Sąd nad Otylią
To trwało kilkadziesiąt sekund i zniknęło w mrokach niepamięci. Teraz odżywa, każe myśleć o tym, co wydarzyło się 1 października. Otylia Jędrzejczak wciąż od nowa analizuje wypadek, od chwili kiedy wychyliła się zza tira, aż do uderzenia w drzewo. I wciąż nie może się pogodzić z tym, że jej brat Szymek nie żyje. Nie dostaje gazet, nie ma radia, telewizji. Nie wie, że media już wydały na nią wyrok - winna.
![]() |
| Otylia i Szymon Jędrzejczak |
- Ktoś, kto wyraża publicznie takie opinie, powinien zachować daleko posuniętą powściągliwość - uważa trener kadry i wiceprezes ds. szkoleniowych Polskiego Związku Pływackiego, Paweł Słomiński. Tą prędkość media przyjęły jako aksjomat. Skrzywdzono Otylię.
Czy jechała z taką prędkością? - To nieprawda, to bzdura! Mój Boże, kiedy czytam, co się czasem wypisuje w gazetach, to mi się włos jeży - mówi z przekonaniem prokurator Stanisław Sawicki, szef Prokuratury Rejonowej w Płońsku, prowadzącej dochodzenie w sprawie wypadku. - Kiedy zbierzemy materiał dochodowy, biegły przy użyciu odpowiednich wzorów wyliczy tę prędkość na podstawie uszkodzeń samochodu. Czytanie z licznika to nie jest dowód. Teraz, kiedy samochód stoi na parkingu policyjnym, na liczniku jest zero.
Prasa podała, iż wszystko wskazuje na to, że Otylii zostanie postawiony zarzut spowodowania śmierci na skutek niezachowania bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Stanisław Sawicki twierdzi, że nikt z jego prokuratury nie mógł tego powiedzieć. - Dziś nie uda się rozstrzygnąć, jaki będzie finał sprawy, bo zbieranie materiału będzie trwało miesiąc - mówi. Do tej pory wykonano badania techniczne samochodu o biegły uznał, że przed wypadkiem był on sprawny technicznie. Będzie powołany biegły z zakresu ruchu drogowego. Przeprowadzono sekcję zwłok Szymona. - Przesłuchaliśmy kierowcę, który jechał z przeciwka fiatem uno - kontynuuje prokurator. - Zgłosił się też następny świadek. Do jednej z miejscowości wysłaliśmy prośbę o pomoc prawna przy odszukaniu kolejnego kierowcy. Za pośrednictwem telewizji poszukujemy pozostałych świadków. Kiedy to będzie możliwe, przesłuchamy Otylię. Tirów, które próbowała wyminąć Otylia, nikt nie szuka. Były zza wschodniej granicy. Zniknęli jak igła w stogu siana.
Minął tydzień od wypadku. Ona wciąż leżała w szpitalu, bo musiała przejść wiele specjalistycznych badań. Uszkodzenie kręgosłupa, choć pozornie błahe, to nie żarty. Nie wstawała, nawet nie wolno jej było siadać. Nosiła sztywny gorset. W Wojewódzkim Szpitalu Bródnowskim w Warszawie dostała izolatkę. Wejścia na oddział bronił ochroniarz. - Kiedy przewiezioną ją ze szpitala w Płocku i byłem tu po raz pierwszy, poczułem się jak na amerykańskim filmie - wspomina trener pływaczki Paweł Słomiński. - Nie można było spokojnie wyjść od Otylii. Paparazzi wsunął nogę między drzwi i za chwilę oślepiły mnie błyski kilkunastu fleszów. To żenujące. Wiem, że takie są teraz czasy i fotoreporterzy są bezwzględni, ale nie muszę się z tym zgadzać.
Codziennie przez pokój Otylii przewijało się wielu gości: rodzice, narzeczony Maciej Drzewiński, trener, koleżanki i koledzy z uczelni, psycholog. Pozorne wizyty nie były ograniczane, w rzeczywistości goście byli starannie selekcjonowani przez najbliższych. Nie wpuszczano dziennikarzy. Uznano, że na spotkanie z mediami jest za wcześnie. Może wejdą za tydzień, dwa. Otylia, zanim stawi czoło dziesiątkom pytań dotyczących wypadku, musi się wzmocnić. Ale ona coraz częściej prowokowała rozmowy. Opowiadała szczegóły, które wyłoniły się z niepamięci, analizowała je.
- Kiedy byłam u Otylii z Pauliną Barzycką, starałyśmy się ją rozbawić - mówi pływaczka z kadry Agnieszka Gapińska. - Rozmawiała z nami, uśmiechała się. Nagle zaczęła opowiadać o wypadku. Nie wiedziałyśmy, co robić-pocieszać czy lepiej nic nie mówić?
Obwiniała się o to, co się stało. Nie mogła się z tym pogodzić, bo przecież młodszy brat był najukochańszą osobą na świecie. Wciąż słali do siebie SMS-y z wyznaniem: "Kocham cię. Buziaki". Chciała, by podążał jej śladem, więc uczył się w tych samych szkołach sportowych, brał udział w tych samych zawodach, w jakich startowała przed laty. Tylko medali miał mniej niż siostra. Ale Otylia wciąż wierzyła, że kiedyś i jego pływacka kariera nabierze rozpędu.
Chrysler 300 C był piękną limuzyną. Ludzie patrzyli z zachwytem i zastanawiali się, kto jeździ takim cudem. Pojemność 3,5 litra, moc 250 KM. Miał wszystko, co służy wygodzie i bezpieczeństwu podróżnych. Kosztowne auto. Otylia nie kupiła go. Kiedy jeden z zabrzańskich dilerów zaproponował, że nie tylko da jej wóz w użytkowanie, lecz także pieniądze na paliwo, nie odmówiła. Nikt by nie odmówił. Prawo jazdy zrobiła niedawno, wiosną ubiegłego roku, ale podobno jest dobrym kierowcą. - Młodzi lidzie, a zwłaszcza sprawni ruchowo sportowcy, szybko sobie radzą z prowadzeniem samochodu - mówi Paweł Słowiński. - Uważam, że Otylia ma wrodzony talent do kierowania autem, podobnie jak do pływania. Jeździłem z nią wielokrotnie i wiem, że jest rozsądna i ostrożna. Nigdy nie szarżuje.
Do 30 września kadra pływaków miała zgrupowanie w Wałczu. Otylia czuła się na siłach, by 380 kilometrów pokonać samochodem. Wzięła koleżanki z kadry. Chętnie z nią jeździły, ufały jej. W przeddzień wypadku, około 17:00, zgrupowanie się skończyło. Otylia zabrała do swojego chryslera cztery pływaczki. Przed północą trener Paweł Słowiński dostał SMA-a od jednej z nich: "Minęliśmy Płock, podróż jest trudna, a Otylia zmęczona". Poruszały się drogą numer 62, tą samą, na której nazajutrz Otylia miała wypadek. Do Warszawy dotarły przed pierwszą w nocy.
W niedzielę 2 października Szymon Jędrzejczak miał skończyć 19 lat. Dzień wcześniej miał z siostrą jechać do rodziców, do niedużej wioski Gole pod Włocławkiem. W rodzinnym gronie miała się odbyć urodzinowa feta. Powodów do świętowania było kilka: od miesiąca był zawodnikiem klubu AZS AWF Warszawa, w którym od kilku lat trenowała Otylia, a od dwóch dni studentem AWF, uczelni, na której studiowała jego siostra.
Sobotę zaczęli o siódmej, od treningu. Około 11.00 mieli wyruszyć w drogę do Włocławka, razem z pływaczkami Agnieszką Gapińską i Pauliną Barzycką. - Okazało się, że Oti wybiera się z Pauliną do Arkadii po pralkę - wspomina Agnieszka. - Zabrałam się do Płocka ze znajomymi. Kiedy teraz pomyślę, że mogłam być w jej chryslerze w chwili wypadku, czuję, że cudem uniknęłam tragedii. Jej koleżanka Paulina też nie pojechała z Otylią. I też myśli, że miała szczęście. Ale odczuwa jednocześnie wyrzuty sumienia. - Rano zadzwoniła mama, że przyjedzie do mnie, więc musiałam zrezygnować z wyjazdu do Płocka - wspomina. - Otylia wahała się, czy nie przełożyć podróży na rano, namawiała mnie na kino. Powiedziałam: "Jedź, zawsze lubiłaś wypoczywać u rodziców". Teraz nie mogę sobie tego darować, że ją przekonałam. Moja mama też się zamartwia. Mówi: "Boże, gdybym nie przyjechała, tobyście poszły do kina i ten wypadek by się nie wydarzył". Ale czy teraz można tak myśleć?
Albo czy warto żałować, że jadąc do rodziców, zatrzymali się na stacji benzynowej w Zakroczymiu, bo Szymkowi zachciało się chipsów i poszedł zrobić zakupy? Gdyby nie ten postój, nie wyprzedziłaby ich kolumna tirów. I nie doszłoby do wypadku. Lecz czy takie gdybanie ma sens?
Czy Otylia potrafi odtworzyć, co się wtedy wydarzyło? Prawdopodobnie było tak: za Zakroczymiem ponad 10 kilometrów jechała niespiesznie, w kolumnie samochodów. Potem wyprzedziła dwa osobowe i znalazła się za tirem. Jechała za nim, ale kilkakrotnie się wysuwała, sprawdzając, czy lewa strona drogi jest pusta. Chciała wyprzedzić tira. W końcu uznała, że moment jest dobry. Nie był. Z przeciwka pojawił się fiat uno. Otylia uciekła na lewo, na pobocze. Potem zjechała do rowu. Kiedy zobaczyła drogę na Miączyn, być może próbowała skręcić w lewo. Nie wpasowała się. Prawą stroną auto uderzyło w drzewo, potem koziołkowało.
Kolumna samochodów zatrzymała się, ludzie biegli na ratunek. Słychać było nawoływania kierowców tirów, po rosyjsku: "Dawajtie riebiata, wmiestie!". Próbowali postawić samochód na koła. Nagle jeden z mężczyzn poczuł, że ktoś go chwyta za nogę. To była Otylia. Wyciągnął ją przez okno. Szymona nie można było wyciągnąć z wraku. Był zakleszczony przez wgniecioną karoserię. Samochód zaczął się palić, ale udało się go ugasić. Otylia była w szoku. Siedziała na pryzmie piachu pod opieką jakiejś kobiety. Próbowała przypomnieć sobie numer telefonu do rodziców. W końcu się udało. Zanim rodzice przyjechali na miejsce tragedii, córka już była w szpitalu w Płocku. Szymon nie żył.
Nie miała pojęcia, co się mówi i pisze o niej. Rodzice i psycholog zdecydowali, że chora nie będzie dostawać gazet, słuchać radia i oglądać telewizji. Ojcu pływaczki Piotrowi Jędrzejczakowi wystarczył jeden program w TVN i jedna wizyta na forum internetowym, by natknął się na nieprzyjazne opinie o córce. Dochodzenie dopiero się zaczęło, ale ci ludzie już ferowali wyroki. Chciał tego oszczędzić i sobie, i żonie, i Otylii. Nie zamierzał rozmawiać z prasą. Trener Paweł Słomiński miał zajmować się kontaktami z mediami. By uchronić Otylię przed atakiem paparazzich, chcieli w tajemnicy utrzymać miejsce pogrzebu Szymona. Uznali jednak, że nie mogą tego zrobić entuzjastom pływania. Wynajęli jedynie firmę ochroniarską.
Piotr Jędrzejczak powiedział: "Nie chcemy Szymusia trzymać do następnego tygodnia. Nie wyjawił dlaczego. Ale według ludowego przesądu, jeśli zmarłego nie pochowa się do niedzieli, będzie nieszczęście. Tymczasem dla Otylii nie był to dobry moment, by przyjechać na pogrzeb, bo lekarze nadal nie pozwolili jej siadać ani chodzić. Uparła się jednak, że musi sypnąć garstkę ziemi na grób brata. Postanowiła wynająć karetkę i jechać na leżąco. A potem na leżąco, na noszach, uczestniczyć w uroczystości. Zawsze ładna i sprawna tym razem miała się objawić w swoim cierpieniu.
Za sprawą Szymona Jędrzejczaka niewielka miejscowość Kłóbka na Pojezierzu Kujawskim - panieńska parafia jego matki - przeżyła najazd przyjezdnych. Zjawiły się największe znakomitości ze świata pływackiego: działacze, trenerzy, zawodnicy oraz uczniowie szkół sportowych. Razem kilkaset osób. Przyjechała cała rodzina Jędrzejczaków z Goli i Żakowie z Lutomierza - siostry i bracia matki. Szymon był w białym garniturze. Otwarta trumna stała w kapliczce pod dzwonnicą. W niewielkim pomieszczeniu ledwo starczyło miejsca na nosze z Otylią, rodziców i narzeczoną Szymona. Bliscy mogli zbliżyć się do zmarłego i pożegnać go znakiem krzyża. Otylia płakała. Wiele razy widzieliśmy jej łzy. Ale tym razem były to łzy rozpaczy, a nie szczęścia.
Grób przykryły dziesiątki wieńców i wiązanek. Od rodziców wieniec z białych róż, od Otylii z czerwonych, od kolegów z klubu zamiast kwiatów - pływackie przybory Szymona: płetwy, łapki i deska. Powoli rozchodzili się żałobnicy, aż w końcu Szymon został sam. Choć niezupełnie, bo spoczął w pobliżu grobu dziadka Władysława, ojca mamy. Leży na jednym z najbardziej urokliwych cmentarzy, przycupniętym na zboczu wzgórza, z widokiem na otoczone drzewami jeziora - wodę, którą Szymon tak ukochał.
Ludzie gadają, że fart Jędrzejczaków się skończył. Od lat ich obserwowali i podziwiali, że tak im się wszystko układa. Co sobie wymarzyli, to się spełniało. Złe w dobre się zamieniało, łupiny w złoto. Nawet skoliozę Otylii potrafili przekuć w medale, bo właśnie z powodu skrzywienia kręgosłupa córka zaczęła trenować pływanie. Kiedyś kostium pływacki dla Otylii to był wydatek ponad siły, teraz jeżdżą dobrym samochodem. Dziesięć lat temu w rodzinnej wiosce Jędrzejczaków kupili duży dom do remontu. Teraz jest najpiękniejszy w okolicy. Rok temu opuścili Śląsk i wprowadzili się do niego. Myśleli, że to będzie gniazdo, do którego będą się zlatywać ich dzieci i wnuczęta. Szymon już nie przyfrunie.
- Ludzie mówią, że ten wypadek zdarzył się dlatego, że do tej pory Otylii wszystko szło za dobrze - mówi Agnieszka Gapińska. - A przecież harowała na te medale. Myślę, że się nie podda, będzie trenować dla siebie i brata. Urodziła się, żeby odnosić sukcesy.
Ewa Smolińska-Borecka
Dziwny był ten weekend będący przełomem września i października 2005 roku. Akurat zostałam "oddelegowana" do reprezentowania szkoły podczas jakiś Szkolnych Mistrzostw w Pływaniu. Pływak ze mnie zawsze był raczej średni(jednak mam większe predyspozycje do lekkiej atletyki), na tych zawodach chyba nawet nie zamoczyłam palca w basenowej wodzie, ale wiecie, jakiś rezerwowy zawodnik musiał być w tzw. "pogotowiu". Pamiętam, że były to zawody wyjazdowe, nie pamiętam jednak gdzie, a i sam Internet uparcie milczy na ten temat. Wyjazdowe, tzn. na weekend, podczas którego nocowaliśmy na miejscu.
Dość niespodziewanie dla nas zaczęły się one od "minuty ciszy". Większość z nas wiedziała, że dzień wcześniej w województwie podlaskim zdarzył się koszmarny wypadek autokaru z maturzystami jadącymi na pielgrzymkę do Częstochowy. Kilkunastu z nich zginęło na miejscu, inni walczyli o życie w szpitalach. Wielu zawodników mistrzostw było ich rówieśnikami, którzy za siedem miesięcy mieli usiąść do egzaminu maturalnego otwierającego im furtkę na dalszą edukację. Chociaż wtedy wydawało mi się to nierealne, to jednak pamiętam jak nauczyciele z mojego gimnazjum powtarzali - "Pamiętaj Lolku, ty też za kilka lat zasiądziesz do matury". Wierzyli we mnie bardziej, niż ja w samą siebie. Ja jednak bardziej wolałam się skupić na nadchodzącym sprawdzianie gimnazjalisty.
Zawody toczyły się swoim tempem, kolejne starty były za nami. Siedziałam wraz z kilkorgiem innych uczniów naszej szkoły(też rezerwowych) i obserwowałam zmagania naszych koleżanek i kolegów. W południe była przerwa obiadowa, chwila na odpoczynek i po południu odbył się popołudniowy blok. Wieczorem kolacja i czas dla siebie. Najczęściej nadrabialiśmy wtedy czytanie lektur, albo przepytywaliśmy się wzajemnie na nadchodzący sprawdzian.
Dość niespodziewanie dla nas zaczęły się one od "minuty ciszy". Większość z nas wiedziała, że dzień wcześniej w województwie podlaskim zdarzył się koszmarny wypadek autokaru z maturzystami jadącymi na pielgrzymkę do Częstochowy. Kilkunastu z nich zginęło na miejscu, inni walczyli o życie w szpitalach. Wielu zawodników mistrzostw było ich rówieśnikami, którzy za siedem miesięcy mieli usiąść do egzaminu maturalnego otwierającego im furtkę na dalszą edukację. Chociaż wtedy wydawało mi się to nierealne, to jednak pamiętam jak nauczyciele z mojego gimnazjum powtarzali - "Pamiętaj Lolku, ty też za kilka lat zasiądziesz do matury". Wierzyli we mnie bardziej, niż ja w samą siebie. Ja jednak bardziej wolałam się skupić na nadchodzącym sprawdzianie gimnazjalisty.
Zawody toczyły się swoim tempem, kolejne starty były za nami. Siedziałam wraz z kilkorgiem innych uczniów naszej szkoły(też rezerwowych) i obserwowałam zmagania naszych koleżanek i kolegów. W południe była przerwa obiadowa, chwila na odpoczynek i po południu odbył się popołudniowy blok. Wieczorem kolacja i czas dla siebie. Najczęściej nadrabialiśmy wtedy czytanie lektur, albo przepytywaliśmy się wzajemnie na nadchodzący sprawdzian.
Pamiętam, że już na kolacji panowało dziwne poruszenie, a ludzie z ust do ust przekazywali sobie nazwisko Jędrzejczak. W sumie nawet nie było to dziwne - sportsmenka rok temu rozkochała w sobie rzesze Polaków zdobywając złoto i dwa srebra na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach. Może pojawił się talent na miarę narodowej ulubienicy.
W dzisiejszych czasach pewnie o wszystkim dowiedzielibyśmy się od razy dzięki Internetowi w większości smartfonów. Może dzisiaj dziwnie to zabrzmi, ale te 15 lat temu "Nokia" była szczytem marzeń większości z nas, komórkę posiadali zaś nieliczni. O tragedii Jędrzejczaków dowiedzieliśmy się na drugi dzień, kiedy drugi poranek z rzędu zaczynaliśmy od "minuty ciszy". Konferansjer ogłosił wtedy, że poprzedniego dnia w wypadku samochodowym zginął Szymon Jędrzejczak, a jego siostra, Otylia, została ciężko ranna - ton jego głosu pamiętam do dzisiaj. Na basenie znowu panowała posępna atmosfera, wszak ponownie zginął "jeden z nas". Pamiętam jak ktoś szepnął, że jego indeks na Warszawski AWF dostanie ktoś, kto podczas rekrutacji miał mniej szczęścia. Nie wiem dlaczego, ale jakoś mnie to wyjątkowo poruszyło. Może dlatego, że innym często powtarzanym przez moich gimnazjalnych nauczycieli zdaniem było: "Zdasz maturę, pójdziesz na studia". A przecież przede mną było jeszcze tyle nauki, tyle łez zarówno szczęścia, jak i żalu... Z zawodów przywieźliśmy puchar, który zgodnie zadedykowaliśmy Szymonowi.
Żałuję, że wtedy nie prowadziłam bloga(nawet nie miałam Internetu w domu). Ciekawa jestem co dokładnie w tamtym okresie myślałam, jakie były moje odczucia co do zaistniałej sytuacji. Pewnie starałam się nie oceniać, nie szukać winnych tej sytuacji, bo nie od tego przecież jestem. Raczej współczułam rodzinie, każda strata kogoś bliskiego musi być dla niej ciosem. Może też zastanawiałam się, jak to się mogło stać. I pewnie bardzo mnie denerwowało, jak ktoś z góry skazywał winnych tej sytuacji... Tak łatwo się kogoś osądza... Zdecydowanie za łatwo...
Minęło 15 lat. Dla jednych szybko, dla innych wolniej. Wymiar sprawiedliwości wydał wyrok. Była wina, była kara, ale czy przyszło odkupienie win? Największe brzemię tego co się stało tamtego październikowego wieczoru nosi sama Otylia. Podejrzewam, że do końca życia będzie nosić w sercu poczucie winy za to, co się stało. Czy gdyby ktoś inny prowadził chrystlera, czy gdyby nie stanęli na chwilę na stacji benzynowej, czy gdyby pływaczka nie chciała w danej chwili wyprzedzić kolumny samochodowej, to czy tragedii można byłoby uniknąć? Może tak, a może nie...
Studentom rozpoczynającym(i kontynuującym) studia życzę udanej i owocnej nauki!
Studentom rozpoczynającym(i kontynuującym) studia życzę udanej i owocnej nauki!

Pamiętam, sporo się o tym wypadku mówiło, m.in. to, że wyprzedzała na trzeciego i nie zachowała ostrożności.
OdpowiedzUsuńStrata brata była największą karą, to też prawda, ale czy inna osoba z podobnym zarzutem zostałaby tak samo potraktowana przez sąd?
wielka tragedia rodzinna....w sumie ciężko dalej żyć
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
Tragedia dużą, szkoda chłopaka, Otylia to znana osoba i dlatego tyle pisali.Bardzo ja lubię, zapewne to brzemię będzie nosiła do końca życia.Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńPamiętam tą sprawę dość dobrze. Ogromne emocje i ogromne cierpienie. Jestem przekonana, że w Otyli zostanie to na zawsze. Pozdrawiam, codziennyuzytek.pl
OdpowiedzUsuńKażdy wypadek w którym ktoś ginie jest traumą dla sprawcy i dla rodziny... Bycie osobą publiczną niczego nie ułatwia...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :-)
Niezależnie od przyczyn, Otylia będzie mieć poczucie winy do końca życia.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Karolinko.
To była straszna tragedia. Brzemię śmierci będzie nosić do końca życia.
OdpowiedzUsuńKarolinko, serdecznie pozdrawiam:)
Pamiętam i aż się zdziwiłam, że to już tyle lat minęło od tamtej tragedii.
OdpowiedzUsuńWtedy trochę nie wiedziałem jak to wszystko ocenić. Teraz, z biegiem lat zaczynam w takich sytuacjach dostrzegać więcej punktów widzenia.
OdpowiedzUsuńAno tak. Ważne jest tylko, żeby nie było ślisko. Poza tym na rowerze da się z pozostałymi warunkami sobie poradzić.
Pozdrawiam!
https://mozaikarzeczywistosci.blogspot.com
Ta tragedia tak bardzo stopiła się z wizerunkiem Otylii, że sama ilekroć ja widzę, wciąż nasuwa mi sie w pamięci to nieszczęście i brzemie, które nosi i nigdy jej nie ulży.
OdpowiedzUsuńPamiętam tamten czas. Jak wszyscy obwiniali Otylię, nie zastanawiając się co czuje ona, co czuje rodzina. Osądzać jest najłatwiej. A przecież nikogo z nas tam nie było, a Otylia z pewnością nie zrobią tego celowo.
OdpowiedzUsuńZastanawiam się tylko po co wracać do takich historii. Być może ktoś z jej bliskich znów trafi na ten świeży tekst po piętnastu latach i znów będzie na nowo przeżywał to, co się stało. W ranch się nie grzebie - i to nie tylko tych fizycznych.
Tragedia rodzinna i pamięć wieczna.
OdpowiedzUsuńA dla Otylii- trauma do końca życia!