Od mniej więcej trzynastu lat przełom września i października wiąże się z dość dużą sportową imprezą na terenie Górnego Śląska, jaką jest Silesia Marathon. Jak już wiedzą moi stali czytelnicy, od 2019 roku dokładam moją maleńką cegiełkę do jej organizacji, oferując swoją pomoc w formie wolontariatu. Dotychczas byłam przydzielona do depozytu. Podobało mi się tam. Jednak w tym roku, po rozmowie po Biegu Bohaterów z panią Barbórką, koordynatorką tamtejszego biura zawodów, postanowiłam podziałać w tej strefie. Wysłałam odpowiednie zgłoszenie i z niecierpliwością czekałam na wynik rekrutacji, zdając sobie sprawę z tego, że nawet jak przejdę pozytywnie cały proces, to mogę dostać inny przydział zadań.
Gdzieś w połowie sierpnia przyszła odpowiedź zwrotna, że się zakwalifikowałam, jednak jeszcze bez rozdziału zadań. Jedna niewiadoma została już rozwiązana, teraz tylko trzeba było czekać, aż rozwiąże się kolejna. To trwało aż do początku września, kiedy w kolejnym meilu dostałam informacje, że jest to biuro zawodów. Jeszcze tylko szybka wymiana informacji z panią Barbórką(ciekawe, czy faktycznie tak o mnie walczyli z Grigorim z depozytu, czy to tylko tak napisała) i mogłam być pewna tej funkcji.
Biuro działało przez trzy dni poprzedzające dzisiejszy start. Jednak wielu z nas przyjechało na Stadion Śląski już w środowy wieczór, aby posegregować koszulki na minimaraton, który miał się odbyć w sobotnie przedpołudnie. Sponsor przygotował je, jednak wszystkie zostały ze sobą wymieszane. Aby nie tracić potem czasu na szukanie odpowiedniego rozmiaru, posegregowaliśmy je według numeracji i zapakowali z powrotem do pudeł.

Następnie trochę popakowaliśmy informatorów do worków, które wydawane były półmaratończykom, maratończykom i ultramaratończykom. Był to też czas na poznanie nowych ludzi, których każdego roku nie brakuje. Na rozmowach szybciej jakoś tak czas mijał. Przy okazji wielu znajomych wypytywało mnie jak tam w nowej pracy mi idzie. Na razie to się wdrażam. Ale praca z dziećmi przynosi mi wiele satysfakcji. I co najważniejsze - świetlica działa popołudniami, a więc mogę jeszcze uzupełnić braki w wykształceniu. Wkrótce minęła godzina 21:00, bramy Stadionu miały zostać zamknięte, toteż w połowie skończyliśmy naszą pracę i powoli zbieraliśmy się do domu.
W czwartek biuro zawodów ruszało o 15:00(na razie w pracy mam 1/4 etatu, który mogę dowolnie przepracować godzinowo), jednak my byliśmy w nim ok. godziny wcześniej, aby dopakować jeszcze kilka pakietów startowych. A przy okazji zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie całej ekipy :).
Tego dnia działałam właśnie przy wydawaniu pakietów na minimaraton. Pani Barbórka zdawała sobie sprawę z moich ograniczeń, toteż przydzieliła mi realne zadania do wykonania. Przeważnie było to przynoszenie odpowiedniego rozmiaru koszulek, jednak kiedy moja współwolontariuszka poszła na chwilę do toalety, a przy naszym stanowisku zaroiło się od zawodników, odważyłam się i wzięłam do ręki skaner kodów QR połączony z laptopem (na półmaratonie, maratonie i ultramaratonie był on w smartfonach). I wiecie co, niepewnie bo niepewnie, ale zeskanowałam aż 4 z nich. A ile mi to dało radochy. Jakbym dopiero co zdobyła Mont Everest. Jednak wbrew pozorom takie małe rzeczy są niekiedy dla mnie prawdziwym wyczynem. W czwartek biuro kończyło swoją pracę o 19:00, w domu byłam 1,5 godziny później, dokładając do tego dojazd przez 3 miasta z przesiadką.
W piątek miałam przerwę, za to w sobotę przesiedziałam cały dzień. W sobotę biuro dla biegaczy było otwarte od godziny 9:00. Ale my, czyli wolontariusze, musieliśmy być przynajmniej pół godziny wcześniej, aby to wszystko sobie ogarnąć. Mnie się udało być tuż po 8:00, jednak jeszcze musiałam obejść stadion, aby wejść do biura. Byłam jednym z pierwszych pomocników, ale dzięki koordynatorom wiedziałam, co mam robić. Czyli razem z inną wolontariuszką pakowałyśmy worki - ona je otwierała, a ja wrzucałam do nich informatory. Da się? Da się. Tuż przed 9:00 pani Barbórka rozdzieliła nas do stanowisk. Tym razem trafiłam na wydawanie pakietów na półmaraton. Tutaj to już naprawdę nie podołałabym skanowaniu kodów, co udowodniłam po południu, kiedy większość ludzi poszła na obiad i zostałam sama na stanowisku. No i oczywiście musiał ktoś do mnie podejść. Nie chciałam mu odmawiać zakładając, że dam sobie jakoś radę. Tymczasem ja przez przypadek całkowicie wyszłam z aplikacji - brawo ja. Na szczęście w okolicy kręciła się pani Barbórka i niemal od razu pospieszyła z pomocą. No, może troszkę na własne życzenie, bo gdyby tak mnie nie namawiała w lipcu, to zgłosiłabym się na depozyt... Ale chyba nie miała mi tego za złe. Sytuacja została opanowana, chociaż kosztowała mnie ciut nerwów. Na szczęście to tylko jedna taka wpadka, reszta dnia przebiegła bez zarzutu. Ba, nawet jakiś pan poznał mnie, mimo maseczki, z wolontariatu w Wadowicach. A na koniec już tak się rozkręciłam, że zaczęłam mówić biegaczom co mają w kopertach i że za ścianką jest szczytywacz kodów QR.


Jak widzicie, w biurze było raczej spokojnie i sportowcy spokojnie rozkładali się na poszczególne bramki. Jedyny newralgiczny moment był rano, kiedy wielu sportowców przed minimaratomem nie odebrało jeszcze pakietu startowego.
- Ja to ciemno widzę. Start jest o 10:00, a oni jeszcze muszą obejść stadion, bo start jest spod bramy 4... - usłyszałam za sobą głos pani Barbórki.
- Będą mieli bieg w ramach rozgrzewki - wyrwało mi się.
- A właściwie to dlaczego nie startujesz, jak w Biegu Bohaterów?
- A, bo mam zakwasy po zeszłotygodniowym biegu na Czupel...
Tragedii nie ma, ale jeszcze czuję zmęczenie po mięśniach.
- O, ja byłam w Zakopanym...
Po chwili pękałam ze śmiechu słysząc opowieść o harcerzach przygotowujących sobie śniadanie w schronisku.
Biuro zawodów kończyło swoją działalność po 19:00, potem trzeba było opróżnić z informatorów niezużyte worki, pozdejmować plakaty, poodklejać informacje i posprzątać stoliki. A teraz hit - ledwie wszystko zdążyliśmy zrobić, przyszedł pan ochroniarz z informacją, że jeszcze idzie kilkoro spóźnialskich. Żeby nie było afery, obsłużono także i ich. W sobotę w domu byłam po 21. Wróciłam zmęczona, ale szczęśliwa. I już mam zaproszenie na kolejne imprezy sportowe(i nie tylko), oczywiście jako wolontariusz. Czyli może do czegoś mogę się przydać.
A jutro ważny dzień. I to nie ze względu na wydziałową inaugurację roku akademickiego, ale już jutro zostanie ogłoszona data Światowych Dni Młodzieży w Lizbonie.
Świetny pomysł z tym angażowaniem się w wolontariat przy biegach - wyczuwam, że to lubisz:) Czyli odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu!
OdpowiedzUsuńTak, wolontariat biegowy(i ogólnie - sportowy) stał się wręcz moją pasją. Ale duża to też zasługa osób w nim działających, które przyjmują mnie taką, jaka jestem. Pozdrawiam
UsuńWolontariat to Twój żywioł, podziwiam:-)
OdpowiedzUsuńNawet moja praca magisterska z pracy socjalnej dotyczyła wolontariatu :). Pozdrawiam
UsuńWitam serdecznie ♡
OdpowiedzUsuńWspaniały pomysł. Wolontariat to piękna sprawa :)
Pozdrawiam cieplutko ♡
Bieg po zdrowie a tu zakwasy...
OdpowiedzUsuńCzasem przyjemność sprawia nam ból.
Jeszcze nie brałem udział w biegu długim.
Pozdrawiam. ;)
W zasadzie 4,2 km to raczej krótki dystans, który mogłabym przebiec. Ale na taki 50 km. ultramaraton chyba bym się nie zdecydowała. Pozdrawiam
UsuńWiesz Karolinko - mam wrażenie, że bez Ciebie nie może się odbyć żadna impreza. Nie mam pojęcia jak znajdujesz na to wszystko czas ale jestem pod ogromnym wrażeniem. Buziaki:)
OdpowiedzUsuńMoże, uwierz mi, że beze mnie imprezy też się odbywają :). Nie na wszystkie mam jednak czas. Ale cieszę się, że znajduję chociażby na kilka z nich. Pozdrawiam :)
UsuńSuper że się tak angażujesz:)))Pozdrawiam serdecznie:)
OdpowiedzUsuńPo prostu robię to co sprawia mi przyjemność. Pozdrawiam
UsuńDużo pracy.
OdpowiedzUsuńAle jestem przekonana, że poradziłabyś sobie doskonale również z zadaniami bardziej skomplikowanymi niż sczytywanie kodów.
W sumie było nas na tyle dużo, że ładnie ta praca się pomiędzy nami rozdzieliła. No, ja nie jestem co do tego przekonana, bo jednak to sczytywanie kodów mnie przerosło, ale jakbym nad nim popracowała, to może i dałabym radę. Pozdrawiam
UsuńSporo pracy tam mieliście. Podziwiam. Mój Hubercik był tydzień temu na pierwszych biegach dla zerówkowiczów na 400 metrów. Dobiegł 9 z chłopców. Byłam i dalej jestem z niego dumna! I tak się zastanawiam, bo teraz wzięło go na piłkę nożną i jeżdżę z nim na treningi piłkarskie, ale chodzi mi po głowie, żeby jeszcze na biegi go gdzieś zapisać.
OdpowiedzUsuńOoo, brawa dla Hubiego. Też kiedyś biegałam na 400 i wiem, jak wymagający jest ten dystans. Jeżeli tylko ma możliwość gdzieś niedaleko trenować, to bym spróbowała go zapisać. W końcu sport to zdrowie. Pozdrawiam serdecznie
UsuńKarolinko, Twoje zaangażowanie jest super.
OdpowiedzUsuńStaram się, jak mogę. Pozdrawiam
UsuńKarolinko!
OdpowiedzUsuńJesteś niesamowita. Masz tak wiele pasji, mogłabyś wielu obdarzyć.
Serdecznie Cię pozdrawiam:)
Nie, nie jestem niesamowita, jestem zwyczajna. Dziękuję jednak za ciepłe słowa. Pozdrawiam
Usuń