Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 13 czerwca 2022

1441. Górski Bieg Frassatiego - po raz czwarty(chociaż dla mnie to po raz trzeci)

W zasadzie miało mnie nie być na tym biegu nie być. W końcu wyjazd studyjny pokrywał mi się z nim terminowo. Dlatego kiedy organizator sam do mnie napisał, czy w tym roku będę i im pomogę, z ciężkim sercem odmówiłam. Potem jeszcze Baca pisał do mnie czy będę, ale też odpisałam mu, że niestety nie.
Jednak, jak wiecie z poprzedniego postu, wyjazd nie doszedł do skutku, w związku z czym miałam wolny weekend. Na zapisywanie się na zawody do Słubic(a konkretniej na III Rundę Paralekkoatletycznego Grand Prix) było już za późno. Dlatego nie oczekując niczego wielkiego w ubiegłą sobotę postanowiłam napisać do organizatora Górskiego Biegu Frassatiego wiadomość z zapytaniem, czy nie znalazłoby się jakieś zajęcie na imprezie dla jednej zabłąkanej owieczki(w sumie, zważając na to, że wszystko działo się w Beskidzie Żywieckim, to określenie to nie było takie całkiem głupie). Niemal od razu dostałam jasną i konkretną odpowiedź - "Przyjeżdżaj".
Śliczne te medale
Nie wiem jak to się stało, że nie załapałam się na poprzednią edycję, wiem jednak jedno - brakowało mi tego wyjazdu. Co prawda jesienią byłam na Maratonie Trzech Jezior, jednak bieg, któremu patronuje bł. Pier Giorgio Frassati ma swój wyjątkowy charakter. I chociaż na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że pełno w nim będzie świętoszkowatości(choćby dlatego, że przy okazji rozgrywały się ogólnopolskie mistrzostwa duchowieństwa w biegach górskich), to zapewniam Was, że tak nie jest. A błogosławieństwo księdza redaktora radia eM(ewentualnie "Gościa Niedzielnego") przed startem mogą przeżyć nawet niewierzący... Na bieżąco śledziłam informacje pojawiające się na biegowym fanpage i szczerze żałowałam, że w tym roku znowu nie będzie mi dane wręczać kolejnym biegaczom przekraczającym linię mety cudownych, ceramicznych medali. Na szczęście stało się inaczej.
To był kolejny dzień, kiedy pora wstania z łóżka mijała się z ludzkim rozsądkiem. Ale z drugiej strony, pociąg odchodzący z dworca głównego w K-cach o 5:55 był jedyną szansą na dotarcie do Bielska-Białej, a stamtąd do Międzybrodzia Bialskiego w miarę na czas. Co prawda mogłam jeszcze jechać autobusem o 5:05, jednak mój organizm skutecznie zbuntował się przeciwko pobudce o godzinie 3:00 rano. Został więc pociąg, który teoretycznie odjeżdżał przed 6:00. Piszę "teoretycznie", ponieważ w praktyce odjechał on jakieś 20 minut później bez słowa wyjaśnienia*. Później jeszcze stał chwilę przed Czechowicami-Dziedzicami, aż w końcu, spóźniony ok. półgodziny, wjechał na bielski peron. Szybko przedostałam się na Dworzec Autobusowy, z którego miałam dojechać do Międzybrodzia Bialskiego. Oczywiście, upatrzony przeze mnie autobus już dawno odjechał. Nie pozostawało mi nic innego, niż poczekać na kolejny. Na szczęście następny jechał przed 9. Aby nie marnować czasu wyciągnęłam z plecaka książkę i usiadłam na ławce, aby pogrążyć się w jej lekturze.
Kiedy autobus podjechał na stanowisko, wsiadłam do niego. Po chwili za oknami przesuwały się malownicze obrazy, najpierw Bielska-Białej, a następnie otaczających ją miejscowości i tego, co Lolki lubią najbardziej, czyli gór. Trochę mnie zaskoczył wielki remont drogi, zwłaszcza że, jak to określił kierowca - "To wszystko na razie jest na >>W imię Ojca<<"(czyli na początku prac).
Na miejsce dotarłam ciut spóźniona. Kiedy wychodziłam z autobusu biegacze akurat skręcali w trasę prowadzącą w góry. Nawet wyszukiwałam wśród nich czupryny bacy - bezskutecznie. Najszybciej jak tylko mogłam udałam się w miejsce, z którego od czterech lat startują i gdzie finiszują biegacze. Niemal od razu natrafiłam na organizatora, który skierował mnie do strefy medalowej. Na początku trochę się obawiałam, że zostanę stamtąd przegoniona, na szczęście dla mnie okazało się, że w pobliżu są praktycznie sami starzy znajomi.
Na początku trochę sobie pogadałam z panią ochroniarz, którą również znam z poprzednich edycji biegów. Tak naprawdę nie spodziewaliśmy się nikogo z biegaczy szybciej niż po 2 godzinach. Dlatego jakież było nasze zdziwienie, kiedy po zaledwie 1,5 godziny dotarła do nas informacja, że pierwszy zawodnik już się zbliża do mety. Trzeba było w błyskawicznym tempie rozłożyć wszystkie medale, bo za pierwszym biegaczem, zazwyczaj jest drugi, potem kolejny i kolejny. I tak naprawdę to oni szybciej wbiegają na metę, niż my nadążamy z medalami...
(źródło zdjęcia)
Rozkładałam medale, ale uważałam też na to, czy spiker nie oznajmia, że oto Baca przekracza linię mety. Jednak nie było o nim ani widu, ani słychu. W końcu wszystkie medale zostały rozłożone na stole dzielonym z redakcją Gościa Niedzielnego, a ja mogłam założyć czapkę z daszkiem(jednak tego dnia było nieco słonecznie) i iść pomagać przy rozdawaniu medali.
Szczerze powiedziawszy, to coraz bardziej się niepokoiłam tym, że Baca jeszcze nie dobiegł na metę... I nagle słyszę za sobą:
 - Lolek? A co ty tutaj robisz? Przecież miało cię nie być.
Odwróciłam się i zobaczyłam zmierzającego w moją stronę Bacę. Spryciarz, zapisał się dla medalu, a jak przyszło co do czego to zdezerterował robić zdjęcia zawodnikom...
 - Taka mała zmiana planów - wyjaśniłam, czując jego dłonie na moich barkach.
 - Ale jak pytałem jeszcze w wtorek Wojtka to mi powiedział, że cię nie będzie...
Chyba sama bym zapomniała o jednym wolontariuszu, gdybym była organizatorem takiego biegu. A swoją drugą, to boję się nawet pomyśleć, o czym oni jeszcze ze sobą rozmawiają przy okazji.
(źródło zdjęcia)
Kolejne minuty mijały, na mecie pojawiali się kolejni biegacze, a medali stopniowo ubywało. W zasadzie na mecie każdy dostawał nie tylko upragniony medal, ale i gratulacje za ukończenie biegu. Należą im się, w końcu to 21,8 km w górskim terenie, a i temperatura tego dnia była nie najniższa. Jak sobie przypomnę edycję biegu z 2020 roku, kiedy lało i tak wiało, że aż wszystko fruwało, to myślę, że ta sobota była całkiem względna.
(źródło zdjęcia)
(źródło zdjęcia)
Chwilę po przekroczeniu przez ostatniego zawodnika linii mety nastąpiło to, na co wszyscy, a w szczególności najszybsi tak bardzo czekali - dekoracja najszybszych zawodników w poszczególnych kategoriach. Co prawda razem z Bacą i jeszcze jednym redaktorem z Gościa Niedzielnego zbieraliśmy banery(a przy tym tłumiłam ataki kaszlu, co by nie wzbudzać w nich złości), ale kątem oka spoglądałam co się dzieje na podium. A działo się sporo - zwłaszcza, że zwycięzca biegu ustanowił nowy rekord biegu: 21,8 km pokonał w zaledwie 1 godzinę i 34 minuty. Jak tego dokonał? Nie mam pojęcia. Na podium pojawili się również duchowni, którzy mieli osobną kategorię biegową.
(źródło zdjęcia)
 - Szkoda, że nie dałaś mi znać, że będziesz - usłyszałam w pewnym momencie Bacę. - Przyjechałbym samochodem, a teraz podrzuciłbym cię do Bielska. Zaraz się podpytam, czy ktoś nie jedzie w tamtym kierunku...
No, ręce mi opadły. Naprawdę, dałabym sobie radę. Są jeszcze autobusy podmiejskie. Co prawda przez ten cały remont dróg bardziej się wleką niż jadą, uznajmy to jednak za siłę wyższą. Ale Baca tak długo molestował innych, że załatwił mi podwózkę nie tyle do Bielska - Białej, ile do samych K-wic. Szaleństwo!
Zmęczona, ale szczęśliwa wróciłam do domu. Na pamiątkę dostałam jeszcze ten sam medal, co biegacze, czapkę z daszkiem oraz opaskę do biegania. I komentarz Bacy, że widzimy się najpóźniej na sierpniowym "Biegu Zbója"😀 i żebym doleczyła ten kaszel(a jednak go usłyszał). Dobrze, że nie przebrałam spodni na krótkie, bo jeszcze skomentowałby moje siniaki na kolanach we wszystkich kolorach tęczy.

zdjęcia pochodzą z fanpage biegu, chyba że podano inaczej
* Co prawda pociąg, którym wracałam w czwartek z pogrzebu miał ok 70 minut opóźnienia, ale maszynista i wyjaśnił okoliczności i przeprosił za sytuację.

piątek, 10 czerwca 2022

1440. Nie tylko z powodu ślubu - podróżnicza przygoda

Wiadomość o śmierci księdza Henryka, który przez 10 lat był proboszczem parafii do której należę, teoretycznie nie powinna być żadnym zaskoczeniem. Był już w takim wieku, że można było się tego spodziewać, zdrowie też opuściło go już jakiś czas temu. No i przede wszystkim - nikt nie żyje wiecznie, na każdego kiedyś przyjdzie pora. A jednak w głębi serca poczułam takie jakieś uczucie żalu i niesprawiedliwości.
Wielokrotnie żartował, że chce być pochowany w naszej świątyni, którą postawił od zera, zresztą tak samo jak dom parafialny. Kiedy przyszedł na parafię w 1995 roku, zastał barak pełniący rolę kościoła i kawalerkę w sąsiadującym z placem kościelnym bloku. Nota bene w tym baraku zostałam ochrzczona i przyjęłam sakrament Pierwszej Komunii Świętej. Kiedy w 2005 roku przenieśli go na inną parafię, zostawił po sobie nowy budynek kościoła oraz Oratorium. Potem wielokrotnie do nas zaglądał - był obecny podczas konsekracji świątyni, 25-cio i 35-ciolecia istnienia parafii. To u nas świętował swój jubileusz 50-lecia święceń kapłańskich, podczas którego w imieniu scholi niosłam w procesji z darami kwiaty...
Te zdjęcia dzieli 14 lat różnicy... Pierwsze w baraku, drugie w kościele.
Jego żarty o miejscu pochówku się nie spełniły - został pochowany w Środzie Śląskiej, gdzie spędził ostatnie lata swojego życia. Dla mnie było zaś oczywiste, że wezmę w nim udział. Wiedziałam, że prawdopodobnie z parafii pojedzie bus, jednak stwierdziłam, że załatwianie wszystkiego z aktualnym proboszczem jest ponad moje siły psychiczne.
Pojechałam więc sama. Jak wyszłam z domu przed 6:00, tak wróciłam po 21:00. Najpierw musiałam dojechać do Kato. W Kato musiałam przejść z przystanku autobusowego na oddalony o jakiś kilometr dworzec PKS. Po drodze na jezdni był wypadek, więc trochę się obawiałam, że nie zdążę, jednak byłam nawet trochę przed czasem. Poszłam więc do kasy kupić sobie bilet, jednak jakiś mężczyzna przez cały czas reklamował bilet autobusowy. W końcu stwierdziłam, że prędzej mi autobus odjedzie niż kupię ten cały bilet. Zaryzykowałam i poszłam na stanowisko, na którym już stał pojazd. Na szczęście za przejazd można było zapłacić i u przewoźnika. Po chwili zadowolona siedziałam już w autokarze, który ruszał w drogę do Wrocławia.
Po trzech godzinach wysiadłam na wrocławskim dworcu. Miałam nadzieję, że do Środy Śląskiej dojadę kolejnym środkiem komunikacji miejskiej. Niestety, okazało się, że żaden autobus(ani nawet prywatny bus) tam nie jedzie, czym byłam nieco zaskoczona. Już byłam tak blisko... Postanowiłam jeszcze spróbować koleją - udało się(w perspektywie miałam też jechać taksówką - zdesperowany człowiek zrobi wszystko). O 10:34 siedziałam w pociągu, którego jedna ze stacji była w Środzie Śląskiej. Podróż umilała mi rozmowa z sympatycznym panem, siedzącym naprzeciwko mnie. Po ok. 40 minutach wyszłam na peron. Przede mną było teoretycznie 3,5 kilometra drogi. Teoretycznie mogłam tam dojść na nogach, czas mnie jednak gonił. Tzn. gdybym pobiegła to bym zdążyła, ale... Na szczęście tuż obok był przystanek autobusowy, na który wkrótce podjechał lokalny autobusik, dzięki któremu po 10 minutach byłam na średnickim rynku. Stamtąd do salezjańskiego kościoła, w którym odbywał się pogrzeb, było już naprawdę blisko. A przy okazji odkryłam tajemnicę braku przejazdu autobusami z Wrocławia - remont dworca autobusowego. Za to zwiększyli ilość pociągów.
W parafii w Środzie Śląskiej byłam już raz - w grudniu 2017 roku. To wtedy stało się coś, czego nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć: nie wiedziałam za bardzo gdzie mam iść, więc powiedziałam odruchowo: "Boże, pomóż". I wtedy na mojej drodze pojawił się pies, duży, brązowy pies, który doprowadził mnie do celu. Dosłownie. Nie było to złudzenie, ponieważ kilka osób pytało mnie już na terenie kościoła, czy to mój pies. A potem zwierzę rozpłynęło się w powietrzu... 
Teraz nie potrzebowałam pomocy w dotarciu do świątyni. Kiedy weszłam w jej przedsionki, trwał już różaniec. Potem Msza święta i kazanie z przypomnieniem biografii księdza Henryka. I kilka przemówień, w tym naszego obecnego proboszcza. Po mniej więcej godzinie procesja wyprowadziła trumnę z ciałem kapłana. Akurat nasz obecny proboszcz szedł w kolumnie od mojej strony. Zauważył mnie i zmierzył wzrokiem. Jakoś jednak mam gdzieś, czy skomentuje to w swoim typie, nigdzie nie wyczytałam, że ktoś nie może brać udział w uroczystości pogrzebowej(uwierzcie mi, wcale nie przesadzam). 
Udaliśmy się na cmentarz komunalny. Większość osób pojechała swoimi autami. Ja poszłam na nogach, chociaż nawet nie wiedziałam, gdzie iść. Ale koniec języka za przewodnika. A po drodze spotkałam miejscowych, również zmierzających na miejsce wiecznego spoczynku. Nawet jedna pani do mnie zagadała. Kiedy dowiedziała się jak dojechałam do Środy, z niedowierzaniem pokręciła głową. No, ale na takie poświęcenie trzeba sobie zasłużyć.
Na cmentarzu dostrzegłam kilka osób z mojej parafii. Wracając dowiedziałam się, że są busem, ale mają komplet. Nic nie szkodzi, przyjechałam do Środy sama, to i wrócę do domu sama. Zresztą zaraz po złożenia ciała do grobu i modlitwach końcowych poszłam na nogach do centrum miasta(ok. 1 km.). Tam poczekałam chwilę na komunikację miejską, która dowiozła mnie na stację kolejową. Tyle co weszłam na peron - podjechał pociąg do Wrocławia. Nie było czasu na zakup biletu, na szczęście można było kupić bilet, i to bez dopłaty, u konduktora. W stolicy Dolnego Śląska pomiędzy jednym pociągiem a drugim miałam półgodziny przerwy. Wystarczająco dużo czasu i na zakup kolejnego biletu, i na zjedzenie bułki(od śniadania o 5:30 do 16:00 jednak już trochę czasu minęło).
O 16:34 wsiadłam do pociągu mającego mnie dowieść do Kato. Planowo miał być na miejscu o 18:43. Jak jednak większość z Was wie, nad naszym krajem przeszła nawałnica, która powaliła też gałęzie na tory, którymi miał jechać kurs. Musiano go puścić okrężną drogą, a co za tym idzie, nie mógł jechać szybciej niż 40 km/godzinę. Spowodowało to opóźnienie do planowanego przyjazdu o, bagatela, 110 minut. Trochę ironicznie brzmiały ich serdeczne przeprosiny, zwłaszcza w stosunku do tych, którzy mieli w Kato przesiadkę. Na szczęście przyjaciółka książka była w plecaku, a więc nie tylko nie zanudziłam się jak mops, ale i ciekawie spożytkowałam czas.
A jutro IV Górski Bieg Frassatiego, na którego wolontariat załapałam się w ostatniej chwili, głównie dzięki znajomości z głównym organizatorem. Chyba będę znowu na strefie medalowej, co jest dla mnie zawsze niesamowitym przeżyciem. Lubię patrzeć na radość ludzi przekraczających linię mety, lubię wręczać im medale z krótkim "gratuluję", lubię przybijać im piątki i żółwiki. I w ogóle lubię tą całą atmosferę biegowego świętowania. Baca też biegnie...

wtorek, 7 czerwca 2022

1439. Czy to dobrze, czy to źle - to się jeszcze okaże...

 - A co wy tutaj robicie?  - wykładowca od "Chrześcijańskiej wizji moralności" nie krył zdziwienia, kiedy zobaczył 3/4 części grupy, która już dzisiaj miała jechać na zagraniczną wizytę studyjną.
 - WizzAir nie miał miejsc na zaplanowany termin - odparł lakonicznie nasz grupowy rodzynek. - Ale lecimy na przełomie sierpnia i września...
 - Chyba - dodała jedna z dziewczyn. - Ale spokojnie, dowiedzieliśmy się o tym dopiero w piątek.
Wykładowca wzruszył ramionami.
 - W każdym razie sprawdziłem wasze eseje. Jest nieźle, zrobiliście postęp od pierwszej pracy...
W to nie wątpię - z osoby, która o pisaniu tej formy wypowiedzi nie miała bladego pojęcia, stałam się osobą, która zaczęła za nie dostawać maksymalną liczbę punktów. Jeszcze jak mi tak samo dobrze pójdzie egzamin, to będę szczęśliwa. Tym bardziej, że zyskaliśmy czas na przygotowanie się do niego.
Można by przypuszczać, że niespodziewane odwołanie wyprawy studyjnej powinno pociągnąć za sobą tylko rozczarowanie i rozgoryczenie. Mieliśmy zwiedzać i odpoczywać, a tymczasem przyszło nam zostać w kraju i przygotowywać się do sesji. Na szczęście sprężyłam się w sobie i zaliczyłam już wszystkie przedmioty na obydwóch kierunkach, które musiałam, aby zostać dopuszczoną do egzaminów. Jeszcze mi zostało kilka, ale to już na spokojnie będę zaliczać, prawdopodobnie razem z innymi(w przypadku wyjazdu miałam je zaliczyć na konsultacjach podczas sesji). Co prawda nie pojadę na III Rundę Paralekkoatletyczne Grand Prix Polski do Słubic, ale udało mi się załapać, niemal w ostatniej chwili, na wolontariat podczas IV Górskiego Biegu Frassatiego. No i w dalszym ciągu jestem przeziębiona, tak więc spokojnie mogę się kurować. 
Jak widzicie, oprócz oczywistego minusa zaistniałej sytuacji, można doszukać się też kilka plusów. Zresztą pozytywne z pozoru wydarzenie może mieć swoje minusy, i na odwrót - w negatywnej sytuacji można wyłapać jakieś plusy. Bardzo mi się podoba pewne mówiące o tym opowiadanie o farmerze, które usłyszałam na Forum Młodych w 2018 roku. Zresztą sami je przeczytajcie:
Kiedyś żył sobie pewien farmer, który uprawiał ziemię. Pewnego dnia przyszedł do niego sąsiad i powiedział:
- Zobacz! Twoje pole zostało stratowane, mnóstwo plonów jest zniszczonych. Źle się dzieje sąsiedzie.
Farmer odpowiedział na to ze spokojem:
- Może to i źle, może to i dobrze.
Następnej nocy farmer wysłał na pole swojego syna, aby ten zbadał sprawę i dowiedział się co lub kto powoduje takie straty. Syn zaczaił się w krzakach i zobaczył, że powodem strat jest piękna klacz! Pochwycił ją więc i przyprowadził do stodoły. Wszyscy we wsi mu zazdrościli:
- Jakże pięknego konia Pana syn złapał! Pan to ma szczęście!
Farmer skwitował to mówiąc:
- Może to i dobrze, może to i źle.
Po kilku tygodniach koń uciekł i zniknął gdzieś w lesie. Sąsiedzi znów to skomentowali:
- Pan to ma pecha, teraz ani porządnych plonów, ani konia. Trzeba było go lepiej pilnować!
Farmer spokojnie odpowiedział:
- Może to źle, a może to dobrze?
Nazajutrz klacz powróciła do właściciela, tym razem jednak za nią przybył też zwabiony jej urokiem potężny ogier!
- Pan to ma szczęście! Teraz masz Pan dwa konie, jesteś bogaty!
- Może to i dobrze, a może to i źle.
Syn farmera postanowił ujeździć ogiera, ten jednak nieprzywykły do siodła stanął dęba i zrzucił chłopca na ziemię. Pech chciał, że chłopak złamał nogę i nie mógł pracować. Sąsiedzi zbiegli się przerażeni:
- Tyle cierpienia w tym domu! Taki pech! Co wam po koniu, jak chłopak ma teraz nogi połamane?
Farmer wzruszył ramionami:
- Nie wiem czy to dobrze, czy to źle.
Wkrótce potem wybuchła wojna i król zażądał, aby wszystkich młodych mężczyzn wcielić do wojska. Gdy przybyła komisja poborowa zabrali wszystkich chłopców, oprócz syna farmera, który miał złamaną nogę. Sąsiad na to:
- Wy to macie szczęście. Moich synów zabrali i nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek ich zobaczę, a Pana dzieci w spokoju w domu siedzą.
- Może to i dobrze, może to i źle.

Jutro mam wolne od studiów, a więc całe przedpołudnie mogę się kurować. Trzymajcie się ciepło i zdrowo.

poniedziałek, 6 czerwca 2022

1438. 68 Memoriał Janusza Kusocińskiego

źródło zdjęcia
Przełom wiosny i lata obfituje we sportowe wydarzenia. Zawody sportowe w których sama biorę udział wpisane są w mój kalendarz od dawien dawna. Od jakiś 3 lat uzupełnione zostały przez wolontariat w różnych eventach i wydarzeniach sportowych. A skoro jest czerwiec, to na Stadionie w Chorzowie, zazwyczaj odbywa się Memoriał Janusza Kusocińskiego. 
Pierwszy raz pomagałam przy jego organizacji w 2020 roku, kiedy to z powodu pandemii został przeniesiony na sierpień. Zostałam wtedy przydzielona do Strefy Widza, a o szczegółach możecie przeczytać >>tutaj<<. Rok temu aplikowałam, bezskutecznie. Jednak specjalnie się tym nie przejęłam - to przecież nie koniec świata. W tym roku spróbowałam kolejny raz. No i się udało. Myślę, że to trochę za sprawą pani Barbórki, która poznała mnie i moje możliwości najpierw na "Biegu Bohaterów", a potem 13 już edycji "Silesia Marathonu" i wie, że Lolek zrobi wszystko, jeżeli tylko da się jej odpowiednie warunki. Jednak nawet nie wyobrażacie sobie, jaką poczułam radość, kiedy tydzień temu po powrocie do domu zobaczyłam meil informujący mnie, że zostałam przydzielona do działu akredytacji. No, tam mnie jeszcze nie widzieli. A moja radość wzrosła jeszcze bardziej, kiedy usłyszałam, że musieli wybrać 50 osób spośród ponad 150 zgłoszeń. Nie żebym się cieszyła, że kogoś odrzucili, bardziej właśnie z tego, że mnie dostrzegli, chociaż raczej staram się nie rzucać za bardzo w oczy.
Pierwotny plan na ten weekend obejmował wystartowanie w sobotę na 100 m. w II Rundzie Grand Prix, wieczorny powrót do domu i całą niedzielę spędzoną na Stadionie(chociaż rano mogłabym jeszcze udać się po drodze na Mszę świętą). Przeziębienie zmodyfikowało jednak moje plany. Na Grand Prix nie pojechałam, za to w Chorzowie spędziłam całe dwa dni. 
Praca w akredykacjach to nic innego niż wydawanie odpowiednich wejściówek przychodzącym osobom, ewentualnie kierowanie ich w sto innych miejsc, gdzie mogą dostać potrzebne rzeczy. W praktyce wyglądało to tak, że na akredytacjach były 2-3 osoby, posegregowane identyfikatory(no bo wiecie, osoba A może wejść w jedne strefy, natomiast osoba B już nie) oraz kartkę z zaznaczeniem kto jaką ma dostać wejściówkę. Nasze nastroje były nieco bojowe - akurat w tygodniu poprzedzającym wydarzenie mieliśmy pogrzeb jednego z wolontariusza. Rozmowy średnio się kleiły, ale też nie mieliśmy typowo grobowej atmosfery. Bądź co bądź, nie dajmy się zwariować. Pierwszego dnia praca na dziale kończyła się ok. 18. Jeszcze przed wyjściem do domu pani Barbórka poprosiła mnie, abym nazajutrz przyszła trochę wcześniej(wg grafiku miałam być o 10). A przy okazji zapytała o to moje przeziębienie. Ech, bywało gorzej...
50% osób na tym zdjęciu to dział akredytacyjny
W niedzielę wstałam po 5. Trochę wcześnie, ale przed wolontariatem chciałam jeszcze wstąpić na Mszę świętą do naszej miejskiej bazyliki. W końcu przypadało zstąpienie Ducha Świętego, jedno z moich ulubionych wspomnień i nieoficjalna rocznica Pierwszej Komunii Świętej. Wyszłam z domu odpowiednio wcześniej, nie uszłam nawet 100 metrów, kiedy poczułam, że zbliżam się niebezpiecznie do ziemi. Po chwili leżałam na chodniku zastanawiając się, co bardziej mnie boli - drugi raz w ciągu kilku dni obite kolana, czy też dłonie. Na szczęście byłam cała. Co prawda chwilę zeszło zanim sie zebrałam, ale... W ostateczności do kościoła się dowlekłam, przed "Chwała na wysokości". Siadłam na końcu, żeby nie drażnić innych moim kaszlem. Do Komunii nie uklęknęłam - nie byłam w stanie. Potem już tylko musiałam przejść do centrum miasta i wsiąść w odpowiedni autobus, a w Katowicach przesiąść się na tramwaj.
Do Centrum Wolontariatu dokuśtykałam kilkanaście minut po 9. Wbrew pozorom to dobry czas. Musiałam chyba przypominać kupkę nieszczęścia, kulejąc i pokasłując. Nawet jak rozpinałam guziki u koszuli, pod którą miałam roboczą koszulkę, kilka osób zaczęło się dopytywać, co mi się stało. Na szczęście udało się znaleźć woreczki z lodem, którymi obłożyłam obolałe miejsce(spokojnie, przez szmatkę, co by sobie nie odmrozić miejsca). Kiedy nieco mi przeszło zarzuciłam plecak na plecy i powlekłam się do budki akredytacyjnej. Tym razem były nas 2 osoby, ale co chwilę ktoś do nas przychodził z innych wolontariuszy. Raz nawet przyniesiono mi mega schłodzony napój, gdybym potrzebowała sobie schłodzić nogę, albo nadgarstki.
Rozpiska konkurencji(źródło zdjęcia)
Niedzielny dyżur trwał do godziny 15:30 - o 15:00 rozpoczęła się cała impreza, jednak zawsze zdarzają się osoby, które odbierają coś w ostatniej chwili. Np. zawodnicy startujący w konkurencjach. I to nie żadne gwiazdy, a raczej rozpoczynające swoją przygodę na wielkich arenach(przynajmniej ja nikogo z nich nie znałam). Na szczęście Stadion Śląski ma dosyć dobre nagłośnienie i ceremonię rozpoczęcia mogliśmy wysłuchać będąc jeszcze na stanowisku.
Potem poszliśmy na trybuny. Ale tam było za gorąco i za duszno. Kiedy jakieś 2 godziny wcześniej byłam w CW coś zjeść(wolontariusze mieli zapewniony "ciepły" posiłek) widziałam, że telewizor był włączony na TVP Sport(jeden z głównych sponsorów memoriału) istniała więc nadzieja, że taki stan rzeczy uległ zachowaniu. Nie myliłam się - telewizor nadawał relację ze zmagań sportowych. Tym razem wyjątkowo wybrałam taką formę kibicowania. Było tam ciut chłodniej i nieco spokojniej. No i można było jeszcze coś zjeść ("Jedz, jedz, raczej ci to nie zaszkodzi... A jak noga?"). Co prawda po Centrum kręcili się inni wolontariusze, no ale nie bądźmy zbyt wymagający. Po 18 wolontariusze mogli odebrać zaświadczenia o swoim udziale w wydarzenia, a godzinę później, ci najbardziej wytrzymali, udali się na pamiątkowe zdjęcie na płytę główną Stadionu ("Tylko proszę cię Lolku, uważaj aby znowu się nie wywrócić..."). Piszę "najbardziej wytrzymali" ponieważ przez to, że kilka osób było na antydopingu, zdjęcie ciągle się przeciągało, aż część osób po prostu zrezygnowała z niego. Pozostało tylko kilkoro niedobitków...
A to zdjęcie zrobiliśmy kilkanaście minut wcześniej.
Jeszcze tylko pożegnałam się z ekipą ("Lolek, na następnej imprezie też masz być, nie ma, że przeziębienie, czy coś..." - oj, żeby to było tylko ode mnie zależne), nasłuchałam szybkiego powrotu do zdrowia i powoli zmierzałam w kierunku domu, kończąc kolejny wolontariat z radością i uśmiechem na twarzy.
I na koniec najlepsze - wiecie jaką sobie wpisałam datę urodzenia? 26.09.2022 😄. Aż pani Barbórka do mnie dzwoniła(da się? da się!) z zapytaniem jaka ona faktycznie jest. Sama się teraz z tego śmieję.

czwartek, 2 czerwca 2022

1437. Taka mała zmiana planów

Z zawodów w Tarnowie wróciłam nie tylko oczarowana jego pięknem, ale i infekcją, prawdopodobnie przejętą od Młodszej. Ja rozumiem, że perspektywa 3 dni bez rodziców jest kusząca, ale z drugiej strony - co to za przyjemność gdzieś jechać chorym? Młodsza ma jednak inny światopogląd, a że miałyśmy jeden pokój, to finał tego jest jaki jest. Od poniedziałku kaszlę, mam stan podgorączkowy, drapie mnie w gardle. Na chorowanie jednak nie mam czasu, bo przecież wkroczyliśmy w życiu studenckim w okres zaliczeń. Tak więc spędzanie dni na wypoczynku zostaje w sferze moich marzeń. To znaczy po powrocie do domu kładę się spać na 2-3 godziny, potem wstaję, uczę się, coś jem, daję jeść kotu i na nowo idę spać. Bywało gorzej. Zwłaszcza, że kolokwia zaliczam na 4,5 - 5, co też mnie satysfakcjonuje.
W zasadzie powinnam jechać w weekend na kolejną rundę Grand Prix do Krakowa, jednak w takim stanie to bez sensu. Wiem, że nie pobiegnę tak, jakbym mogła, gdybym była zdrowa. To po pierwsze, a po drugie - wczoraj wracając do domu znowu zaliczyłam tzw. glebę. Chyba wolałabym uderzyć o jakiś chodnik tak, abym rozwaliła kolano(jakkolwiek to nie brzmi). Tymczasem ja uderzyłam kolanami o bruk składających się w mniejszej kostki(mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi). Nie rozwaliłam kolan, za to cała krew(a mam problem z jej krzepnięciem) rozlała mi się pod skórą. Co ciekawe, mam wrażenie, że jakby promieniuje mi to wszystko do łydki... Pierwszy raz mam coś takiego. Trochę mi to utrudnia chodzenia, ale też nie jest najgorzej. No i trzecia rzecz - wycieczka studyjna w przyszłym tygodniu. Było z tym zamieszania(nawet do końca nie wiemy, czy lecimy we wtorek czy w środę), ale wszyscy, a przede wszystkim organizator, jest dobrej myśli. I teraz najlepsze - nikt nie wymaga ode mnie(ani od mojego słabowidzącego kolegi z roku) opiekuna. Mając w pamięci przeboje z UPJPII, to było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Takim samym, jak podczas szykowania się do wylotu na ŚDM do Panamy :). Tym bardziej, że to jest i dużo dalsza podróż niż do Lwowa(ale nie tak daleka jak do Panamy), i dużo bardziej skomplikowana logistycznie. Da się? Da się! Ten weekend nie będzie jednak tak całkowicie stracony - udało mi się dostać na wolontariat podczas Memoriału Janusza Kusocińskiego na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Pierwotnie miałam wracać z zawodów w sobotę po starcie(w końcu Kraków to nie koniec świata), ale że nie jadę, to problem się sam rozwiązał. Baca dał mi kilka patentów na bolące gardło, więc powinno być dobrze.
W ostatniej notatce wspominałam o książce "Motyl i skrzypce" autorstwa Kristy Cambron. Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić wrażeniami, jakie na mnie ona wywarła. 
Tytuł: "
Motyl i skrzypce"
Autor: Kristy Cambron
Wydawnictwo: Znak
Kraków 2020
Liczba stron: 384

Czy muzyka mogła pomóc przetrwać w tak potwornym miejscu, jakim był obóz koncentracyjny w Auschwitz? I czy w ogóle mogła się w nim rozwijać jakakolwiek forma sztuki. Wiemy, że np. Victorowi Franklowi udało się napisać jedną ze książek, w jednym z baraków znaleziono "książkę" z bajkami dla dzieci, napisaną już w obozie. Wiadomo, że działała orkiestra. Można więc powiedzieć, że w Auschwitz istniała jakaś prowizorka kultury. I w takich właśnie okolicznościach Kristy Cambron umieściła akcję jednej ze swoich powieści - "Motyla i skrzypiec".
Akcja powieści rozgrywa się w dwóch płaszczyznach. Pierwsza rozgrywa się w czasach współczesnych - Sera Jemes, pracownica jednej z galerii na Manhattanie od pewnego czasu poszukuje obrazu przedstawiającego kobietę z obozu koncentracyjnego. Poznaje przy tym Williama Hanovera, mężczyznę który wpada mu w oko, zresztą ze wzajemnością. Sera po nieudanym związku z mężczyzną, który w ostatnim momencie rezygnuje ze ślubu, powoli odzyskuje równowagę. Czy mężczyzna ma jakiś związek z poszukiwanym obrazem?
I druga płaszczyzna, rozgrywająca się w czasie II wojny światowej - Adele jest znaną na całą Austrię skrzypaczką mającą wysoko postawionego ojca. Od jakiegoś czasu spotyka się z Vladymirem, również muzykiem. Adele zaangażowana jest w pomoc ukrywającym się w Wiedniu Żydom. Pewnego dnia widzi, jak jedna z takich rodzin jest ładowana na ciężarówkę. Dziewczyna wie, co to oznacza. W dodatku podczas zamieszania rani swoje dłonie o kawałki szkła. Nazajutrz bierze udział w koncercie, po którym, w wyniku donosu ojca, zostaje deportowana do Auschwitz. Na odchodne matka wręcza jej futerał ze skrzypcami, nie wiedząc, że córka ukryła w nim także zdjęcie Vladymira i spinkę z motylem. W obozie trafia do orkiestry, która gra nie tylko dla dostojnych oficerów, ale też więźniów idących co rano do pracy czy też zmierzających do komór gazowych. I chociaż jej dusza przez to cierpi, wie, że to jedyny sposób na jeszcze jeden dzień przeżycia w tym piekle na ziemi.
"Motyl i skrzypce" ukazują, jak trudne, a zarazem ważne dla więźniów, będących wcześniej artystami, było kontynuowanie za drutami swojego dzieła. Elena wiele razy buntowała się wbrew samej sobie. Nigdy jednak nie odważyła się nie iść na koncert - dzięki temu była "niewidzialna". Tak, niewidzialna - gdyby nie przyszła na występ ktoś od razu by to zauważył. W książce widzimy też wielką potrzebę tworzenia - Omara, kierowniczka orkiestry ryzykowała wiele, aby namalować portret skrzypaczki, chociaż wiedziała co ją czeka, kiedy jakiś SSman przyłapie ją na tym, co robi. Aż wreszcie czytelnik jeszcze raz może się przekonać, jak wiele może dać i jaką rolę w przezwyciężeniu wszelkich przeciwności losu może mieć miłość - zarówno do drugiego człowieka(Elena nie przestała kochać Vladymira nawet w obozie), jak i do swojej pasji. Być może jedno i drugie było tym, co ocaliło życie bohaterce...