Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 14 października 2026

2449. Odpowiedzialność przez duże "O"

W ostatnich tygodniach polskie media obiegła informacja o serii ataków uczniów na osoby związane ze szkołą. W wielu placówkach oświatowych doszło do incydentów związanych z użyciem ostrego narzędzia czy też zgłoszenie o podłożeni bomby. Jednak prawdziwa tragedia wydarzyła się w powiecie wyszkowskim, gdzie absolwent tamtejszej podstawówki zabił nożem pracującą w niej woźną. Przeraża to, chociaż tak właściwie podobne sytuacje miały miejsce w szkole nie od dzisiaj. 
Wikipedia jako pierwszy tego typu akt przemocy na terenie naszego kraju podaje zdarzenie z 1925 roku, kiedy to 6 maja w Wilnie, które mieściło się w tamtejszym czasie w obrębie granic Rzeczypospolitej Polskiej dwójka maturzystów, Stanisław Ławrynowicz i Janusz Obrąpalski przyszli uzbrojeni do szkoły im Joachima Lelewela. Za pomocą granatów i rewolwerów zaatakowali poodczas matur komisję egzaminacyjną. Zabili przy tym 3 osoby oraz ranili 9 innych, a następnie popełnili samobójstwo. Jednak najwcześniej odnotowana strzelanina szkolna miała miejsce już 27 lipca 1764 roku w Pensylwanii, kiedy w czasie powstania Pontiaka 3 tubylców z indiańskiego plemienia Delawarów dokonało ataku na szkołę Enocha Browna. Zastrzelili oni nauczyciela oraz zatlukli na śmierć 9 albo 10 uczniów. Prawdopodobnie wcześniej miały miejsce podobne zdarzenia, te jednak zostały potwierdzone w gazetach bądź kronikach.
Przemoc obecna była w szkole zawsze, tylko różne były jej przyczyny. Teraz mówi się o różnych wyzwaniach lub challenge w internecie. Pamiętam jednak jedną taką sytuację z czasów, kiedy chodziłam jeszcze do podstawówki. Mógł być 2002 lub 2003 rok. W szkole, w której realizowałam obowiązek szkolny niemieckiego nauczała germanistka, która według mnie nie powinna uczyć w szkole specjalnej. Ogólnie wyśmiewanie i ubliżanie tym uczniom, którzy z powodu swojej niepełnosprawności intelektualnej nie byli w stanie nauczyć się liczyć do trzech, było u niej na porządku dziennym. Prawdziwym hitem było dla mnie jednak przynoszenie do szkoły swojego psa i ośmieszanie uczniów, że potrafi on więcej z języka niemieckiego, niż oni. Kiedyś jeden chłopiec na lekcji dostał jakiegoś ataku. Germanistka zamiast mu jakoś pomóc, kucnęła przy owym psie i zakryła mu oczy, aby tego nie widział. Czy to jest pedagog specjalny? Według mnie nie. Ja co prawda zawsze w miarę dobrze się uczyłam, mimo że germanistka w zasadzie nie przekazywała nam żadnej wiedzy i jeżeli samemu się nie nauczyło czegoś, to raczej nic się nie umiało. Ale zawsze było mi żal tych, którzy nie byli w stanie tego dokonać, a przez to byli szykanowani przez nauczycielkę. Do dzisiaj wspominamy to podczas prywatnych spotkań. Pewnego dnia jeden z gimnazjalistów nie wytrzymał tego ciągłego upokorzenia i przyniósł na zajęcia... atrapę pistoletu. Zrobił się harmider, wezwano policję, ale finalnie wszystko rozeszło się po kościach i chłopak finalnie ukończył szkołę. Ja jednak już wtedy wiedziałam, jak wiele znaczy szacunek nie tylko wobec nauczyciela, ale i ucznia. Jak wiele zła może wyżądzić mu wyszydzanie i upokorzenie go na oczach innych uczniów. Może dlatego staram się upominać moich podopiecznych na osobności? Nie wytykać ich błędów, ale zauważać to, co potrafią? Sama nie wiem.
Wiem za to jak wiele daje rozmowa i zainteresowanie się sprawami ucznia. Jak dużo może wnieść pozytywna socjalizacja, zwłaszcza w przypadku, kiedy w domu jej nie mają. Automatycznie przychodzi mi na myśl książka Williama Goldinga "Władca much", czy też jej ekranizacja. Jej akcja rozgrywa się na bezludnej wyspie, na której wylądowali ewakuowani ze szkoły kadetów chłopcy. Pozbawieni opieki dorosłych postanowili wprowadzić rządy na ich wzór. Niestety, uzyskują odwrotny efekt, co ma tragiczne skutki. 
I przeczytałam książkę, i obejrzałam film. I za każdym razem zastanawiałam się jak niewiele trzeba, aby mili, grzeczni i sympatyczni chłopcy zmienili się w zdolnych do najgorszego dzikusów. Przerażające, zwłaszcza gdy się o tym czytało w cieniu rzucanym przez drzewa. A na wyspie było pełno drzew. Wyobraźnia robiła swoje. Zaś film z efektami dźwiękowymi dopełnił wszystkiego. Jednak z tyłu głowy pojawiło się pytanie: co robić, aby wymyślona fabuła nie stała się rzeczywistością. A czytając kolejne doniesienia odnośnie tego, co się dzieje w szkołach, mam wrażenie, że powoli tak się dzieje.
Dlatego tak wielka spoczywa na nas, nauczycielach, odpowiedzialność. I to taka przez duże "O". Wiem, że to jest trudne, wiem, że wielu z nas mierzy się z syndromem wypalenia zawodowego. Ale jak to mówił patron liceum, jakie ukończyłam - "Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie". Wyrabiajmy w nich dobre nawyki, uczmy mądrego korzystania z internetu i przewidywania konsekwencji ich wyborów. To nie jest łatwe, to raczej żmudna praca, prawie od podstaw. Ale jeżeli wpłyniemy na chociaż jednego ucznia, to będziemy mogli odnotować mały sukces.

poniedziałek, 12 października 2026

2448. Piszę z nowego...

Nie, wbrew pozorom nie z nowego mieszkania, ale z nowego laptopa. Poprzedni mi wysiadł, zaledwie kilka miesięcy po upływie okresu gwarancji. Tradycja, prawda? Próbowałam go jeszcze reanimować, ale znajomy doradził mi, abym kupiła nowy - lepiej na tym wyjdę. Na szczęście ceny laptopów nie są już takie wygórowane i mój budżet zbytnio nie ucierpiał na tym zakupie. Jestem na etapie przenoszenia dokumentów z jednego sprzętu na drugi. Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby kupić jakiś pendrive o większej pojemności (widziałam już takie mające ponad 500 gigabajtów w sensownej cenie) i tam nie trzymać wszystkiego. Ewentualnie pamięć zewnętrzną. Nie wiem, muszę przeanalizować to i owo.
Wraz z bierzmowanymi przygotowaliśmy rozważania radosnych tajemnic różańca świętego oraz przygotowaliśmy miniwystawę na temat Carla Acutisa. Wszystko z okazji 20 rocznicy jego śmierci. Jestem dumna z mojej młodzieży, za jej zaangażowanie oraz pomysły na wykonanie plansz. Rozważania napisałyśmy z trzema dziewczynami, na mojej stacjonarce (już wtedy laptop mi szwankował). Bardzo mi się podobała ich dojrzałość co do ujęcia tematu. Jeżeli chciały się czegoś dowiedzieć, to albo szukały tego w książkach biograficznych (na szczęście mam kilka), albo po prostu na internecie. Trochę się obawiałam efektu końcowego, ale wszystko poszło lepiej niż dobrze. I nawet spora część z bierzmowanych została na wieczornej Mszy świętej, sami angażując się w czytania. Pamiętacie jak pisałam Wam o zaangażowanie młodych w życie parafii czy też kościoła? Właśnie tak je sobie wyobrażam. A po całości poszliśmy na salkę na plebanii na ciepłą herbatę, ciasto upieczne przez mamy i babcie młodzieży oraz... grę karcianą poświęconą nie komu innemu, jak Carolowi Acutisowi. Było sporo śmiechu, ale dzieciaki mogły się też sprawdzić w swojej wiedzy na jego temat.
Teraz tylko przeżyć Dzień Nauczyciela oraz rocznicę wyboru Polaka na papieża, a potem 11 listopada i pozornie można będzie trochę odpocząć od tego całego szaleństwa.

środa, 7 października 2026

2447. Mamy nowy obraz Maryi w naszej parafii

Jednym z pierwszych rozporządzeń wprowadzonych przez nowego proboszcza mojej parafii (pytanie zasadnicze Księdza z Gitarą - która parafia jest moja?) jest sprowadzenie do parafii obrazu Matki Bożej Różańcowej wzorowanej na obrazie z salezjańskiej parafii w Kamyku (to taka miejscowość nieopodal Kłobucka). Uroczystego poświęcenia obrazu dokonał we wspomnienie Matki Bożej Różńcowej tuż przed rozpocząciem nabożeństwa różańcowego. Aż się przemogłam i poszłam, aby uczestniczyć w tym wydarzeniu.
I wróciłam z mieszanymi uczuciami. Bo z jednej strony miło, że wprowadzane są jakieś konkretne zmiany. Obraz zastąpił dotychczasowy wizerunek Matki Bożej Wspomożenia Wiernych wiszący w bocznym ołtarzu od co najmniej 15 lat. Jest raczej miły dla oka i przypomina o modlitwie różańcowej nie tylko w miesiącu październiku, ale przez cały rok. Zresztą sami zobaczcie.
Modlitwa do Matki Bożej Różańcowej
Bukiet różany przyniosę Ci Matko,
wraz z mą modlitwą, szczerą i prostą.
A kwiatki te, jak tajemnice,
niech w Twoje serce matczyne wrosną.
Białe jak tajemnice radosne,
niewinność swą nam odsłaniają.
Żółte niczym tajemnice światła,
działalność Jezusa przedstawiają.
Czerwone - tajemnice bolesne,
krwią ran Jezusa znaczone.
No i różowe, jak te chwalewne,
poranną zorzą poprzedzone.
W pierwszych dziękuję 
za dar życia dany.
W drugich chcę prosić 
o wiary pełne dzbany.
W trzecich o wytrwałość,
gdy życie zawodzi.
W czwartych o zbawienie,
dla wszystkich ludzi.

Ale z drugiej strony czuję pewien dyskonfort po tym, co kątem ucha usłyszałam. Otóż poprzedni proboszcz miał zwyczaj, że różaniec czy też roraty, dla dzieci i młodzieży, były tylko w wybrane dni tygodnia. "Zwalniało" to ich niejako z chodzenia przez cały miesiąc. Nie wiem czemu to miało służyć. Raczej wygodnictwu, tylko nie wiadomo czyjemu. Tymczasem nowy proboszcz zachęca do tego, aby chodzić każdego dnia, w miarę możliwości. I w tym jest problem oraz psioczenie. Rodziców i... katechetek. 
A mnie się podoba taka postawa. Bo pokazuje, komu zależy na życiu duchowym, a kto przychodzi, bo musi coś odbębnić. Proboszcz zapowiedział też, że kontrolki będą, jak co roku, ale bez jakiś większych profitów czy nagród z jego strony. To też się nie spodobało większości. Szczerze powiedziawszy to mam mieszane uczucia co do nagradzania dzieci za ich aktywności. To znaczy miło, jak ktoś doceni ich uczestnictwo w czymś (chociaż dla mnie to takie częściowe uczestnictwo), ale to też takie małe przekupstwo - przychodź, a może dostaniesz tablet lub smartfon, lub kartę do Empiku. Nikt im raczej nie mówił o nagrodzie, jaką otrzymają po śmierci oraz ile taka modlitwa może wnieść dla tych, którzy już odeszli. A to chyba jest ważniejsze od wszelkich materialnych spraw. A jak już jakoś nagrodzić najgorliwszych uczestników nabożeństw, to może jakiś wyjazd, wyjście w jakieś ciekawe miejsce, czy coś w tym stylu. 
W sumie zastanawiam się, czy nie podejść do proboszcza i nie podrzucić mu pomysłu otwarcia na nowo naszego Oratorium. Chętnie mu w tym pomogę, chociaż zupełnie nie wiem, w jaką dziurę w moim życiu to wcisnę. Tym bardziej, że po wielu poszukiwaniach znalazłam w końcu sekcję sportową, w której mogłabym trenować frame (albo race) running, o którym wiele razy Wam tutaj pisałam. Chichot losu polega na tym, że co prawda ta miejscowość w której się one odbywają nie jest tak bardzo ode mnie daleko, jednak funkcjonowanie komunikacji miejskiej w weekendy sprawia, że jest to wyprawa na pół dnia w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ale może, jeżeli nie sobotnie spotkania z dzieciakami, to chociaż jakieś półkolonie zimowe i letnie? Mam papiery kierownika odpoczynku, przez kilka lat pomagałam w organizacji podobnych przedsięwzięć dawnym opiekunom Oratorium. Może nie będzie idealnie, zwłaszcza na początku, ale człowiek uczy się na błędach. A jeżeli nie światlica i nie półkolonie, to może chociaż jakaś dyskoteka... Co prawda jego poprzednik zrobił taką dyskotekę, że na stypach jest radośniej, teraz może nie będzie jednak aż tak źle...
Pewnie wszystko skończy się na marzeniach i planach, ale od czegoś trzeba zacząć.

niedziela, 4 października 2026

2446. W biurze zawodów też się trzeba nabiegać

Podobnie jak w poprzednich latach, także i w tym roku dostałam się na wolontariat kolejnej już edycji Silesii Maratonu. Chyba weszłam już pod tym względem w rutynę, ale taką w pozytywnym sensie. Bo już po otrzymaniu potwierdzenia zaliczenia mnie w poczet wolontariuszy wiem, że to będą bardzo intensywne, ale i ciekawe dni. Intensywne, bo w biurze zawodów, do którego zostałam przydzielona, zawsze dużo się dzieje, to ono jest pierwszym miejscem do którego swoje kroki kierują zawodnicy w celu odbioru pakietu uprawniającego ich do startu na wybranym dystansie. A ciekawie, bo to kolejna okazja do spotkania się z drugim człowiekiem, zarówno po jednej stronie lady, jak i po drugiej.
Po kilku wcześniejszych edycjach już wiem, że największy "młyn" jest pierwszego dnia zaraz po otwarciu drzwi prowadzących do biura, bo wtedy ok. 65% całego ogółu zawodników chce odebrać swój pakiet. Co prawda hala jest podzielona na sektory, w których wydawane są numerki i gadżety na poszczególne dystanse, ale i tak trzeba mieć oczy dookoła głowy, aby się nie pogubić i dobrze wszystko powydawać. A nie ukrywajmy, ludzie są różni, jedni wykazują większą, a inni mniejszą cierpliwość. Jednak i do tego można się przyzwyczaić, zwłaszcza po tych kilku latach pomagania. W końcu co nas nie zabije to nas wzmocni. I fizycznie, i psychicznie.
Tak jak pisałam - wolontariat to okazja do spotkania z drugim człowiekiem, zarówno z innymi wolontariuszami, jak i zawodnikami. To szansa do rozmów, podzielenia się z innymi swoimi problemami, ale i radościami, czy też pomysłami na rozwiązanie różnych spraw. Tych kilka chwil spędzonych z zawodnikiem jest doskonałym momentem na zadanie prostego pytania co u niego słychać, ale też po prostu życzenia mu powodzena w biegu.
Co do biegania, to myślę sobie, że takie przydzielenie do strefy biura zawodów jest doskonałem substytutem udziału w maratonie. Bo na dobrą sprawę to w tej części całej infrastruktury też się trzeba nieźle nabiegać, zwłaszcza pomiędzy ladami, a stolikami, na których znajdują się pudła z kopertami z numerkami startowymi. Trzeba to robić dosyć szybko, bo w kolejce czekają kolejni i kolejni biegacze. Muszę się pochwalić pewną rzeczą - wiem, że w zasadzie to nic takiego dla większości z Was, ale dla mnie to krok milowy. Otóż od kilku edycji zawodnicy odbierają swoje pakiety za pomocą kodu QR. Dotychczas nie podjęłam się próby odczytania ich za pomocą smartfona (organizator zapewnia sprzęt z odpowiednim oprogramowaniem), przekonana, że moje niekontrolowane trzęsienie rąk, spowodowane niepełnosprawnością oraz wynikającą z niej atetozą, niejako mi to utrudni. A tymczasem przez dobrą godzinę byłam sama na stanowisku, spróbowałam zeskanować jeden kod, potem drugi, i jakoś mi to poszło. Może nie tak szybko, jak innym, może przycisk "skanuj następny kod" sprawiał mi nieco problemów chwilami, ale jakoś to szło. Myślę, że mogę być zadowolona z tego postępu. Tak po ludzku.
Trzeba jednak podkreślić, że były też chwile wytchnienia w tym całym kołowrotku, tak bardzo potrzebne każdemu z nas. To te momenty, kiedy koordynatorka wolontariatu zarządzała zmianę na stanowiskach, i ci, którzy stali na hali i wydawali pakiety zawodników szli na pakowanie pakietów, które trzeba było co jakiś czas uzupełniać. I na odwrót, ci, którzy pakowali pakiety szli je wydawać. Szykowanie pakietów to spokojna, ale monotonna praca, gdzie do reklamówej wrzuca się gadżety od sponsorów biegu. W tym roku były to kawa, makaron i stos ulotek. Bo koszulki zawodnicy otrzymywali indywidualnie. 
Mój tegoroczny wolontariat trwał trzy dni (czwartek, piątek i sobota). Czwartek i piątek dyżur miałam po skończonej pracy na świetlicy w Kato. Tak więc można powiedzieć, że byłam niemal na miejscu, bo z Kato do Stadionu Śląskiego jest niemal rzut beretem. W sobotę musiałam dojechać od siebie, ale to też nie jest specjalnie problemem w przypadku, kiedy ma się wolne w pracy. Czy mnie zmęczyło to wszystko? Myślę, że nie, zwłaszcza że ekipa była i do tańca i do różańca. Taka którą się lubi i po prostu chce się z nią być...

środa, 30 września 2026

2445. Przedłużone świętowanie

Bo kto powiedział, że urodziny muszą być obchodzone tylko w dniu, w którym one przypadają? W tym roku nasze (moje i mojego kolegi, Gaciocha) przeciągneły się aż o cztery dni, kiedy to w środę cała nasza sekcja lekkoatletyczna została zaproszona do Gaciocha na pieczonki. Takie nasze sportowe świętowanie od kilku lat. Można wręcz powiedzieć, że niepisana tradycja. Oczywiście mogłam odmówić, ale cóż bym wtedy zyskała? Chyba tylko kilka chwil spokoju. Nie o to chodzi w życiu, przynajmniej według mnie.
Na miejsce przywiózł nas tata Młodszej. Gacioch akurat mieszka między DG, a Olkuszem. Co prawda można do niego dojechać komunikacją miejską, ale skoro nadarzyła się okazja, to dlaczego jej nie wykorzystać? Tym bardziej, że tak było i szybciej, i wygodniej. Dzięki temu nie musiałam się aż tak bardzo spieszyć z pracy do domu. Na spokojnie mogłam i wrócić i przygotować się do wyjścia.
Do Gaciocha przyjechaliśmy na godzinę 18:00. Był ciepły i pogodny wieczór, czuć było ostatnie powiewy letniego wiatru. W spotkaniu brała udział kameralna liczba osób związanych z naszą sekcją sportową oraz rodzina gospodarza. Były ciasta, ciastka, owoce, cukierki, a przede wszystkim obiecane pieczonki, które przygotowywaliśmy wspólnnie. Towarzyszyło temu mnóstwo śmiechu, ale też i rozmów, a także planów na przyszłość. Bo w zasadzie każdy z nas jakieś tam je ma, nie to, że ktoś jest upośledzony umysłowo, a ktoś fizycznie. Tak naprawdę stanowimy jedność, i to się tak naprawdę liczy.
Tym sposobem zupełnie nieoczekiwanie moje świętowanie zostało rozłożone na dwa dni. Pierwszy, zupełnie nieoczekiwany, podczas rekolekcji na rozpoczęcie roku formacyjnego "Wiary i Światło". No i drugi, już bardziej spodziewany, w gronie osób, z którymi dzielę swoje sportowe pasje. Myślę, że to takie nadrobienie zeszłorocznych urodzin spędzonych w szpitalnym łóżku. Jakaś równowaga w tym wszystkim musi być, prawda?