Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 17 maja 2018

721. Moja podróż w czasie cz. 1

Tak przyjemnie mi się dzisiaj spało... Czas otworzyć oczy i delektować się nowym dniem. Ale, ale, czy ja na pewno położyłam się wczoraj w moim mieszkaniu? Bo przecież widok za oknem wcale nie przypomina tego, który wita mnie codziennie rano. Zamiast bloku znajdującego się naprzeciwko jakieś huty i szyby kopalniane. No i gdzie się podziały wieże bazyliki, która jest jedną z wizytówek mojego miasta. Nawet pomieszczenie, w którym się znajduję wcale nie przypomina tego, w którym przebywam na co dzień. 
źródło zdjęcia
Przez zachmurzone niebo przebijają się promyki słońca. Postanawiam wstać i rozejrzeć się po okolicy. Zamykam drzwi na skobel(dlaczego tutaj nie ma klamki?), zbiegam po drewnianych schodach i wybiegam na ulicę. W pierwszej chwili zganiłam sama siebie za taką postawę, wszak może mnie przejechać jakieś supernowoczesne auto. Ale zamiast samochodów po uklepanych ulicach (ciekawe kto zwinął asfalt?) jeżdżą bryczki i furmanki. Odwracam głowę w jedną stronę - sanktuarium św. Antoniego dumnie stoi na wzniesieniu nazwanym Wzgórzem Gołonoskim. Ale gdzie jest bazylika? Idę w miejsce, gdzie powinna się znajdować. Nagle zza niewielkich familiaków wyłania mi się niepozorna kaplica. Coś zaczyna mi świtać. Zaczepiam pierwszego napotkanego przechodnia i pytam o datę.
 - Dzisiaj jest 18 października 1885 roku, szanowna panno.
18 października 1885 roku? Nagle mnie olśniło - skoro cofnęłam się jakimś cudem w czasie, to wszystko wskazuje na to, że będę świadkiem konsekracji kaplicy, która da podwaliny pod budowę neogotyckiej bazyliki, jednego z symboli miasta. Szybko przemieszczam się pod przykościelny plac, na którym aż czarno było od narodu. Wszyscy czekali na biskupa kieleckiego Tomasza Teofila Kulińskiego, który lada chwila miał przyjechać koleją, której linię otwarto zaledwie kilka miesięcy wcześniej, 26 stycznia. 
Parafia p.w. Świętej Trójcy w Będzinie, fotografia z 1912 r.
źródło zdjęcia
Wśród zgromadzonych wiernych bez trudu można dostrzec sylwetkę księdza Józefa Dutkiewicza, pierwszego proboszcz dąbrowskiej kaplicy będącej tylko filią parafii p.w. Świętej Trójcy w Będzinie. Ponieważ macierzysta parafia znajdowała się w sporej odległości od osady, zresztą tak samo jak kościół znajdujący się na Wzgórzu Gołonoskim, od dawna starało się, aby w osadzie powstał jakiś kościół, bądź choćby filia. Tak, aby zmęczeni całym tygodniem pracy górnicy i hutnicy(zaledwie 400 metrów od kościoła znajdowała się Huta Bankowa wytapiająca w olbrzymiej temperaturze stal), nie musieli wybierać pomiędzy pójściem na nabożeństwo, czy też Mszę świętą, a zasłużonym odpoczynkiem. Nie było to łatwe, ponieważ Stara Dąbrowa znajdowała się pod zaborem rosyjskim, a władze carskie niezbyt przychylnym okiem patrzyli na powstawanie nowych katolickich świątyń. Wszyscy wiedzieli, że w całym zaborze zlikwidowano większość zakonów, więc dlaczego mieliby zezwolić na świątynię w osadzie górniczej. Może gdyby wieś znajdowała się w zaborze austriackim, który znajdował się tuż obok... Ale na tą zmianę przyjdzie mieszkańcom jeszcze trochę poczekać. Tymczasem wysyłano do władz kolejne prośby i otrzymywano kolejne odpowiedzi odmowne.
Car Mikołaj II; źródło zdjęcia
Znaleziono jednak skuteczny sposób do przekonania władz na wybudowanie chociażby niewielkiej kaplicy. Niedawno niejaki Antoni Bezerowski chciał przeprowadzić zamach na przebywającego aktualnie na wystawie we Francji, cara Aleksandra II. Władca wyszedł jednak z niego bez szwanku, zaś sam Bezerowski został zesłany na wyspę Nowa Kaledonia, gdzie zmarł w zapomnieniu. Pomysłowi górnicy i hutnicy wykorzystali to niezwykłe ocalenie i wymyślili sobie, że nie dość, że nowy kościół miałby być wotum za ocalenie "ukochanego" cara, to jeszcze nadadzą mu wezwanie świętego Aleksandra. Tak też napisali do władz carskich, w nadziei, że "rybka złapie haczyk". Jakież to było ich szczęście, kiedy otrzymali pozytywną odpowiedź. 
Ogłoszono konkurs na projekt świątyni. Wygrał go Julian Polcera. 29 lipca 1875 roku wmurowano kamień węgielny pod jej budowę. Od tego dnia dzień w dzień górnicy i hutnicy po pracy przychodzili na plac budowy i cegła po cegle wznosili kaplicę w górę. Właściciele kopalń i hut nie tylko nie mieli nic przeciwko temu, ale nawet wspierali datkami, czy też kupnem materiałów. Budowa zakończyła się we wspomnienie świętej Barbary - 4 grudnia 1877 roku. Problemem stało się tylko oficjalne oddanie kaplicy do użytku. Zagłębie Dąbrowskie administracyjnie należało pod diecezję kielecką, jednak z powodu braku połączenia kolejowego biskup nie miał jak dotrzeć do osady górniczej. Na to musiano poczekać jeszcze kilka lat. Mimo tego mieszkańcy Dąbrowy gromadzili się w niedzielę i święta w kaplicy i wraz z księżmi przybywającymi z parafii p.w. Świętej Trójcy, a od 1881 roku, kiedy to biskup kielecki wydał dekret nadający kościołowi uprawnienia kościoła parafialnego, z przydzielonym do osady proboszczem Dutkiewiczem uczestniczyli we Mszach świętych.
Wciąż rozrastający się przemysł kopalniany oraz hutniczy zmusił władze carskie do podciągnięcia linii kolejowej do Zagłębia Dąbrowskiego. Jedna ze stacji była w Starej Dąbrowie. Teraz przybycie do osady biskupa kieleckiego, księdza Tomasza Teofila Kulińskiego było tylko kwestią czasu...
ksiądz Tomasz Teofil Kuliński
Biskup kielecki
źródło zdjęcia
Z daleka słychać było dźwięki honorowej orkiestry kopalnianej.
 - Oho, pewnie biskup Kuliński już do nas dotarł - szepnął ktoś obok mnie. I faktycznie, z daleka już można było dostrzec dostojną postać biskupa idącego na czele orkiestry i błogosławiącego stających po obu stronach drogi ludzi. Uśmiechnięty, strojny brał na ręce podawane mu dzieci i czule gładził je po główkach. Ludzie promienieli szczęściem, wszak lada chwila miało nastąpić to, na co tak długo czekali.
W przedsionku kościoła na dostojnego gościa czekał gospodarz tego miejsca, ksiądz Dutkiewicz trzymający w drżących rękach tacę z chlebem i solą, a obok niego dziewczynka z bukietem kwiatów w ręce oraz chłopczyk przebrany za górnika trzymający bryłkę tutejszego skarbu - węglem kamiennym. Przed wejściem do kaplicy stali także księża z będzińskiego kościoła oraz ze świątyni św. Antoniego. 
Biskup powoli posuwał się do przodu, tłum wiwatował. Jeszcze trochę, jeszcze kawałek i znalazł się tuż przy wejściu do kaplicy.
 - Czcigodny księże biskupie - mówił ze wzruszeniem ksiądz Dutkiewicz - jakaż to radość, jakież to wyróżnienie gościć dobrodzieja na naszej zagłębiowskiej ziemi. W imieniu wiernych zamieszkujących naszą osadę pragnę złożyć księdzu podziękowania, że już za chwilę dokona ksiądz biskup aktu konsekracji tej skromnej kaplicy...
Wybrani weszli do kaplicy, reszta pozostała na zewnątrz. Rozpoczęła się uroczysta Msza święta, której głównym punktem było poświęcenie świątyni. W ciszy wysłuchaliśmy słów konsekracji, po czym biskup poświęcił ołtarz, ściany kościoła, wodę oraz wszystkich zgromadzonych na uroczystości. W powietrze wzniosła się burza oklasków. Na koniec odśpiewano uroczyste "Te Deum", którego dźwięk zdawał się nieść ponad kominami hut i szybami kopalnianymi.
Kaplica św. Aleksandra(źródło zdjęcia)
Księża wyszli z kaplicy i udali się na uroczysty obiad do znajdującego się na plebani refektarza. Ludzie powoli wracali do swoich domostw, jednak spora część z nich poszła do jednego z miejscowych szynków, na urządzoną z okazji tej uroczystości zabawy. Pomyślałam sobie, że w XXI wieku trochę byłoby to dziwne, ale przy końcu XIX... Inne czasy, inna mentalność. Spodziewający się dzisiejszego świętowania właściciele kopalń i hut pozwolili swoim pracownikom nie przychodzić jutro do pracy. Nieczęsto się to zdarza, co nadawało dzisiejszej uroczystości szczególny charakter. Górnicy i hutnicy korzystali z tego przywileju ile wlezie. Tańcom do skocznych rytmów nie było końca, tak samo jak piwie lejącemu się strumieniami na koszt przedsiębiorców. Było radośnie, beztrosko, swojsko.
Zmęczona wróciłam do swojej kwatery i nie rozbierając się nawet padłam na twardy materac. To był cudowny dzień, ja jednak miałam nadzieję, że nazajutrz obudzę się znowu w 2018 roku.

9 komentarzy:

  1. To była piękna podróż w czasie. Chciałabym tak w mojej wiosce:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda miejscowość ma w swojej historii wydarzenia, do których warto wracać

      Usuń
  2. Mam nadzieję że wróciłaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wróciłam, wróciłam, tylko po kilku dniach :)

      Usuń
  3. Świetna opowieść, chętnie przeniosłam sie w czasie wraz z Tobą. Fajnie byłoby doświadczyć takich podróży by poznać dzieje swojego miasta...

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetnie napisany post :) Wciągnęła mnie ta historia :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Karolinko, z wielką przyjemnością wyruszyłam z Tobą w tę podróż i czekam na ciąg dalszy.
    Buziaczki.

    OdpowiedzUsuń
  6. Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że spodobała Wam się pierwsza część mojej opowieści o dąbrowskiej bazylice

      Usuń