Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 1 listopada 2016

418. "Wreszcie misterium włożenia rąk - staje się ciałem słowo ksiądz"

Święcenia kapłańskie zazwyczaj przyjmuje się na przełomie wiosny i lata. 70 lat temu zrobiono jednak wyjątek i pewien bardzo zdolny kleryk dostał je w paradoksalnie szczęśliwym dla katolików dniu, czyli 1 listopada. Powód tego był bardzo prosty - metropolita krakowski, książę Adam Sapieha chciał, aby ów kleryk kontynuował swoje studia w Wiecznym Mieście, a jedyną ku tego drogą był tytuł kapłana. 
Nowo wyświęconym kapłanem był niedoszły aktor, student polonistyki, a następnie teologii - Karol Wojtyła. 1 listopada 1946 roku została przed nim otwarta droga życia duchowego, która doprowadziła go na szczyt hierarchii kościelnej. Nazajutrz, zgodnie z obowiązującymi przepisami, odprawił w krypcie wawelskiej trzy Msze święte. Nietrudno jest się domyśleć, za kogo je ofiarował: jedną za mamę, drugą za tatę, trzecią zaś za brata - za wszystkich bliskich, którzy go opuścili przy samym progu życia. Kilka dni później siedział w pociągu do Włoch, nie spodziewając się nawet, że za trzydzieści osiem lat Rzym stanie się jego domem.
Jakże prawdziwe z perspektywy tych 70 lat stają się słowa piosenki "Tajemnica powołania" z Oratorium "Santo Subito" Piotra Rubika. Zresztą sami posłuchajcie:

poniedziałek, 31 października 2016

417. Filmowa relacja z Twardogóry i Przyjaźni przez duże P

Korzystając z chwili wolnego czasu, postanowiłam zrobić filmik prezentujący Oratoriadę w Twardogórze. Nie jest on idealny, wszak dopiero poznaję tajniki Movie Maker, na potrzeby bloga wyrzuciłam też filmiki(wraz z nimi produkcja przekracza dopuszczalny limit 100 Mb). Jednak jest, z czego cieszę się jak dziecko. Zaraz zabieram się za pisaniu reportażu na ten temat na stronkę internetową mojej parafii. W przeciwieństwie do artykułu na wiadomości24 mogę sobie pozwolić na trochę prywatnych przemyśleń :).
Jako, że jutro przypada Dzień Wszystkich Świętych, udałam się aby zakupić znicze. Obeszłam dwa sieciowe markety - jedyne co mi miały do zaoferowania, to żelowe wkłady. Czego to ludzie nie wymyślą. Jeszcze woskowe znicze jestem w stanie zrozumieć, ale żelowe? No nic, postanowiłam iść pod cmentarz - tam zawsze można coś kupić. Nabyłam więc 5 zniczy w bardzo przystępnej cenie. A przy okazji spotkałam się z jedną z moich koleżanek, jeszcze z czasów gimnazjum. A. tak bardzo ucieszyła się na mój widok, że aż dostałam zaproszenie na herbatę do jej babci. Co prawda poświęciłam ostatnie nabożeństwo różańcowe w mojej parafii, ale mam nadzieję, że nie zostanie mi tego wzięte za złe. Zresztą, jeżeli Bóg widział radość na twarzy A. to z całą pewnością wybaczył mi tą nieobecność. Ja zaś poszerzyłam krąg realnych znajomych. No i dowiedziałam się, że sympatyczna staruszka znała z widzenia moją mamę, a tym samym i mnie. Jednak ten świat jest mały. Z A. wygadałyśmy się za dwa lata(ostatnie nasze spotkanie takie na prawdziwe pogaduchy było w >>TEGO<< Sylwestra). Co prawda po drodze mieliśmy jeszcze kilka spotkań z jeszcze jedną naszą koleżanką, ale jakoś nigdy rozmowa nam się wtedy nie kleiła. A ja wiem, że z A. można pogadać tak normalnie, po ludzku, wystarczy tylko chcieć. Tym bardziej, że dziewczyna ma kłopoty z wyrażaniem werbalnym swoich myśli. Czasami trzeba jej pomóc znaleźć odpowiednie słowo, czasami naprowadzić na myśl, którą przed chwilą wyraziła. Ale czy to jest powód, aby się od niej odsuwać? To tak, jakby mnie dyskryminować ze względu na niewyraźną mowę, czy wręcz za niemożliwość doniesienia sobie kubka z herbatą. A jednak z pomocą innych wszystko jest możliwe. Chyba nawet dzięki temu z A. doskonale się uzupełniamy. Ja pomagam jej znaleźć słowa - ona mi przenosić różne rzeczy. I nigdy, naprawdę nigdy nie poczułam przy niej, że coś jest nie tak. Mam nadzieję, że ze wzajemnością.

Przypominam o zrzutce na ogród sensoryczny dla Poli i Maxa :)

niedziela, 30 października 2016

416. Paluszek i główka to żadna wymówka

Nie wiem czy to dzisiejsza zmiana czasu, czy może ogólne rozstrojenie, ale rano otwierając kotu puszkę z jedzeniem rozwaliłam sobie palec. Pociągnęłam za wieczko pierwszą - lipa, uchwyt się tak urwał, że jedyna szansa na dostanie się do smakowitego kąska prowadzi przez otwieracz do konserw. Na to jednak nie miałam czasu, wszak na 11:00 szłam do kościoła. Ale była jeszcze druga karma. Co prawda otwierając ją też urwałam uszko, jednak okazało się, że wieczko trochę puściło. Logicznie myślący człowiek podważyłby je czymś. Ja jednak chciałam być sprytniejsza i podważyłam je, ale palcem. W pewnym momencie poczułam przenikliwy ból, a skóra w momencie przybrała kolor czerwony. Automatycznie wsunęłam rękę pod zimną wodę, mając naiwnie nadzieję, że szybko zahamuję krwotok. Nic z tego. Tragizmu nadawał fakt słabej krzepliwości mojej krwi. Właściwie zawsze z ran krew leje mi się strumieniami. Dlaczego więc tym razem miałoby być inaczej, prawda? Po opanowaniu z grubsza bólu i wsadzeniu krwawiącego palucha do paszczy poszłam szukać plastrów opatrunkowych. Ok, z tym nie było problemów, wiedziałam gdzie je mam. Udałam się więc do łazienki, aby się opatrzyć. Wyjęłam palec z buzi i... ble... w ustach miałam pełno krwi, której krople ciurkiem ciekły z uszkodzonego ciała. Szybko zakleiłam sobie ranę i poszłam się przebrać. Po kilku chwilach okryłam, że plaster przemókł kompletnie, tak że czerwona substancja przeciekała nawet przez pozornie szczelną część z klejem. Znowu pobiegłam do łazienki, w której jeszcze były plastry i zmieniłam opatrunek. W pewnym momencie miałam ochotę zadzwonić do babki ze scholi, że jednak nie przyjdę dzisiaj, bo się wykrwawiam, ale z drugiej strony - co to za wymówka? Dlatego założyłam ciemne rękawiczki(które wkrótce też przemokły), ciemną kurtkę, wzięłam paczkę chusteczek higienicznych i w drogę. Mszę wytrzymałam, chociaż ciężko było. Urwałam się dopiero po pieśni na wyjście i pobiegłam do domu, gdzie szybko wsadziłam rękę pod zimną wodę i znowu zawinęłam w plaster. Tym razem jednak włączyłam sobie telewizor i czekałam na dalszą część wydarzeń. W końcu rana zaczęła się sklepiać, chociaż bolało jak diabli. Ale przynajmniej krew się nie lała. Za to zaczęła boleć mnie głowa. A tu jeszcze czekało mnie nabożeństwo różańcowe, na które tak bardzo chciałam iść. I poszłam. Co prawda nawet opiekunka scholi pytała się mnie, czy wszystko w porządku, bo jakoś tak dziwnie wyglądam. Nie no, o 16:30 już było w porządku. Chociaż jeszcze mi ciekło z rany, ale tragedii nie było. Tym bardziej, że znowu miałam rękawiczki na dłoniach. No nic, na drugi raz człowiek będzie mądrzejszy i użyje jakiejś wajchy do podważenia wieczka :). Przynajmniej oszczędzę palce.
Jak pewnie zauważyliście, na prawym panelu ponownie pojawił się baner informujący o zbiórce pieniędzy, tym razem na ogród sensoryczny dla dwójki uroczych maluchów - Poli i Maksa. Obydwoje chorują na niezwykle rzadkie schorzenie genetyczne - zespół Leigha. Nie ukrywajmy, na dzień dzisiejszy jest to choroba nieuleczalne, pacjenci nie dożywają pełnoletności. Dzieciaki mają jednak coś, czego niejeden może im pozazdrościć - wspaniałych, kochających rodziców, którzy walczą o każdy dzień ich życia. Szukając kolejnych sposobów terapii maluchów, matka trafiła któregoś dnia na trop Ani. Przeczytawszy na jej blogu o ogrodach sensorycznych stwierdziła, że byłaby to doskonała terapia dla jej ukochanych pociech. Skontaktowała się więc z Anią, która bez problemu zgodziła się pomóc rodzinie. Zrobiła już pewien kosztorys, a wiedzcie, że taka specjalna ścieżka nie jest wcale tania:

Wiem, wiem. Pewnie wielu z Was puka się w głowę widząc tak zawrotną sumę. Wielu z Was może sobie pomyśleć, że to szaleństwo wydawać tyle pieniędzy na pomoc dzieciom, które i tak odejdą z tego świata. Może i macie rację, ale z drugiej strony dzięki temu ogrodowi zmysły tych maleństw będą pobudzone, zaś w ich życie wkradnie się jeszcze więcej radości. Zresztą któż z nas nie zrobiłby wszystkiego dla dobra swoich dzieci, nie wniósłby w życie nawet najbardziej szalonego pomysłu? Dlatego proszę, nie oceniajmy ich rodziców, nie wytykajmy im "szalonych pomysłów". To tylko rodzice, którzy chcą jak najlepiej dla swoich dzieci - Maksa i Poli. Zwracam się też o udostępnienie apelu na swoich blogach i stronach. To nic nie kosztuje, a może bardzo pomóc. Kod do baneru to ->  <iframe width="300" height="419" src="https://zrzutka.pl/cbd68p/widget/13" frameborder="0" scrolling="no"></iframe>. Możecie też pomóc przekazując potrzebne materiały autorce projektu ścieżki, Ani. Bliższe informacje na ten temat znajdziecie na jej blogu -> http://pomyslowyogrod.blogspot.com/. A ja ze swojej strony wrzucam zdjęcia maluchów, abyście się jeszcze bardziej przekonali, że tym kochanym buźkom naprawdę warto pomóc:
To jak? Mogę jakoś na Was liczyć?

czwartek, 27 października 2016

415. Światowe Dni Młodzieży 2016 - epilog

Tuż przed wyjazdem na Oratoriadę dostałam od księdza wiadomość, że w niedzielę 23 października o godzinie 16 dekanat organizuje Mszę świętą dla wolontariuszy posługujących podczas tygodnia w diecezji oraz rodzin goszczących przyjezdnych gości, po Mszy zaś zaplanowany jest poczęstunek w ramach podziękowania za te dni. Co prawda byłam już na jednym podziękowaniu, które odbyło się na początku września w Czeladzi >>KLIK<<, jednak skoro dekanat coś organizuje, to czemu by nie skorzystać? W końcu dokonałam nie lada wyczynu w oczach większości osób, łącząc Światowe Dni Młodzieży w rodzimej parafii z Światowymi Dniami Młodzieży w Krakowie. Oczywiście była taka możliwość i wielu wolontariuszy z niej skorzystało stając się tzw. wolontariuszami hybrydowymi. Wiązało się to m.in. z wcześniejszymi szkoleniami. Jednak moje zgłoszenie doszło do centrum wolontariatu zbyt późno i skończyło się na tym, że odstawiwszy moich Włochów na pociąg do Częstochowy biegłam na busa do Krakowa, a potem z wywieszonym językiem wracałam, aby odebrać ich z dworca PKP na czas. Do dzisiaj nie wiem jak, ale udało mi się pogodzić jedno i drugie. 
Napisałam więc do księdza SMSa z pytaniem, czy zdążymy dotrzeć z Twardogóry na czas. Chwilę później otrzymałam wiadomość zwrotną, z której wynikało, że na Mszę świętą nie zdążymy, ale na poczęstunek już tak. W takim razie napisałam, że przyjdę. Jakby to ktoś powiedział, szwendam się od imprezy do imprezy :). Ale ogólnie nie żałuję, że poszłam. Nasza trzyosobowa delegacja z parafii siedziała właściwie do końca. Tylko tak trochę przykro mi się zrobiło, że z młodzieży nikogo od nas nie było. Dlaczego? Sama nie wiem. Po prostu ten typ tak ma. Z drugiej strony niech żałują, bo jedzenie było pierwsza klasa, chociaż przy mojej alergii pokarmowej nie wszystkiego mogłam skosztować. Szkoda, bo na pewno ciasta były pyszne. Tak samo jak kiełbaski z grilla czy barszczyk czerwony. Uwierzcie mi, palce lizać. Spotkanie było też doskonałą okazją do wspominania tych wspaniałych i niezwykłych dni. Tym bardziej, że właściwie każdy miał swój punkt postrzegania tego, co się działo przez tych kilka dni, zarówno w Krakowie, jak i w parafii. Przy okazji jakiś mężczyzna zadał mi pytanie, dlaczego schola śpiewała tego dnia na chórze. Zrobiłam oczy jak 5 złotych, bo po pierwsze - zawsze śpiewamy przy ołtarzu, a po drugie, w ogóle nie było mnie tego dnia w naszej parafii. Powiedziałam więc zgodnie z prawdą, że nie wiem.
Parafialna reprezentacja
Po tych kilku dniach zostały mi fotografie, plecak wolontariusza z wyposażeniem, flaga z logiem spotkania i przepiękne wspomnienia. Moje świadectwo tamtych dni pojawiło się nawet na stronie diecezjalnej >>KLIK<<. Certyfikat wolontariusza wisi na honorowym miejscu na tablicy korkowej. Przyjaciele z Oratorium dali mi na 26 urodziny książkę "Między kanapą, a odwagą", która zawiera wszystkie przemówienia papieża Franciszka podczas lipcowego spotkania z młodzieżą całego świata. Piękna pamiątka, zważając na fakt, że w ferworze posługi wolontariackiej nie zawsze był czas, aby wsłuchać się w słowa Piotra naszych czasów. Coś się skończyło, przeszło definitywnie do historii. Zostały jednak słowa, gesty, drogowskazy, które pozostaną na długi, długi czas w moim umyśle i sercu. Ponadto przed spotkaniem Ojca Świętego z wolontariuszami w TAURON ARENIE padł "Dekalog wolontariusza", który powinien być dla nas, wolontariuszy drogowskazem na naszą najbliższą przyszłość. Osobiście staram się nim kierować w życiu wierząc w to, że o tyle świat stanie się lepszy, o ile ja będę lepsza.

Dekalog wolontariusza Światowych Dni Młodzieży
1. Podziękuj Panu Bogu, że przeżyłeś i nie straciłeś wiary: za każdą osobę i za każde dobro, które zrobiłeś.
2. Zrób dla siebie coś dobrego: robiłeś bardzo wiele dla innych, teraz pomyśl o sobie. Kup sobie coś, wyjedź na wakacje, zjedz coś dobrego.
3. Kiedy wrócisz już do domu i się wyśpisz, przeczytaj na spokojnie to, co powiedział papież, bo powiedział bardzo wiele niesamowitych słów, ale ze względu na pracę pewnie nie miałeś czasu ich posłuchać.
4. Mów w domu, znajomym o tym, co było dobre: w czasie ŚDM było bardzo dużo zła, ale dobra było więcej, Boga było więcej. Spróbuj skoncentrować się na tym, co było dobre w tym czasie.
5. Znajdź chociaż jeden dzień na milczenie: idź do lasu albo zostań w domu, w ciszy: tutaj było dużo zgiełku, hałasu, pracy. Znajdź sam siebie w ciszy.
6. Wybierz formę modlitwy, której będziesz wierny. Wybierz taki rodzaj modlitwy, który pomoże ci być bliżej Pana. Bądź wierny Panu na modlitwie.
7. Wybierz sobie jeden uczynek co do ciała i do duszy i staraj się go pełnić przynajmniej do następnych Światowych Dni Młodzieży Wybierz sobie jeden uczynek i powiedz: to będzie moje miłosierdzie na następne lata.
8. Bądź wolontariuszem codziennie, postaraj się zrobić chociaż jeden dobry uczynek każdego dnia – nie musi to być rzecz wielka, może być mała, mała rzecz dla drugiego człowieka.
9. Kościół jest wspólnotą, nie jesteś sam. Doświadczyłeś Kościoła ludzi młodych. Jeśli masz wspólnotę, trwaj we wspólnocie, jeśli nie masz, poszukaj jej. Nie zrywaj więzi, które może się tu zrodziły, staraj się być blisko ludzi, którzy myślą, czują i kochają tak jak ty.
10. Najpiękniejsze jest dopiero przed tobą. Uwierz w to, że imieniem twojej przyszłości jest nadzieja. Twoja przyszłość nie jest skazana na to, żeby była bez nadziei, taka, jakby nie było ŚDM. Twoja przyszłość jest lepsza.

środa, 26 października 2016

414. Warto było...

W założeniu miałam napisanie tego posta zaraz po powrocie z pierwszej w moim życiu Oratoriady, jednak przez różne zbiegi okoliczności wylądowałam wtedy w miejskiej bazylice na pikniku będącym podziękowaniem wolontariuszom oraz rodzinom goszczącym za Światowe Dni Młodzieży. Ale o tym napiszę innym razem.
Z kilkudniowym opóźnieniem mój artykuł na temat tego spotkania trafił na portal wiadomości24(chociaż dziennikarz ze mnie kiepski): http://www.wiadomosci24.pl/artykul/oratoriada_w_twardogorze_wspomozycielka_ludzkich_serc_354909.html. Muszę jeszcze coś skrobnąć na stronkę parafialną, w planach jest filmik podsumowujący wyjazd, co z tego wyjdzie zobaczę w najbliższej przyszłości. Wiecie, ostatni rok studiów to nie przelewki, zresztą studia to nie wszystko - bo jest i schola, i Oratorium, i szkoła policealna. A i na życie muszę mieć trochę czasu. Zwłaszcza, że 4 grudnia zbliża się nieubłaganie, ja zaś od jakiś 8 lat własnoręcznie przygotowuję prezenty dla kilku Barbar. Hitem poprzednich lat okazały się trochę koślawe jelonki z gazet(z komentarzem "No co ty Lolek, bardzo piękne zwierzątka"), a także "Opowieść o czwartym królu"("Rewelacyjna książka, tylko koniec przywołał mi na myśl książkę "Rozdziobią nas kruki, wrony").
Wracając do spotkania, było rewelacyjnie. Było kilka wpadek świadczących o niedojrzałości, a raczej nieodpowiedzialności współczesnej młodzieży, ale można je przeżyć. Zebrało nas się ponad 200 osób z całej inspektorii wrocławskiej, co jest niesamowitym wynikiem. Nasza sześcioosobowa parafialna delegacja została zakwaterowana w przedszkolu należącym pod parafię, więc warunki mieliśmy wspaniałe. Ogólnie wywołałam zaskoczenie na twarzach kilku księży pracujących w naszej parafii i pełne niedowierzania pytania: "A co ty tu robisz?". Cóż, kogo jak kogo, ale chyba mnie nie spodziewali się zobaczyć na tego typu spotkaniu. A ja cierpliwie czekałam i oto jestem. I wcale nie żałuję przybycia, bo było bardzo ciekawie. Był czas i na modlitwę, i na naukę(poprzez konferencje) i na zabawę. Wszystkiego po trochu, w salezjańskim duchu. Największe na mnie wrażenie zrobił chyba salezjański różaniec pierwszego dnia, kiedy po każdej dziesiątce mogliśmy się zawierzyć Najświętszej Maryi Pannie poprzez zapalenie świeczki. Ja rzecz jasna tego osobiście nie uczyniłam, ale poprzez koleżankę ze wspólnoty. W zamian dostawaliśmy malutką dziesiątkę różańca. Akurat taką, o jakiej marzyłam i jaką chciałam sobie kupić. Pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie gra miejska, podczas której gonili nas esesmani w przebraniu. Tego się nie spodziewałam. W sumie to były bardzo ciekawe i dużo wnoszące w moje życie trzy dni.
Rodzinka Salezjańska przesyła pozdrowienia ze spotkania formacyjnego w Twardogórze(duuużo nas było, nawet ksiądz inspektor przyznał, że dawno nie było tak licznej Oratoriady):
Brawa dla Pana fotografa, że udało mu się nas wszystkich ująć :D
A ja już z niecierpliwością czekam na początek grudnia i kolejną Oratoriadę, tym razem w Tarnowskich Górach.
P.S. Nawet nie wiedziałam, że tak nisko upadła współczesna młodzież - gimnazjalistki z Wrocławia paliły sobie jak dorosłe papieroski na Oratoriadzie, zaś siedzący obok mnie student(nota bene na uczelni katolickiej) po raz enty opowiadając o swojej pracy kelnerskiej użył wyrażenia "kur...". Normalnie, mam ochotę zwrócić lalusiowi uwagę, bo uszy mi już puchną.