Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 18 czerwca 2018

736. Można uznać, że prawie dobiegłam

Jakiś czas temu wspominałam, że planuję wziąć udział w diecezjalnej sztafecie niepodległościowej, która odbyła się w dniu wczorajszym. W związku z tym sumiennie trenowałam truchtanie(bo przyznajmy to sobie szczerze - mało kto przebiegnie 3,5 kilometra), tak aby dać radę pokonać wybrany przez siebie dystans. Z przyczyn logistycznych zapisałam się na odcinek w Sosnowcu, który mierzył właśnie 3,5 kilometra. Był to przedostatni etap. Ostatni, liczący aż 11,5 kilometra(tego bym raczej nie pokonała, znam jednak swoje możliwości) kończył się na rynku w Jaworznie. Do naszego etapu sztafeta miała natomiast przybiec z oddalonego o 10,7 kilometra Sławkowa. Ale były też tzw. etapy rodzinne do 1 kilometra, w których brali udział również najmłodsi jadąc w wózkach pchanych przez rodziców. Także trasa była bardzo zróżnicowana i praktycznie każdy mógł coś dla siebie wybrać.
źródło zdjęcia
Na stronie imprezy oprócz trasy poszczególnych odcinków podano jeszcze ich ramy czasowe. Nasza sztafeta miała trwać od 15:30 do 16:15, z tym że organizatorzy prosili, aby na miejscu startu być 30 minut wcześniej w celu dokonania formalności. Jeszcze w domu wydrukowałam i wypełniłam oświadczenie, tak aby już później nie tracić na to czasu.
Trochę się obawiałam, że nie zdążę na czas, wszak nie dość, że to niedziela i autobusy kursują jak kursują, nie dość że z powodu sztafety kilka kursów wypadło z rozkładu, to jeszcze do końca nie wiedziałam gdzie jest start naszego etapu. W końcu stwierdziłam, że najlepiej będzie uważnie rozglądać się w okolicy przystanku Kolonia Cieśle/Kolonia Wągródka(bo tam miał być start). Na miejsce dotarłam zaś najpierw jadąc do centrum Sosnowca, a następnie przesiadając się na ostatni przed biegiem autobus na obrzeża miasta.
Na szczęście namiot będący rejestracją biegu, oraz stojących przed nim biegaczy, było doskonale widać z trasy autobusu. Wysiadłam na najbliższym przystanku i poczłapałam w tamtą stronę. Karteczkę z oświadczeniem wymieniłam na okolicznościową koszulkę. Ogólnie z reguły noszę koszulki w rozmiarze em i taką też zaznaczyłam w zgłoszeniu, jednak kiedy po jej założeniu zobaczyłam, że zwisa mi niczym sukienka, zaczęłam żałować, że nie podałam eski. No trudno, widać rozmiar rozmiarowi nierówny....
Z niecierpliwością czekałam na rozpoczęcie biegu, przestępując w miejscu z nogi na nogę. Wreszcie wybiła godzina 0. Jeszcze tylko szybkie objaśnienie zasad biegu, błogosławieństwo księdza(wszak bieg był zorganizowany przez diecezję) i mogliśmy ruszyć.
Przez całą swoją sportową karierę słyszałam od trenerów, że mam biegnąć własnym rytmem i równomiernie oddychać. Tak też robiłam. Jakoś nie zrażał mnie też fakt, że właściwie wszyscy mnie wyprzedzili. Na zawodach zazwyczaj łączą różne grupy niepełnosprawności podczas jednej konkurencji. Zdarzało się więc, że np. przybiegałam ostatnia na metę biegnąc z ludźmi np. bez ręki lub z wadami wzroku. Ale dzięki temu, że każda grupa niepełnosprawności ma swój własny przelicznik punktowy(kiedyś wyjaśnię to dokładniej, bo to temat na osobny post) stawałam na podium. I to w jakiś sposób zahartowało mnie, pokazało, że życie jest nieprzewidywalne, że ostatni mogą być pierwszymi w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zresztą to nie był wyścig, na zasadzie kto pierwszy ten lepszy, tylko bieg rekreacyjny.
Pierwszy kilometr przebiegłam na luzie. Za połową trasy zaczął się mały kryzys. Już miałam zejść z trasy i zrezygnować, kiedy za zakrętem zobaczyłam już pierwsze bloki w dzielnicy, gdzie była meta trasy. Wiedziałam już, że kiedy do nich dotruchtam zostanie mi góra 500 metrów. Zebrałam siły, biegnę dalej. I tak dosłownie niecałe 200 metrów przed finiszem potknęłam się i gruchnęłam jak długa na ziemię. A trzeba wiedzieć, że jak nie utrzymam równowagi w pionie to lecę całą sobą w dół. Normalnie człowiek ma tutaj automatyczny odruch obronny ręce do przodu. Ja go niestety nie mam, w dodatku każde moje zdarcie dłoni goi się miesiącami.
Za mną jechała wynajęta na bieg karetka. Oczywiście zanim sanitariusze z niej wyszli to ja już podniosłam się do pionu. Ale ból w nodze uniemożliwił mi dalszy bieg, chociaż meta była już w zasięgu mojego wzroku. Trudno, schowałam dumę do kieszeni i pokornie wsiadłam do karetki, która przewiozła mnie te kilkaset metrów. Na mecie wysiadłam z auta i podeszłam do namiotu. Pomimo incydentu tak jak każdy dostałam pamiątkowy medal, wodę oraz baton energetyczny. Szczęśliwa, choć trochę obolała wróciłam do domu.
Już na mecie (źródło zdjęcia)
Medal dołączył do swoich dumnych braci. Koszulka czeka na większą partię białych rzeczy do wyprania. A noga? Na szczęście włożyłam na bieg sportowe spodnie 3/4, więc skończyło się tylko na megasiniaku. Ale gdybym miała krótkie spodenki to rozbite kolano byłoby gwarantowane.
Pamiątkowy medal(źródło zdjęcia)

24 komentarze:

  1. Brawo, Karolina! Gratulacje!
    Ja jestem niby zdrowa, a nie przebiegne, ani nie przetruchtam nawet 100 metrow, wiec dla mnie Twoj bieg to wyczyn nie lada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!
      Kochana, jak sobie przypomnę Twój wpis sprzed lat o tym, jak biegłaś do Owsika, któremu zwisały z okna nogi, to trudno mi uwierzyć w to, że nie przebiegniesz nawet 100 metrów. Buziaki

      Usuń
  2. wielkie gratulacje! Ja nie dałabym rady. Jesteś wielka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E... wcale nie jestem wielka. Mierzę zaledwie 1,54 :)

      Usuń
  3. Jesteś bardzo dzielna Karolinko, to wspaniałe osiągnięcie. Na szczęście upadek był niegroźny :) Nie jest łatwo pokonywać własne słabości i dotyczy to nie tylko osób niepełnosprawnych.
    Cieplutko Cię pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :). Po wypadku została tylko niewielka opuchlizna kolana, która z dnia na dzień robi się coraz mniejsza.

      Usuń
  4. Wow podziwiam brawo.Bieganie to nie to co tygryski lubią najbardziej czyli to nie dla mnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo. Masz za to inną piękną pasję, jaką jest rękodzieło. I ja to w Tobie podziwiam

      Usuń
  5. Gratuluję i podziwiam tym bardziej, że biegi to zupełnie nie moja bajka. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Pięknie! Podziwiam i popieram wszelką aktywność fizyczną :) Sama biegam, więc wiem coś o tym i o pokonywaniu swoich własnych słabości. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Karolinko moja wspaniała, gratuluję z całego serca.

    OdpowiedzUsuń
  8. Trudności podnoszą smak zwycięstwa! I tak wygrałaś, medal jest, satysfakcja z udziału na pewno także.
    Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, satysfakcja jest niezwykła, że dało się mimo wszystko radę :)

      Usuń
  9. Jestem pełna podziwu dla Ciebie, Karolinko! Ja przebiegnę sto metrów i mam dość!:-)
    Tylko biedne kolano Twoje!Ostatnio spadłam z roweru i mocno potłukłam sobie oba kolana ,więc dobrze wiem co to za ból.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo Oleńko. Kilkanaście lat trenowania zrobiło swoje. Mam plany od września wrócić do treningów, bo bardzo za nimi tęsknię. A co do kolana, to powoli, powoli się goi :).

      Usuń
  10. Czasami w życiu nie o cel chodzi, ale o drogę :) I miałaś odwagę i dałaś radę! Brawo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Czasami sama droga jest ważniejsza od celu. Pozdrawiam

      Usuń