Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 16 września 2026

2438. Z wizytą w kościele świętego Klemensa w Zawoi

Powoli, powoli wkręcamy się w jesienny bieg życia. Wolne dni ustąpiły miejsca obowiązkom i tym, co w mniejszym lub większym stopniu rozwija mnie i moją osobowość. Kalendarz nauczycielski z każdym dniem coraz bardziej pęcznieje w kolejnych terminach spotkań, zebrań i wydarzeń, a ja wraz z ostatnimi podmuchami ciepłego wiatru wznoszę się na wyżyny logistyki, aby pogodzić wszystkie aktywności mając do dyspozycji tylko autobusy jeżdżące o określonych godzinach. Zamierzenie jest proste - działać tak, aby jak najmniej rzeczy zawalić. Trudne, ale możliwe.
Gdzieś w międzyczasie porządkuję mieszkanie, ale też robię porządki chociażby na komputerze. Mam kilka fotografii z obozów, które chciałabym wywołać, inne archiwizuję na dysku zewnętrznym. Zanim jeszcze kurz pokryje wspomnieniowe półki, podzielę się z Wami kilkoma ciekawostkami z krótkiej wizyty w kościele w Zawoi, na którą wybraliśmy się wraz z grupą "Rafałków". A było to tak - dwa dni przed zakończeniem naszego obozu w Zawoi postanowiliśmy podjechać do centrum miejscowości, gdzie znajduje się m.in. drewniany kościół parafialny p.w. św. Klemensa.
Święty Klemens żył w Rzymie w I wieku naszej ery. Nazywany był Apostołem Pokoju. Czwarty papież. Urodził się jako syn Faustyna. Utożsamia się go z Klemensem wspomnianym przez św. Pawła z Tarsu w liście do Filipian. Błędnie utożsamia się go z Flawiuszem Klemensem, który był kuzynem Domicjana. Tradycja, potwierdzona przez Tertuliana i Hieronima ze Strydonu, mówi że sakrę papieską otrzymał z rąk samego appostoła Piotra. Klemens miał być jego bezpośrednim następcą, jednak w trosce o jedność wspólnoty ustąpił miejsca Linusowi. Początek jego pontyfikatu datuje się na 88 bądź 91 rok. Autor pierwszego listu Klemensa do Koryntian. Namawiał w nich mieszkańców Koryntu do przywrócenia prezbiterów, którzy zostali wcześniej usunięci ze swoich urzędów. Wspomina w nim też, że biskup jest przełożonym prezbiterów i diakonów. Dokument był włączony przez jakiś czas w Kanon Ksiąg Nowego Testamentu i długo się go czytało w kościołach. Klemensowi błędnie przypisywano autorstwo II-wiecznego drugiego Listo Klemensa do Koryntian, III-wiecznych Pseudoklementyn oraz IV-wiecznych Konstytucji Apostolskich. Zmarł na przełomie I i II wieku. Odrzuca się przekazywane w niektórych dokumentach informacje o jego męczeńskiej śmierci. Równie niewiarygodna jest informacja o jego zsyłce na Półwysep Krymski, na którym miał ewangelizować i ponieść śmierć poprzez utonięcie z przywiązaną do szyi kotwicą. 
W Kościele katolickim, anglikańskim oraz ewangelickim wspomnienie świętego Klemensa przypada 23 listopada. W ikonografii Klemens przedstawiany jest w papieskim stroju pontyfikalnym z kotwicą oraz rybą. Czasami dodawany jest też kamień milowy, klucze, książka albo fontanna.
Kościół parafialny p.w. świętego Klemensa to jeden z największych drewnianych kościołów w naszym kraju. Wzniesiono go na miejscu poprzedniej budowli. Pierwotne plany zakładały jedynie jej powiększenie, finalnie powstała nowa, całkiem odmienna od pierwowzoru budowla.
źródło zdjęcia
Kościół zbudowano według planów Karola Pietschki. Wzniesiono go na planie krzyża z trójbocznie zamkniętym prezbiterium i niewielkim transeptem. Od południa do prezbiterium przylega zakrystia. Wejście do trójnawowej świątyni prowadzi pod czterokondygnacyjną wieżę. Kościół został wybudowany w stylu ekletycznym z wyraźnymi wpływami architektury skandynawskiej.
Na zewnętrznej ścianie prezbiterium znajduje się grupa Ukrzyżowania, datowana na koniec XIX wieku. W ogrodzeniu kościoła stoi kapliczka z figurką Najświętszej Maryi Panny wraz z piękną barokową rzeźbą św. Jana Nepomucena prawdopodobnie z 1762 roku. Poniżej rzeźby widoczna jest kolejna niewielka rzeźba, tym razem przedstawiająca Jezusa upadającego pod krzyżem.
Po przekroczeniu progu kościoła wzrok turystów i wiernych pada na monumentalny, późnobarokowy ołtarz główny, w którego centrum znajduje się pochodzący z XVIII wieku obraz Matki Bożej Anielskiej. Ołtarz wieńczy barokowy XVIII-wieczny obraz przedstawiający Zwiastowanie, a pod nim znajduje się płaskorzeźba obrazująca Trójcę Świętą.
Na zasuwie można zobaczyć XIX wieczny obraz św. Klemensa, papieża i męczennika, patrona świątyni, przekazany do Zawoi z kościoła w Makowie. Po obu stronach ołtarza ustawione są rzeźby apostołów - świętych Piotra i Pawła.
W transepcie po lewej stronie znajduje się barokowy ołtarz Matki Bożej Częstochowskiej. Obraz Matki Bożej w centrum ołtarza jest współczesny. Dużo starszy jest wizerunek św. Antoniego Padewskiego na zasuwie. Namalował go w 1906 roku ksiądz Józef Kaczmarczyk. Ale jeszcze starszy jest barokowy wizerunek św. Antoniego u zwieńczenia ołtarza. Nad nim umieszczono niewielką figurkę świętego Michała Archanioła, zaś po bokach ołtarza ustawione są figury: św. Mikołaja po lewej i św. Ambrożego po prawej stronie.
Naprzeciw transeptu znajduje się barokowy ołtarz Ukrzyżowania. Ze względu na formę jest on identyczny jak ołtarz Matki Bożej Częstochowskiej. W jego centrum znajduje się figura Chrystusa na krzyżu, datowana na XVIII wiek. Powyżej rzeźby mieści się również XVIII wieczny obraz przedstawiający Pietę, natomiast w zwieńczeniu ołtarza figura Anioła Stróża, która wskazuje drogę dziecku. Po bokach ołtarza ustawiono rzeźby Matki Bożej Bolesnej oraz świętego Jana Ewangelisty.
Z kolei w nawie lewej, tuż przy tęczy, umieszczony jest ołtarz św. Wawrzyńca i św. Franciszka. W jego centrum umieszczono współczesny obraz przedstawiający wizję św. Franciszka, a na zasuwie obraz św. Wawrzyńca z II połowy XIX wieku. W zwieńczeniu ołtarza możemy zobaczyć niewielki, XVIII wieczny wizerunek św. Marii Magdaleny. Po bokach widnieją rzeźby św. Franciszka z Asyżu (z lewej strony) i św. Antoniego z Dzieciątkiem (po prawej stronie). 
Nieco dalej od ołtarza głównego w tej samej nawie można zobaczyć barokowy ołtarz Matki Bożej Różańcowej. W jego centrum między kręconymi kolumnami o korynckich kapitelach, umieszczono płaskorzeźbę z 1872 roku, która przedstawia Matkę Bożą Różańcową. Jest ona adorowana przez św. Dominika i św. Katarzynę Sieneńską. Ołtarz ten posiada dwie zasuwy. Pierwsza z nich powstała w 1921 roku. Przyozdabia ją wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej pośród Aniołów oraz potępionych. Na drugiej znajduje się obraz Matki Bożej Bolesnej wraz ze świętym Jerzym. W zwieńczeniu ołtarza figuruje obraz przedstawiający Jezusa w Ogrójcu, podtrzymywany przez figurki aniołów, którzy dodatkowo trzymają w dłoniach narzędzia Męki Pańskiej. 
W nawie prawej tuż przy tęczy ustawiono ostatni już ołtarz, który jest poświęcony Sercu Jezusowemu. Podobnie jak inne ołtarze w kościele, także i ten został wykonany w stylu barokowym. W jego centrum umieszczono obraz Serca Jezusowego z 1958 roku. Jest on prezentowany naprzemiennie z pochodzącym prawdopodobnie z XVIII wieku wizerunkiem Najświętszego Serca Pana Jezusa. W zwieńczeniu widać osiemnastowieczny wizerunek świętego Wojciecha, a po bokach ustawiono figury św. Szymona (po lewej stronie) oraz św. Judy Tadeusza (po prawej stronie).
Podobnie jak wyżej opisane ołtarze, z wystroju pierwszej świątyni pochodzi także XVIII-wieczna późnobarokowa ambona, którą ozdabia rzeźba gołębicy. Z tego samego okresu pochodzą też kamienna piaskowcowa chrzcielnica i kropielnica. Z końca XIX wieku pochodzą obrazy Drogi Krzyżowej, a z 1939 roku obrazy św. Stanisława Kostki oraz św. Andrzeja Boboli.
Okna świątyni wypełnione są przez barwne witraże. Najstarsze z nich wykonano na przełomie XIX i XX wieku. Wprawione są one w okna prezbiterium. Ukazują one Serce Jezusa, Serce Najświętszej Marii Panny jak też św. Klemensa. Pozostałe witraże wypełniające okna nawy i transeptu powstały w 1969 roku. Przedstawiają one świętych, głównie związanych z naszym krajem. Swoją kolorystyką i stylistyką nawiązują do pokrywającej ściany kościoła polichromii z 1930 roku. Malowidła te utrzymywane w stylu art deco zawierają wiele motywów roślinnych i geometrycznych. W kopule nad skrzyżowaniem nawy głównej i transeptu przedstawieni są czterej Ewangeliści, z kolei w nawie głównej, prócz dekoracji ornamentalnej, widnieje monogram imienia Maryja oraz monogram IHS. Sufit transeptu ozdabia wizerunek Baranka Eucharystycznego oraz pelikana karmiącego pisklęta krwi z własnej piersi. W prezbiterium znajduje się malowidło, które przedstawia kielich z monogramem Chrystusa, a pod chórem widnieje gołębica. 

poniedziałek, 14 września 2026

2437. Niewybuchowe eksperymenty

Eksperymentalnie przyszłam dzisiaj wcześniej na trening lekkoatletyczny, po to, aby wcześniej z niego wyjść i podjechać na wieczorny Krąg Biblijny. Co prawda wystartował in już tydzień temu, ale wtedy miałam też pierwszy trening, na którym chciałam być, aby dowiedzieć się, jakie są plany na ten rok. Przy okazji umówiłam się z Trenerem, że będę przychodziła wcześniej i wcześniej wychodziła. Jakoś trzeba sobie radzić.
Wyszło też to, że autobus relacji Katowice-Siewierz przyjeżdża na przystanek w Będzinie sporo później niż podaje rozkład jazdy (pewnie skutek korków w Kato i Sosnowcu) a więc mogłabym zostawać na treningach jakieś 5 minut dłużej. Te 5 minut daje mi jakieś 3 przebieżki 100 metrowe, albo jedną 200 metrową i więcej. Albo 5 minut czasu na przebranie się w inne ubrania. To tak, jakby ktoś nie widział sensu i myślał, że co to za  różnica - 5 minut więcej, albo mniej. 
Na przystanku autobusowym wsiadłam do odpowiedniego autobusu, zajęłam odpowiednie miejsce, po czym wyciągnęłam z plecaka książkę ("Córka Robrojka" Musierowicz z cyklu "Jeżycjada"). Lwią jej część przeczytałam już wcześniej w drodze do i z pracy. Teraz musiałam ją doczytać. Wróć, nie musiałam - chciałam. Część "Jeżycjady" przeczytałam w 2003 albo 2004 roku przygotowując się do konkursu szkolnego z jej znajomości. Teraz postanowiłam zapoznać się z całą serią, przy okazji przypominając sobie treść tych części, które już przeczytałam te dwadzieścia parę lat temu. 
Oprócz "Córki Robrojka" w plecaku miałam też kieszonkowe wydanie wszystkich czterech Ewangelii z cyklu "Niedzieli". Rok temu spotkania Kręgu oscylowały wokół Ewangelii św. Jana, której jednak nie dokończyliśmy. Na logikę powinniśmy ją kontynuować, ale nigdy nie wiadomo, co też Ksiądz sobie ubzdura.
Na spotkanie ciut się spóźniłam, co było jednak do przewidzenia. Po drodze jeszcze napisałam SMSa do koordynatorki "Rafałków" z zapytaniem co do spotkania prowincji, o którym Wam pisałam. No jakoś mi to nie dawało spokoju. Na schodach prowadzących do salki wspólnotowej nacisnęłam "wyślij" i weszłam do środka.
Ksiądz z Gitarą wygłaszał akurat swoje "Gorzkie Żale" na temat ucięcia w szkole godzin z religii oraz uczestnictwa dzieci w niedzielnej Mszy świętej. Nie wiem, jeżeli myślał, że jako proboszcz zbawi świat od tak, to trochę się przeliczył. Nie od razu Kraków zbudowano. Moje przybycie wywołało ogólne poruszenie, wszak wszyscy wiedzą, że muszę trochę przebyć drogi, aby do nich dotrzeć. Od razu ktoś zrobił mii herbaty, ktoś inny pomógł mi ściągnąć polar, pani H. powiedziała, że mam obok niej usiąść, ksiądz aż na chwilę przerwał swoje wywody... I pomyśleć, że weszłam całkiem spokojnie do środka. Chwilę później zadzwoniła do mnie koordynatorka "Rafałków" z informacjami odnośnie spotkania. Z wrażenia musiałam na chwilę odpocząć.
A tymczasem ksiądz zaczął faktyczne spotkanie, które opierało się na fragmencie Ewangelii św. Jana opowiadającym o komentarzu Jezusa do wygłoszonej wcześniej mowy. Zapowiadał w nim swoje zmartwychwstanie i to, że wielu ludzi, w tym apostołowie, będą dziwić się temu zjawisku. Ostrzegł też apostołów, że wśród nich jest jeden, który go zdradzi, nie wskazując jednak konkretnie na Judasza. A potem sobie omawialiśmy go kolejno, zdanie po zdaniu. To znaczy głównie ksiądz komentował, a myśmy grzecznie słuchali. Chociaż nie powiem, tu i ówdzie wtrąciłam swoje trzy grosze przemyśleń. I tak przez godzinę. Trochę mnie wymęczył intelektualnie, ale to jest takie pozytywne zmęczenie. A na koniec ksiądz w ogóle miał jakiś odruch miłosierdzia, bo jak gdyby nigdy nic wyraził zainteresowanie tym, w jaki sposób wrócę do domu. Jakaś odmiana po ostatnim ciągłym "warczeniu" na mnie. Ale spokojnie, miałam ostatni autobus jadący w moim kierunku i jeszcze trochę czasu do jego odjazdu.
Czyli wychodzi na to, że kolejny rok będziemy zmagać się z Ewangelią wg św. Jana. Też dobrze, według jednego z wykładowców na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego (no dobrze, według mojego ulubionego Księdza który będzie błogosławionym) jest to najbardziej dojrzała, najbardziej teologiczna, ale też najtrudniejsza ze wszystkich Ewangelii. Może interpretacja inna niż podczas kazań i homilii sprawi, że będę ją lepiej rozumieć? Inna sprawa, że tak głupio kończyć omawianie Ewangelii w 1/5 tekstu. Przynajmniej według mnie. Eee, myślę że jakoś to połączę. Najwyżej opuszczę kilka spotkań Kręgu, ale czy coś wielkiego się przez to stanie? Co najwyżej będę ciut z tyłu za wszystkimi. 

niedziela, 13 września 2026

2436. Film wymykający się spod praw biologii i fizyki

 

Nie jestem w stanie powiedzieć przez jaki okres czasu "polowałam" na dogodny moment, aby obejrzeć film "Wiek Adeline" w telewizji. Co prawda leciał już kilkakrotnie, ale jakoś termin emisji nie mógł się zgrać z moimi życiowymi planami. Jednak kiedy zobaczyłam, że w miniony weekend zostanie on wyemitowany na TVNie, to zdecydowałam, że choćbym nie wiem jak była zmęczona dniem, to zmobilizuję się i w końcu go obejrzę. Bo historia jaką opowiada jest naprawdę niezwykła.
Film opowiada historię Adeline, młodej kobiety, wdowy wychowującej sześcioletnią córeczkę Flemming. Pewnego wieczoru, kiedy wracała samochodem przez zaśnieżone ulice, straciła panowanie nad kierownicą i wpadła do zimnej rzeki. Na chwilę zanikły jej funkcje życiowe, jednak w samochód uderzył piorun, który podziałał niczym dzisiejszy defibrylator. Adelina wskótek tych zdarzeń przeżyła, ale co ważniejsze, jej organizm przestał się starzeć. Nikt nie potrafiłł jej odpowiedzieć dlaczego tak się stało, a ona sama stała się obiektemm zainteresowania władz i naukowców. Musiała zmienić tożsamość, a także miejsce zamieszkania. Nie zerwała jednak kontaktów z córką (która w przeciwieństwie do niej uległa upływowi czasu). Pewnego razu Adeleine spotkała mężczyznę, w którym zakochała się ze wzajemnością. Czy jej wyjątkowość okaże się przeszkodą w tej relacji?
Bardzo mi się podoba koncepcja filmu, gdzie na pierwszy plan wysunął się temat nieśmiertelności i tego, w jaki sposób do niej dojść. W przypadku Adeline na skutek wypadku zostało zahamowane skracanie się naturalnych nici DNA. Nić nie ulegała zmniejszeniu, a więc i w naturalny sposób proces starzenia się organizmu został zahamowany i Adeline cały czas, przez kilkadziesiąt lat, miała te dwadzieścia kilka lat. Nie wiem, na ile jest to rzeczywiście możliwe, nie jestem ani biologiem, ani tym bardziej medykiem. Jednak sam pomysł wydaje się nowatorski, chociaż nie do końca etyczne. Bo podejrzewam, że wiązałoby się to z ingerencją w ludzki genotyp. A przy okazji "naprawienia" tego ewenementu można by zniszczyć kilka innych. Czy to ma sens? Odpowiedzcie sobie sami na to pytanie.

sobota, 12 września 2026

2435. "Dominki-bis" też wystartowały

 W tym roku tak się dobrze złożyło, że spotkania inaugurujące kolejny rok formacyjny w wadowickiej i jaworznickiej wspólnocie "WiŚ": miały miejsce tydzień po tygodniu, a więc mogłam na spokojnie wziąć udział i w jednym, i w drugiej. A nawet upiec coś słodkiego (po trochu to było moje ciasto urodzinowe) do zjedzenia na drugie ze spotkań. Tym razem debiutowałam "cyganką" upieczoną według przepisu z tej strony. Znowu była nutka niepewności, czy wszystko wyjdzie tak jak ma być, ale poza trochę krzywym biszkoptem (czego pewnie nikt nie zauważył) chyba było ok. Tym bardziej, że jedyne recenzję, jakie zebrałam to "niebo w gębie", "prosimy o więcej". Miło mi, ja nie mogę jeść takich ciast, niech chociaż inni mają radochę.
Pewnym wyzwaniem logistycznym było przewiezienie ciasta do J-na komunikacją miejską, ale przecież dla chcącego nic trudnego. A uśmiechy na twarzach zrekonpensowoały mi wszelakie trudy tego przedsięwzięcia.
Spotkanie "Dominków-bis" zaczęło się tradycyjnie o godzinie 15:00. Jak w większości przypadków, także i teraz, rozpoczęła je Mszą święta w podziemiach jaworznickiej kolegiaty. Co prawda nie została ona odprawiona przez nowego kapelana naszej wspólnoty, który w tym samym czasie udzielał ślubu w "górnym kościele", ale był poprzedni i też było dobrze. W ramach kazania przybliżył nam etapy przebaczania innym ludziom, ale też sobie samym (to tak w nawiązaniu do tego, ile razy mamy przebaczyć drugiemu człowiekowi). A po Mszy podziękował pani Kubusi i mnie za posługiwanie przy ołtarzu. 
Po zakończonym nabożeństwie udaliśmy się do salki katechetycznej, gdzie świętowaliśmy urodziny i imieniny wrześniowych jubilatów. A, że jedna osoba kończyła 35 lat, czyli miała okrągły jubileusz, to świętowanie nabrało jeszcze bardziej uroczystego charakteru. Przybył też nowy chętny do wstąpienia do naszej wspólnoty, co wszystkich bardzo ucieszyło. 
Po części przeznaczonej na świętowanie i rozmowy (znowu głupiałyśmy z Roxi, jak na obozie) przyszedł czas na część formacyjną. A ponieważ zeszyty formacyjne jeszcze nie dotarły, poświęciliśmy ją na wspomnienia z naszego obozu wspólnotowego i w ogóle z wakacji. Tym, którzy nie byli, opowiedzieliśmy jak było i co robiliśmy, była też prezentacja miltimedialna ze zdjęciami z tych 9 dni. Z kolei te osoby, kktóre nie pojechały na obóz opowiedziały, co one robiły podczas wakacji tak, aby i ich nie wykluczać z zabawy. Zaśpiewaliśmy też wspólnotową piosenkę, którą tak polubiliśmy na obozie.
W sumie szybko zleciały nam te trzy planowe godziny przeznaczone na spotkanie. Miło było zobaczyć znajomych ludzi. Z niektórymi nie widzieliśmy się miesiąc, a z innymi od czerwca, albo i dłużej. Jedyne co mnie zastanawia to to, że koordynator nie wspomniał nic o spotkaniu w Bielsku-Białej pod koniec września. Wiecie, zaczynam się zastanawiać, czy ono faktycznie jest dla wszystkich, czy tylko dla rady prowincji i koordynatorów. Najwyżej zadzwonię do koordynatorki "Rafałków" i się dopytam jak to jest.

piątek, 11 września 2026

2434. Ćwierć wieku od dnia, gdy świat wstrzymał oddech

źródło zdjęcia
Czas szybko leci. Czasami mam wrażenia, że zbyt szybko. Kiedy rano spojrzałam w kalendarz i zdałam sobie sprawę z tego, że minęło 25 lat od zamachów w Stanach Zjednoczonych. Jak wiemy z różnych źródeł, celem trzech z czterech porwanych przez terrorystów z Al-Kaidy samolotów były dwa wieżowce World Trade Center w Nowym Jorku oraz budynek Pentagonu w hrabstwie Arlington w stanie Wirginia. Jaki był cel lotu czwartego z porwanych samolotów do dzisiaj nie udało się w 100% ustalić. Pozostawmy to może tajemnicy, jaką zabrali za sobą znajdujący się na jego pokładzie terroryści.
Kilka miesięcy wcześniej miałam dziwny sen. Mimo, że minęło ćwierć wieku pamiętam go bardzo wyraźnie. Z okien mojego pokoju widać było wieżowiec znajdujący się naprzeciwko mojego bloku. W moim śnie pewnego dosyć pogodnego dnia uderzył w niego samolot. To było absurdalne i mało logiczne, ponieważ nie wiem na jakiej wysokości musiałby on lecieć. Ale może ten szczegół sprawił, że sen ten utkwił mi tak bardzo w pamięci. A potem ten wieżowiec się przewrócił. Też wbrew logice, bo wyglądało to tak, jakby ktoś go "kopnął" i runął nie w głąb siebie, jak wieże, ale dosłownie się wywrócił. Pamiętam ludzi stojących na dachu i wzywających pomocy oraz skaczących z tego dachu. Wyglądało to jak film, ale wtedy, 11 września, owy film zamienił miejsce z realnością.
Dziś, 25 lat później wiem, że to wszystko stało się za wcześnie w moim życiu, że był to kolejny, po śmierci księdza Józefa Tischnera oraz tragedii "Kurska" etap dojrzewania do brutalnej rzeczywistości. Wiem, że zabrało mi to kilka miesięcy dzieciństwa. Potem przez kolejnen miesiące wracały do mnie widziane w telewizji obrazy walących się wież i płonącego budynku Pentagonu. Wracały w rysunkach, nawiązaniach w opowiadaniach. Nawet w zabawach. Aż w końcu mi ta szewska pasja minęła, chociaż pamiętam jak wielkie wrażenie zrobił na mnie film "World Trade Center" z 2006 roku, na który poszliśmy ze znajomymi do kina.
Teraz w zasadzie temat ten tak bardzo do mnie nie wraca. No, może czasami, kiedy w internecie znajdę informacje odnośnie tego dnia. Albo kiedy przypada kolejna rocznica zamachu. Mam świadomość, że od tamtego dnia wiele się zmieniło w podejściu ludzkości do otaczającego świata. Staliśmy się nieufni, ale też bardziej czujni, szczwególnie na początku tego całebgo wariactwa. Wiadomo było, że już nic nie będzie takie, jak wcześnieij. I że sprawdziło się powiedzenie, że człowiek człowiekowi wilkiem.
I wiecie, chyba nie byłabym sobą, gdybym nie wykorzystała tej smutnej i w zasadzie niepotrzebnej rocznicy nie wykorzystała do przeczytania jakiejś książki na ten temat. Tą po lewej wypożyczyłam z Biblioteki Śląskiej, tej po prawej akurat nie było na stanie, ponieważ ktoś ją już wypożyczył, ale będę miała ją na uwadze. Tym bardziej, że czytałam jej fragmenty w internecie, i może nie to, że mi się spodobały, bo myślę, że to nie jest odpowiednie słowo, ale przemówiła do mnie. Jestem ciekawa całości, chociaż objętość może trochę przerażać. Ta po lewej stronie w zasadzie mi się podoba - pokazuje co się działo w wieżach zaraz po udarzenia w nie samolotów. Zawiera bezpośrednie relacje świadków zdarzenia, a dynamika ich opowieści nie zmniejszyła się pomimo upływu czasu. Dobrze się ją czyta, a to jest w sumie ważne dla mnie.
25 lat? A dla mnie to tak, jakby się to działo przed chwilą.