Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 26 marca 2026

2342. Synod rozpoczyna się od spotkania

30 rocznicę swojego istnienia moja diecezja uczciła peregrynacją krzyża papieskiego po parafiach wchodzących w jej skład. W mojej też była, o czym pisałam w >>tym<< wpisie. Niesamowite przeżycie o którym w dalszym ciągu pamiętam, także dzięki wspomnianej notatce. Myślę, że to był jeden z lepszych pomysłów poprzedniego włodarza diecezji stawiający go w ciut lepszym świetle.
Teraz powoli przygotowujemy się do obchodów 35 rocznicy jej powołania. W związku z tym aktualny biskup, Arturro*, zwołał drugi Synod diecezjalny. Ma się on rozpocząć w kwietniu 2027 roku, czyli w roku wspomnianej okrągłej rocznicy. Jednak już teraz, wczoraj, 25 marca, dokładnie w 34 rocznicę ustanowienia diecezji sosnowieckiej, podczas uroczystej Mszy świętej w sosnowieckiej katedrze, rozpoczęto przygotowania do niego.
Długo zastanawiałam się jak pogodzić rekolekcje w miejscowości oddalonej godzinę drogi ode mnie z pracą zawodową i w dodatku zdążyć na rozpoczęcie przygotowań do Synodu, a na końcu zdążyć na trening, z którego jeszcze miałabym pobiec na spotkanie z bierzmowanymi. Albo inaczej pisząc: rekolekcje w S-rzu- godzina 9:00, praca 1 w DG - 7:00-13:00; praca 2 w Kato - 14:00-16:30; rozpoczęcie Synodu w S-cu - 16:00, trening w DG - 17:00 - 18:45; przygotowanie kandydatów do bierzmowania (kwadrans drogi z treningu) - 19:00 - 20:00. Do tego trzeba dodać dojazdy komunikacją miejską. 
Ostatecznie, do pierwszej pracy poszłam na 1,5 godziny, w drugiej nie byłam, ale godziny mam do odrobienia, na trening też nie poszłam. Zamiast t ego poszłam i na ostatni dzień rekolekcji i na rozpoczęcie przygotowań do Synodu. I jeszcze miałam trochę czasu dla siebie po powrocie z tego drugiego. Żyć - nie umierać! 
Co do rozpoczęcia przygotowań to byłam ciut zaskoczona niską frekwencją wiernych, którzy byli na Mszy. Oczywiście, godzina mogła być dla większości dosyć wczesna. Z drugiej strony było tak kameralnie. Rocznica powstania diecezji pokrywa się z wypadającym w tym dniu wspomnieniem Zwiastowania Maryi Panny, które wznosi pokutny charakter dnia, co nadało jeszcze bardziej uroczystego charakteru całej Mszy świętej - białe ornaty zamiast fioletowych, podwójne czytania, Chwała na wysokości i Wierzę w jednego Boga, podczas którego na słowa "I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Marii Dziewicy i stał się człowiekiem" wszyscy klękają. Znałam to z porannej Mszy rekolekcyjnej, ale i tak czułam wewnętrzne wzruszenie. Tak po prostu.
Podczas homilii biskup zaznaczył, że synod nie powinien ograniczać się do ciasnych sal kurii, ale do naszego codziennego życia, to od nas zależy, czy do niego wstąpimy i co wniesiemy. Zachęcał nas wszystkich, żebyśmy aktywnie włączyli się w jego prace w parafiach i wspólnotach, do których należymy. A jednocześnie przypominał, aby nikt z nas nie zapominał, że największą pozycją, jaka mogła nas spotkać w Kościele nie jest urząd proboszcza, biskupa, czy też to, że należymy np. do rady parafialnej, ale to, że jesteśmy dziećmi Bożymi i mamy tą godność. Ech, szkoda, że nie był obecny na tym wszystkim mój proboszcz. Może zmieniłby stosunek do niektórych rzeczy... A może jednak nie...
Biskup wspominał, że w dekanatach będą szkolenia odnośnie zespołów synodalnych. Wiecie, chętnie bym wzięła udział w czymś takim. Niekoniecznie po to, aby zostać liderem w mojej parafii. Zresztą znając proboszcza i tak by się na to nie zgodził. Bardziej chciałabym iść tą drogą podczas spotkań z kandydatami do bierzmowania. Już teraz staram się wprowadzać w nie tą ideę, choćby dlatego, że z wiadomych przyczyn nie mogę za dużo mówić. Ale robię to po omacku, bardziej intuicyjnie. Może udział w takim szkoleniu otworzy mi oczy na niektóre sprawy?
A jutro Ekstremalna Droga Krzyżowa. Będzie dobrze - musi być!


* Obstawiam, że kto jak kto, ale on by się nie obraził, gdybym tak do niego powiedziała

środa, 25 marca 2026

2341. Sposób na dobry dzień

Nie ukrywam, że przez blisko sześć lat chodziłam do szkoły specjalnej. Być może jest to powód do wstydu. Dla mnie jednak okazało się to, dość przewrotnie, szansą. Bo rodzice, kiedy miałam iść do czwartej klasy, mieli wybór, albo zostawić mnie w szkole masowej, ale z nauczaniem indywidualnym, albo znaleźć dla mnie jakąś alternatywę. Od znajomych dowiedzieli się, że miejska szkoła specjalna daje możliwość realizacji materiału normalnej szkoły, w dodatku od czwartej klasy uruchamiana była eksperymentalna klasa sportowa. I to chyba ta ostatnia perspektywa przekonała mnie do zmiany placówki. Bo jednak nikt nie chciał ograniczać mojej edukacji do kilku godzin dziennie sam na sam z nauczycielem.
Sama szkoła była dosyć mała - nie wiem czy za mojej kadencji liczba przedszkolaków i uczniów przekraczała 100 osób. Bo na dole, oprócz pomieszczeń biurowych i kilku gabinetów terapeutycznych, z których korzystały również dzieciaki z zewnątrz, znajdowały się cztery sale, z czego dwie były dla przedszkolaków, a dwie dla tzw. zespołów rewalidacyjnych. Zespoły klasowe posiadały klasy na pierwszym i drugim piętrze budynku oraz niewielką salę gimnastyczną w piwnicy. W piwnicy mieliśmy także stołówkę oraz szatnię. Piszę zespoły klasowe, bo zazwyczaj 2-3 klasy z jednego poziomu edukacyjnego łączono w jedną klasę. Tym sposobem najpierw uczęszczałam do zespołu 4-5, potem do 4-6, aż w końcu 1-3 gimnazjalnego. Minusem była rotacja niemal co rok uczniów, plusem to, że z materiałem szkolnym wykraczałam poza poziom klasy, do której aktualnie uczęszczałam.
Tak niewielka ilość osób sprawiała, że w szkole panowała kameralna atmosfera i praktycznie każdy, każdego znał z imienia, nazwiska i klasy, do której uczęszczał. Starsi dbali o młodszych, dla których byli w jakimś sensie autorytetami. Pamiętam jak na przerwach zachodziło się do młodszych klas i zabawiało uczęszczających do nich uczniów, np. odgrywając teatr jednego aktora, czytając im bajki, albo po prostu rozmawiając. I pamiętam jeszcze bardzo dużą część z nich, chociażby z imienia, chociaż ze szkoły wyszłam prawie dwadzieścia lat temu.
Wczoraj, kiedy jechałam do pracy autobusem, w pewnym momencie usiadła obok mnie dziewczyna, która wydawała mi się znajoma. Te oczy, ta charakterystyczna grzywka i pucołowate policzki. Niemal od razu przypomniał mi się Kręciołek, jak wszyscy nazywali pewną dziewczynkę, której wszędzie było pełno. Ona sama też odwróciła głowę w moją stronę i bacznie mi się przyglądała. Odważyłam się (a nóż to jednak nie ona) i zapytałam, czy mnie pamięta. Pokiwała głową i powiedziała z pewnością w głosie: "Ty jesteś Lolek". Już wtedy dla większości osób byłam Lolkiem, bo jednak to było łatwiej wymówić od Karolina. Dawno się tak nie ucieszyłam i nie bacząc na innych pasażerów serdecznie uściskałam Kręciołka. A potem już przez całą drogę rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym.
Widziałam po niej, że cieszy się z tego, że może komuś opowiedzieć o swoim życiu. Co prawda była to dosyć infantylna opowieść, ale i tak starałam się okazać jej ciągłe zainteresowanie, zadając kolejne pytania. W końcu mnie jest łatwiej dopasować się do jej toku myślenia, niż na odwrót. Z drugiej strony nie chcę, by to tytuły naukowe mnie definiowały, bo jeszcze zacznę traktować tych, którzy ich nie mają z wyższością, a może i pogardą. A przecież każdy ma taką samą godność. Kątem oka rzucałam w kierunku jej mamy, która była wyraźnie poruszona naszym spotkaniem. Ja zaś nawet nie zauważyłam, kiedy zleciała mi cała podróż. I wiecie co, kiedy wysiadłam z autobusu wiedziałam jedno - to będzie dobry dzień, mimo wszystko.

niedziela, 22 marca 2026

2340. A czas biegnie i biegnie

Zasłonięte krzyże w świątyniach bezlitośnie przypominają, że za dwa tygodnie będziemy świętowali Wielkanoc. Dwa tygodnie - czternaście dni. Dużo to i mało. Zależy z jakiej perspektywy patrzeć. Zresztą, coraz częściej i coraz dobitniej odczuwam zbyt szybko przemijający czas. Tak, jakby chciały się wypełnić słowa piosenki "Dzisiaj to już wczoraj, jutro się zamienia w dziś". Czuję też dziwną pustkę w życiu. Nie osamotnienie, bo przecież na co dzień spotykam się z innymi ludźmi, czy to w pracy, czy w życiu, ale pustkę. Nie wiem, może jest to związane z moimi ostatnimi wynikami krwi, które znowu poleciały na łeb na szyję? A może z tym, że co rusz ktoś komu ufam po prostu zawodzi w ważnych chwilach? 
Ale w tych trudnych chwilach są też okruchy szczęścia, które błyszczą niczym promyczki słońca na kamienistej ścieżce. Jest ich wiele, tworząc piękny drogowskaz ku temu, co ważne, dobre, piękne. A jednak chciałabym jeszcze raz być szczęśliwa i radosna, bez tego całego bagażu doświadczeń, który dźwigam po drodze. Z tą swoją dawną ufnością, jaką żywiłam względem drugiego człowieka. Teraz, teraz wiele osób trzymam na dystans. Boję się im zaufać, bo boję się zawodu i odrzucenia. To takie powszechne w dzisiejszym świecie.
Od mojego byłego katechety dostałam zadanie napisanie krótkiego scenariusza akademii wielkanocnej, którą dzieciaki z szkoły podstawowej przylegającej do jego parafii mogłyby wystawić w DSS. Na takie coś zawsze będę chętna. Coś tam naskrobałam, jakieś pieśni wynalazłam, w tym tą poniżej.
Podkłady i nuty też znalazłam, podobno panie w szkole będą robić z dzieciakami próby. W sumie miałam chęć iść z moimi dzieciakami z czymś podobnym do "Wigoru", no ale u nas od jutra (właściwie to od dzisiaj) zaczynają się rekolekcje wielkopostne i za bardzo nie byłoby z kim robić tych prób. 

sobota, 21 marca 2026

2339. Po prostu być jak Chuck Norris

Nie będę ukrywać, że był taki okres w moim życiu, kiedy byłam oczarowana amerykańskim serialem "Strażnik Teksasu" opowiadającym o grupie strażników, strzegących pokoju w tytułowym mieście. Na ich czele stał nieustraszony Cordell Walker, grany przez Chucka Norrisa. Niezwykle prawego i sprawiedliwego człowieka, a poza tym - praktycznie niezniszczalnego, z powodu indiańskiej krwi, płynącej w jego żyłach. Miałam te osiem, dziewięć lat, kiedy siadało się w niedzielne wieczory przed telewizorem, a po niewielkim mieszkaniu niosły się dźwięki charakterystycznej piosenki:
Może i to nie był odpowiedni serial dla osoby w moim wieku, ale kto by się tam wtedy tym przejmował. Mnie to ciekawiło. Najbardziej chyba osobowość Cordella Walkera. Nic dziwnego, że nawet po zakończeniu produkcji darzyłam tego aktora podświadomą sympatią, przez wiele lat chcąc być taką jak on. No oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że w sprawności mu nie dorównam, ale nic nie stawało na przeszkodzie, abym chociaż w byciu przewodniczącą najpierw klasy, a potem szkoły, była tak sprawiedliwa, jak on.
Zadziwiało mnie też to, jak dobrze się trzyma, mimo upływu lat i problemów ze zdrowiem (np. w 2017 roku przeszedł rozległy zawał serca). Całkiem niedawno, po śmierci Edwarda Linde-Lubaszenki i Bożeny Dykiel, z ciekawości zerknęłam, co słychać u Chucka Norrisa, który był w wieku tego pierwszego (no dobrze, Norris był o kilka miesięcy młodszy). Z internetowych informacji wynikało, że całkiem nieźle sobie żyje.
Aż to informacja, która powaliła na ziemię, niczym jeden z ciosów Chucka (nota bene "Chuck" to jego ksywka nadana mu w wojsku, bo tak naprawdę nazywał się Carlos) - wiekowy aktor zmarł w wieku 86-lat w szpitalu w Kaua, gdzie przebywał na wakacjach. Myślę, że nie będzie przesadą, kiedy napiszę, że odeszła wręcz legenda. Bo oprócz wielu ról filmowych i serialowych Norris był też mistrzem wschodnich sztuk walki, a także ewangelizatorem kościoła baptystów. 
Carlos "Chuck" Norris (10 marzec 1940 - 19 marzec 2026 rok)
Myślę, że wielu z Was wie, że na temat aktora krążyły różne kawały. Jeden z nich brzmiał, że "Chucka Norrisa boi się nawet śmierć". Jak widać, niekoniecznie, a to, czy po niego przyjdzie było tylko kwestią czasu...

czwartek, 19 marca 2026

2338. Wyjątkowe miejsce, mimo wszystko

O naszej miejskiej bazylice pisałam już tutaj nie raz. W krótką "podróż w czasie" zabrałam Was w 2018 roku, kiedy wspólnota przeżywała 50-cio lecie koronacji łaskami słynącej figurki Matki Bożej Anielskiej. Był to >>ten<<, >>ten<<>>ten<< oraz >>ten<< wpis. Czas jednak tylko na chwilę stanął w miejscu, aby następnie ruszyć w swoim równym tempie.
Tymczasem zupełnie niepostrzeżenie dotarliśmy do kolejnej rocznicy. Dokładnie 125 lat temu miało miejsce jedno z najważniejszych wydarzeń w historii nie tylko mojego miasta, ale i całego regionu, a może nawet i kraju. 19 marca 1901 roku ówczesny papież Leon XIII wydał breve, na mocy którego kościół Matki Bożej został wyniesiony do godności bazyliki (a konkretniej probazyliki), jak też agregowany do bazyliki św. Piotra w Rzymie. Wiązało się to nie tylko z prestiżowym tytułem, ale też realnymi przywilejami duchowymi - wierni, którzy nawiedzili świątynię mogli uzyskać identyczne łaski i odpusty, co pielgrzymi modlący się w sercu Kościoła powszechnego, czyli w Watykanie.
Na przełomie XIX i XX wieku Dąbrowa Górnicza rozwijała się jako dynamiczny ośrodek przemysłowy. Nieustanny napływ ludności spowodował, że dotychczasowy kościół św. Aleksandra przestał im wystarczać. Ksiądz prałat Grzegorz Augustynik zdecydował, że pora rozpocząć budowę nowej, dużo większej świątyni.
Kamień węgielny pod nią położono w 1898 roku, a projekt bazyliki w stylu neogotyckim został przygotowany przez Józefa Stefana Pomiana - Pomianowskiego. Sama jej budowa to wspólne dzieło mieszkańców, w większości robotników, którzy przez lata wspierali budowę materialnie. Jeszcze podczas wznoszenia budynku jego proboszcz podjął starania o nadanie jej szczególnego statusu w całym Kościele.
W 1900 roku ksiądz Augustynik wyruszył do Rzymu, gdzie zabiegał o przyznanie świątyni przywilejów odpustowych. Te starania przyniosły niezwykły efekt - dokument papieski z 19 marca 1901 roku, który:
  • Podniósł kościół do godności bazyliki,
  • Włączył go w szczególną więź z bazyliką św. Piotra, 
  • Przyznał wiernym możliwość uzyskiwania odpustów i łask duchowych na wzór rzymskich.
Było to wydarzenie zdecydowanie bez precedensu - oto bowiem pierwsze maryjne sanktuarium na ziemiach polskich (bo jednak nie w Polsce), otrzymało tak szerokie przywileje.
W następnym roku, 16 marca 1902, Stolica Apostolska potwierdziła je dodatkowymi decyzjami. Było to chociażby prawo do obchodzenia odpustów w tym tzw. Porcjunkuli, czyli święta Matki Bożej Anielskiej. Na pamiątkę tego wydarzenia powstała kaplica Porcjunkuli, w której spoczywa ciało ks. Augustynika.