Gdzieś pomiędzy uzupełnianiem notatek z wykładów na jednym i na drugim kierunku, wypisywaniem kolejnych raportów z wizyt studyjnych, powolnym, aczkolwiek sukcesywnym, zapełnianiem stron mojej pracy dyplomowej z Nauk o Rodzinie, nauką języka angielskiego (ksiądz, który będzie błogosławionym podziałał w tej dziedzinie niezwykle motywująco) oraz mozolnym powtarzaniem materiału, jaki powinnam sobie przyswoić w tym semestrze, czyli tym, na czym mijają mi weekendy od mniej więcej czterech tygodni, udało mi się wysupłać czas na pomoc w organizacji VIII już edycji "Siemianowickich Nocnych Marków". To już moje drugie "Siemianowickie Nocne Marki" i któraś z kolei współpraca ze wspaniałym zespołem "MKTeam", który jest głównym organizatorem wydarzenia. Swoją drogą, już tak wsiąknęłam w wolontariat, że sama się zaczęłam gubić w tym, w czym ostatnio brałam udział. Dobrze, że staram się o większości z nich tutaj Wam opowiadać - przynajmniej mam się do czego odnieść i gdzie to sprawdzić.
Takim powodem do zorganizowania biegu był zbliżający się Halloween. Z jednej strony nie jestem zwolennikiem tych wszystkich amerykańskich świąt. Ktoś obchodzi walentynki czy też wspomniany Halloween, ok, niech obchodzi. Ani tego nie potępiam, ani nie oceniam. Ale mnie jednak do samego świętowania z tego powodu nie ciągnie. No, chyba że ma to być bieg (i to niech będzie ta przysłowiowa druga strona), bo jak zdążyliście się przekonać - bieganie to coś, co kocham i co się stało moim sposobem na życie. I naprawdę uważam, że Walentynki czy też Halloween mogą być takim samym powodem do zorganizowania go, jak wspomnienie św. Jana Bosko, czy też rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości.
Jako "stały wolontariusz" byłam niemal pewna, że dostanę pozytywną odpowiedź zwrotną co do mojego wolontariatu w wydarzeniu. Ja znam już cały zespół organizatorski, a on zna mnie, wie w jakich obszarach się sprawdzam, a gdzie lepiej mnie nie przydzielać ze względów bezpieczeństwa. I tak też się stało, chociaż na początku nawet nie wiedziałam, gdzie tak właściwie mnie przydzielono. To miano mi powiedzieć na miejscu.
Siemianowicki Staw "Rzęsa" to jeden z miejskich terenów rekreacyjnych na terenie Siemianowic Śląskich. Otacza go park/las. Trochę skomplikowany jest tam dojazd, zwłaszcza komunikacją miejską, ale czego się nie robi dla chwili spaceru wśród ciszy i zieleni (albo innych kolorów, jeżeli zdecydujemy się na spacer np. jesienią, kiedy drzewa mienią się wieloma barwami). W takim właśnie krajobrazie po raz kolejny uczestnicy biegu przemierzali trasę 5 lub 10 km. Biegi te poprzedzone były biegami dla dzieci, które startowały odpowiednio na 50, 200, 400 i 800 m.
Chociaż nie mogę narzekać - moi nordind-walkingowcy wystartowali jako ostatni, o 18:05 (pięć minut po starcie biegu na 5 km). I dosyć ładnie rozłożyli się w czasie z odbieraniem pakietów, chociaż nie ukrywam, że ostatnie 30 minut przed biegiem było bardzo gorących. Doszło do tego, że tych ostatnich nawet nie było czasu wylegitymować - mam tylko nadzieję, że nikt nie pobiegł za kogoś innego.
Kiedy nording - walkingowcy wyruszyli w swoją 5-kilometrową drogę, jako biuro zawodów powoli zaczęliśmy się zbierać. Wcześniej jednak każdy z nas został poczęstowany mega-bułką zrobioną przez rodzinę organizatorów. W zasadzie to na miejscu byłam ok. 11:30 i od tego czasu nic nie jadłam, więc bułkę przyjęłam z wielką radością. A potem jeszcze poskładałam pudełka i powkładałam niewykorzystane chipy w jedno miejsce. No i jeszcze poodpinałam boczne ścianki z namiotu. Tyle mogę zrobić z moimi ograniczeniami.
Gdzieś w tle brzmiały komentarze konferansjerów, a także dekoracja najlepszych biegaczy i biegaczek w biegu i marszu nording - walking na 5 km. A ci, oprócz statuetek i nagród pieniężnych dostali też kilogram cukierków od firmy "Mieszko". Nagrodzeni zostali też Ci, którzy wykazali się największą kreatywnością w przebraniu - na trasie wszystkich biegów, także tych dla dzieci, roiło się od duchów, dyni, mumii, członków Rodziny Adamsów i innych halloweenowych akcentów. Jednym słowem, kreatywność biegaczy nie znała granic, zwłaszcza mężczyzn, którzy biegali w długich spódnicach.
Wyzwaniem okazał się nie sam wolontariat, ale wieczorny powrót do domu. Przerwa pomiędzy jednym, a drugim autobusem wynosiła ponad 1,5 godziny, nawet nie było sensu iść na inny przystanek, bo i tak do mnie jechał tylko jeden autobus. Już bardziej mi się opłacało iść na autobus do Katowic i dopiero z Katowic przesiąść się do autobusu jeżdżącego w moim kierunku. I tak też zrobiłam, dzięki czemu byłam o jakieś 20 minut szybciej w domu, niż w przypadku, gdybym jednak czekała na autobus mający mnie zabrać z Siemianowic.
I na koniec pokażę Wam co tym razem dostaliśmy w pakiecie wolontariusza. Bo chociaż sam wolontariat jest bezpłatny, to MKTeam ma zawsze dla nas jakieś drobne upominki. Tym razem był to napój Oshee, cukierki i baton od "Zoozoli", odświeżacz do powietrza, odblask na rękę, długopis oraz skarbonka w kształcie Toytoy'a. Niby nic, a cieszy.




