Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 14 sierpnia 2023

1675. Iść, czy nie iść - oto jest pytanie

Pozostało jeszcze trochę czasu do zakończenia rekrutacji na studia II stopnia z Nauk o Rodzinie, a ja dalej mam dylemat, czy składać na nie papiery, czy też pozostać na poziomie licencjatu. Z jednej strony wystarcza mi on w zupełności do wykonywania mojego obecnego zawodu. Poznałam mechanizmy funkcjonowania rodzin, sposoby pracy z nimi oraz formy ewentualnej pomocy, czyli coś, na czym najbardziej mi zależało. Wiedzę pedagogiczną zdobywam na drugim kierunku, ale dzięki temu, że program studiów obejmował również elementy pedagogiki, jest mi po prostu łatwiej ogarnąć niektóre rzeczy. Z drugiej strony, ledwo obroniłam licencjat, ledwo odebrałam gratulacje, a już otrzymałam zaproszenie na studia drugiego stopnia. Ciekawa jestem, czy każdemu to proponują, czy tylko tym, którym obrona poszła całkiem nie najgorzej. 
Porównałam też plan studiów na UŚ-iu z planem tych samych studiów na UPJPII, gdzie wcześniej studiowałam. No i wyszło mi, że ten na UŚiu jest bardziej przystępny. Oczywiście nie wiem, czy w sytuacji, kiedy pracuję i w dodatku mam ograniczony dojazd do Krakowa (kiedy w nim studiowałam był bus jadący bezpośrednio z mojego miasta do grodu Kraka) podjęłabym się codziennego kursowania na tamten Uniwersytet. Podejrzewam, że nie. Chyba już jestem za stara na takie wyczyny. A może po prostu już się ustatkowałam. W każdym razie rzucenie okiem na to, co proponuje inna uczelnia wcale nie jest głupim pomysłem. W zasadzie oba Uniwersytety proponują podobne siatki zajęć, z tym że mają inne specjalizacje. No i na Śląskim nie ma projektów profilaktycznych do wykonania, jest też mniej zajęć w ostatnim semestrze. 
W zasadzie mam czas do połowy września, co zrobić z tym fantem. Tyle samo czasu mam mniej więcej na podjęcie decyzji, co do propozycji księdza, który będzie błogosławionym. Najgorsze jest to, że człowiek nawet nie ma się kogo poradzić. Od rodziny słyszę "rób co chcesz", znajomi raczej nie są wtajemniczeni, nie licząc kilkorga zaufanych i wiedzących na czym polega studiowanie. Nie wiem, najwyżej rzucę monetą, czy coś...

niedziela, 13 sierpnia 2023

1674. Wyglądem na pewno wpisałam się w ten bieg

Ledwo, ledwo zdążyłam odpocząć po wrażeniach, jakie przyniosła mi podróż do Lizbony i sam wolontariat na Światowych Dniach Młodzieży, a już jechałam na kolejny, tym razem podczas Letniego Biegu Zbója. Jeszcze w połowie lipca umówiłam się z organizatorami, że przyjadę, a nawet Rumcajs załatwił mi nocleg na miejscu, żebym nie musiała wracać na niego do domu, ani szukać czegoś w Bielsku - Białej.
Zastanawiałam się, czy nie pojechać tam już w piątek, ale nie udało mi się znaleźć noclegu z piątku na sobotę w cenie, która nie zbiłaby mnie z nóg. Ostatecznie stanęło na tym, że pojadę tam w sobotę z samego rana pociągiem, a potem będę próbowała jakoś dostać się na Błonia komunikacją miejską. I tak też się stało, w Kato wsiadłam po 7 w pociąg jadący do Bielska - Białej, a następnie przeszłam na odpowiedni przystanek, gdzie czekałam niecałą godzinę na autobus komunikacji miejskiej.
Na miejscu z jednej strony byli zdziwieni, że jednak dotarłam, a z drugiej wszyscy chcieli wiedzieć, co mi się stało z okiem, pod którym miałam niemałe limo. Wielu z nich myślało, że miałam jakąś przygodę w Lizbonie (wiedzieli o moim pobycie z fb). Tymczasem powód był bardziej prozaiczny - po powrocie do domu potknęłam się w kuchni i walnęłam kątem oka o szafkę. Wyglądałam trochę jak z plakatu "Bo zupa była za słona", ale z drugiej strony śmiano się, że swoim wyglądem przypominam trochę zbója, a więc wpisuję się w nazwę biegu.
Na wolontariacie podczas biegu jest raczej ta sama ekipa, a więc w większości wszyscy dosyć dobrze się znamy. Co ciekawe, nawet podczas mojego debiutu nie byłam taka zupełnie nieznana, ponieważ bardzo dużo osób mnie już znało z Maratonu Trzech Jezior, na którym też pomagaliśmy w organizacji oraz z... opowieści Bacy. W zasadzie dobrze, że każdy zna możliwości innych wolontariuszy, bo dzięki temu można jak najlepiej dobrać zadania dla każdego z nas. Ja tradycyjnie już pomagałam w Biurze Zawodów, a potem na mecie przy wydawaniu medali. Teoretycznie mogłam też dawać przybiegającym zawodnikom wodę, bezalkoholowe piwo oraz napój energetyczny, ale wszyscy wiedzą, że nie dałabym rady utrzymać w rękach trzech rzeczy. A przynajmniej wiedzą ci, którzy powinni.
Praca w biurze zawodów polega zaś na znalezieniu zawodnika na liście z odpowiedniego biegu (biegów zaś było 5), a następnie wydanie im pakietu startowego, na który składały się m.in. numerek i chip do pomiaru czasu każdego z nich. Z jednej strony wydawać by się mogło, że jest to praca łatwa i przyjemna, ale z drugiej strony trzeba być mega skupionym, aby nie pomylić pakietów. A o to jest ciężko, kiedy po ich odbiór ustawia się cała gromada tych, którzy zwlekają z tym do ostatniej chwili. Nie wydaje mi się jednak, aby ktoś dostał nie swój chip czy numerek, więc chyba cała ekipa wywiązała się z zadania wręcz wzorowo.
Pogoda dopisała, chociaż było dosyć upalnie, co przy dystansie 60 km po górach mogło dać się zawodnikom we znaki. Z drugiej strony trasa była w większości zacieniona, po drodze zawodnicy na punktach dostawali wodę i coca-colę do picia, były też soczyste owoce. Tak więc, nie było najgorzej. Chociaż podobno są tacy, co kochają biegać w upale i tacy, dla których wymarzonymi warunkami jest deszczowa pogoda. Sama nie wiem, w jakiej aurze ja wolę biegać... 
Cykl biegów zakończył się biegiem na 7 km w niedzielne południe. Trochę mi było przykro, kiedy został wydany ostatni medal, że to już koniec, ale z drugiej strony cieszyłam się, że właściwie nikomu po drodze nic się nie stało. Owszem, było kilka otarć i ran spowodowanych upadkami, ale powiedzmy to sobie szczerze - na takich biegach po górach mogło być o wiele gorzej. 

No i nikogo nie odstraszyłam widokiem mojego podbitego oka...

sobota, 12 sierpnia 2023

1673. Tym razem książka zabrała mnie swoją akcją do dalekiej Australii

Lubię książki i nie wyobrażam sobie bez nich życia, chociaż przyznam szczerze, że czasami jestem tak wykończona dniem, że po prostu nie mam siły po nie sięgnąć. Być może w ostatnim czasie poziom mojego czytelnictwa nieco spadł, nie mniej dalej jest to moja ulubiona rozrywka, bez której nie wyobrażam sobie życia. A na pewno byłoby ono o wiele bardziej uboższe. 
Nie wyobrażałam sobie tego, aby na swoją wyprawę na ŚDM w Lizbonie nie zabrać żadnej lektury. Wiedziałam, że będzie sporo do roboty, ale nic tak mnie nie wycisza przed snem, jak kilka stron książki. Sam wybór nie był prosty, ponieważ na półkach w regale mam sporo pozycji proszących się o przeczytanie (jeżeli ma ktoś patent na wydłużenie doby to chętnie skorzystam). W ostateczności zdecydowałam, że będzie to "Srebrna Zatoka" autorstwa Jojo Moyes'a, którą czytałam od kilku miesięcy i nie potrafiłam dotrzeć do końca. Od razu mówię - udało mi się ją skończyć czytać dopiero podczas lotu powrotnego.
Tytuł: "Srebrna Zatoka"
Autor: Jojo Moyes
Wydawnictwo: Znak Literonova
Kraków 2019
Liczba stron: 512

Jojo Moyes to brytyjska pisarka znana w naszym kraju chociażby z książek "Zanim się pojawiłeś", czy też "Kiedy odszedłeś". Tym razem autorka przychodzi do czytelników z propozycją "Srebrnej Zatoki", romansu, którego akcja rozgrywa się w czasach współczesnych w odległej Australii.
Ciepłe morze, gorące dni, przepiękne i malownicze plaże na wyciągnięcie ręki - któż z nas nie marzy o wakacjach w takich warunkach. Tymczasem ponad siedemdziesiąt letnia Kathleen ma to na wyciągnięcie ręki. Od lat prowadzi rodzinny hotel nad australijskim wybrzeżem. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu przeżywał on okres swojej światłości. Głównie za sprawą siedemnastoletniej wówczas Kathleen, której udało się złowić okazałego rekina. Teraz hotel odnotuje niewielką ilość gości w ciągu roku. Jednym z nich jest przybyły z Wielkiej Brytanii Mike, który chce wraz z firmą, w której pracuje, odkupić ten teren. Niespodziewanie zakochuje się w Lizie, siostrzenicy Kathleen, mieszkającej wraz z nastoletnią córką Hannah w Srebrnej Zatoce i pomagającej w prowadzeniu hotelu oraz ochronie delfinów, które są jedną z jego atrakcji. W przeszłości Liza straciła w wypadku młodszą córkę, przez co jest trochę nadopiekuńcza dla Hannah. Jak ta znajomość wpłynie na Mike'e i na Lizę? 
Książka nie należy do najcieńszych i w pierwszych rozdziałach wydawała mi się po prosu nudna. Jednak z czasem akcja nabierała tempa. Cała fabuła została napisana z perspektywy wielu osób, dzięki temu poznajemy różne punkty widzenia na dziejące się wydarzenia. Najbardziej zachwyciły mnie w niej opisy wszelakich akcji podejmowanych w celu uratowaniu populacji delfinów i humbaków, zamieszkujących okoliczne wody. Niektóre z nich zostały opisane w taki sposób, że miałam wrażenie, jakbym sama brała w nich udział. Jak dla mnie to dosyć oryginalny sposób na promowanie idei ochrony gatunkowej zwierząt.

piątek, 11 sierpnia 2023

1672. Wyjątkowa fotografia ze ślubu

Już niebawem w położonej na podkarpaciu Markowej odbędzie się beatyfikacja rodziny Ulmów, Założę się, że raczej każdy słyszał o tym, jak podczas II wojny światowej ukrywali w swoim domu Żydów. Zapłacili za to najwyższą cenę - cenę życia. I to nie tylko małżonkowie Józef i Wiktoria, ale też ich siódemka dzieci. Najstarsze miało niespełna osiem lat, najmłodsze w chwili egzekucji dopiero przychodziło na świat. Myślę, że o samych Ulmach jeszcze pojawi się tutaj notatka, bo włączenie ich w poczet błogosławionych będzie fenomenem na skalę krajowym pod wieloma względami.
Dziś chciałabym sięgnąć do początków ich wspólnej życiowej drogi, czyli do ślubu i wesela. Dzięki fotograficznej pasji Józefa zachowało się zdjęcie z tej uroczystości. Widać na niej nie tylko uśmiechniętych, świeżo upieczonych małżonków, ale i gości zaproszonych na ślub i wesele. Te zaś były niezwykle uroczyste o czym można wyczytać w jednym z artykułów zamieszczonych w sieci z okazji wypadającej w lipcu rocznicy tego wydarzenia. I to właśnie nim postanowiłam się dzisiaj z Wami podzielić.

Wyjątkowa jedność i bliskość. Niezwykły ślub Józefa i Wiktorii Ulmów.

7 lipca 1935 roku w domu Niemczaków, odbyło się wesele Wiktorii i Józefa Ulmów, a więc niedawno minęło 88 lat od tego dnia. Na zachowanej fotografii można się doliczyć ponad stu gości weselnych, stojących przed domem panny młodej. Nie ma się czemu dziwić, wcześniejsze koligacje rodzinne były rozległe i liczne. Zanim jednak doszło do ostatnich zaślubin, upłynęło trochę czasu. Życie obojga toczyło się blisko, tuż obok siebie, ale nie razem.

Pamiątkowa fotografia ze ślubu Józefa i Wiktorii Ulmów
Nie wiadomo do końca w jaki sposób poznali się przyszli małżonkowie. Jedne źródła podają, że Józef i Wiktoria poznali się i spotykali na zebraniach społeczności Markowej, gdzie mieszkali. Istnieje takie prawdopodobieństwo, jednak ich krewni twierdzą, że dobrze się oni znali i bez nich. Wszak byli bliskimi sąsiadami, a dodatkowo między Franciszkiem (bratem Wiktorii), a Józefem istniała przyjacielska relacja. Jako bliscy sąsiedzi z pewnością nie tylko się odwiedzali, ale i wspierali w różnych inicjatywach.
Wiktoria Niemczak była sierotą. Odejście mamy było dla niej smutnym wydarzeniem. Niewiele jednak ją pamiętała, ponieważ zmarła, kiedy dziewczynka była malutka. Z kolei jej ojciec, Jan Niemczak, zmarł kilka miesięcy przed zamążpójściem swojej najmłodszej córki. Zapewne cieszyła ją myśl, że to właśnie on poprowadzi ją do ołtarza i odda Józefowi. Niestety, nie dane było Janowi dożyć tej chwili. Gdyby nie to, wesele młodych mogłoby się odbyć wcześniej. Wiktoria, jako osoba dorosła, dużo boleśniej odczuła to rozstanie, ale miała też większą świadomość przemijania.
Przed weselem trzeba było rozwieść krewnym i bliskim zaproszenia na nie. Zwyczaj rozwożenia zaproszeń miał w tamtych stronach specjalny rytuał - obowiązywał świąteczny strój oraz osoba towarzysząca, starościna bądź siostra. Wśród fotografii wykonanych przez Józefa jest również ta, na której widać Wiktorię wykonującą tą czynność.
źródło zdjęcia
Józef sfotografował przyszłą żonę w asyście gospodyni wesela, którą była jej siostra, Aniela. Obie ubrane w krakowskie stroje siedzą na wasążku zaprzęgniętym w dwa gniade konie. Woźnicą ubranym w odświętny garnitur i kapelusz na głowie, jest mąż Anieli, Michał Kluz. To piękna i historyczna pamiątka z tak ważnej w życiu Wiktorii chwili.
W samo przygotowanie wesela włączyło się wiele osób. Musiała być biała suknia, biały, długi welon, bukiet z białych kwiatów... W pokoju Wiktoria przy pomocy sióstr ubierała się do ślubu. "Panno Wiktorio - ktoś głośno oznajmił z korytarza - oblubieniec czeka!". Na te słowa dziewczyna wyprostowała się i zagarniając welon, skierowała się do wyjścia. Faktycznie, orszak ślubny czekał już w pogotowiu. Na przodzie stali Józef z rodzicami. Wszystkie oczy weselników skierowały się na nią, ale tym razem przyjęła to zainteresowanie z nieskrywaną radością. Podeszła do rodziców Józefa i razem poprosili ich o błogosławieństwo.
Marcin Ulma wzruszył się do łez, że jego pierworodny się żeni. Uczynił na ich czołach znak krzyża, ucałował jedno i drugie, objął ramionami i rzekł: "Niech was Pan Bóg ma w swojej opiece". Mama przygarnęła obie głowy do serca mówiąc zapewne ze wzruszeniem: "Kochane dzieci, niech Wam Pan Bóg błogosławi, a Maryja ma was w opiece".
Droga do kościoła była prosta, wiodła lekko pod górę i po schodach. Dostojny orszak powoli, ale systematycznie, wchodził do świątyni. Młodzi zajęli przygotowane miejsca, goście poszli do ławek. Melodyjny dźwięk sygnaturki ogłosił procesje na wejście. Ksiądz wikary Józef Przybylski wraz z ministrantami podszedł do ołtarza i zaczęła się Msza święta ślubna. Na słowa przysięgi młodzi stanęli przed kapłanem. Powtarzali ją za nim słowo w słowo, jednak kiedy związał ich ręce stułą, Wiktoria poczuła wyjątkową jedność i bliskość Józefa, księdza, Pana Boga. Tak, jakby ich ktoś wziął za rękę i prowadził znaną drogą w nieznane. Szczególnie Wiktoria wzruszyła się, kiedy na pytanie czy chcą przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym ich Bóg obdarzy, obydwoje z Józefem powiedzieli Bogu "TAK".
W ten oto sposób Wiktoria do kościoła weszła jako panna, a wyszła jako żona Józefa. Droga powrotna niby była ta sama, a jednak inna, radosna i gwarna, ponieważ muzykanci z zapałem spełniali powierzone im zadanie. Liczne grono weselników świetnie się bawiło. Młodzi zbierali gratulacje, życzenia, prezenty. Musiała być też wspólna rodzinna fotografia, osobliwa pamiątka z tego wyjątkowego dnia.

Na podstawie: https://stacja7.pl/swieci/wyjatkowa-jednosc-i-bliskosc-niezwykly-slub-jozefa-i-wiktorii-ulmow/?fbclid=IwAR0Jc0y8ml-uqnu6NFcxC33myTeqk9gN-tlxscopw3wsKcd49oouHo32Yjo

czwartek, 10 sierpnia 2023

1671. Piękny finał niewesołej historii

Przeglądając portal lubimyczytac.pl natchnęłam się na artykuł dotyczący Holokaustu. A że jak większość z Was wie, ten temat wpisuje się w obszar moich zainteresowań. Sam artykuł dotyczył tego, w jaki sposób książka z niepozornym podpisem 13-letniego chłopca, po 80-ciu latach stała się jedynym namacalnym dowodem na jego istnienie. Tekst tak mnie wzruszył, że postanowiłam się nim z Wami podzielić (zresztą jego 99-letnia dzisiaj siostra też jest bardzo barwną i nietuzinkową postacią).

Rodzina Beli Englmana, chłopca straconego w komorze gazowej w Auschwitz, nie miała żadnego dowodu na to, że chłopiec w ogóle istniał. Aż do teraz. Niezwykłym zbiegiem okoliczności 99-letnia Lily Ebert mogła wziąć do ręki książkę, należącą przed laty do jej brata.
13-letni Bela Englman to jeden z około 565 tysięcy węgierskich Żydów, których zamordowano w czasie Holokaustu. Siłą wtrącony do pociągu, do obozu koncentracyjnego w Auschwitz - Birkenau trafił 9 lipca 1944 roku. Tego samego dnia wraz z matką i siostrą został wysłany do jednej z tamtejszych komór gazowych. Tak skończyło się jego krótkie życie.
Wojnę udało się przeżyć nielicznym członkom rodziny, w tym trzem siostrom i bratu Beli, którzy zostali oddelegowani do pracy w obozie. Jedną z tych sióstr jest Lily, która po wojnie przeprowadziła się do Szwajcarii. Stamtąd trafiła do Izraela, gdzie wyszła za mąż. Obecnie 99-latka mieszka w Londynie. Doczekała się 10 wnucząt oraz 36 prawnucząt.
Lily, chociaż pamiętała o zmarłym tragicznie młodszym bracie, nie miała żadnych dowodów na jego istnienie. Po chłopcu nie zachowały się żadne zdjęcia, ani nawet akt urodzenia. A jednak kilka tygodni temu w rodzinnym mieście Englmanów - Bonyhad'ie na Węgrzech, została znaleziona pewna pamiątka po nim.
W całej tej historii można mówić o potędze Internecie, a zwłaszcza jego jasnej stronie. Wszystko zaczęło się bowiem od tego, że jeden z prawnuków Lily, 19-letni Dov Forman, chciał poznać i zbadać historię rodziny. Szczegóły z życia kobiety, świadka Holokaustu, bardzo szybko poznało kilka milionów ludzi. Filmy z jej udziałem umieszczone przez chłopaka na Tik-Toku zyskały niezwykłą popularność. Obecnie kanał Lily, nazywanej "najstarszą influacerką świata", jest obserwowany przez ponad dwa miliony osób, a liczba wyświetleń filmów z jej udziałem przekroczyła miliard. Zasięgi te pozwoliły m.in. na dotarcie do dzieci żołnierza, który w 1945 roku pomagał w wyzwoleniu obozu. Odnaleziono nawet materiały, na których widać nie tylko samo wydarzenie, ale i... młodą Lily.
W tym roku wyszła książka pt. "Lily's Promise" (pol. "Obietnica Lily"). Nie mogło w niej zabraknąć wzmianki o tragicznych losach rodziny Englmanów, w tym, oczywiście, o 13-letnim Belim, który oficjalnie nigdy nie istniał. Tym samym książka była jedynym miejscem, w którym można się było czegoś o nim dowiedzieć.
Tymczasem węgierski kolekcjoner książek, Zsolt Brauer, kupił w jednym ze sklepów w Bonyhad niepozorne pudełko pełne starych książek. Pewnego czerwcowego popołudnia jego syn Teofil przeglądał nowy nabytek ojca. W pewnym momencie natrafił na nazwisko Beli Englmana, które kilkakrotnie było zapisane na stronach jednego z woluminów. Nagle Teofil przypomniał sobie opowieść o chłopcu, którą przeczytał w książce napisanej przez Lily. Zdumiony swoim znaleziskiem postanowił skontaktować się z Formanem i przesłać mu zdjęcia tomu. Była to "Księga Wyjścia". Jak przyznał Dov Forman, od razu wiedzieli, że to książka zagazowanego Beli: - "Ten moment był po prostu niesamowity".
Rodzina szybko porozumiała się z kolekcjonerem w sprawie najlepszego spotkania na odzyskanie książki. Wiadomo było, że jest ona zbyt delikatna i cenna, aby ją wysłać pocztą. Stanęło na tym, że Dav wraz z matką udali się do Bonyhad, aktualnie 14-tysięcznego miasta na południu Węgier. Niebawem Forman, niewiele starszy niż Bela, wodził palcami po dziecięcych rysunkach i bazgrołach chłopca. Matce i synowi udało się nawet odnaleźć miejsce, gdzie kiedyś stał rodzinny dom Englmanów. Dotarli też na grób ojca Lily, Ahrona Englmana, który zmarł w 1942 roku na zapalenie płuc. "Moja prababcia zawsze powtarza, że jej ojciec miał szczęście, że zmarł przed węgierskim Holokaustem" - wyznaje Dav.
Kiedy chłopak wrócił do Londynu, jego babcia dochodziła do siebie w szpitalu po złamaniu biodra. Młodzieniec od razu udał się do 99-letniej siostry chłopca, po którym dotychczas nie było żadnego śladu. "Otrzymanie tej książki od mojego prawnuka było doświadczeniem niemal surrealistycznym" - przyznaje wzruszona Lily. W jej opowieściach Bela jawi się jako poważny i pilny chłopiec, oddany czytelnictwu i studiom religijnym. "Fakt, że imię Beli jest napisane jego własnym pismem jest absolutnie wyjątkowy. Jestem niewymownie szczęśliwa, że mam tę książkę. 80 lat po Holokauście - kiedy ostatni raz widziałam Belę".
Jej prawnuk dodaje: "Naziści zniszczyli całe rodziny i całe społeczności. Niszczyli nie tylko ludzi, ale także książki i wszelkie oznaki żydowskiego życia".
Dzięki odnalezionej książce dziedzictwo Beli Englmana zyskało nowy wymiar - fakt istnienia chłopca, jego zaangażowania w żydowską tożsamość i wiarę, obecny jest teraz nie tylko we wspomnieniach jego najbliższych.

Dav z prababcią Lily i książką należącą do Beli (źródło zdjęcia)
źródło: https://lubimyczytac.pl/jako-13-latek-zginal-w-auschwitz-jedyny-dowod-jego-istnienia-wrocil-do-rodziny-po-80-latach