Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 10 czerwca 2022

1440. Nie tylko z powodu ślubu - podróżnicza przygoda

Wiadomość o śmierci księdza Henryka, który przez 10 lat był proboszczem parafii do której należę, teoretycznie nie powinna być żadnym zaskoczeniem. Był już w takim wieku, że można było się tego spodziewać, zdrowie też opuściło go już jakiś czas temu. No i przede wszystkim - nikt nie żyje wiecznie, na każdego kiedyś przyjdzie pora. A jednak w głębi serca poczułam takie jakieś uczucie żalu i niesprawiedliwości.
Wielokrotnie żartował, że chce być pochowany w naszej świątyni, którą postawił od zera, zresztą tak samo jak dom parafialny. Kiedy przyszedł na parafię w 1995 roku, zastał barak pełniący rolę kościoła i kawalerkę w sąsiadującym z placem kościelnym bloku. Nota bene w tym baraku zostałam ochrzczona i przyjęłam sakrament Pierwszej Komunii Świętej. Kiedy w 2005 roku przenieśli go na inną parafię, zostawił po sobie nowy budynek kościoła oraz Oratorium. Potem wielokrotnie do nas zaglądał - był obecny podczas konsekracji świątyni, 25-cio i 35-ciolecia istnienia parafii. To u nas świętował swój jubileusz 50-lecia święceń kapłańskich, podczas którego w imieniu scholi niosłam w procesji z darami kwiaty...
Te zdjęcia dzieli 14 lat różnicy... Pierwsze w baraku, drugie w kościele.
Jego żarty o miejscu pochówku się nie spełniły - został pochowany w Środzie Śląskiej, gdzie spędził ostatnie lata swojego życia. Dla mnie było zaś oczywiste, że wezmę w nim udział. Wiedziałam, że prawdopodobnie z parafii pojedzie bus, jednak stwierdziłam, że załatwianie wszystkiego z aktualnym proboszczem jest ponad moje siły psychiczne.
Pojechałam więc sama. Jak wyszłam z domu przed 6:00, tak wróciłam po 21:00. Najpierw musiałam dojechać do Kato. W Kato musiałam przejść z przystanku autobusowego na oddalony o jakiś kilometr dworzec PKS. Po drodze na jezdni był wypadek, więc trochę się obawiałam, że nie zdążę, jednak byłam nawet trochę przed czasem. Poszłam więc do kasy kupić sobie bilet, jednak jakiś mężczyzna przez cały czas reklamował bilet autobusowy. W końcu stwierdziłam, że prędzej mi autobus odjedzie niż kupię ten cały bilet. Zaryzykowałam i poszłam na stanowisko, na którym już stał pojazd. Na szczęście za przejazd można było zapłacić i u przewoźnika. Po chwili zadowolona siedziałam już w autokarze, który ruszał w drogę do Wrocławia.
Po trzech godzinach wysiadłam na wrocławskim dworcu. Miałam nadzieję, że do Środy Śląskiej dojadę kolejnym środkiem komunikacji miejskiej. Niestety, okazało się, że żaden autobus(ani nawet prywatny bus) tam nie jedzie, czym byłam nieco zaskoczona. Już byłam tak blisko... Postanowiłam jeszcze spróbować koleją - udało się(w perspektywie miałam też jechać taksówką - zdesperowany człowiek zrobi wszystko). O 10:34 siedziałam w pociągu, którego jedna ze stacji była w Środzie Śląskiej. Podróż umilała mi rozmowa z sympatycznym panem, siedzącym naprzeciwko mnie. Po ok. 40 minutach wyszłam na peron. Przede mną było teoretycznie 3,5 kilometra drogi. Teoretycznie mogłam tam dojść na nogach, czas mnie jednak gonił. Tzn. gdybym pobiegła to bym zdążyła, ale... Na szczęście tuż obok był przystanek autobusowy, na który wkrótce podjechał lokalny autobusik, dzięki któremu po 10 minutach byłam na średnickim rynku. Stamtąd do salezjańskiego kościoła, w którym odbywał się pogrzeb, było już naprawdę blisko. A przy okazji odkryłam tajemnicę braku przejazdu autobusami z Wrocławia - remont dworca autobusowego. Za to zwiększyli ilość pociągów.
W parafii w Środzie Śląskiej byłam już raz - w grudniu 2017 roku. To wtedy stało się coś, czego nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć: nie wiedziałam za bardzo gdzie mam iść, więc powiedziałam odruchowo: "Boże, pomóż". I wtedy na mojej drodze pojawił się pies, duży, brązowy pies, który doprowadził mnie do celu. Dosłownie. Nie było to złudzenie, ponieważ kilka osób pytało mnie już na terenie kościoła, czy to mój pies. A potem zwierzę rozpłynęło się w powietrzu... 
Teraz nie potrzebowałam pomocy w dotarciu do świątyni. Kiedy weszłam w jej przedsionki, trwał już różaniec. Potem Msza święta i kazanie z przypomnieniem biografii księdza Henryka. I kilka przemówień, w tym naszego obecnego proboszcza. Po mniej więcej godzinie procesja wyprowadziła trumnę z ciałem kapłana. Akurat nasz obecny proboszcz szedł w kolumnie od mojej strony. Zauważył mnie i zmierzył wzrokiem. Jakoś jednak mam gdzieś, czy skomentuje to w swoim typie, nigdzie nie wyczytałam, że ktoś nie może brać udział w uroczystości pogrzebowej(uwierzcie mi, wcale nie przesadzam). 
Udaliśmy się na cmentarz komunalny. Większość osób pojechała swoimi autami. Ja poszłam na nogach, chociaż nawet nie wiedziałam, gdzie iść. Ale koniec języka za przewodnika. A po drodze spotkałam miejscowych, również zmierzających na miejsce wiecznego spoczynku. Nawet jedna pani do mnie zagadała. Kiedy dowiedziała się jak dojechałam do Środy, z niedowierzaniem pokręciła głową. No, ale na takie poświęcenie trzeba sobie zasłużyć.
Na cmentarzu dostrzegłam kilka osób z mojej parafii. Wracając dowiedziałam się, że są busem, ale mają komplet. Nic nie szkodzi, przyjechałam do Środy sama, to i wrócę do domu sama. Zresztą zaraz po złożenia ciała do grobu i modlitwach końcowych poszłam na nogach do centrum miasta(ok. 1 km.). Tam poczekałam chwilę na komunikację miejską, która dowiozła mnie na stację kolejową. Tyle co weszłam na peron - podjechał pociąg do Wrocławia. Nie było czasu na zakup biletu, na szczęście można było kupić bilet, i to bez dopłaty, u konduktora. W stolicy Dolnego Śląska pomiędzy jednym pociągiem a drugim miałam półgodziny przerwy. Wystarczająco dużo czasu i na zakup kolejnego biletu, i na zjedzenie bułki(od śniadania o 5:30 do 16:00 jednak już trochę czasu minęło).
O 16:34 wsiadłam do pociągu mającego mnie dowieść do Kato. Planowo miał być na miejscu o 18:43. Jak jednak większość z Was wie, nad naszym krajem przeszła nawałnica, która powaliła też gałęzie na tory, którymi miał jechać kurs. Musiano go puścić okrężną drogą, a co za tym idzie, nie mógł jechać szybciej niż 40 km/godzinę. Spowodowało to opóźnienie do planowanego przyjazdu o, bagatela, 110 minut. Trochę ironicznie brzmiały ich serdeczne przeprosiny, zwłaszcza w stosunku do tych, którzy mieli w Kato przesiadkę. Na szczęście przyjaciółka książka była w plecaku, a więc nie tylko nie zanudziłam się jak mops, ale i ciekawie spożytkowałam czas.
A jutro IV Górski Bieg Frassatiego, na którego wolontariat załapałam się w ostatniej chwili, głównie dzięki znajomości z głównym organizatorem. Chyba będę znowu na strefie medalowej, co jest dla mnie zawsze niesamowitym przeżyciem. Lubię patrzeć na radość ludzi przekraczających linię mety, lubię wręczać im medale z krótkim "gratuluję", lubię przybijać im piątki i żółwiki. I w ogóle lubię tą całą atmosferę biegowego świętowania. Baca też biegnie...

32 komentarze:

  1. Niesamowita historia z tym psem...
    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Smutne ale takie niestety jest życie.Zdjecia z proboszczem wzruszające, to był dobry Pasterz. Podziwiam Cie.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu na każdego przyjdzie czas. Grunt, żeby nas potem dobrze wspominali. Już dawno się przymierzałam na wyjazd w celu jego ostatniego pożegnania, nie wiedząc kiedy i gdzie to nastąpi. Pozdrawiam

      Usuń
  3. Podziwiam Ciebie, że wybrałaś się w taką podróż pożegnać byłego proboszcza. Z tego co kiedys usłyszałam od księdza, że piszą w testamencie gdzie chcą być pochowani, może się teraz zmieniło. Została Tobie miła pamiątka na zdjęciu z proboszczem. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojęcia, czy w testamencie wydał jakieś dyspozycje co do miejsca pochówku. Faktem jest natomiast, że na cmentarzu komunalnym w Środzie Śląskiej salezjanie mają swój zbiorowy grobowiec, więc problem z pogrzebem niejako sam się rozwiązał. Pozdrawiam

      Usuń
  4. To musiał być wyjątkowy Człowiek...I Ty jesteś wyjątkowa...;o)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, On był wyjątkowy. Ja - niekoniecznie. Buziaki

      Usuń
  5. Karolinko, podziwiam Ciebie od dawna, Twoją siłę, optymizm i to jak pokonujesz wszystkie przeszkody, chociaż właściwie dla Ciebie to nie są żadne przeszkody tylko sprawy, które trzeba załatwić i je załatwiasz. Zdjęcia są niesamowite, przepiękna pamiątka. Pozdrawiam serdecznie 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja naprawdę nic wielkiego nie robię. Zrobiłam po prostu to, co podpowiadało mi serce po zobaczeniu Jego nekrologu. A że było z tym nieco zachodu - takie życie. To drugie zdjęcie aż sobie wywołałam, bo to pierwsze mam w kilku kopiach jako pamiątka Pierwszej Komunii Świętej. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  6. Podobna historię o psie już czytałem w serwisie Nautilus - ponoć najczęściej psy pojawiają się na cmentarzu i pełnią rolę pomostu ze światem duchów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko, że ten pojawił się w samym sercu miasta :)

      Usuń
  7. Karolinko, piękny gest wobec księdza Henryka. A historia z psem pokazuje jak Pan Bóg działa poprzez drobne wydarzenia.
    Uściski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrobiłam to, co należało zrobić. Pies okazał się "aniołem" z Nieba. Pozdrawiam

      Usuń
  8. I znowu zadziwiasz swoich czytelników!
    jotka

    OdpowiedzUsuń
  9. A ja podziwiam Twój szacunek do ludzi i świata, tak mocno go tutaj czuć... w wielu miejscach oraz sytuacjach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, a ktoś inny kiedyś stwierdził, że nie mam do innych szacunku... Pozdrawiam

      Usuń
  10. Historia z psem fascynująca...
    Były proboszcz musiał sobie zasłużyć na takie uczczenie, ale i Ciebie podziwiam, że Ci się chciało jechać taki kawał z przesiadkami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historia z psem do dzisiaj jest dla mnie niewytłumaczalna na logikę.
      To był wyjątkowy człowiek, który nie dbał o siebie, ale o parafian. I chociażby dlatego zasłużył sobie na nasz szacunek.
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  11. Odchodzą wierni Kapłani, jutro pogrzeb 54- letniego Księdza, który kiedyś posługiwał w naszej parafii...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka jest kolej naszego ludzkiego życia. Grunt, aby nie zmarnować swojego życia. Pozdrawiam

      Usuń
  12. Witaj Karolinko po dłuższej przerwie. Wracam do blogowania, a dlaczego mnie nie było to dowiesz się na moim blogu :) Jak zawsze u Ciebie piękne i wzruszające historie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj ponownie. Miło znów Cię widzieć. Pozdrawiam

      Usuń
  13. Dla niezwykłych osób, nawet jeśli chodzi o ich pogrzeb warto się postarać i być.

    Pies może wyczytał jakoś w Twoich myślach w czym rzecz i pomógł jak umiał. :) A na poważnie to czasem zdarzają się nam rzeczy, o których się filozofom nie śniło. I nie ma jak wyjaśnić często racjonalnie.

    Mam nadzieję, że impreza biegowa była udana.

    Pozdrawiam!
    Mozaika Rzeczywistości .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, dla takich ludzi warto się poświęcić. Szczerze powiedziawszy to dotąd nikomu nie opowiedziałam o tej historii z psem, żeby nie zostać wyśmianym. A dla mnie jest to po prostu dowód, że Bóg odpowiada na nasze prośby w nieoczywisty sposób. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  14. To musiała być dla Ciebie bardzo ważna osoba! Pięknie go tutaj pożegnałaś!
    https://okularnicawkapciach.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedna z bardziej znaczących w moim życiu. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  15. Zawsze żal tych, którzy odchodzą, tym bardziej, kiedy zostawiają po sobie taki ogromny dorobek i takich wdzięcznych ludzi, jak Ty. Podejrzewam, że gdybyś nie pojechała na pogrzeb nie darowałabyś tego sobie,
    Pozdrawiam.:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co zrozumiałam, to ksiądz Henryk wzniósł 3 świątynie, w tym dwie w okresie PRLu(nasza powstała już na przełomie XX i XXI wieku), więc można go nazwać Wielkim Budowniczym. No i wiadomo, że budynek raczej będzie stał przez dłuższy czas. A poza tym był... taki ludzki. Podobno nigdy specjalnie nie "wołał" o pieniądze, tylko rozliczał się z każdej wydanej złotówki. No i to on przygotowywał mnie do przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej, nie robiąc z tego jakiegoś problemu(co nie było takie oczywiste). Masz rację, nie darowałabym sobie, gdybym nie pojechała na ten pogrzeb. Pozdrawiam

      Usuń
  16. Cóż za historia z tym psem, coś niesamowitego... Ja pamiętam, kiedy byłam w takim momencie, że nie wiedziałam, co mam zrobić i nagle w radio usłyszałam utwór, który mi podpowiedziałm. Może przypadek, a może nie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piosenki też bywają pomocne w dokonywaniu wyborów. Pozdrawiam

      Usuń