Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 28 stycznia 2023

1521. Dzień, w którym Tychy zapłakały

Ofiary lawiny (źródło zdjęcia)
Tą tragedią żyli wszyscy. Jeżeli nie w całej Polsce, to na pewno na Górnym Śląsku. Jeszcze dzisiaj pamiętam, jak kilka lekcji wychowania fizycznego poświęconych zostało bezpieczeństwu w górach oraz zachowania się podczas zejścia lawiny. Bo jakoś nie sposób było przejść obojętnie koło tragedii z jednego z tyskich liceów, czyli dziejącej się tuż za miedzą.
"Daj nam wiarę w mrok i świt, daj hart tatrzańskich skał" - takie motto można wyczytać na tablicy pamiątkowej poświęconej pamięci ofiar lawiny w LO nr 1 im. Leona Kruczkowskiego w Tychach: Przemysławowi Kwietniowi, Szymonowi Lenartowiczowi, Andrzejowi i Łukaszowi Matyśkiewiczom, Justynie Narloch, Arturowi Rygulskiemu oraz Tomaszowi Zbiegieniowi.
Tablica ku pamięci ofiar lawiny w Tatrach (źródło zdjęcia)
Dzisiaj mija 20 lat od dnia, w którym zdarzyła się największa tragedia w polskich Tatrach - lawina która wówczas zeszła pod Rysami pozbawiła życia ośmiorga uczestników wyprawy w Tatry. Większość z nich miałaby w tej chwili od 36 do 42 lat, zapewne mieliby rodziny, dzieci. Jeden z ich opiekunów miałby natomiast 56 lat. Tymczasem los chciał inaczej.
W szkolnej wycieczce wzięło udział 21 uczniów liceum w wieku od 16 do 18 lat, a także 22-letni brat jednego z nich. Cała ekipa planowała  Organizatorem wyprawy był nauczyciel geografii, szef i założyciel sportowego klubu "Pion" działającego w tyskim liceum - Mirosław Sz. Nie było z nimi przewodnika tatrzańskiego, a uczniowie całkowicie ufali swojemu opiekunowi. Sąd uznał go za winnego sprowadzenia niebezpieczeństwa utraty zdrowia i życia wielu osób oraz skazał na dwa lata więzienia, zawieszając jednak wyrok na okres czterech lat.
Ratownik TOPR, Władysław Cywiński, który jest również znawcą tatrzańskiej topografii, 26 stycznia 2003 r. kończył dyżur w schronisku nad Morskim Okiem. Tego dnia do budynku dotarła grupa młodzieży z tyskiego liceum.
Nie widziałem dzieciaków, ale rozmawiałem z ich opiekunem. Odradzałem mu to, co zamierzał, po czym zszedłem z dyżuru - wspomina.
Pierwsza część grupy, która zdobyła Rysy (źródło zdjęcia)
27 stycznia Rysy zostały zdobyte przez pierwszą grupę młodzieży wraz z opiekunem. Radości z tego wydarzenia nie było końca i wszyscy byli pewni, że nazajutrz sytuacja się powtórzy. W nocy jednak warunki atmosferyczne uległy gwałtownej zmianie - nastąpiło ocieplenie, zaczął też padać deszcz. Pomimo znaków ostrzegawczych, 28 stycznia Mirosław Sz. wyruszył z drugą grupą młodzieży w góry. Czwórka osób idących na jej czele była już wysoko, kiedy pod nimi wyjechały masy śniegu. Wśród nich znajdował się nauczyciel.
Początkowo nikt sobie nie zdawał sprawy z wielkości tej lawiny o tragedii, jaka tam się rozegrała. Dostaliśmy informację od świadka o jednej porwanej osobie. Tak jak postępujemy zwykle w takich sytuacjach, na miejsce poleciał śmigłowiec z pierwszą ekipą ratowników. Znaleziono zasypaną częściowo dziewczynę. Była przytomna, miała złamaną rękę. Dopiero od niej uzyskaliśmy informację, że na Rysy wybrała się cała grupa, i że prawdopodobnie lawina zabrała więcej osób. Rozpoczęły się poszukiwania na lawinisku. Od razu widać było, że znaczna część lawiny wjechała do Czarnego Stawu, rozwalając grubą lodową taflę. Już wtedy pojawiły się sugestie, że jest ryzyko, iż część ofiar znajduje się w stawie, ale to były tylko przypuszczenia. Nie wiedzieliśmy jeszcze, ile dokładnie osób porwała lawina. Dopiero zejście opiekuna grupy i jego relacja uświadomiły nam rozmiary tragedii, mimo że trudno było się z nim wtedy dogadać. Ta sytuacja go przerosła - wspomina ratownik TOPR, Adam Marasek.
Już pierwszego dnia z lawiniska wydobyto trzy osoby: mocno poturbowaną Luizę, nieprzytomnego chłopca (który później zmarł w szpitalu) oraz pierwszą nieżywą osobę - Łukasza. Oznaczało to, że w lawinie pozostało jeszcze sześć osób, które prawdopodobnie już nie żyją. Według statystyk największe szanse na przeżycie mają ci, których wydobędzie się na powierzchnię w ciągu 15 minut od momentu zasypania. Później szanse na przeżycie drastycznie spadają.
Akcja ratunkowa trwała do zmroku. W przeszukiwanej części lawiniska, tej, która znajdowała się na brzegu stawu, nie udało się znaleźć nikogo więcej.
Nikt z uczestników nie miał detektora lawinowego, nie dało się więc prowadzić poszukiwań przy pomocy detektorów. Nabieraliśmy coraz mocniejszego przekonania, że ciał należy szukać w stawie - mówi Adam Marasek.
Znicze pod liceum, do którego chodziły ofiary lawiny (źródło zdjęcia)
Psy nikogo nie wyczuły, ratownicy też nie wysondowali żadnego ciała. Za to coraz częściej patrzono na zgruchotaną przez śnieżne zwały taflę Czarnego Stawu. Wieczorem zaprzestano akcji ratowniczej. W centrali TOPR zapadły decyzje, co do działań w następnym dniu. Do Zakopanego docierały też rodziny ofiar.
Miałem z nimi kontakt już pierwszego dnia. Pamiętam, że spotkaliśmy się w centrali TOPR. Uważam, że rodziny jako pierwsze mają prawo dowiadywać się o losie bliskich. A wtedy sytuacja była ciężka ze względu na rozmiar tragedii i czas trwania akcji-ostatnie ciała odnaleziono i wydobyto kilka miesięcy po wypadku, więc tym większa była potrzeba kontaktu - opowiada naczelnik TOPR, Jan Krzysztof. - Rodzice chcieli i mieli prawo wiedzieć, czy wszystkie środki zostały i zostaną wykorzystane. To nie były osoby związane z górami. Musieliśmy tłumaczyć im szczegóły akcji, specyfiki warunków, zwłaszcza zimą. Chcieli wiedzieć, co się dzieje. Że robimy wszystko, co można. Od pierwszego dnia rodzice dzieci oraz żona jednego z opiekunów, który zginął w lawinie, byli prawie cały czas w Zakopanem lub na miejscu, nad Morskim Okiem.
Akcja ratunkowa (źródło zdjęcia)
- Największy szok przeżyli po pierwszym dniu akcji, gdy wytłumaczyliśmy im, że skoro nie udało się ich dzieci odnaleźć tego dnia, to teraz jest już szukanie ciał. Bardzo trudne były te pierwsze spotkania i rozmowy. Jednak o tamtych spotkaniach z rodzicami i samych rodzicach mogę mówić w samych superlatywach. Zrozumieli, że nie było szans później prowadzić akcji ratunkowej. Z ich strony nie było,  broń Boże, żadnych nacisków. Rozumieli i czekali - dodaje Adam Marasek.
Na drugi dzień wznowiono akcję. Wspomagali ją ratownicy Horskiej Zachrannej Slużby wraz ze swoimi psami. Śmigłowiec zaczął transportować ratowników słowackich z Morskiego Oka na południowy brzeg Czarnego Stawu. Ale i tutaj pojawiły się kłopoty: - W momencie, gdy desantował się ostatni ze Słowaków, wysiadł jeden z silników. Na pokładzie zostali tylko ratownik pokładowy Jacek Broński i pilot Henryk Serda. Heniu nakazał Jackowi desantować się ze śmigłowca pracującego na jednym silniku i zgodnie z procedurą poleciał na lądowisko do Zakopanego. Po drodze wysiadł drugi silnik. Pilot lądował awaryjnie. Śmigłowiec został rozbity. Gdy dotarła do nas ta informacja, odetchnęliśmy z ulgą, że Heniu jest tylko poobijany. Poszukiwania jednak trwały - wspomina dalej Marasek.
Polscy i Słowaccy ratownicy przeszukujący zwały śniegu (źródło zdjęcia)
W pogarszających się warunkach, zamieci i zawiei, oraz ciągle rosnącym zagrożeniu lawinowym ratownicy szukali ciał uczniów. Niebawem ze swoim sprzętem przybyli strażacy, ale i oni przyznali, że nie są w stanie prowadzić poszukiwań na czole lawiny, które wpadło do stawu. Podjęta została decyzja o wstrzymaniu akcji.
Pozostawało tylko oczekiwanie wraz z topnieniem tego śniegu - tłumaczy Jan Krzysztof.
Dopiero wraz z nastaniem wiosny można było rozpocząć nurkowanie w zamarzniętym dotąd Czarnym Stawie. Prowadzone było przez ratowników TOPR, którzy posiadali odpowiednie umiejętności wspomaganych przez specjalnie sprowadzonych w tym celu nurków z całej Polski.
Akcja ratunkowa została wznowiona na wiosnę (źródło zdjęcia)
Któregoś dnia znaleźliśmy ciało jednej z ofiar na głębokości ok. 26 metrów. Następnego dnia na głębokości ok. 50 metrów odnaleźliśmy kolejną. Ostatnią osobę wyciągnięto na powierzchnię 17 czerwca z południowej części stawu - kontynuuje swoje wspomnienia Adam Marasek. - W tych wszystkich akcjach ratunkowych, zwłaszcza wiosennych, majowych i czerwcowych towarzyszyły nam rodziny ofiar. Z nadzieją, że tym razem ich dziecko zostanie odnalezione. Gdy prowadzone były nurkowania w stawie, stali daleko z boku. Gdy udało się odnaleźć ciało, opisywaliśmy im ubranie. Wtedy ktoś z tych rodziców podchodził...
Od tamtej pory dużo się u nich i u nas wydarzyło - wspomina naczelnik TOPR. Ratownicy współpracując z rodzicami, przeprowadzili w Tychach zajęcia profilaktyczne dla młodzieży pt. "Bezpieczne góry". Dużo i głośno mówiło podczas nich o ryzyku lawin i innych zagrożeniach czyhających w górach, jak chodzić po górach, by cieszyć się nimi i przeżyć.
Sprawa wydarzeń z 28 stycznia 2003 r. znalazła swój finał w sądzie. W pierwszym procesie przyjęto ekspertyzę biegłych z Wrocławia. Uznali oni, że to nie turyści podcięli lawinę, ale że zeszła ona samoistnie. Wobec tego sąd skazał Mirosława Sz. za nieumyślne sprowadzenie niebezpieczeństwa na uczestników wyprawy na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata.
W czasie drugiego procesu nauczyciel przyznał, że popełnił kilka błędów i nie powinien prowadzić uczniów w góry. Ostatecznie trzy lata po tragedii, 11 kwietnia 2006 r., został on uznany przez sąd za winnego sprowadzenia niebezpieczeństwa utraty zdrowia i życia wielu osób oraz skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu na cztery.
W 2017 r. Andrzej Matyśkiewicz, który w lawinie stracił dwóch synów, wytoczył sprawę cywilną Mirosławowi Sz., klubowi sportowemu oraz Urzędowi Miasta w Tychach. Mężczyzna domagał się 700 tys. złotych zadośćuczynienia. Sąd przyznał mu kwotę 140 tys. złotych zadośćuczynienia rozdzieloną po połowie między Mirosława Sz. oraz klub sportowy. Roszczenia wobec samorządu Tychów zostały oddalone. W lutym 2019 roku Sąd Apelacyjny w Katowicach utrzymał w mocy kwotę zadośćuczynienia, jednak z racji tego, że odpowiedzialność miasta uległa przedawnieniu, to emerytowany nauczyciel geografii został zobowiązany do zapłacenia całej sumy.
źródło zdjęcia
To jednak nie jedyna tego typu tragedia w górach. Do największego wypadku lawinowego w Tatrach doszło po słowackiej stronie gór w 1974 r. w Dolinie Mięguszowieckiej. Lawina, która spadła z masywu Grani Baszt wdarła się na przeciwstok, gdzie młodzież jeździła na nartach. Zginęło wtedy 14 z 24 zasypanych osób. W Polsce w Karkonoszach w dniu 20 marca 1968 doszło do tragedii, która pochłonęła największą liczbę ofiar. Lawina porwała 24 osoby, które szły Białym Jarem, udało się uratować tylko 5 z nich.

20 komentarzy:

  1. Góry są cudowne.. ale i bardzo niebezpieczne. My, jako jednak te rozumne istoty musimy do nich podchodzić z ogromną ostrożnością...

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie ich nie żal. Ludzie pachaja się tam, gdzie niebezpiecznie, to powinni liczyć się z konsekwencjami. Żałować należy tych, którzy zginęli jako niewinni, bo np. pijany palant wjechał na chodnik albo zaszczute przez rówieśników dziecko popełnia samobójstwo.

    OdpowiedzUsuń
  3. Góry potrafią zaskoczyć, są piękne ale i groźne.Jednak była to nieodpowiedzialność nauczyciela .Smutne to.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kojarzę tę tragedię z udziałem uczniów. Nigdy nie byłam w górach i raczej nie będę, ale utkwiło mi w pamięci zdanie, że góry są zdradliwe. Pozdrawiam Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
  5. Góry są piękne i bardzo niebezpieczne zwłaszcza zimą...Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Góry bywają niebezpieczne i uczą pokory, nie wszyscy o tym pamiętają i nie potrafią się wycofać!

    OdpowiedzUsuń
  7. Każda śmierć jest ogromną tragedią.
    Pozdrawiam serdecznie, Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
  8. Pamiętam dokładnie te wydarzenia...Nasz Syn był równolatkiem Ofiar, więc przemawiało to do nas ogromnie...Na dodatek uwielbiał tatrzańskie wspinaczki...
    Czasem jedna zła decyzja powoduje makabryczne konsekwencje...

    OdpowiedzUsuń
  9. Pamiętam tę tragiczną historię. Przeżywałam ją bardzo mocno... :(
    Góry są nieprzewidywalne...

    OdpowiedzUsuń
  10. Straszna tragedia, wierzyć się nie chce, że to już tyle lat...góry są piękne ale też ogromnie niebezpieczne...

    OdpowiedzUsuń
  11. Pamiętam tę tragedię. Nie wyobrażam sobie koszmaru, który przeżył ten nauczyciel. Popełnił błędy, ale myślę, że do końca życia będzie o tym myślał

    OdpowiedzUsuń
  12. Każde wyjście w góry to ryzyko. Czasem z tego wyjścia trzeba zrezygnować, a czasem zawrócić ze szlaku. Góry uczą pokory...

    OdpowiedzUsuń
  13. Pamiętam tę tragedię. Nauczyciel nie powinien być poprowadzić uczniów w góry i chociaż zawsze mnie denerwują ludzie, którzy nie potrafią się wycofać, to jednak i jego szkoda - wiele razy podejmuje się złe decyzje, a nie ma takich tragicznych konsekwencji.

    OdpowiedzUsuń
  14. Niestety, czeto spotykamy się z brawurą i brakiem odpowiedzialności, które prowadzą do katastrofy. Życie pisze swój scenariusz nie zawsze zgodny z naszymi oczekiwaniami. Oby jak najmniej było takich sytuacji. Dobrze, że Cu młodzi ludzie pozostają chociaż w pamięci.
    Pozdrawiam Alina

    OdpowiedzUsuń
  15. Pamiętam tą tragedię. Ja należ niestety do tych osób które by się w życiu nie wybrały zimą w jakiekolwiek góry, ale rozumiem tych pasjonatów zimowych wycieczek.
    Fajnie że przypomniałaś o tej tragedii , w życiu bym nie pomyślała że minęło już 20 lat od tego zdarzenia.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  16. Doskonale pamiętam jak grupa licealistów z nauczycielem geografi poszla na Rysy i zginęła. Niezmiennie podziwiam ratowników górskich za ich serce, poświęcenie i heroiczność. Niestety nie zawsze uda się kogoś uratować. Tatry kocham, ale nie odważyłabym się wybrać na szlaku zimą, bo nie czuje się na tyle silna. Bardzo ciekawy wpis Karolinko. Szacun dla Ciebie.

    Kasinyswiat

    OdpowiedzUsuń
  17. Doskonale pamiętam tamta tragedię z Tatr.
    Ja też jestem pełna podziwu dla ratowników, którzy nie bacząc na niebezpieczeństwo idą ratować ludzi.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  18. Pamiętam tą tragedię i liczne dyskusje w domu na jej temat.
    Twój artykuł jest ciekawy i szczegółowy.
    Pozdrawiam serdecznie, Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
  19. Tyle tragedii ale i bezmyślność ludzka ....przyroda rządzi się swoimi prawami czasami, możemy przewidzieć załamanie pogody...wspaniale opisałaś pozdrawiam Karolinko

    OdpowiedzUsuń
  20. Witaj szumem deszczu Karolinko
    Też pamiętam tą tragedię. Dziękuję jednak za jej przypomnienie.
    A wczoraj słyszałam, że kogoś przysypała lawina i po kilkudziesięciu minutach go wyciągnięto. Mam nadzieję, że przeżyje.
    Góry przyciągają swoim pięknem, które jest jednak niebezpieczne czasem.
    Pozdrawiam wspomnieniem porannego białego puchu

    OdpowiedzUsuń