Kilka dni przed obroną oraz szkolnym koncertem kolęd i pastorałek postanowiłam się zresetować i udałam się w góry. Wiecie, chciałam "przewietrzyć mózg" oraz na chwilę skierować moje myśli na inne tory niż na to, co wkrótce miało nastąpić. Już dzień wcześniej włóczyłam się po całym świecie jadąc do Wadowic na spotkanie tamtejszej wspólnoty "Wiara i Światło". Patrząc na przesuwające się za oknem pociągu górskie krajobrazy pomyślałam sobie, że miło by było wyskoczyć na jeden dzień tak zupełnie w góry, choćby na kilka godzin. W czerwcu byłam na takim wyjeździe ze znajomymi też zaledwie kilka dni przed obroną tytułu magistra z "Nauk o rodzinie" oraz zakończeniem roku szkolnego i bardziej mi to pomogło niż zaszkodziło. Tym razem też wiedziałam, że właściwie co mam umieć, to umiem (chociaż w plecaku miałam wydrukowane tezy egzaminacyjne, które powtórzyłam w pociągu), jedyne co ryzykuję to połamanie się, ale to musiałabym mieć kompletnego pecha.
Ponieważ w tygodniu trudno jest mi się gdzieś wybrać, pozostaje mi sobota i niedziela. Tak to już jest, kiedy to człowiek uzależniony jest od środka transportu zbiorowego, a nie na odwrót. Plus jest taki, że mieszkam w takiej części Polski, że wsiadam w pociąg KŚ i po niecałej godzinie jestem w takiej Bielsku - Białej. Drogą eliminacji wyszło mi, że najkorzystniej będzie jechać w niedzielę. Zostało jeszcze wybranie szczytu i szlaku. A że od dawna marzyłam o położonej w Beskidzie Śląskim Błatnię, postanowiłam, że to właśnie ona będzie moim celem. Prowadzi na nią m.in. żółty szlak, który zdaniem znawców jest najłatwiejszy i najprzyjemniejszy.
Wczesnym rankiem pojechałam pociągiem, który zatrzymywał się m.in. we wspomnianej Bielsku - Białej. Chociaż podróż trwała niewiele ponad godzinę (miał małe opóźnienie po drodze), ja postanowiłam nie siedzieć bezczynnie i poświęciłam ten czas dosyć miłej i ciekawej lekturze. To tak jeszcze na kanwie akademickich rorat z apostołami w tle.
Po opuszczeniu pociągu udałam się na mieszczący się nieopodal dworzec autobusowy, aby dostać się do Jaworza, jednej z miejscowości (a może dzielnicy), gdzie zaczyna się żółty szlak. Tutaj trochę zawaliłam sprawę, gdyż po drodze odkryłam, że autobus podjeżdża dużo wyżej, skracając drogę o ok. godzinę. Na przyszłość będę wiedziała.
Tymczasem ja bardzo szybko trafiłam na obraną sobie trasę.
Po drodze minęłam taką oto ławeczkę z Wiesławem Dymnym, mężem Anny Dymnej, który tutaj spędził swoją młodość.
Idąc konsekwentnie do przodu docieramy do końca miejscowości. Przede mną pojawiły się takie oto piękne widoki.Ten płotek zwrócił moją uwagę i obudził wspomnienia z dzieciństwa. U mojej babci w górach były podobne.
Po około godzinie marszu docieramy do Jaworza Górnego, gdzie znajduje się przestronny parking, a przed nim ostatni przystanek autobusowy, o którym wtedy nie wiedziałam. Warto jednak mieć to na uwadze. Za parkingiem znajduje się wejście na podejście prowadzące nas na sam szczyt.
Ujęła mnie ta strzałka na drzewie...Większość trasy jest raczej płaska, więc dla osoby z moimi problemami jak znalazł. A pokrycie drogi śniegiem okazało się problematyczne dopiero przy zejściu.
Widoki po drodze.Czasami pniaki służyły jako stolik na rozgrzewającą herbatę.A czasami jako statyw na zdjęcie.
Przy takich zdjęciach czuje się siłę żywiołu...Góry prześwitujące przez drzewa.
Konsekwentnie, żółty szlak.
Coraz wyżej i wyżej :)
A więc idę zgodnie z drogowskazem.
W pewnym momencie szlak żółty łączy się z szlakiem niebieskim.
Zasypana chatka. Widać, że zimą nikt w niej nie mieszka. Ale latem, czemu nie.
Góra za górą - czyli widok, który lubię najbardziej.
W końcu, po 3,5 godzinie marszu, moim oczom ukazało się wyczekiwane schronisko.
Szczerze powiedziawszy w którymś momencie miałam dosyć wędrówki. Szłam, szłam, szłam i szłam, a końca za nic nie było widać. Nowe siły we mnie wstąpiły dopiero w momencie, kiedy zobaczyłam tabliczkę widoczną kilka zdjęć wcześniej. I jakoś doszłam do celu, choć siły z każdym krokiem były coraz mniejsze. Na szczęście w schronisku można było zjeść obiad i nabrać sił.
Przy okazji przeanalizowałam przebytą dotychczas trasę na mojej mapie.
Po krótkim odpoczynku i nabraniu sił przyszedł czas na wyruszenie w drogę powrotną. Chociaż nie, wcześniej jeszcze przyszła pora na pamiątkowe zdjęcie ze szczytu.
I można było powoli wracać w dół, zważając, że powoli dochodziła godzina 14:00, a za bardzo nie wiedziałam ile czasu zajmie mi droga powrotna. Mimo woli nie mogłam się nie zatrzymać dla takich widoków.
Około godziny 15:00 wyciągnęłam z kieszeni mój różaniec, aby zmówić Koronkę do Bożego Miłosierdzia.
W drodze na szczyt z kolei zmówiłam różaniec święty, również w intencji tych, którzy stracili życie w górach.
Mimo wszystko w dalszym ciągu musiałam podążać w dół góry tak, aby zdążyć przed zmrokiem zejść do Jaworza na opatrzony przystanek autobusowy.
Cały czas trzymając się szlaku.Jak wspominałam, droga powrotna dużo bardziej obfitowała w moje upadki, niż ta prowadząca w górę. Raz, z całą pewnością miało na to wpływ moje zmęczenie. Dwa, poranny śnieg zaczął to topnieć, to zmarzać na nowo, tworząc delikatną taflę lodu. Dla kogoś, kto ma problemy z utrzymaniem równowagi jest to nie lada wyzwanie. Na szczęście nic mi się takiego nie stało, co najwyżej nabiłam sobie kilka siniaków. Każdemu może się to zdarzyć. Za kilka dni nie będzie po nich śladu.
Ku mojemu zaskoczeniu, droga powrotna minęła mi dużo szybciej, niż ta na szczyt. Podejrzewam, że prowadzi ona całkiem inną trasą, ponieważ nie minęłam kilku obiektów (drzew, pni, kamieni), na które zwróciłam uwagę w pierwszej z nich. Dzięki temu już po 16:00, po dwóch godzinach marszu, byłam już we wsi. Potem jeszcze przez kilka minut szłam na przystanek i mogłam spokojnie czekać kolejnych kilka minut, aż podjedzie autobus, który dowiózł mnie do miasta. Tam przebrałam się w czyste i suche ubrania i wróciłam pociągiem do Kato.
Do domu wróciłam zmęczona, ale szczęśliwa. Zdobyłam kolejny szczyt w moim życiu. Może nie za wysoki, nie za bardzo spektakularny, ale... Dla jednych wyczynem będzie wejście na himalajskie szczyty, a dla innych zdobycie podrzędnych rodzimych gór. Każdy zdobywa swój Everest na miarę swoich możliwości.
Czasami takie właśnie małe, nie spektakularne wejścia na szczyt mają znaczenie. Dla pokonania swoich słabości, dla hartu ducha no i oczywiście dla chwili przebywania z naturą w ciszy, zadumie. Dobrze, że nic Ci się nie stało, a siniaki zejdą, ale to co Twoje to Twoje :)
OdpowiedzUsuńTakie zdobywanie kolejnych szczytów skutecznie wpływa na kształtowanie charakterów i hartowanie ducha. Pozdrawiam
UsuńKarola, Ty jesteś niesamowita! W życiu dobrowolnie nie poszłabym w góry! A o zdobywaniu szczytów, choćby najniżej położonych, w ogóle nie ma mowy.
OdpowiedzUsuńCzasami mam takie dziwne pomysły na życie. Wróciłam cała i zdrowa i to się najbardziej liczy. Pozdrawiam
UsuńSuper że udało Ci się tak zresetować przed obroną. Bardzo mądrze piszesz o tym że każdy ma swój Everest na miarę możliwości i najważniejsza jest ta radość na szczycie. Gratuluję wytrwałości mimo trudniejszych warunków pod koniec. Jak będziesz miała wolną chwilę to wpadnij też na mojego bloga bo wrzuciłam tam ostatnio coś nowego.
OdpowiedzUsuńMyślę, że bardzo często zapominamy o tym, że mamy różne możliwości i różne predyspozycje i to, co dla jednego będzie błahostką, dla drugiego będzie mega wyczynem. Wiesz, miałam wątpliwości, czy powinnam w tym momencie iść w góry, ale ta chęć była ode mnie silniejsza. I właściwie wyszło mi to na korzyść, nie licząc tych kilku siniaków powstałych wskutek upadków. No, ale jakieś straty muszą być. Pozdrawiam
UsuńNo znowu zaskakujesz, moja droga, nie dość że góry i zdobycie szczytu, to jeszcze zima!
OdpowiedzUsuńNie umniejszaj osiągniecia, góry górom nierówne, a liczy się sukces i satysfakcja!
W sumie zima wydaje się naprawdę idealną porą na takie wędrówki, chociaż wiadomo, że jest też mega niebezpiecznie. Jednak uważając można dojść naprawdę daleko. Pozdrawiam
UsuńCo za świetny pomysł na taką jednodniową wycieczkę! I faktycznie — mieszkasz w miejscu, z którego w góry można szybko i stosunkowo łatwo się dostać, co jest ogromnym atutem. Patrząc na mapę, wiele nazw brzmi dla mnie znajomo, więc niewykluczone, że kiedyś na Błatnią już trafiłem — choć z całą pewnością nie zimą. Jestem ciekaw, czy na szlaku i w schronisku spotkałaś wielu innych turystów, czy raczej panował tam jeszcze względny spokój?
OdpowiedzUsuńDla jednych wyczynem będzie wejście na himalajskie szczyty, a dla innych zdobycie podrzędnych rodzimych gór. Każdy zdobywa swój Everest na miarę swoich możliwości.
To zdanie jest chyba najlepszym możliwym podsumowaniem nie tylko tej konkretnej wyprawy, ale w ogóle podejścia do życia. I właśnie za takie podejście do życia należą się Tobie się szczere gratulacje.
To był drugi "atak zimy", który chyba odstraszył miłośników górskich wędrówek. Pomimo tego, że była to niedziela, to ani na szlaku, ani w schronisku nie było tłumów. Bardziej pojedynczy turyści. Miało to swoje plusy, bo dawało się skupić, ale i minusy - jakby coś mi się stało, to musiałabym czekać dłużej na pomoc. Ale ogólnie wyprawę zaliczam do udanych. I cieszy mnie fakt, że i Ty Jacku byłeś w tamtych stronach, bo są piękne i urocze. Pozdrawiam
UsuńGratuluję, sama bym się nie wybrała w góry latem a co dopiero zimą, odważna jesteś, pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńDziękuję. No wiesz, zależy kto co lubi. Osobiście bardzo lubię wspinać się po górach, ale nie wszystkie szczyty są dla mnie. I muszę to przyjąć. Dlatego staram się wybierać te góry, które mam szansę zdobyć w miarę swoich możliwości. Pozdrawiam
UsuńNie, no! Kurczę pieczone! Jesteś niesamowita! matko jedyna, masz niespożytą energię i potrzebę ruchu. Ja chyba w takim razie jutro wychodzę z domu i też gdzieś pójdę, w pobliżu nie ma gór, będzie po płaskim. Nieważne, że ma być -17 stopni mrozu. Może nie zamarznę ;-)
OdpowiedzUsuńO! Cieszę się, że zmobilizowałam Cię do wyjścia z domu. Koniecznie napisz co z tego wyszło. Czy mam taką niespożytą energię o której piszesz? Hmm... nie wiem. Aczkolwiek wtedy zaczęłam już "świrować" przed obroną i musiałam coś zrobić, żeby nie zwariować. Powiedziałabym bardziej, że było to coś w rodzaju naturalnego odruchu. Pozdrawiam
UsuńWitaj! Podziwiam i muszę przyznać, że sama tęsknię za wędrowaniem i górskimi szlakami. Podejrzewam również, że w każdym z nas drzemie potrzeba sprawdzenia się w podobnych okolicznościach. Ja ją rozumiem i bardzo szanuję. Serdecznie pozdrawiam! 🤗 🫶
OdpowiedzUsuńOj, uwierz mi Kochana, że znam takich, którym takie górskie wędrowanie jest nie w smak i to też trzeba uszanować. Mam nadzieję i gorąco Ci tego życzę, abyś mogła niebawem przejść niejeden górski szlak. Pozdrawiam
UsuńBardzo dziękuję za tę relację z wędrowania. Kocham takie samotne wycieczki na łonie natury. Niedawno sama odkryłam szlak w okolicy, gdzie jeszcze nigdy wcześniej nie byłam. Jakie to jest pasjonujące tak zdobywać nieznany teren. I tak, z różańcem w ręku i
OdpowiedzUsuńz modlitwą...
Gratuluję zdobycia kolejnego szczytu.
Dziękuję. Miło jest czytać, że ktoś ma podobne zainteresowania. A bez modlitwy daleko bym nie zaszła. Pozdrawiam serdecznie
UsuńSiniaki znikną Karolinko, a wrażenia pozostaną w sercu. Piękny wyczyn!
OdpowiedzUsuńP.S. Przeszłam tę trasę ostatnio jakieś 20 lat temu :) Ściskam ciepło, Pola
Dziękuję, faktycznie siniaki bardzo szybko (jak na mnie) zniknęły. A ja przeżyłam cudowny dzień w pięknych okolicznościach przyrody. I raczej tego nie żałuję. Cieszę się, że i Ty pokonałaś kiedyś tą trasę. To znak, że jako bloggerzy chodzimy po tych samych śladach.
UsuńKarolinko, gratuluję pomysłu i zdobycia kolejnego szczytu, Twojego Everestu :) Nawet nie wiesz, że wędrując w stronę Błatniej, byłaś dosłownie 2 kroki od mojego domu - mieszkam w Jaworzu i często chodzę na Błatnią, ale w zimie rzadko się wybieram. Więc po raz kolejny muszę stwierdzić, że jesteś niesamowita! Jeśli byś jeszcze kiedyś wybierała się na Błatnią, daj znać - będziemy się mogły spotkać :))) Uściski dla Ciebie :)))
OdpowiedzUsuńO ja Cię! Ale ten świat jest mały. Tak jak pisałam, moją wyprawę zaczynałam właśnie z Jaworza :). Mam zamiar wybrać się tą samą trasą na Błatnią letnią porą, aby porównać trudność trasy z tą, którą teraz przeszłam. Niby ta sama droga, ale na pewno inne warunki. Może wtedy uda nam się spotkać? Pozdrawiam
UsuńWitaj, Karolino.
OdpowiedzUsuńSuperwyprawa - gratuluję:)
Ostatnio, z braku czasu, głównie drepcę z Psiułką po okolicznych parkach, więc z tym większą przyjemnością pooglądałam sobie mniej cywilizowane plenerki:)
Pozdrawiam:)
Po okolicy to i ja staram się na co dzień dreptać. Zwłaszcza kiedy nie mam treningów. Ale cieszę się, że moja relacja przypadła Ci do gustu. Pozdrawiam
UsuńKarola, jaka Ty jesteś odważna ! Naprawdę Cię podziwiam. Ja miewam różne pomysły, ale chyba w takich okolicznościach pogody i pory roku nie wybrałabym się na samotną wędrówkę. Mieszkam nad morzem i w góry wybieram się dopiero w okolicach kwietnia - maja. Mam nadzieję, że wtedy już będzie ciepło. Pozdrawiam cieplutko :)))
OdpowiedzUsuńWbrew pozorom te warunki nie były znowu takie złe. W końcu zawsze mogła przyjść np. śnieżyca. Bo nie wydaje mi się, aby lawina zeszła. Wiosenne miesiące też sprzyjają wędrowaniu. Mam nadzieję gdzieś się wtedy wyrwać i zdobyć kolejny szczyt.
UsuńJestem pełna podziwu dla Ciebie że się wybrałaś sama w góry i to zimą. Gratuluję zdobycia szczytu jaki wysoki by on nie był !!! Jak dla mnie jesteś Wielka Karolinko!!!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
W sumie to nic takiego. Na szczęście po drodze nie było zbyt dużo stromych podejść, a więc dałam radę. W przeciwnym razie na zdobycie szczytu zdecydowałabym się w miesiącach wiosenno-letnio-wiosennych. Dziękuję za gratulację i również pozdrawiam
UsuńZimą nawet prosta góra jest bardziej wymagająca, a Ty w dodatku wybrałaś się sama!
OdpowiedzUsuńOch, w kilku zdecydowanie przyjemniej i raźniej zdobywa się góry, ale wędrowanie w pojedynkę też ma swoje plusy. Aczkolwiek z obydwóch możliwości staram się wybierać tą pierwszą. Pozdrawiam
UsuńNie wiem czy Ty jesteś bardziej odważna, czy szalona bo jakby nie patrzeć pogoda była taka sobie a Ty na tę wędrówkę wybrałaś się sama. Gratuluję samozaparcia i pomysłowości, spędziłaś dzień w ciekawy sposób zdobywając szczyt. I znalazłaś substytut dla Alp, których tak mi zazdrościsz 😊. Ściskam mocno i życzę Ci Karolina fajnych styczniowych dni.
OdpowiedzUsuńAle to jest "pozytywna zazdrość", która motywuje do działania. Gdyby była negatywna, skończyłaby się na "kiszeniu się w sosie własnym" :D. Ale na Alpy może też przyjdzie kiedyś pora. A skoro tak, to muszę się gdzieś "hartować" :D. Dziękuję za życzenia i również pozdrawiam serdecznie
UsuńWiem, że to zazdrość pozytywna, taka która mobilizuje do spełnienia własnych marzeń, też ją czasami czuję...
UsuńOooo Kochana teraz to ja Ci zazdroszczę wyprawy. Pięknie, dobrze zrobiłaś, że poszłaś. Na Błatniej jeszcze nie byłam. Z Bielska Białej jechaliśmy autobusem do stacji na Szyndzielni dwa lata temu w grudniu, potem Gondolą na górę i już na Klimczok na nóżkach. Beskid Śląski jest fantastyczny. Latem miało być Skrzyczne i znów nam uciekło. Gratuluję odwagi Karolinko. Sama dawno nie byłam na wycieczce. Cieszę się, że Jesteś szczęśliwa.
OdpowiedzUsuńDziękuję. Na Klimczok, a po drodze i na Szyndzielnię, wspięłam się jakieś cztery lata temu w wakacje. Wspaniała sprawa. Tydzień temu moje "Towarzystwo Ciemnych Typów" było na Klimczoku. Niestety, nie mogłam z nimi iść, bo po pierwsze miałam opłatek wspólnotowy, a po drugie niebawem mam mieć drobny zabieg, więc nie chciałam ryzykować choćby przeziębienia. Ale wierzę, że kiedyś zdobędę te szczyty również zimą. Skrzyczne też mam w planach, może w to lato się uda. To takie małe chwile szczęścia, które warto kolekcjonować. Mam nadzieję, że niebawem wybierzesz się na kolejną wyprawę, z której zdasz nam obszerną relację. Pozdrawiam serdecznie
UsuńSuper wycieczka. Szłam kiedyś na Błatnią od drugiej strony, z Brennej, ale jednak nie zimą.
OdpowiedzUsuńNa zimowe spacery zdecydowanie warto zainwestować w raczki (albo pożyczyć od kogoś). To ogromne pomoc n marznącym i ubitym śniegu czy lodzie.
Raczki u mnie nie zdają egzaminu. Próbowałam w nich iść na Babią Górę i było jeszcze gorzej. Albo muszę jakoś nauczyć się wyżej podnosić nogi. Podobno trasa z Brennej też jest ciekawa. Pozdrawiam
Usuń