Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 28 lutego 2015

106. Diabeł tkwi w szczegółach

Od kilku tygodni bez przerwy boli mnie brzuch. Co prawda od zawsze zmagam się z przewlekłym zapaleniem pęcherza moczowego, jednak ono nigdy nie daje żadnych objawów, a wychodzi tylko w wynikach badań. Więc ta opcja automatycznie odpadała. Na początku tłumaczyłam to sobie stresem związanym z niezdanym angielskim, potem z nadmiaru zajęć. Ostatnio jednak mam takie dni, kiedy dosłownie nie jestem w stanie wstać z łóżka. A nawet dochodzi do tego, że jak mnie znienacka nie sieknie, to potrafię dosłownie zgiąć się wpół. Mój problem polega na tym nie mogę sobie pozwolić na leżenie w łóżku (no chyba, że mi wynajdą coś), bo przecież mam nowy semestr na uczelni i szkołach policealnych. Jak na samym początku będę opuszczać zajęcia, to później nie dam rady nadrobić tego wszystkiego, a przynajmniej będzie mi bardzo trudno. Już raz miałam taką sytuację - tuż przed sesją trafiłam do szpitala na prawie dwa miesiące. Egzaminy i zaliczenia oczywiście dało się przesunąć, ale ile mnie to nerwów kosztowało... Teraz jednak nie mam jednej szkoły, ale aż trzy. Dlatego postanowiłam jeszcze w styczniu iść do rodzinnego. Nie, nie łudziłam się, że coś mi wynajdzie, to raczej nie ta dziedzina. Tym bardziej, że ewentualny wyrostek robaczkowy wykluczył na wstępie, chociaż morfologia krwi wyraźnie wskazuje na stan zapalny. Dostałam skierowanie do gastroenterologa. Sama też wybrałam się do ginekologa, bo przecież diabeł tkwi w szczegółach. W tych sprawach na szczęście wszystko jest w miarę w porządku. Co prawda stwierdził, że USG dopochwowe dało by miarodajny obraz, zwłaszcza że kilka narządów wewnętrznych mam poprzesuwanych, jednak gabinet nie dysponował takowym.

W piątek byłam u gastroenterologa, który przyjmował w naszym miejskim szpitalu. Na początek wywiad. No, trochę mu się streściło życie, którego miało nie być. Potem palpacyjne badanie, które w zasadzie nic nie wykazało. Od ręki wykonał mi USG jamy brzucha, sprawdził płyn oponowo - rdzeniowy. Prawdopodobnie problem tkwi albo w jelitach, albo w przewodzie pokarmowym. Ewentualnie w drogach rodnych. A ból, zwłaszcza taki nagły, może po prostu promieniować. Więc dostałam skierowania na kolano i gastroskopię. Tak sobie myślę - bać się, czy się nie bać. Chociaż bardziej niż wyniku boje się samego badania. A z drugiej strony tyle przeszłam, więc i temu podołam. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Z pozytywnych rzeczy to wreszcie poprawiły mi się wyniki moczu. Tak "dobrych", chociaż znacznie odbiegających od normy, nie miałam od lat. A może i z resztą będzie dobrze? Kto to wie?

czwartek, 26 lutego 2015

105. Ponad 10 tysięcy odsłon

No i stało się. Licznik na blogu odnotował ponad 10 tysięcy odsłon bloga. W ciągu ośmiu miesięcy pisania mojego bloga, tyle właśnie osób zajrzało na niego. Co będzie za kolejne 10? Nie mnie o tym myśleć. Mam nadzieję, że wśród tych osób są takie, którym ten blog naprawdę się podoba, które może coś z niego wynoszą. Nie tylko pustą treść, ale może i przeświadczenie, że ludzie niepełnosprawni też są członkami społeczeństwa, że chcą i potrafią brać czynny udział w życiu, że mają pasje i zainteresowania, które rozwijają. 

wtorek, 24 lutego 2015

104. Przez peregrynację symboli ŚDM do łóżka

Przez dwa ostatnie tygodnie lutego w naszej diecezji odbywa się peregrynacja symboli Światowych Dni Młodzieży, które już za półtora roku odbędą się w Krakowie - Krzyża poświęconego przez papieża Jana Pawła II i przekazanego młodym ludziom oraz ikony Matki Boskiej. W tą niedzielę oraz poniedziałek symbole te przywędrowały do naszego kościoła dekanatu, o którym pisałam w >>tym<< poście. Początek zaplanowany był na 20:30 w niedzielę, jednak jak to w życiu bywa samochód - kaplica przyjechał z opóźnieniem. Pod bazyliką spotkałam dziewczyny z jednej ze wspólnot w naszej parafii, toteż nie byłam sama. Akurat u nas wszystkie wspólnoty są raczej zintegrowane i wszyscy się w miarę dobrze znają. A przy okazji poznałam katechetę moich koleżanek. Od razu idzie wyczuć, że to ksiądz z powołania. 
Ze zdziwieniem odkryliśmy, że ministrantów z naszej parafii jest jakby więcej niż z bazyliki, co zresztą potwierdził nasz wikary. O Honorowej Służbie Ołtarza już nie wspomnę, a nawet śmiem sądzić, że w bazylice nie znają takiej funkcji. A i sami parafianie nie zawiedli, chociaż nie wszyscy byli młodzi ciałem. Heh, salezjanie górą, jak to powiedziała jedna z moich koleżanek.
Tak jak pisałam przyjazd samochodu nieco się opóźnił. Nie ostudziło to zapału czekających, którzy cierpliwie stali na dziedzińcu kościelnym. Wreszcie samochód z symbolami wjechał na plac przed kościołem. Ksiądz z sąsiedniej parafii uroczyście powitał zarówno krzyż jak i ikonę, aby następnie zostały wniesione przez młodych do wnętrza świątyni. Towarzyszył temu śpiew pieśni "Krzyżu Chrystusa bądźże pochwalony" oraz trzykrotne wezwanie "Oto drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata" wraz z przeczytaniem fragmentów Ewangelii. Kiedy wszyscy znaleźli się w świątyni, nastąpiło przedstawienie planu całej peregrynacji oraz wspólne odmówienie Koronki do Bożego Miłosierdzia. Podniosłą chwilą był moment codziennego zasłonięcia figury Matki Boskiej Anielskiej. Przed wyjściem każdy chętny mógł ucałować relikwie Krzyża Świętego, dotknąć ikony oraz Krzyża.
Następnego dnia uroczystości zaczęły się już o godzinie 9:00 kiedy młodzież przyniosła ze sobą egzemplarze Pisma Świętego i w uroczystym przyrzeczeniu oznajmiła, że będzie z mądrością czytała oraz głosiła Słowo Boże. Osobiście nie mogłam być na tym spotkaniu, ponieważ musiałam jeszcze zdać język rosyjski i odnieść indeks do dziekanatu, jednak z Bożą pomocą zdążyłam dojechać na Mszę świętą o godzinie 11:00 połączoną z sakramentem namaszczenia chorych. A swoją drogą to dostałam takiego poweru, że drogę Grodzka - dworzec PKP w Krakowie pokonałam w 20 minut. Jak dla mnie to rekord. Po Mszy odbyła się Liturgia Słowa z komentarzami oraz Droga Krzyżowa. Oby dwa punkty przygotował wikariusz z naszej parafii, ksiądz J., chociaż w harmonogramie zaznaczony był ksiądz proboszcz. Peregrynację zakończyła Koronka do Miłosierdzia Bożego (akurat była godzina 15) z rozważaniami biskupa pomocniczego naszej diecezji. Na koniec w imieniu wszystkich dzieci w wierszowany sposób podziękowały symbolom Światowych Dni Młodzieży za przybycie do nas.
W sumie wczoraj spędziłam w kościele przeszło 6 godzin, wyłączając krótką przerwę na kanapkę i gorącą herbatę. To drugie było konieczne, choćby ze względu na chłód panujący w świątyni. Ironizowałam, że kiedy większość parafii dogrzewa wnętrza Domów Bożych, tutaj wręcz wyziębiają je. Chociaż prawda jest taka, że bazylika jest duża, to i trudniej ją dogrzać. W dodatku ze względu na to, że musiałam na uczelni wstawić się na 8:00 z domu wyszłam o... 5:25. Miałam nadzieję przespać się w busie, jednak w radiu o niczym innym nie mówili, niż o Oscarze dla polskiego filmu "Ida". Czyli mój zamiar spoczął na niczym. Skutek był tego taki, że po powrocie do domu położyłam się do łóżka i zasnęłam. W ogóle to chyba miałam gorączkę, bo czułam się tak sobie, na szczęście wszystko mi przeszło na tyle, że jestem w stanie normalnie funkcjonować. 
A teraz z jeszcze większą niecierpliwością wyczekuję przyszłorocznych Światowych Dni Młodzieży.

poniedziałek, 23 lutego 2015

103. O pewnym "drogim" panie i zakładach prawie bukmacherskich z nim związanych

Z czym kojarzy Wam się przełom lutego i marca? Bo mnie osobiście z galą Nagród Akademii Filmowej zwanej po prostu Oscarami. Chociaż, jeżeli już sięgnąć do historii tego prestiżowego wyróżnienia, pierwsza ceremonia miała miejsce 16 maja 1929 roku, dwa lata po ufundowaniu samej nagrody. Potem ceremonie wręczenia statuetek miały miejsce nawet w listopadzie. Dopiero z czasem termin został oznaczony jako luty/marzec. Oscary uważane są za najbardziej prestiżowe nagrody w dziedzinie filmografii w różnych kategoriach. I chociaż nastawione są głównie na uhonorowanie amerykańskich produkcji, ustanowiono również osobną kategorię, jaką jest film nieanglojęzyczny. Oczywiście można też zostać nominowanym w tak ogólnych kategoriach jak reżyser, najlepsi aktorzy, muzyka itp. 
Co przedstawia Oscar? Dużo osób zadaje sobie to pytanie, bowiem na szklanym ekranie nie zawsze dobrze go widać. Jest to figurka wysoka na ok. 35 cm o wadze niecałych 4 kilogramów. Przedstawia rycerza stojącego na rolce filmu posiadającej pięć szprych. Symbolizują one poszczególne grupy zawodowe reprezentowane w Akademii: aktorów, scenarzystów, reżyserów, producentów oraz techników. Została zaprojektowana w 1928 roku, obecnie odlewane są przez jedną z chicagowskich fabryk. 
Ciekawa jest geneza powstania nazwy Oscar, statuetka oficjalnie nazywa się Academy Award of Merit, jednak od 1939 roku używa się potocznego określenia Oscar. Jedna z genez podaje, że pewna bibliotekarka zobaczywszy statuetkę stwierdziła, że przypomina jej wuja Oscara. Pomysł ten został pochwycony przez dziennikarza Sydneya Skolsky'ego, który zaczął używać nazwy w swoich artykułach. Inna wersja mówi, że imię Oscar statuetka zawdzięcza aktorce Bette Davis.
W tym prestiżowym konkursie znajdziemy wiele polskich akcentów. Pierwszym polskim zdobywcą Oscara był autor muzyki do filmu "Fantazja". Było to w 1941 roku. Od tej pory Polacy 9 razy stawali na czerwonym dywanie w Hollywood, aby wyjść z gali z drogocenną figurą. Największy sukces według mnie odniósł znany polski reżyser, Andrzej Wajda, który w 2000 roku odebrał Oscara ze całokształt twórczości. Jest to nie lada zaszczyt, że ktoś tam w odległej Ameryce doceniono reżysera z Polski. Osobiście nie pamiętam tego wydarzenia, wszak miałam ledwie 9 lat. Za to utrwaliła mi się rozmowa telewizyjna z innym polskim laureatem Nagrody Akademii Filmowej w dziedzinie muzyki z 2005 roku, Janem Kaczmarkiem. Co prawda skomponował on ścieżkę dźwiękową do angielskiej produkcji "Marzyciel", co nie zmienia faktu, że byłam dumna z tego, że to właśnie jest Polak. Potem było trzymanie kciuków za kolejnych naszych nominatów - filmy typowo wojenne - "Katyń" Andrzeja Wajdy oraz "W ciemności" Agnieszki Holland. Filmy dobre, jednak nie tak dobre, aby wrócić z za Oceanu ze statuetką.
W tym roku ku mojemu zaskoczeniu do nagrody nominowano aż trzy polskie filmy: fabularny "Idę" oraz dwa krótkometrażowe dokumentalne: "Naszą klątwę" i "Joannę". O pierwszym z nich ostatnio było głośno - "Ida" Pawła Pasikowskiego co chwilę dostawała jakąś nagrodę w filmowym świecie. Zresztą "Nasza klątwa", film nakręcony amatorsko przez rodziców małego Leosia chorującego na Klątwę Ondyny, też zbierała pochwały. Na pozór najbardziej nieznany był mi film "Joanna". Ba, pomyliłam go nawet z innym o tym samym tytule. Poszperałam jednak w sieci i doszłam do tego, że film jest o znanej bloggerce, Joannie Sałydze. Obejrzałam na szybko dwa pierwsze filmy, żeby mieć co do nich rozeznanie. "Joanny" niestety nie mogłam nigdzie znaleźć.
Wczoraj, zgodnie ze zwyczajem, po Mszy świętej obstawialiśmy laureatów tegorocznej Gali Oskarowej. Co do "Idy" wszyscy byliśmy jednomyślni (ach, ten patriotyzm), dopiero przy innych kategoriach mieliśmy odmienne zdania. Jakiś czas temu byłam na filmie "Teoria względności" opowiadającym o słynnym naukowcu Stephena Hawkinga. Sam film jakoś mi nie podszedł, ale gra głównego bohatera, Eddiego Redmaynea już tak. Dlatego obstawiłam, że dostanie statuetkę w swojej kategorii. Do żeńskiej laureatki wytypowałam Rosemund Pike, do filmu anglojęzycznego "Birdman"(jak to dobrze, że dałam się namówić w momencie chandry na wyjście do kina), również reżysera i scenariusz do tego filmu nominowałam do nagrody. Jako najlepszy film długometrażowy obsadziłam "Wielką szóstkę" (niech żyją półkolonie).
Dzisiaj w radiu od rana huczeli o triumfie "Idy". Tak, tak, patriotyzm się kłania. A o reszcie cichosza. Musiałam uzbroić się w cierpliwość do czasu, aż wrócę do domu i usiądę przed monitorem. A że mój obecny tryb życia jest jaki jest, moja ciekawość została zaspokojona dopiero wieczorem. No i co? Okazało się, że sporo moich nominacji się sprawdziło. To się nazywa mieć nosa. A może po prostu mam gust?

niedziela, 22 lutego 2015

102. Niepodsycany zapał do działania też się może kiedyś wypalić

Jeszcze kilka lat temu ze zniecierpliwieniem czekałam na każdą akademię przygotowywaną przez parafialną scholę. Co prawda przez pierwsze ponad półtora roku występowałam biernie, jednak w 2010 roku przyszła długo oczekiwana przeze mnie chwila, ku mojemu zaskoczeniu dostałam do przeczytania jednej ze Stacji Drogi Krzyżowej. Czy byłam z tego powodu szczęśliwa? No ba, wreszcie mogłam pokazać, że też umiem wiele robić, że mogę czynnie brać udział w akademiach. Po występie były pochwały i... cisza. Potem sama zaczęłam się upominać o to, aby coś mówić. No i udawało się. Jednak drzwi do występów otworzyły się przede mną, kiedy nastąpiła zmiana proboszcza. Doszło nawet do tego, że rok temu czytałam coś podczas Mszy świętej. A w Wielki Piątek przeszłam samą siebie jadąc najpierw do Kalwarii Zebrzydowskiej na Misterium Męki Pańskiej, a następnie wypruwając sobie flaki wracając na czas do domu. Myślałam, że ktoś to doceni. Taa, pomarzyć można. Moje szczęście trwało zaledwie dwa lata. Od roku nie śpiewałam ani razu do mikrofonu, od września nic nie czytałam. Z czytaniem rozumiem, ale mikrofon mogliby mi chociaż raz dać. Co prawda ustalili, że mają śpiewać głównie dzieci, ale nie zaznaczono, że wliczają się w to też dzieci VIPów, którzy już skończyli 18 rok życia. No cóż, są równi i równiejsi. I ci, co zawsze będą wgniatani obcasem w beton. Pewnie dlatego czuję coraz większy niesmak. Bo gdyby śpiewały tylko dzieci, to jakoś bym to przeżyła.

To trochę tak jak z kwiatkiem albo ogniem. Jeżeli się go nie podlewa, albo nie dokłada drewna, to z czasem kwiatek uschnie, a ogień zgaśnie. Tak samo jest z ludzkim zapałem do pracy, jeżeli nie jest odpowiednio podsycany, to z czasem staje się coraz mniejszy, aż w końcu znika. I ciężko jest go na nowo rozpalić, tak samo jak ciężko jest przywrócić do życia uschnięty kwiat. 

Dlatego postanowiłam konsekwentnie nie włączać się w żadne najbliższe przedsięwzięcia. Już grzecznie oznajmiłam, że nie będzie mnie na Wielkanoc. Oczywiście wielkie zdziwienie, bo jak to tak, że Lolek ma jakieś plany, marzenia, zamierzenia. Na co dzień radzą sobie radę beze mnie, to i teraz będzie tak samo. Zresztą prawda jest taka, że zrobię krok w przód, a przez resztę roku sto kroków w tył. Mam co robić - studia, przygotowania do ŚDM (więcej napiszę w najbliższym czasie), wolontariat w szkole, są miejsca, gdzie doceniają cię przez pryzmat osiągnięć i zaangażowania, a nie choroby. A jednak boli, że przez swoje wady, na które wszak nie ma się wpływu, jest się spychany na drugi plan. 

Marzę o takiej chwili, aby zorganizować Mszę świętą z akademią z osobami niepełnosprawnymi, aby niektórzy ludzie na nowo stali się bardziej empatyczni. Aby zrozumieli, że chcieć to móc. Bo tak naprawdę cały proces integracyjny środowiska zaczyna się w małych społeczeństwach. A może mam za duże ambicje?