Podobnie jak w poprzednich latach, także i w tym roku dostałam się na wolontariat kolejnej już edycji Silesii Maratonu. Chyba weszłam już pod tym względem w rutynę, ale taką w pozytywnym sensie. Bo już po otrzymaniu potwierdzenia zaliczenia mnie w poczet wolontariuszy wiem, że to będą bardzo intensywne, ale i ciekawe dni. Intensywne, bo w biurze zawodów, do którego zostałam przydzielona, zawsze dużo się dzieje, to ono jest pierwszym miejscem do którego swoje kroki kierują zawodnicy w celu odbioru pakietu uprawniającego ich do startu na wybranym dystansie. A ciekawie, bo to kolejna okazja do spotkania się z drugim człowiekiem, zarówno po jednej stronie lady, jak i po drugiej.
Po kilku wcześniejszych edycjach już wiem, że największy "młyn" jest pierwszego dnia zaraz po otwarciu drzwi prowadzących do biura, bo wtedy ok. 65% całego ogółu zawodników chce odebrać swój pakiet. Co prawda hala jest podzielona na sektory, w których wydawane są numerki i gadżety na poszczególne dystanse, ale i tak trzeba mieć oczy dookoła głowy, aby się nie pogubić i dobrze wszystko powydawać. A nie ukrywajmy, ludzie są różni, jedni wykazują większą, a inni mniejszą cierpliwość. Jednak i do tego można się przyzwyczaić, zwłaszcza po tych kilku latach pomagania. W końcu co nas nie zabije to nas wzmocni. I fizycznie, i psychicznie.
Tak jak pisałam - wolontariat to okazja do spotkania z drugim człowiekiem, zarówno z innymi wolontariuszami, jak i zawodnikami. To szansa do rozmów, podzielenia się z innymi swoimi problemami, ale i radościami, czy też pomysłami na rozwiązanie różnych spraw. Tych kilka chwil spędzonych z zawodnikiem jest doskonałym momentem na zadanie prostego pytania co u niego słychać, ale też po prostu życzenia mu powodzena w biegu.
Co do biegania, to myślę sobie, że takie przydzielenie do strefy biura zawodów jest doskonałem substytutem udziału w maratonie. Bo na dobrą sprawę to w tej części całej infrastruktury też się trzeba nieźle nabiegać, zwłaszcza pomiędzy ladami, a stolikami, na których znajdują się pudła z kopertami z numerkami startowymi. Trzeba to robić dosyć szybko, bo w kolejce czekają kolejni i kolejni biegacze. Muszę się pochwalić pewną rzeczą - wiem, że w zasadzie to nic takiego dla większości z Was, ale dla mnie to krok milowy. Otóż od kilku edycji zawodnicy odbierają swoje pakiety za pomocą kodu QR. Dotychczas nie podjęłam się próby odczytania ich za pomocą smartfona (organizator zapewnia sprzęt z odpowiednim oprogramowaniem), przekonana, że moje niekontrolowane trzęsienie rąk, spowodowane niepełnosprawnością oraz wynikającą z niej atetozą, niejako mi to utrudni. A tymczasem przez dobrą godzinę byłam sama na stanowisku, spróbowałam zeskanować jeden kod, potem drugi, i jakoś mi to poszło. Może nie tak szybko, jak innym, może przycisk "skanuj następny kod" sprawiał mi nieco problemów chwilami, ale jakoś to szło. Myślę, że mogę być zadowolona z tego postępu. Tak po ludzku.
Trzeba jednak podkreślić, że były też chwile wytchnienia w tym całym kołowrotku, tak bardzo potrzebne każdemu z nas. To te momenty, kiedy koordynatorka wolontariatu zarządzała zmianę na stanowiskach, i ci, którzy stali na hali i wydawali pakiety zawodników szli na pakowanie pakietów, które trzeba było co jakiś czas uzupełniać. I na odwrót, ci, którzy pakowali pakiety szli je wydawać. Szykowanie pakietów to spokojna, ale monotonna praca, gdzie do reklamówej wrzuca się gadżety od sponsorów biegu. W tym roku były to kawa, makaron i stos ulotek. Bo koszulki zawodnicy otrzymywali indywidualnie.
Mój tegoroczny wolontariat trwał trzy dni (czwartek, piątek i sobota). Czwartek i piątek dyżur miałam po skończonej pracy na świetlicy w Kato. Tak więc można powiedzieć, że byłam niemal na miejscu, bo z Kato do Stadionu Śląskiego jest niemal rzut beretem. W sobotę musiałam dojechać od siebie, ale to też nie jest specjalnie problemem w przypadku, kiedy ma się wolne w pracy. Czy mnie zmęczyło to wszystko? Myślę, że nie, zwłaszcza że ekipa była i do tańca i do różańca. Taka którą się lubi i po prostu chce się z nią być...