Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

niedziela, 21 maja 2017

Krakowski jarmark rzemiosła

Tradycją krakowskiego Rynku Głównego jest to, że od czasu do czasu odbywają na nim przeróżne jarmarki. Te związane ze świętami Bożego Narodzenia oraz Wielkanocą są powszednie znane i kojarzone. W ostatnim tygodniu odbywał się jednak zupełnie inny, związany z powoli odchodzącym rzemiosłem. Nie ukrywajmy, za kilka lat niektóre zawody odejdą w zapomnienie. Już dzisiaj moi rówieśnicy nie wiedzą kim był zecer. A i podejrzewam, że gdybym nie czytała tylu książek, to też bym nie wiedziała. Co ciekawe, podejrzewam że bardzo wiele z nich(np. te z 1899 roku) powstały właśnie za sprawą tajemniczego zecera.
Nie wiem, czy w przyszłym tygodniu oczy odwiedzających Kraków będą mogły podziwiać prezentowane na kramach cudeńka. Jednak dzięki temu, że w czwartek miałam studyjną wycieczkę do Wrocławia, pierwszy raz w życiu, a w środę kończyłam zajęcia na Franciszkańskiej, mogłam po nich pochodzić i porobić tu i ówdzie zdjęcia.
Podobnie jak przed wiekami, także i teraz każdy cech został obrazowo oznaczony. Wyobrażacie sobie średniowieczne miasto bez cechu rzemieślniczego? Bo mi trudno to ogarnąć.
Słodycze wyprodukowane przez cukierników kusiły swoimi barwami i zapachami, a nawet wymyślnymi napisami

Najprostsze jedzenie jest zawsze najlepsze. A taka pajda świeżego chleba wypieczonego przez piekarzy z daleka zachęcała swoim zapachem przechodzących obok ludzi.
Ludowe wianki, w które stroiły się polskie panny. Idealnie by pasowały dla dziewczynek przystępujących dzisiaj w mojej parafii do Pierwszej Komunii Świętej. Chociaż z tego, co dzisiaj widziałam, ta tradycja przechodzi już raczej do historii, przynajmniej u nas, w mieście.
Przepięknie kolorowe świeczki, efekt pracy świecarzy, czekały tylko na to, aż ktoś je kupi i będzie się wieczorami cieszył ich nastrojowym światłem.
Radośnie dzwoniące dzwoneczki, które niegdyś wyrabiane były przez ludwisarza, wydawały z siebie delikatne dźwięki przy każdym podmuchu wiatru.
Chociaż Bursztynowy Szlak nie przebiegał przez Kraków, to na jarmarku nie mogło zabraknąć prześlicznych wyrobów z nadmorskiego złota.
Kolorowe matrioszki radośnie przyglądały się przechodniom - tutaj swoim talentem mogli pochwalić się grzebieniarz
 Pszczelarze też mieli ręce pełne roboty
A kowale niestrudzenie wyrabiali podkowy, bynajmniej nie do podkucia koni, ale na szczęście...
I tak jakoś zrobiło mi się przykro, że niektóre zawody naprawdę odchodzą już w zapomnienie...

10 komentarzy:

  1. Uwielbiam jarmarki wszelakiego regimentu ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Karolinko, aż zazdroszczę, że nie mogłam tam być. Uwielbiam takie klimaty!
    Buziaczki serdeczne Ci posyłam.

    OdpowiedzUsuń
  3. tyle pięknych rzeczy potrafimy zrobić my jako Polacy a i tak wszystko sprowadzone jest z made in china to straszne że cudze chwalimy a swego nie znamy....

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo lubię takie miejsca :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Odpowiedzi
    1. I Kraków z całą pewnością też za Tobą tęskni Basieńko :)

      Usuń
  6. Bardzo lubię jarmarki! Wspaniała fotorelacja Karolinko!
    Pozdrawiam serdecznie!:))

    xxBasia

    OdpowiedzUsuń
  7. A to mnie zaskoczyłaś, bo choć jestem z początku lat 80-dziesiątych, to nie wiem kim był zecer! No znaczy, nie wiedziałam, bo Wikipedia mi odpowiedziała co nie co ;) Nie znałam tej nazwy. Ale kiermasz super sprawa!

    OdpowiedzUsuń