku Śląskiego, albo z niego wracający. A ponieważ byłam raczej na końcu niż na początku peletonu, to dodatkowo dopingowali mnie(i oczywiście innych biegaczy) ci, którym udało już się ukończyć bieg.
W pewnym momencie trasa skręcała w aleję dojazdową. Ostatnie kilkaset metrów pokonałam w cieniu drzew. Na metę wpadłam 40 minut i ileś tam sekund po starcie, co oznacza, że poprawiłam swój wynik sprzed roku o 4 minuty. Miłe zaskoczenie, tym bardziej że specjalnie się nie przygotowywałam do tego biegu. Na mecie czekał na mnie medal i butelka wody. Tylko chyba stała ona w słońcu, bo była dosyć "ciepła". Nie marudźmy jednak - ważne, że była.
Medale tegorocznego biegu(źródło zdjęcia)
Po chwili odpoczynku poszłam szukać autobusu, w którym był depozyt. W końcu byłam w nim wolontariuszem i zawsze mogli potrzebować mojej pomocy. Na miejscu okazało się jednak, że największy boom już za nami, a teraz przychodziły tylko pojedyncze osoby. Szybko zamieniłam medal na identyfikator i założyłam tą drugą koszulkę - nawet jeżeli nie potrzebowali tak bardzo już mojej pomocy, to warto podkreślić swoją identyfikację z nimi.
Po wydaniu ostatniego bagażu kierowca autokaru odwiózł chętnych do Katowic. Wysiedliśmy pod głównym oddziałem ING w mieście. Tam każdy z nas otrzymał certyfikat wolontariusza i mogliśmy się rozejść, każdy w swoją stronę. Udałam się więc na ul. Skargi, z której odjeżdżają autobusy w moim kierunku. Akurat na stanowisku stał jeden z nich, w dodatku tzw. przyspieszony(mija Sosnowiec, a dzięki temu zaoszczędza ok. 20 minut jazdy, w każdym razie przejazd do mnie trwa ok. 30 minut). Co prawda zamknął mi drzwi przed nosem, jednak po tym, jak ktoś dobiegł i kilka razy łupnął w nie pięścią, na nowo je otworzył.
To był intensywny, ale piękny dzień! Znowu tysiące biegaczy wystartowało po to, aby uczcić kolejną ważną rocznicę dla naszego regionu. Ja też jestem zadowolona, może nie dobiegłam jako jedna z pierwszych, ale dobiegłam. W końcu "jeśli łatwo rezygnujesz - nie zwyciężysz. Wygrywasz wtedy, kiedy nie rezygnujesz nigdy"(Alex Schodman). Dla mnie zwycięstwem nie jest jakieś najwyższe miejsce na podium. W końcu miejsca są trzy, a biegaczy ponad tysiąc. Dla mnie zwycięstwem jest danie z siebie wszystkiego, co mogę dać w danej chwili. Mogę dobiec jako ostatnia, daleko za peletonem. Ale wewnętrznie będę wygrana - wszak miałam nigdy nie stanąć na nogi, a tym czasem biegam kilometrami. To się nazywa życiowe zwycięstwo. 

wtorek, 14 czerwca 2022

1442. Czy w getcie było miejsce na wróble?

Jedną z książek, jakie przeczytałam w ostatnim czasie jest "Wróbel w getcie" autorstwa Kristy Cambron. "Wróbel w getcie" jest drugim tomem cyklu "Ukryte arcydzieło". Jego pierwszy tom, "Motyl i skrzypce", przeczytałam dwa tygodnie temu. Książka wywarła na mnie pozytywne wrażenie i zmusiła do przemyśleń na temat wszelkich przejawów życia kulturalnego w obozach koncentracyjnych i gettach. Wiedziałam, że sięgnięcie po "Wróbla w getcie" jest kwestią czasu. A skoro pozycja była dostępna w zasobach Biblioteki Śląskiej, nie mogłam skorzystać z okazji i jej nie wypożyczyć. A potem szukać tych nielicznych chwil, podczas których mogłam tak po prostu zatopić się w lekturze książki.
Tytuł: "Wróbel w getcie"
Autor: Kristy Cambron
Wydawnictwo: Znak
Kraków 2021
Liczba stron: 384

Kiedy słyszymy słowo "getto" czy też "obóz koncentracyjny/obóz zagłady" najczęściej mamy przed oczami obraz nędzy i rozpaczy, współczesną apokalipsę będącą cmentarzem wielu niewinnych istnień ludzkich. Nikomu z nas nie nasunie się obraz dzieci, malujących kolorowe obrazki, robiących wycinanki czy też piszących zabawne wierszyki. Wszak dla nich dzieciństwo skończyło się wraz z dniem 1 września 1939 roku, jeżeli nie wcześniej. Tymczasem książka Kristy Cambron prezentuje zupełnie inny obraz dzieciństwa - takie, w którym jest miejsce na barwy pomimo szarości otaczającego świata.
Na kartach książki ponownie spotykamy Serę James oraz Williama Hanovera. Para bierze ze sobą ślub, w trakcie którego mężczyzna zostaje aresztowany pod zarzutem sprzedaży rzeczy, które do niego nie należały. To jednak nie jest prawdą i świeżo poślubiona kobieta zamierza to udowodnić. W ten sposób trafia na trop Sophie, dziewczynki, która została uratowana pierwszy raz przez skrzypaczkę Adele oraz po raz drugi - przez Czeszkę Kaję Makowską. 
Kaję poznajemy jeszcze przed wybuchem II wojny, kiedy zaczynają się prześladowanie ludności pochodzenia żydowskiego. Wraz z siostrą i jej mężem udaje jej się wyjechać z Pragi. Chociaż mają jechać do Palestyny, kobieta finalnie trafia do Londynu. Tam zastaje ją wybuch II wojny światowej. Wkrótce Kaja dostaje pracę w gazecie oraz poznaje Liama, w którym się zakochuje. Kiedy docierają do niej informacje o coraz większych prześladowaniach Żydów, postanawia wrócić do Pragi, aby uratować pozostałych w niej rodzice. Nie udaje jej się ich wywieść w bezpieczne miejsce, za to trafia do transportu wiozącego praskich Żydów do getta w Terezinie. Tam dostaje za zadanie zająć się dziećmi, które nie nadają się jeszcze do pracy oraz zaopiekowanie się małą Sophią, która jest dziewczynką ocaloną przez bohaterkę "Motyla i skrzypiec" - Adele. Chociaż warunki w getcie są skromne, Kaja tworzy coś na wzór przedszkola. Podczas zajęć dzieci malują, rysują, robią wycinanki. Dzięki temu chociaż na chwilę zapominają o otaczającej ich rzeczywistości. Z czasem Kaja nawiązuje znajomość z Danem, nazistą, który jednak zachowuje się bardziej ludzko w stosunku do Żydów niż jego współtowarzysze. Czy jednak Kaja będzie potrafiła mu zaufać?
Po raz kolejny kończę książkę autorstwa Kristy Cambron z masą przemyśleń. Wiem, że getto w Terezinie było jednym z "lepszych" gett utworzonych przez nazistów. To tam przebywał i tworzył Petr Ginz, o którym już wspominałam na blogu. Z drugiej strony wszystkie dążyły do jednego - pozbycia się problemu, za jaki uważany był naród żydowski, co zresztą zostało pokazane wiele razy na łamach książki. Zadziwiająca więc dla mnie była postawa wszystkich tych, którzy za wszelką cenę chcieli ułatwić dzieciom pobyt w tym przedsionku piekła. "Wróbel w getcie" ma też swoją metaforyczną wymowę - co prawda nawiązuje do opowieści, którą Kaja usłyszała w dzieciństwie, ale czyż te wszystkie dzieci, które trafiły pod jej skrzydła nie były takimi wróbelkami? Małymi i bezbronnymi, a jednak dającymi wiele radości? Dlatego odnalazłam w niej wiele nadziei, mimo wszystko. 
I na koniec pozwólcie że podzielę się z Wami cytatem, obok którego nie można przejść obojętnie: "Kaja mocniej przycisnęła do piersi teczkę pełną dziecięcych rysunków. I pomyślała o przyszłości, która będzie wyglądać inaczej, niż teraźniejszość. Takiej, w jakiej Niemcy i Żydzi nie będą już wrogami, a wróbelki Boga będą troszczyć się o siebie nawzajem. W której nie będzie miejsca na nienawiść, bo ludzie będą kochać i pielęgnować w sobie dobroć. I w której to ludzie, a nie rysunki, i czerwone kwiaty zamiast karabinów będą świadkami tego, jak świat zmienia się na lepsze".