Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 31 października 2022

1487. Nie jestem zwolennikiem Halloween, ale...

Gdzieś pomiędzy uzupełnianiem notatek z wykładów na jednym i na drugim kierunku, wypisywaniem kolejnych raportów z wizyt studyjnych, powolnym, aczkolwiek sukcesywnym, zapełnianiem stron mojej pracy dyplomowej z Nauk o Rodzinie, nauką języka angielskiego (ksiądz, który będzie błogosławionym podziałał w tej dziedzinie niezwykle motywująco) oraz mozolnym powtarzaniem materiału, jaki powinnam sobie przyswoić w tym semestrze, czyli tym, na czym mijają mi weekendy od mniej więcej czterech tygodni, udało mi się wysupłać czas na pomoc w organizacji VIII już edycji "Siemianowickich Nocnych Marków". To już moje drugie "Siemianowickie Nocne Marki" i któraś z kolei współpraca ze wspaniałym zespołem "MKTeam", który jest głównym organizatorem wydarzenia. Swoją drogą, już tak wsiąknęłam w wolontariat, że sama się zaczęłam gubić w tym, w czym ostatnio brałam udział. Dobrze, że staram się o większości z nich tutaj Wam opowiadać - przynajmniej mam się do czego odnieść i gdzie to sprawdzić.

Takim powodem do zorganizowania biegu był zbliżający się Halloween. Z jednej strony nie jestem zwolennikiem tych wszystkich amerykańskich świąt. Ktoś obchodzi walentynki czy też wspomniany Halloween, ok, niech obchodzi. Ani tego nie potępiam, ani nie oceniam. Ale mnie jednak do samego świętowania z tego powodu nie ciągnie. No, chyba że ma to być bieg (i to niech będzie ta przysłowiowa druga strona), bo jak zdążyliście się przekonać - bieganie to coś, co kocham i co się stało moim sposobem na życie. I naprawdę uważam, że Walentynki czy też Halloween mogą być takim samym powodem do zorganizowania go, jak wspomnienie św. Jana Bosko, czy też rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości.

Jako "stały wolontariusz" byłam niemal pewna, że dostanę pozytywną odpowiedź zwrotną co do mojego wolontariatu w wydarzeniu. Ja znam już cały zespół organizatorski, a on zna mnie, wie w jakich obszarach się sprawdzam, a gdzie lepiej mnie nie przydzielać ze względów bezpieczeństwa. I tak też się stało, chociaż na początku nawet nie wiedziałam, gdzie tak właściwie mnie przydzielono. To miano mi powiedzieć na miejscu.

Siemianowicki Staw "Rzęsa" to jeden z miejskich terenów rekreacyjnych na terenie Siemianowic Śląskich. Otacza go park/las. Trochę skomplikowany jest tam dojazd, zwłaszcza komunikacją miejską, ale czego się nie robi dla chwili spaceru wśród ciszy i zieleni (albo innych kolorów, jeżeli zdecydujemy się na spacer np. jesienią, kiedy drzewa mienią się wieloma barwami). W takim właśnie krajobrazie po raz kolejny uczestnicy biegu przemierzali trasę 5 lub 10 km. Biegi te poprzedzone były biegami dla dzieci, które startowały odpowiednio na 50, 200, 400 i 800 m. 

Jednak zanim biegacze wystartowali na wybranym przez siebie dystansie, musieli odebrać swoje pakiety startowe. Każdy dostał swój numer startowy i jakieś upominki od sponsorów, a dorośli dodatkowo jeszcze chip przypinany do buta, który zmierzał im czas. Akurat ponownie zostałam przydzielona do biura zawodów, a więc wydawałam wszystkim (no, prawie wszystkim) startującym w Nording Walking ich pakiety. W zamian musiałam tylko zweryfikować tożsamość osobnika a także poprosić go o podpis w odpowiedniej lubryczce na zbiorowej liście. Dotychczas każdy zawodnik otrzymywał osobną karteczkę, teraz wszystko było na kilku kartkach. Miało to swoje plusy, ale i minusy - wiadomo było, że kartki się nie pogubią, ale jak się zebrało kilkanaście osób, którzy do ostatniej chwili czekali z odebraniem pakietu to też było ciekawie. 

Chociaż nie mogę narzekać - moi nordind-walkingowcy wystartowali jako ostatni, o 18:05 (pięć minut po starcie biegu na 5 km). I dosyć ładnie rozłożyli się w czasie z odbieraniem pakietów, chociaż nie ukrywam, że  ostatnie 30 minut przed biegiem było bardzo gorących. Doszło do tego, że tych ostatnich nawet nie było czasu wylegitymować - mam tylko nadzieję, że nikt nie pobiegł za kogoś innego. 

Kiedy nording - walkingowcy wyruszyli w swoją 5-kilometrową drogę, jako biuro zawodów powoli zaczęliśmy się zbierać. Wcześniej jednak każdy z nas został poczęstowany mega-bułką zrobioną przez rodzinę organizatorów. W zasadzie to na miejscu byłam ok. 11:30 i od tego czasu nic nie jadłam, więc bułkę przyjęłam z wielką radością. A potem jeszcze poskładałam pudełka i powkładałam niewykorzystane chipy w jedno miejsce. No i jeszcze poodpinałam boczne ścianki z namiotu. Tyle mogę zrobić z moimi ograniczeniami.

Gdzieś w tle brzmiały komentarze konferansjerów, a także dekoracja najlepszych biegaczy i biegaczek w biegu i marszu nording - walking na 5 km. A ci, oprócz statuetek i nagród pieniężnych dostali też kilogram cukierków od firmy "Mieszko". Nagrodzeni zostali też Ci, którzy wykazali się największą kreatywnością w przebraniu - na trasie wszystkich biegów, także tych dla dzieci, roiło się od duchów, dyni, mumii, członków Rodziny Adamsów i innych halloweenowych akcentów. Jednym słowem, kreatywność biegaczy nie znała granic, zwłaszcza mężczyzn, którzy biegali w długich spódnicach. 

Wyzwaniem okazał się nie sam wolontariat, ale wieczorny powrót do domu. Przerwa pomiędzy jednym, a drugim autobusem wynosiła ponad 1,5 godziny, nawet nie było sensu iść na inny przystanek, bo i tak do mnie jechał tylko jeden autobus. Już bardziej mi się opłacało iść na autobus do Katowic i dopiero z Katowic przesiąść się do autobusu jeżdżącego w moim kierunku. I tak też zrobiłam, dzięki czemu byłam o jakieś 20 minut szybciej w domu, niż w przypadku, gdybym jednak czekała na autobus mający mnie zabrać z Siemianowic.

I na koniec pokażę Wam co tym razem dostaliśmy w pakiecie wolontariusza. Bo chociaż sam wolontariat jest bezpłatny, to MKTeam ma zawsze dla nas jakieś drobne upominki. Tym razem był to napój Oshee, cukierki i baton od "Zoozoli", odświeżacz do powietrza, odblask na rękę, długopis oraz skarbonka w kształcie Toytoy'a. Niby nic, a cieszy.


Trzymajcie się ciepło.

czwartek, 27 października 2022

1486. Wspomnienie co wciąż we mnie tkwi

Październik, a wraz z nim nabożeństwa różańcowe powoli dobiegają do końca. Dzisiaj było ostatnie w tym roku nabożeństwo, podczas którego rozważano tajemnice światła. Prosto z pracy udało mi się zdążyć dojechać na nie do mojego parafialnego kościoła. Ze smutkiem spojrzałam na puste ławki i pomyślałam, że gdyby nie dwójka ministrantów, to nie byłoby na nim ani jednego dziecka. Z drugiej strony proboszcz sobie umyślał, że dzieci mogą chodzić na nabożeństwa w poniedziałki, środy i piątki, a tak w ogóle to na początku tygodnia rozdaje kontrolki na cały tydzień, więc motywację do chodzenia też mają małą. W ogóle zastanawiam się, gdzie się podział organista, gdzie się podziała schola, gdzie się podziała ta radość i zaangażowanie. Z rozrzewnieniem wracam pamięcią do czasów mojej młodości, kiedy z radością biegało się na nabożeństwa, nawet prosto ze szkoły, jeszcze z plecakiem na plecach. Kiedy w ostatniej chwili szukało się miejsca w pierwszych ławkach. Kiedy przed nabożeństwem ulubiony ksiądz Józio sprawdzał znajomość poszczególnych tajemnic, albo uczył jakiejś ciekawej pieśni. Ale jest też taka jedna sytuacja, która szczególnie utkwiła mi w sercu i w pamięci. 

Kiedy w szkole podstawowej uczęszczałam na nabożeństwa różańcowe, jeszcze w pierwotnym kościele usytuowanym w baraku, za każdym razem na ich rozpoczęcie śpiewaliśmy wraz z organistą piosenkę "Jak paciorki różańca przesuwają się chwile". Organista co prawda był już wiekowy, jednak werwę do śpiewania miał taką, że jak już zaczął, to i ściany drżały, i serce się radowało i wszyscy dołączali się do niego. Na początku każdego października wraz z księdzem Józiem przypominał stałym bywalcom nabożeństw oraz uczył nowe dzieci wspomnianej piosenki. A robili to tak skutecznie, że już po paru dniach wszyscy bardzo dobrze znaliśmy zarówno słowa zwrotek, odpowiadające treścią tajemnicom różańca odmawianym danego dnia, jak i sam refren: 

"Jak paciorki różańca przesuwają się chwile
Nasze troski, radości i blaski.
A ty Bogu je zanieś połączone w różaniec,
Święta Panno Maryjo pełna łaski
"

W dni, w których rozważano tajemnice radosne, śpiewaliśmy:

"My też mamy małe zwiastowania,
My też czekamy twego nawiedzenia,
My też Jezusa z drżeniem serc szukamy,
W tajemnicach radosnych módl się za nami!
"

W dni, w których rozważono tajemnice bolesne, rozlegał się śpiew:

"Ty też płakałaś i doznałaś trwogi,
I jak nikt poznałaś nasze ludzkie drogi,
Gdy nas mrok otoczy, nie jesteśmy sami,
W tajemnicach bolesnych módl się za nami!
".

Natomiast wtedy, kiedy przychodziła pora rozważania tajemnic chwalebnych, nasze dziecięce głosy łączyły się w jedność śpiewając:

"I my także mamy swą ojczyznę w niebie,
Tam w pełnym blasku zobaczymy Ciebie,
Tam w pełnym słońcu wszyscy się spotkamy,
W tajemnicach chwalebnych módl się za nami!
"

Jak zapewne wielu z Was pamięta, w 2002 roku papież Jan Paweł II, listem apostolskim "Rosarium Virginis Mariae" z dnia 16 października 2002 roku(tj. w 34 rocznicę pontyfikatu) dodał jeszcze jedną część różańca świętego, nazwaną Tajemnicami światła. Przedstawia ona działalność Jezusa Chrystusa zaczynając od chrztu janowego w Jordanie, a kończąc na ustanowieniu Eucharystii. Nie pamiętam jednak, czy zaczęto ją odmawiać od razu, czy dopiero w następnym roku. I raczej do tego sama nie dojdę, bo na nabożeństwa do nowo wybudowanego kościoła przenieśliśmy się na dobre na wiosnę 2005 roku, a więc zarówno w 2002, jak i w 2003 roku nabożeństwa różańcowe odbywały się jeszcze w baraku. Nie mógł to być też 2004 rok, ponieważ przed wakacjami ksiądz Józiu został przeniesiony na inną parafię.

Pewnego razu przed kolejnym nabożeństwem różańcowym ksiądz zaproponował wszystkim, aby spróbowali dopisać czwartą zwrotkę do śpiewanej przez nas piosenki, która swoją treścią nawiązywałaby do Tajemnic Światła. Nie było to obowiązkowe, ale chętnym zaproponował szóstki z religii (uczył w szkole należącej okręgowo pod parafię). Co prawda nie uczęszczałam już do niej, ale ziarenko zostało zasiane. Zresztą, co tam szóstka, bardziej liczyła się dla mnie zabawa, a zwłaszcza wymyślanie i układanie całego tekstu, tak, aby wszystko mi się z sobą zgadzało. Wena mnie dopadła, a jakże inaczej, na treningu. Po nim szybko wyciągnęłam brudnopis i zapisałam sobie mój pomysł. 

I my też mamy nasz chrzest w Jordanie,
I my też jest jesteśmy na weselu w Kanie.
Twego przemienienia co dzień jesteśmy świadkami.
W tajemnicach światła módl się za nami.

Jeszcze tego samego dnia zaniosłam karteczkę księdzu, który przeczytał ją, pokiwał głową i schował do kieszeni. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na koniec miesiąca zostałam wywołana na środek. Okazało się, że tylko ja podjęłam się tego wyzwania i ułożyłam zwrotkę do piosenki. Nagrodzona zostałam osobistymi gratulacjami księży oraz książeczką z tajemnicami różańca i samym różańcem. Ksiądz dotrzymał też słowa z szóstką z religii - skontaktował się z moim księdzem katechetą i opowiedział o całym zdarzeniu.

I tak jeszcze raz sobie na koniec dzisiejszego nabożeństwa pomyślałam, że może za naszych czasów nie było jakiś materialnych nagród za uczestnictwo w nabożeństwach, właściwie kontrolki zbieraliśmy dla własnej przyjemności. Ale było czuć tego ducha wiary. A i czasami wymyślali coś, aby nas zaktywować. Trzymajcie się ciepło.

niedziela, 23 października 2022

1485. Popłynęli w jednym sportowym duchu - XV Memoriał Maćka Maika

Będąc na wrześniowym Memoriale Witolda Dłużniaka w Wiśle, jakoś tak zgadaliśmy się z Prezesem naszego klubu sportowego na temat mającego się odbyć w październiku w Tychach Memoriału Maćka Maika, którego klub jest głównym organizatorem. Już od kilku lat miałam zamiar zapytać się go, czy nie potrzebują jakiejś pomocy, no ale wiecie jak to jest - najciemniej pod latarnią. I w zasadzie poniekąd jest to racja, bo kiedy wyszłam z inicjatywą, to tylko skrzywił się i stwierdził, że przecież przy tym jest dużo pracy i biegania. Super, że mi powiedział, bo tego nie wiedziałam (przeczytajcie to w kontekście ironii)... Młodsza podsłuchała i podłapała temat, że ona też by chciała pomóc. Na jej pomoc był jednak chętny. No, ale chyba żeby mnie nie było przykro to zgodził się też na moją obecność. 
Kim był Maciek Maik? Chłopakiem z sąsiedztwa, uczniem liceum, wspaniałym przyjacielem. A nade wszystko utalentowanym tyskim pływakiem, który podczas Igrzysk Paraolimpijskich w Sydney nie tylko zdobył złoty medal w pływaniu na 100 m stylem grzbietowym, ale też ustanowił rekord świata w tej dyscyplinie w swojej kategorii startowej (grupa S10). Myślę, że dużo więcej dowiecie się o nim z poniższego filmu.
Od piętnastu lat w Tychach, na basenie, na którym Maciek trenował, odbywa się upamiętniający jego osobę memoriał pływacki. Znamienne jest to, że biorą w nim udział zarówno pełno, jak i niepełnosprawni pływacy. W tym roku, po dwóch latach ograniczonego uczestnictwa, spowodowanego pandemią, w zawodach wzięło udział ponad 200 zawodników z 26 klubów sportowych i stowarzyszeń. Każdy z nich brał udział w tych dyscyplinach, w których czuł się najlepiej. A było z czego wybierać, bo memoriał przewidywał start na dystansach 50, 100, 200 i 400 metrów stylami klasycznym, motylkowym, grzbietowym i zmiennym.
Nasze(mojej i Młodszej) zadania zaczęły się jeszcze przed rozpoczęciem sportowych zmagań. Prezes poprosił nas, abyśmy przyjechały do Tychów na godzinę 12:00. A ponieważ trudno jest pokonać trasę DG - Tychy bez przesiadki, najpierw musiałyśmy dojechać do Kato, a stamtąd pociągiem do Tychów. A w Tychach jeszcze trzeba było dojechać pod samą pływalnię, ale to już zrobiłyśmy trojlebusem.
Pod pływalnię podjechaliśmy o dwie godziny za wcześniej. Gdybym była sama to poszłabym zwiedzać okolicę. Ale z Młodszą się nie da. A nie chciałam jej zostawiać samej, co by czegoś nie wywinęła. Tak więc przez dwie godziny wysłuchiwałam jej "gorzkich żali" na otaczający nas świat. Naprawdę z ulgą przyjęłam fakt podjechania pod pływalnię klubowego samochodu z Prezesem w środku.
Dostałyśmy za zadanie noszenie rzeczy z auta na pływalnię, ustawianie manekinów w odpowiednim miejscu, potem "ubrania" ich w koszulki z poszczególnych edycji memoriału. Młodsza już po półgodziny miała dosyć i co chwilę mnie pytała, czy dużo jeszcze będzie do zrobienia. Ja rozumiem, że ona pojechała tam głównie dla zobaczenia się z koleżankami z pływania, ewentualnie zaplusowania u Prezesa, ale nie na tym to polega. W pewnym momencie Prezes nawet pytał się mnie, gdzie ona jest, skoro powinna być na basenie, ale nie chciałam już na nią donosić, że wyszła na zewnątrz zapalić. 
Na pływalnię powoli zaczęli schodzić się zawodnicy startujący w zawodach. Tuż przed otwarciem wywiesiłyśmy z Młodszą rozpiskę kto, o której i w jakiej konkurencji bierze udział. Samo otwarcie miało bardzo uroczysty i podniosły charakter. Prezes w przemówieniu przypominał sylwetkę Maćka Maika, jego zasługi i osiągnięcia, mama Maćka dziękowała wszystkim za inicjatywę, która trwa już od piętnastu lat. Następnie nastąpiło oficjalne zaprezentowanie tegorocznej koszulki i pamiątkowego medalu, które otrzymał każdy uczestnik memoriału.
Krótko po tym wystartowały pierwsze serie zmagań pływackich. Tak jak pisałam na początku, w zawodach (memoriał wchodzi w skład Parapływackiego GrandPrix) ramię w ramię pływali zarówno pełno, jak i niepełnosprawni pływacy. Zdarzały się więc starty, w których w jednej serii płynęli i jedni i drudzy, ponieważ głównym kryterium wystartowania w danej serii były "życiówki" uzyskane na danym dystansie. Dlatego najlepsi pływacy niepełnosprawni startowali z pełnosprawnymi, uzyskując całkiem dobre wyniki. 
Naszym głównym zadaniem podczas zawodów było przywieszanie na drzwiach prowadzących na pływalnię kartek z wynikami, toteż miałyśmy sporo czasu wolnego(wydruki dostawałyśmy dopiero po zakończeniu konkurencji). Młodsza spędzała go z koleżankami z pływania, ja natomiast wykorzystałam ten czas na podziwianiu zmagań pływaków. I, kurczę, zamarzyło mi się, aby powrócić do tego sportu. 
Niedziela w zasadzie wyglądała tak samo jak sobota, z tą różnicą, że działania rozpoczynałyśmy od godziny 8:00, a skończyłyśmy po 16. Bo wiecie, impreza skończyła się o 14:00, ale jeszcze trzeba było uprzątnąć ten cały bałagan. Czyli przenieść rzeczy z pływalni do samochodu Prezesa. Dobrze, że organizator zapewnił nam posiłek, przynajmniej mogłyśmy zjeść coś ciepłego w międzyczasie. Na koniec zawodu trzy pierwsze miejsca na poszczególnych dystansach i stylach, a w przypadku osób niepełnosprawnych i w poszczególnych grupach startowych, zostały uhonorowane drobnymi nagrodami.
Ciut zmęczona (jednak dojazd do Tychów bywa męczący) wróciłam z Młodszą do domu. W plecaku miałam "Stulecie Winnych. Początek", które udało mi się podczas tego turnee doczytać, więc mimo wszystko to podróżowanie nie było czasem zmarnowanym.


sobota, 22 października 2022

1484. Witamy panią Krystynę Bochenek w Galerii Artystów!

Pamiętacie jak pod koniec zeszłego roku trzy wpisy poświęciłam sylwetkom utrwalonym w "Galerii Artystów" na Placu Grunwaldzkim w Katowicach?*. Dla przypomnienia - Galeria Artystów jest inicjatywą, która ma przybliżyć wszystkim odwiedzającym skwer sylwetki ludzi sztuki w jakiś sposób związanych z regionem Górnego Śląska. Są oni wybierani przez samych mieszkańców Katowic, a ich popiersia umieszczono wzdłuż głównej alejki skweru. 
Ostatnio, idąc z Wydziału Teologicznego na Wydział Nauk Społecznych, a zarazem korzystając z tego, że tego dnia(w czwartek) miałam ciut więcej czasu pomiędzy jednymi zajęciami, a drugimi, no i oczywiście z pięknej pogody, postanowiłam przejść się wspomnianym traktem. Już wcześniej wyszukałam w sieci, że tegoroczny plebiscyt wybrała pani Krystyn Bochenek i to jej sylwetka powiększy panteon, nie wiedziałam tylko, czy popiersie zostało już umieszczone przy alei. Ten nadprogramowy spacer przyniósł mi twierdzącą odpowiedź. A więc Panie i Panowie goszczący na moim blogu - oto pani Krystyna Bochenek we własnym pomniku:
Krystyna Bochenek - Urodziła się w 1953 roku w Katowicach. Tutaj też ukończyła Uniwersytet Śląski na kierunku filologia polska. Przez lata była dziennikarką i publicystką w Polskim Radiu Katowice, a w latach 2002 - 2004 pełniła funkcję dyrektora kreatywnego Radia Katowice. W pracy dziennikarskiej zajmowała się upowszechnianiem kultury języka polskiego i promocją zdrowia. Od 2004 roku była senatorem z ramienia Platformy Obywatelskiej, natomiast od listopada 2007 roku była wicemarszałkiem Senatu. Jednocześnie była członkiem Komisji Spraw Emigracji i Łączności z Polakami oraz wiceprzewodniczącą Parlamentarnego Zespołu ds. Współpracy z Organizacjami Pozarządowymi, członkiem Rady Języka Polskiego przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk, przewodniczącą Komisji Języka w Mediach i Rady Śląskiego Funduszu Stypendialnego, pełniła też funkcję wiceprzewodniczącej Rady Programowej TVP Polonia. Inicjatorka ustanowienia przez Senat RP roku 2006 Rokiem Języka Polskiego. Inicjatorka ogólnopolskiego Dyktanda, które upowszechnia język polski w kraju i za granicą. Animatorka wielu zdarzeń medialnych i akcji charytatywnych na Śląsku. Współpracowała ze stowarzyszeniami i organizacjami działającymi na rzecz osób chorych i niepełnosprawnych. Jako członek Społecznego Komitetu wspierała działania na rzecz budowy nowej siedziby dla Hospicjum Cordis w Mysłowicach. W wielu publikacjach i działaniach propagowała życie wolne od dymu tytoniowego. Laureatka wielu nagród i wyróżnień. Pomysłodawczyni cyklicznej imprezy "Zjazd Krystyn", pozwalającej setkom kobiet o różnym statusie społecznym poznać odległe zakątki Polski. Zginęła śmiercią tragiczną, dnia 10 kwietnia 2010 roku, lecąc prezydenckim samolotem na uroczystości upamiętniające 70 rocznicę zbrodni katyńskiej.

* Jeżeli nie pamiętacie, nie trafiliście jeszcze na tego bloga, albo po prostu chcecie sobie je odświeżyć, to odsyłam Was >>TU<<, >>TU<< i >>TU<<

poniedziałek, 17 października 2022

1483. Słowo "ołtarz" znaczy "stół"

Dwa lata temu, tuż po ogłoszeniu narodowej kwarantanny, ktoś wszedł do naszej miejskiej bazyliki i powywracał ołtarz, połamał stojący przy nim krzyż i świece. Ogólnie były limity 5 osób na Mszy, ale kustosz tego uświęconego miejsca postanowił mimo wszystko zostawić je otwarte przez cały dzień. Nie chciał pozbawiać wiernych chociaż adoracji Najświętszego Sakramentu. Bo każdy mieszkaniec mojego miasta wie, że jeżeli chce w ciągu dnia nawiedzić jakąś świątynię, to z całą pewnością może to być Bazylika Najświętszej Maryi Panny Królowej Anielskiej, która jest otwarta od porannej do wieczornej Mszy świętej. 
To nie jest oczywiście tak, że wnętrze bazyliki jest pozostawione na ten czas same sobie i niech się dzieje wola nieba. Przez większość dnia któryś z księży siedzi w konfesjonale, a i w środku jest założony monitoring. Niestety to nie wystarczyło i w pewną marcową sobotę pijany mężczyzna wkroczył do środka kościoła, a efekt jego "wizyty" widać poniżej.

Bałagan dosyć szybko uprzątnięto, sprawcę czynu złapano. Jednak jakby nie patrzeć, miejsce sprawowania kultu zostało zbezczeszczone. Na prędce zorganizowano jakiś tymczasowy stół improwizujący ołtarz, wiadomo jednak było, że prędzej czy później parafia będzie musiała sprawić sobie ołtarz z prawdziwego zdarzenia.
Bo przecież ołtarz można porównać do najważniejszego miejsca w większości domów - stołu. Tak samo jak stół gromadzi członków rodziny i znajomych na posiłkach, tak też ołtarz gromadzi wiernych na Uczcie Pańskiej. Wiele kobiet wykorzystuje stół do przygotowania posiłków. Również na ołtarzu dokonuje się najważniejsza chwila podczas Mszy świętej - przemiana chleba w Ciało Chrystusa i wina w Jego Krew. Aż chce się powtórzyć za słowami jednej z pieśni: "Możesz wierzyć lub nie, to naprawdę dzieje się". Wiele stołów znajduje się na środku jadalni. I ołtarz umieszczany jest na środku, tak aby był widoczny dla każdego wiernego. O tym jak ważny jest to "mebel" niech świadczy to, że przed każdą Mszą świętą i po niej jest z czcią całowany przez sprawujących Eucharystię kapłanów. 
Kiedy po powrocie z Maratonu Trzech Jezior poszłam do bazyliki na wieczorną Mszę świętą, podczas ogłoszeń usłyszałam, że w pierwszą niedzielę października planowana jest uroczystość konsekracji kościoła. Trochę mnie to zaskoczyło, bo przecież świątynia została poświęcona równe 110 lat temu. Dopiero później ksiądz sprostował tą informację oznajmiając, że to nowy ołtarz zostanie konsekrowany. Co prawda w niedzielę 2 października od 5:30 byłam na wolontariacie podczas SilesiiMaratonu, miałam jednak nadzieję, że skończy się on na tyle szybko, że zdążę wrócić z Chorzowa do DG na godzinę 16:00. W ostateczności miałam wizję iść na Mszę do jakiegoś miejscowego Kościoła. Na szczęście misja depozyt zakończyła się po 14., a ja zmęczona ale szczęśliwa wracałam komunikacją miejską do domu.
Do świątyni dotarłam jakieś 10 minut przed uroczystością. Zasiadłam w ławce i czekałam na rozpoczęcie się Mszy. Ta zaś zaczęła się od procesyjnego wejścia księży, którzy ją koncelebrowali z biskupem na czele. Nie muszę Wam mówić, że wszystko miało niezwykle uroczysty i podniosły charakter, a na wydarzenie przybyli księża nie tylko z dekanatu, ale i z innych dąbrowskich parafii. O jego wyjątkowości świadczyło chociażby pokropienie wszystkich wodą święconą, odśpiewanie przez kantora(który też śpiewał psalm i sekwencję "Alleluja") Litanii do Wszystkich Świętych, okadzenie ołtarza po ofiarowaniu a także uroczyste "Te Deum" odśpiewane przez Lud Boży po obrzędach Komunii Świętej. Jednak najważniejsza chwila to ta pomiędzy homilią (nawiązującą do symboliki ołtarza oraz samego miejsca), a modlitwą wiernych, kiedy biskup namaścił ołtarz olejem, tak samo jak przed wiekami Bóg Ojciec namaścił swojego Syna Duchem Świętym i uczynił Najwyższym Kapłanem. Automatycznie przywędrowały do mnie obrazy z października 2005 roku, Roku Eucharystii, kiedy to nasza parafia została konsekrowana. Na koniec Mszy świętej delegacja księży oraz parafii podpisała specjalny akt poświęcenia ołtarza, żeby było dla potomnych.

Całość zakończyła się po niespełna dwóch godzinach. Zresztą już zaczęli schodzić się wierni na ostatnią, wieczorną Mszę świętą(z drugiej strony nie ukrywam, że jak tamtejszy ksiądz proboszcz się rozgada, to nigdy nie wiadomo kiedy zakończy). Na koniec każdy uczestnik uroczystości dostał pamiątkowy obrazek przedstawiający czczoną tutaj figurkę Matki Bożej Królowej Zagłębia(szczerze powiedziawszy to myślałam, że na wejście będą śpiewać lokalny hymn do tej Matki Bożej, ale poszli w tradycję i zaśpiewali "Królowej Anielskiej Śpiewajmy"), a za nią bazylikę z jej strzelistymi wieżami, których widok towarzyszy mi co dzień z okna od najmłodszych lat.
Nie muszę chyba mówić, że po szesnastu godzinach od wyjścia z domu oraz siedemnastu godzinach od pobudki wróciłam do niego ledwie żywa, za to pełna wrażeń. Trochę mnie tylko przerażało to, że nazajutrz wracałam po wakacyjnej przerwie na studia i to na godzinę 7:45, ale wierzyłam, że z Bożą pomocą jakoś dam radę :). A przy okazji w łepetynce ułożył mi się kolejny wiersz:

Jest taki stół

Jest taki stół,
na którym nigdy nie zabraknie Chleba,
co umocni mnie w każdym dniu życia.
Jest taki stół,
na którym stoi kielich z winem,
wyciśniętym z soczystych gron.
Jest taki stół,
za którym kapłan wznosi prośby
w imieniu całego ludu.
Jest taki stół,
gdzie co dzień staje się Największy cud,
przemiany Chleba w Ciało, a wina w Krew Najświętszą.
Jest taki stół,
co na środku świątyni,
i każdy go widzi.
Jest taki stół,
bo słowo "ołtarz" znaczy stół,
gdzie Bóg w Chlebie i Winie daje się nam codziennie cały...