Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 17 marca 2016

Teraz już wiem, komu naprawdę mogę ufać, czyli o poniedziałkowej przygodzie

"Co ci się stało?" - słyszałam od każdego znajomego, który przyszedł w poniedziałkowe południe na zajęcia z historii kultury. A wszystko przez niesamowicie czerwone oko, z którym coś sobie zrobiłam w niedzielny poranek/ewentualnie sobotnią noc. W każdym razie już w niedzielny poranek wyglądało tak sobie, ja jednak nie mogłam pozwolić sobie na przymusowe L4 - wszak miałam w planie wyjazd do Krakowa na Misterium Męki Pańskiej(ale o tym w innej notce). Równocześnie miałam nadzieję, że dzień bez laptopa da niejaki odpoczynek dla moich oczów. 
W poniedziałek było jednak tylko gorzej. Mimo wszystko pojechałam na zajęcia na uczelnie. Co prawda na Papieskim miałam tylko jedne jedyne zajęcia z systemów rezerwacyjnych(które de facto w końcu odwołali), ale za to na AWFie miałam francuski, historię kultury oraz ćwiczenia z zarządzania przedsiębiorstwem turystycznym. Zwłaszcza francuskiego nie chciałam opuszczać, wszak nie należę do ludzi uzdolnionych lingwistycznie, a poza tym umówiłam się z babką na zdawanie zaległego materiału. Jednak oko tak mnie piekło, że nie byłam w stanie patrzeć na ekran. No, nic, na szczęście prowadząca jest wyjątkowo roztrzepana i kazała mi zdawać w przyszłym tygodniu. 
Po francuskim miałam chwilę przerwy do wykładu z historii kultury. Zazwyczaj urywam się wtedy na psychologię i socjologię grupy na Uniwersytet Papieski, jednak w tym tygodniu odwołano zajęcia. Ponieważ moi znajomi z grupy też pokończyli swoje zajęcia z języków, powoli zaczęliśmy się gromadzić pod przypisaną salą. I od razu posypał się grad pytań pod moim adresem - "Co ci się stało?", "Boli cię?", "Może to zapalenie spojówki", "A może gradówka?". To jednak nic - wystarczyło że na horyzoncie pojawiła się D. - "Lolek, a czemu ty płaczesz" - zaczęła. Oczywiście nie płakałam, tylko mi oko łzawiło. Pobiegła na chwilę na ksero, po czym wróciła do nas. "Jejciu, to oko naprawdę wygląda fatalnie. Lolek, dlaczego nie zostałaś w domu?". Tak, Lolek czasami jest zbyt gorliwy. I to jest jego największa wada - chce dobrze, nawet kosztem swojego zdrowia. "Ja bym poszła z tym do lekarza" - stwierdziła J. - "W akademiku jest gabinet, idź do niego" - dodała A. "Chcesz, pójdę z tobą" - zadeklarowała D. - "Ostatnio była tam B. i podobno trzeba się wykłócać, żeby do niego wejść". "A co z historią kultury?" - zapytałam. "Daj spokój, jak nie pójdziemy nic się nie stanie. Zbieraj się, idziemy".
No więc poszłyśmy - ja i D. Najpierw do akademika, z którego odesłali nas na  SOR do najbliższego szpitala im. Stefana Żeromskiego. Ani D., ani ja nie miałyśmy pojęcia gdzie to jest. Powiedziano nam tylko, że mamy wysiąść na przystanku "Plac Centralny". I tyle. Co prawda zaczęłam przebąkiwać, że wrócę do domu i tam pójdę do lekarza, D. pozostała jednak nieugięta. Szybko skontaktowała się ze swoim chłopakiem, aby zobaczył gdzie jest ten cały szpital i pojechała tam ze mną. Aż mi głupio się zrobiło. Potem trochę kluczyłyśmy po osiedlu, ale tak to już jest, gdy się drogi ani nawet tej części miasta zbytnio nie zna. Popytałyśmy jednak ludzi i w końcu dotarłyśmy na miejsce. Prawie, bo jeszcze musiałyśmy znaleźć SOR, co wbrew pozorom nie było takie łatwe. Ale przy okazji dowiedziałyśmy się nieoficjalnie, że na drugi raz mamy wzywać karetkę pogotowia - wtedy szybciej przyjmują.
Wbrew pozorom na SORze szybko mnie przyjęli. Co prawda D. dostawała czegoś, kiedy babka w rejestracji widząc jak trzymam długopis rzuciła - "To ja może przybiję pieczątkę". "Nie, ona spokojnie podpisze się sama" - skomentowała D. Na ratunkowym dyżurujący lekarz stwierdził, że nic tu nie pomoże i odesłał do gabinetu okulistycznego. Ewentualnie kazał czekać do 19 na lekarza okulistę na SORze. Postanowiłyśmy z D. spróbować jednak uderzyć do gabinetu. Zdążyłyśmy w ostatniej chwili. Co prawda D. pojechała już na uczelnię(i tak jestem jej wdzięczna, że ze mną przyjechała), ale ja i tak sobie poradziłam mimo wszelkich ograniczeń.
Lekarka zbytnio nie była zadowolona pojawieniem się mnie u niej. Gdyby nie ja, mogłaby wyjść do domu o czasie, a tak napatoczył jej się niespodziewany pacjent z SORu. Przeprowadziła pobieżny wywiad, poświeciła mi po oczach, poburczała, że za bardzo ruszam głową(no trudno, pacjenci z mpd też mogą jej się przytrafić i powinna być na to gotowa, przynajmniej mentalnie). Na koniec stwierdziła, że to erozja rogówki i przejdzie mi za kilka dni. I jeszcze dała mi receptę. Grzecznie podziękowałam i wyszłam. Mam nadzieję, że owo "Do widzenia" się nie sprawdzi, bo babka nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia.
Wszystkiego mogłabym się w tej sytuacji spodziewać, ale nie tego, że ktoś tak sam z siebie mi pomoże, poświęci swój czas i zajęcia. Pogada tak zwyczajnie, jak człowiek z człowiekiem. A potem zainteresuje się tobą, zadzwoni z pytaniem jak diagnoza, pożyczy notatki do skserowania. Nigdy bym się nie spodziewała aż takiego zaangażowania w moją sprawę. Ale D. już pierwszego dnia zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, bardzo często na zajęciach służy jako mój "tłumacz" :). Naprawdę, każdemu życzę takiej znajomej, bo jest naprawdę wyjątkowa. I wiem, że zawsze mogę liczyć na jej pomoc. Zresztą w ogóle na AWFie mam paczkę, która traktuje mnie jako swoją, nie tyle ze względu na niepełnosprawność ile na to, jaka jestem naprawdę. 

4 komentarze:

  1. Jak to mówi staropolskie porzekadło : przyjaciół poznajemy w biedzie!
    A tak w ogóle, to rozumiem, że już lepiej z okiem??? Zdrówka życzę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oko jak najbardziej doszło do siebie. Inaczej nie pisałabym na blogu :). Pozdrawiam i również życzę zdrowia, bo pogoda nie za ciekawa...

      Usuń
  2. Masz racje, ludzie zbyt wylewni nie są, trzeba mieć prawdziwych przyjaciół, żeby otrzymać wsparcie. Bywa, że ludzie niby pomogą, a potem tyłek obrobią. Mam wrażenie, że na ludzką życzliwość należy bardzo pracować, miesiącami. Tak więc jesteś szczęściarą, że kogoś takiego masz :-) Może to co napisalam nie zabrzmiało zbyt optymistycznie, ale takie są realia chyba... Wczoraj oglądałam jakiś program, było w nim o tym, że umarł sobie dziadek i leżał martwy w mieszkaniu przez rok, a nikt z sąsiadów nie zainteresowal się, dlaczego go nie widać na osiedlu, dopiero masowe pojawienie się insektów w bloku spowodowało wyjaśnienie sprawy. A to nie jedyny taki przypadek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Gaju, ludzka znieczulica jest wszechobecna. Dlatego nie oczekuję, że każdy będzie moim przyjacielem, czy też każdy będzie szedł mi z pomocą, bo tak się po prostu nie da. Dlatego wolę mieć kilka naprawdę zaufanych ludzi, na których mogę polegać. Z tym dziadkiem faktycznie nieciekawie, ale że nikt niczego nie poczuł? Przecież ciało musiało już zacząć śmierdzieć... Straszne!

      Usuń