Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 11 czerwca 2015

Czasami warto jechać na uczelnię

Dzisiaj ostatni dzień w tym semestrze byłam na uczelni w Krakowie. Co prawda sesja egzaminacyjna zaczyna się w przyszłym tygodniu, ale mnie na szczęście udało się wszystko pozdawać w zerówkach i na zajęciach. Szczególnie zależało mi na egzaminach z trzech przedmiotów: Wstęp do Pisma Świętego, Filozofii oraz Historii Kościoła. Bo z reszty miałam tylko zaliczenia na ocenę. Egzaminy pozdawałam na dobry, chociaż miałam nadzieję na coś więcej z Historii Kościoła. Prowadzący przyczepił się do tego, że nie oprowadziłam ich po muzeum. I że mój referat trwał ponad godzinę :/. To ostatnie akurat nie jest zależne ode mnie, ale od mojej choroby, co nie zmienia faktu, że miał do tego pewne zastrzeżenia. Sukcesem jest natomiast dobry z filozofii - egzamin pisałam pokładając się z bólu. Grunt, że coś napisałam. I to nawet na temat.

Dzisiaj natomiast mieliśmy wpisy z teologii fundamentalnej. Cholernie ciężki przedmiot. Dlatego była umowa, że jeżeli ktoś dobrze napisze pracę kontrolną na wybrany przez siebie temat, ten będzie zwolniony z kolokwium zaliczeniowego. Osobiście wybrałam sobie recenzję książki "Powołanie i warsztat teologa. Wprowadzenie do teologii". Wiedzieliśmy, że wszyscy zaliczyliśmy, nie znaliśmy jednak swoich ocen. Wczoraj jeden z kolegów zaproponował mi, że weźmie dla mnie wpis. Odmówiłam, bo i tak jechałam do biblioteki gdzie były zajęcia oddać wypożyczone książki. No i bardzo dobrze zrobiłam. Na zajęciach prowadzący kolejno wyczytywał osoby i oceny. Wszystkim udało się zaliczyć prace kontrolne(oprócz tego, który chciał mi wziąć wpis, bo on w ogóle nie przesłał prowadzącemu swojego referatu), i to dość wysoko, bo najniższą oceną była ocena dobra(a kiedy czytano kryteria oceny prac, wszyscy mieliśmy strach w oczach). Prowadzący dochodzi do mnie i mówi - "4,5". No ok., widać pracę zawaliłam. Ksiądz wpisuje mi ocenę do indeksu, a ja patrzę na moją recenzję i co widzę? - 5,0. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego mam tylko 4,5 i zapytałam o frekwencję. I okazało się, że raz nie wpisałam się na listę. Tzn. nie było mnie faktycznie dwa razy, a raz byłam, ale nie dotarła do mnie lista obecności. Na szczęście umiałam udowodnić, że wtedy byłam obecna na zajęciach i ocena została zmieniona na 5. No, ale gdybym nie przyjechała, miałabym 4,5. Nie to, żebym była łasa na oceny, ale znam swoją wartość, co w przypadku osoby niepełnosprawnej jest cholernie trudne.

Jestem więc na drugim roku turystyki religijnej. Nie mam co prawda jeszcze jednego wpisu w indeksie, ale wiem że zdałam wszystkie przedmioty. Teraz czekają mnie bezstresowe wakacje. Ostatni raz takie miałam po licencjacie z zarządzania, bo zawsze we wrześniu miałam poprawkę z angielskiego. Pokonałam własne słabości i lęki, udowodniłam, że nawet dojeżdżając 80 km w jedną stronę można mieć niezłą średnią. Przełamałam stereotyp osoby niepełnosprawnej, jako tej niezaradnej. Mam nadzieję, że całe moje studia będą takie dobre i że nie zaznam porażki tuż przed metą.

3 komentarze: