Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 20 lutego 2016

A po półkoloniach...

Parafialne półkolonie salezjańskie to praca charytatywna. Nikt nam nie płaci za opiekę nad cudzymi dziećmi, a pieniądze, które są wpłacane przy zapisach idą na jedzenie(dziennie szło prawie 15 bochenków chleba, nie mówiąc o wkładce do niego, bo przecież samego chleba nikt nie będzie jadł, chociaż jest Wielki Post), materiały plastyczne, nagrody. Dla nas, animatorów i wychowawców salezjańskich najważniejszy jest jednak uśmiech naszych podopiecznych, ich radość, dziecięca wdzięczność, która jest nieraz dużo większą zapłatą niż wszystkie pieniądze świata. Tego nie można sobie kupić tak sobie, na to trzeba pracować nieraz kilka lat.
Tradycyjnie już na koniec kolonii spotkaliśmy się na pizzy zakupionej z "proboszczowego budżetu". Czasami idziemy do pizzerii, dzisiaj jednak zostaliśmy na jadalni naszego Domu Młodzieżowego. Takie spotkanie, oprócz zjedzenia pizzy w towarzystwie które doskonale się zna, jest również doskonałą okazją do wymienienia spostrzeżeń dotyczących dzieci i ogólnie całych półkolonii. I chociaż po każdym dniu mieliśmy spotkanie podsumowujące, na którym wymienialiśmy plusy i minusy danego dnia, to i tak nie zawsze wszystko uzgodniliśmy. Teraz była ku temu doskonała okazja. Okazja była też do pogadania o wszystkim i o niczym. W tygodniu nie zawsze był na to czas, a dzisiaj mieliśmy go w nieograniczonej ilości. Dzięki temu nawet mi udało się poznać kilka nowych osób. Mam co do nich pewne zdanie, o co mi chodzi powiem, a raczej napiszę, jutro. Trochę smutno mi się jednak zrobiło, że niektórzy patrzą na mnie przez pryzmat choroby, jednak pewna osoba uświadomiła mi, że i tak robię zadziwiająco dużo i daję z siebie wszystko. Tylko szkoda, że nie wszyscy chcą to zauważyć.
Uświadomiłam sobie, że w sumie stworzyliśmy niezłą wspólnotę. Taką z prawdziwego zdarzenia, gdzie wszyscy dla wszystkich są wsparciem, wyznają te same ideały, uczą się żyć w społeczeństwie i wyrażać swoje zdania i poglądy. Bo tak naprawdę nie sztuką jest mieć inne zdanie, sztuką jest umiejętność jego wyrażania, wraz z argumentacją. To ważne, szczególnie dla osób nieśmiałych, czy też niepełnosprawnych, kiedy nie zawsze ma się odwagę przeciwstawić czyjemuś zdaniu, czy też zachowaniu. Czasami bowiem wolimy przyklasnąć czemuś, z czym nie do końca się zgadzamy, żeby się komuś przypodobać, czy też nie stracić znajomych. Tymczasem w niektórych przypadkach okazuje się, że nasze "nie" ma znaczenie. Tutaj niech przykładem będzie ostatni post na temat komórek - sprawa została poruszona(wreszcie!) na dzisiejszym zebraniu i rozwiązana(chyba?). Ale czy gdybym nie poruszyła jej w środę, to ktoś by się nią zajął? Wątpliwe. 

1 komentarz:

  1. " Nie" zdecydowanie ma znaczenie i to wypowiadane, i to przyjmowane. Rozmawiać trzeba zawsze, ale zgadzać się niekoniecznie. Tego jestem pewna:)

    OdpowiedzUsuń